Tag: GAZ

261. Kultowe Auta PRL – Wołga 21R

W końcówce minionego już roku, na brak wolnego czasu w okresie świąt nie można było narzekać. Wigilia wypadła w czwartek, pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w piątek, a po wypełnieniu „rodzinnych obowiązków” związanych ze świętami, do dyspozycji pozostały jeszcze sobota i niedziela. 

Okres poprzedzający święta był dal mnie dość gorący. Najpierw w weekend prawie całodniowa „wyprawa” po prezentu do C H Arkadia. Później zakupy, sprzątanie i przygotowania do Wigilii, którą od kilku lat urządzamy u nas w domu.  Na Wigilii jesteśmy nie tylko my z żoną i córką, ale przywożę też moją mamę, a z Mińska Mazowieckiego przyjeżdża kilka osób z rodziny mojej żony. Dlatego przygotowania do Wigilii trochę czasu zabierają. Pierwszego dnia świąt my z kolei jedziemy z rewizytą do teściowej do Mińska, a po powrocie ja odwożę mamę do Piastowa.  Kiedy wracam do domu, jest już z reguły dość późno, za późno, aby coś przedsięwziąć w moim „warsztacie”.

Jednak w tym roku dwa ostatnie dni przedłużonych o niedzielę świąt były doskonałą okazją do „podłubania” przy modelikach. Dłubanie to zacząłem w sobotę przed południem od poprawek malarskich dwóch zaległych modeli, które mam nadzieję uda mi się tu niedługo zaprezentować. Poprawki malarskie, wymagające dobierania koloru do lakieru modelika, wymagają też według mojego doświadczenia, dobrego światła. A wiadomo, najlepsze światło, to światło dzienne. Dlatego takie zabawy możliwe są tylko w weekendowe przedpołudnie. Jednak przed samymi świętami, a i wcześniej też, ciągle jest coś do załatwienia. Zanim człowiek się obejrzy, już się ściemnia i planowane wcześniej prace trzeba odłożyć na kolejny weekend.

Tym razem jednak w domu panował pełny luz. Lodówka, jak to w święta pełna, pogoda (pomimo, że było dość ciepło) nie zachęcała do wyjścia na spacer, więc z szafy wyciągnąłem farbki i zacząłem malowanie, którego nigdy zbytnio nie lubiłem, ale cóż są sytuacje, kiedy trzeba wziąć do ręki pędzel, bo innej rady nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kiedy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia (w sobotę) skończyłem prace malarskie, było już dobrze po południu, powoli na dworze zaczęło się ściemniać i dalsze ich kontynuowanie nie miało sensu. Trzeba było też przygotować coś na obiad. Jednak nie było potrzeby gotowania go (jak zazwyczaj). Z Wigilii została w zamrażarce spora porcja przygotowanych na nią przez moją teściową pierogów i po prostu je odgrzaliśmy, co nie zabrało zbyt wiele czasu.

Po obiedzie miałem przed sobą cały wolny wieczór, który dobrze byłoby pożytecznie „zagospodarować”. W perspektywie była też zupełnie wolna niedziela, co pozwalało na zabranie się za jakąś „grubsza” i trudniejszą robotę. Ale o tym za chwilę.

Dokładnie 7 lat temu ( w grudniu 2008 roku) jako jeden z pierwszych modeli, jakie ukazały się w kończącej się już za kilka dni serii „Kultowe Auta PRL”, w kioskach pojawiła się czarna Wołga M21. Kupiłem ją bez większego namysłu, a na blogu pod koniec jej prezentacji napisałem:   

Jeśli zaś będę miał czas, modelik czarny przerobię na modelik Wołgi z lat 1962-1970, takiej jakiej zdjęcia są w gazetce dołączonej do modelika:

67 wołga 5

Jest jednak to dość duża i kłopotliwa przeróbka. Trzeba dorobić: atrapę (to naprawdę dużo pracy), zderzaki – przedni i tylny (w takich przeróbkach mam spore doświadczenie), przednie migacze i uchwyt-klamkę z oświetleniem tablicy rejestracyjnej na tylnej klapie (trudne, aczkolwiek możliwe). Na koniec trzeba dorobić chromowane lub srebrne elementy ozdobne: ramki wokół okien- przedniego i tylnego, listwy podokienne, oraz listwy ozdobne na górnych powierzchniach błotników. Pracy jest dużo i może się zdarzyć, że zanim przeróbkę zrobię, na bazie dotychczasowych modelików firma IXO zrobi model Wołgi z lat 1962-1970.

Modelik Wołgi M21 był dla mnie od zawsze „przedmiotem pożądania”. Zaś „przedmiotem szczególnego pożądania” była ostatnia jej wersja. Za planowaną jednak kilka lat temu przeróbkę nigdy się nie zabrałem. Przez jakiś czas liczyłem, że może modelik pożądanej wersji Wołgi ukaże się w serii „Kultowe Auta PRL”. Czas mijał, a kolejna Wołga  jaka się w serii ukazała, była to Wołga M22, co prawda w poszukiwanej prze ze mnie wersji, ale niestety  była to odmiana kombi.  Modelik jej po pewnym namyśle też kupiłem (w czerwcu 2011 roku), jednak do końca nie byłem z niego zadowolony. Na blogu zaś napisałem: 

Modelik Wołgi w wersji kombi miałem zamiar kupić już dawno. Nie dlatego aby uzupełnić kolekcję o kopię auta, które dobrze pamiętam z dzieciństwa, bo szczerze mówiąc w ogóle go nie pamiętam i co gorsza nie pamiętam czy takie auto kiedykolwiek widziałem, ale miałem zamiar wykorzystać elementy Wołgi kombi do przeróbki czarnej „kultowej” Wołgi na nowszą wersję (z 1962 roku) bo taka Wołga zawsze najbardziej mi się podobała. ……….

Wtedy też dalej napisałem:

Na forum znalazłem jednak ciekawy wpis podsumowujący pomysł, który mi też od dłuższego czasu chodził po głowie, a który był niejako inspiracją do zakupu modelika. 

Ktoś napisał, iż niektórym z nas chodzi po głowie wykorzystanie elementów kombi do przeróbki czarnej Wołgi na nowszy model, ale czarna Wołga (która w „kultowej” serii wyszła jeszcze w 2008 roku) to (cytuję) „stara padaka IXO i z przeróbką lepiej dać sobie spokój”. 

Dobrej rady kolegów z forum wówczas posłuchałem. W pewnym momencie nawet zacząłem rozważać pomysł przeróbki kombi na sedana, ale też dałem sobie z tym spokój i pod koniec opisu Wołgi M22 napisałem :

Modelik odstawiłem na półkę i czekam, może w serii Avtolegendy ZSRR wyjdzie ładna Wołga z 1962 roku, też z nowszymi zderzakami i grilem, ale w wersji sedan, taka jaką ”czterdziestolatku” wożony był inż. Karwowski (kiedy już awansował na dyrektora).

Wciąż czekałem i liczyłem, że może w naszej „kultowej” serii ukaże się najbardziej przeze mnie „pożądana” wersja starej Wołgi. Nie ukazała się. Jakiś czas później jednak doczekałem się pojawienia się modelika we wspomnianej tu rosyjskiej serii „Avolegendy ZSRR”.  Choć na pierwszy rzut oka byłem nim trochę rozczarowany, nie mogąc doczekać się go w naszej „kultowej” serii postanowiłem go zdobyć.

Udało się to w końcu na czerwcowej giełdzie w 2014 roku:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA  

Do pełni szczęścia było jednak daleko.  Modelik był co prawda we właściwym „pożądanym” kolorze i we właściwej wersji (jak się okazało nie M21 ale 21R) , jednak ogólnie rzecz biorąc „nie wyglądał”. Jeszcze zanim go kupiłem wiedziałem, że będzie wymagał przeróbek, nie sądziłem jednak, że zajmą mi one tak dużo czasu. 

Na samym początku (o ile dobrze pamiętam zaraz po zakupie) poprawiłem nieco wygląd przednich lamp. Zamontowałem je tak, jak powinny być  zamontowane i podpiłowałem troszkę oprawy na dole, w miejscu gdzie przylegają do czarnego nadwozia. Było trochę lepiej, ale cóż oprawy wciąż były za duże i w zestawieniu z wołgą M22 przód dalej wyglądał fatalnie, jednak na zasadniczą poprawkę lamp nie miałem pomysłu. Model trafił do gablotki i czekał, aż coś wymyślę.

Jakiś czas później zabrałem się za to, za inne poprawki. Wymontowałem, a właściwie wyciąłem przednią szybę, podpiłowałem nieco górną krawędź otworu na szybę, i wkleiłem szybę z powrotem. Wołga wyglądała lepiej, ale rewelacji nie było. Chciałem też poprawić jej wygląd przez podniesienie nieco zawieszenia i zmniejszenie rozstawu kół, tak aby ośki „nie latały” w podwoziu, a koła obracały się bez problemu. Wymagało to ściągnięcia kółek z osiek, skrócenia tych ostatnich i zamontowania z powrotem. (Ot, taka typowa „modelarska” operacja, wykonywana prze ze mnie w wielu modelach i nieraz tutaj opisywana).

Z tyłu poszło gładko (jak zazwyczaj), ale z przodu jedno kółko lekko pękło i od środka dekla do rantu felgi pojawiła się rysa. Modelik znów trafił do gablotki, po czym za jakiś miesiąc postanowiłem dokończyć wcześniej zaczętą poprawkę, zdemontowałem koła znów i przy ponownym montażu pęknięte kółko, a właściwie felga pękła zupełnie (na pół). Ponieważ poprawki robię z reguły tak, aby niczego nie uszkodzić byłem zupełnie zaskoczony. W mojej ponad 30. letniej „kolekcjonerskiej” karierze coś takiego przytrafiło mi się po raz pierwszy. Pękniętą felgę spinała co prawda opona, ale kółko spadało z ośki i nie wyglądało najlepiej. Oryginalne koła od modelika trafiły więc do pudełka z kółkami „zdobycznymi” i wymontowanymi z innych modeli. Do Wołgi zamontowałem zaś „pozyskane” z Warszawy M20 oryginalne koła, a ponieważ Wołga wyglądała na nich zaskakująco dobrze, w tym stanie spędziła w gablotce rok. 

Wołgę wyciągnąłem z gablotki chyba w listopadzie. Postanowiłem zamontować w niej w końcu koła z kupionej w lutym, w Pruszkowie Pobiedy. Z zamontowaniem ich do Wołgi specjalnych problemów nie było, aczkolwiek po ostatnich złych doświadczeniach robiłem to bardzo ostrożnie. Za to w trakcie montowania kół z Wołgi do Pobiedy, już po sklejeniu feralnej felgi Kropelką żel (tej ostatniej używam od jakiegoś czasu z pozytywnym skutkiem) felga przeciwległego koła też popękała (tym razem „gwiaździście” – na trzy części). Musiałem też ją skleić i nieco podmalować, ale nie o tym modelu jest ten wpis, więc szczegóły naprawy pominę (może je kiedyś jeszcze opiszę).  

W sobotę, w drugi dzień świąt, a więc półtora roku od zakupu modelika postanowiłem wreszcie definitywnie zakończyć robione do tej pory „na raty” poprawki Wołgi i dorobić w końcu nowe lampy przednie.

Nad tym, jak to zrobić zastanawiałem się długo. Kilka miesięcy temu (chyba latem) wyciągnąłem z szafy schowaną do jakiegoś pudełka Wołgę M22 (kombi). Wymontowałem z niej lampy przednie i próbowałem założyć je do czarnej 21R. Mimo, że konstrukcja lamp jest prawie identyczna, lampy z niebieskiego kombi nie pasowały do czarnego modelika. Potrzebna byłaby przeróbka. Zarzuciłem jej pomysł, bo gdybym nawet zamontował „dobre” lampy z modelika kombi, to co zamontować do tej ostatniej ?  

Rozważałem też pomysł „odbicia” opraw lamp z kombi w plastelinie (tak jak zrobiłem swego czasu atrapę do Mercedesa W 116 czy koła do Żuka A03), a następnie odlania nowych z żywicy. Jednak operacja taka jest dość pracochłonna, bo odlanie drobnych, a jednak dość głębokich „odcisków” nie jest sprawą prostą, gdyż w takcie „zalewania” formy epoksydowym klejem Distal (jakiego od lat do różnych celów używam) tworzą się miedzy formą a żywicą pęcherzyki powietrza, które po wyschnięciu kleju trzeba uzupełniać. Istniała obawa, że najbardziej widoczne krawędzie przednich lamp w ogóle się nie odleją i trzeba je będzie formować ręcznie. Poza tym, „odlać” można tylko jedną ,widoczną stronę lamp, a czaszę która siedzi w nadwoziu trzeba by było odlewać osobno i później znów kleić distalem z częścią zewnętrzną. Distal (nowy) twardnieje po ok 2 godzinach. Klej który posiadam ma już chyba 10 lat. Kiedy go ostatni raz używałem (chyba kilka lat temu) twardniał dopiero po ok 4 godzinach. Nowego od kliku lat nie trafiłem w żadnym sklepie i nie wiem gdzie i czy w ogóle można go jeszcze kupić. Istniała więc obawa, że „narobię się jak głupi” i nic z tego nie będzie. Tak więc w końcu postanowiłem dorobić odbłyśniki taką samą metodą, jak zrobiłem to  3 i pół roku temu przy naprawie Volkswagena 1303 Cabrio.

Do przeróbki przygotowałem się już od dłuższego czasu. W gablocie mam przezroczyste pudełko po tik-takach. Przechowuję w nim różne drobne „przyda się”. Są tam głównie elementy wymontowane z innych modeli: Światła z Ify F8DKW 3=6, odbłyśniki lamp ze Skody 105S i inne bardzo drobne elementy.  W pudełku były też „grzybki” imitujące szkła lamp z Mercedesa 320D. Miały one ok 4 mm średnicy i miałem je zamiar wykorzystać do dorobionych lamp do Wołgi. Niestety już latem ubiegłego roku, okazało się, że w pudełku jest tylko jeden „grzybek”, drugi niestety zaginął. Prawdopodobnie w trakcie dorabiania „szkiełek” lamp do Skody 105S wyjąłem obydwa z pudełka i przymierzałem. Później jednego odłożonego zapomniałem schować do pudełka. „Grzybek” jest wykonany z przezroczystego tworzywa i na kuchennym stole przykrytym kolorową ceratą jest bardzo słabo widoczny. Jeśli się zapomni gdzie się go położyło i nie schowa w porę do pudełka, to można o nim po prostu zapomnieć.

Fakt  zagubienia jednego z „grzybków” był też istotnym powodem opóźnienia ostatecznej przeróbki lamp w Wołdze. W trakcie podobnego dorabiania lamp w Volkswagenie, wykorzystałem do nich „grzybki” – szkiełka wymontowane z wraka modelika, kupionego na bazarze na Namysłowskiej, za 5 zł „na części”.  Na szczęście doświadczenia z dorabianiem lamp do  Skody 105S  okazały się bardzo pozytywne, postanowiłem je więc tym razem też wykorzystać. Zanim jednak zacząłem dorabiać „szkiełka”, musiałem rozpocząć pracę od dorobienia samych opraw.

Od wielu lat do różnego rodzaju przeróbek stosuję „plastik z odzysku”. Jakieś 20 lat temu, w osiedlowym samie kupowaliśmy często lody z Zielonej Budki. Lody te były pakowane w dwa rodzaje pudełek: Okrągłe o pojemności 05 l i prostokątne o pojemności 1 l. Pudełka były plastikowe i przydatne, gdyż zamykało się je dość szczelną pokrywką. Nie pamiętam kiedy zorientowałem się, że pokrywki z tych pudełek dają się kleić i rozpuszczać zwykłym klejem modelarskim do polistyrenu. Zachowałem więc sobie kilka takich pudełek, a zwłaszcza pokrywki do nich. Jest to znakomity i zupełnie darmowy materiał modelarski. Pokrywki od pudełek okrągłych mają grubość 0,6 mm, a od prostokątnych ok 1 mm. Papierową etykietkę, jaka pokrywa dekielki można bez problemu zmyć pod ciepłą wodą. Tworzywo jest białe, pozwala się łatwo ciąć, obrabiać, a przede wszystkim skutecznie i trwale kleić zwykłym modelarskim klejem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Obecnie tego rodzaju tworzywa nie są już od wielu lat stosowane do opakowań spożywczych. Moje zapasy kurczą się, aczkolwiek powoli. Z pokrywek dorabiałem już wiele elementów w różnych, zwłaszcza starszych modelach: Od atrap klejonych jako pakiety płaskich listewek, po elementy karoserii (takie jak brakujące zderzaki, drzwi, maski czy pokrywy bagażników). W albumie „warsztat” są zdjęcia atrapy w granatowym modeliku Alfa Romeo Alfetta oraz maski i drzwi w zielonym modeliku Renault 17. Zostały one wykonane właśnie z takiego tworzywa. Z tego samego tworzywa dorabiałem też lampy w cytowanym już tutaj modeliku  Volkswagena 1303 Cabrio.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Lampy w opisywanym tym razem modeliku są przymocowane do nadwozia za pomocą wystającego z imitacji szkła bolca w puszczonego w nadwozie i „zaprasowanego” na gorąco od tyłu, tak jak w większości modeli. Nie leżą jednak na maleńkiej płaskiej powierzchni, jak zazwyczaj, ale są wpuszczone w wykonane w nadwoziu wnęki o kształcie półkuli. Na dodatek w półkulistej czaszy znajduje się maleńkie i dość płytkie pogłębienie które ma na celu zabezpieczenie lamp przed obrotem wokół osi mocującego bolca. Tak więc prace zacząłem od wykonania „podstaw” tych lamp wpuszczonych w nadwozie.

Z opisanego powyżej tworzywa wyciąłem dwa kółeczka ( mniejsze o średnicy ok 4 mm) i większe (o średnicy ok 6 mm). Mniejsze jest schowane w nadwoziu, większe stanowi podstawę lampy i jest widoczne na zdjęciu powyżej (na prawym reflektorze). W kółeczkach wykonałem otworki o średnicy 1 mm, wycentrowałem je wykałaczką i skleiłem. Na mniejsze (niewidoczne kółeczko) naklejałem kilka razy nasączony klejem styropian i wkładałem do wnęki reflektora. Kiedy styropian „osiadł”, stwardniał i całkowicie wypełnił wnęki pod lampy, zaś kółeczka przestały się we wnęce obracać, zabrałem się za wykonanie krawędzi zewnętrznych opraw. Z grubszego tworzywa wyciąłem 4 pierścienie o średnicy zewnętrznej 6 mm i wewnętrznej 4 mm i skleiłem je ze sobą na wiertle o średnicy 4 mm. Tak wykonany pierścień nakleiłem na „podstawę” lampy. Kiedy całość dobrze już wyschła, oprawie zacząłem nadawać stożkowy kształt (jak widać na zdjęciu powyżej w lewym reflektorze).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA 

Kiedy dorobiłem już obie oprawy, ich ranty spiłowałem pod kątem, a powierzchni zewnętrznej nadałem kształt już ostateczny (jak widać na zdjęciu powyżej) . Tak wykonane oprawy okleiłem samoprzylepną „sanitarną” folią aluminiową i spolerowałem. Te powierzchnie, których folią nie dało się okleić pomalowałem japońskim, olejnym cienkopisem, dla plastyków, który opisywałem tu nie raz.

Gdybym miał obydwa „szkiełka-grzybki” zamontowałbym je do tak wykonanych opraw. Niestety odbłyśniki wraz ze szkiełkami musiałem dorobić. Zrobiłem je dokładnie tak samo jak do opisywanej tutaj latem ubiegłego roku  Skody 105S. Tym razem było już łatwiej bo szkiełka zrobiłem większe (3,8 mm).  

I tak w niedzielę  28 grudnia wieczorem Wołga była wreszcie gotowa: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy okazji ostatnich przeróbek „ujawniła się” jeszcze jedna poprawka Wołgi. Nie pamiętam kiedy ją zrobiłem. Kiedy od modelika odkręciłem podwozie, okazało się, że śrubki którymi jest ono przykręcone do nadwozia, nie wypadają z płytki podwozia, jak zazwyczaj. Wziąłem do ręki lupę i zacząłem sprawdzać dlaczego. Okazało się, że śrubki trzymają w podwoziu maleńkie okrągłe podkładki wycięte z plastiku i włożone na gwinty śrubek od strony nadwozia. Fabrycznie z całą pewnością tak nie było. Podkładki trzymają śrubki „przy okazji” a ich zadaniem jest podwyższenie położenia nadwozia o ich grubość. Zupełnie nie pamiętam kiedy je dorabiałem, z czego i jak.  Pewne jest jedno, to ja to zrobiłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kupiony na czerwcowej giełdzie 2014 roku modelik miał jeszcze inną „fabryczną” wadę. Inaczej niż w moich starszych modelikach M21 i M22, tylne lamy z powodu „cięcia kosztów” wykonano w niej jako jeden element z czerwonego przezroczystego tworzywa. Musiałem je więc podmalować. Imitację świateł cofania pomalowałem białą farbą, a obwódki dookoła opisanym powyżej srebrnym pisakiem dla plastyków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Z przeróbki jestem bardzo zadowolony. Lampy mają średnicę odbłyśnika o zaledwie 0,5 mm mniejszą niż było to w oryginale. (Dorabiane mają 4 mm oryginalne miały 4,5) Czasem jednak i pół milimetra robi różnicę.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przód modelika wygląda nareszcie jak przód prawdziwej Wołgi, a nie jak chińskiej rządowej limuzyny z lat 70-tych. W końcu owe pół milimetra to jednak ponad 10% mniej, a dokładnie 11,11 % mniej niż miała pierwotna średnica lamp w modeliku, a to, w tak małej skali, już dość dobrze widać.

 

pozdrawiam

 

P.S.

Ten wpis tworzyłem „na raty” przez ponad 2 tygodnie. Wiem, że jest długi, a nawet „nużąco” za długi. Ale o jednej rzeczy zupełnie zapomniałem napisać.

Czarna Wołga, to czarna Wołga, kiedyś straszono nią dzieci, a teraz chyba przynosi pecha i to nawet jako maleńki modelik. W kolekcji mam ponad 700 modeli, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się, aby w którymś z nich w trakcie „rutynowych” w końcu poprawek, popękały kółka. Dziwną sprawą jest też zaginięcie starannie przechowywanego odbłyśnika do reflektora, przeznaczonego do modelika Wołgi. Jednak to, co wydarzyło się w trakcie dorabiania lamp przebija wszystko. 

Kiedy modelik wyglądał tak, jak na zdjęciu, na którym dorobiona jest tylko lewa oprawa, w nocy z soboty na niedzielę 27 grudnia, o godz 1. 20 nagle zgasło światło. Siedziałem właśnie przy stole w kuchni i wycinałem plastikowe pierścienie do wykonania drugiej oprawy. Na stole miałem porozkładane narzędzia i inne drobiazgi. Modelik był rozkręcony i rozłożony na kilka części, a tu cóż, nagle ciemność. Z szuflady wyciągnąłem więc latarkę, szybko posprzątałem rozłożone narzędzia i pozbierałem części  modelika. Wyszedłem do przedpokoju, z latarką w ręku, założyłem buty i narzuciłem kurtkę. Postanowiłem sprawdzić, co to za awaria.

Wyszedłem na korytarz, na którym też było zupełnie ciemno. Zorientowałem się, że winda nie chodzi. Zbiegłem na dół klatką schodową i oświetliłem latarką tablicę informacyjną, gdzie podany jest telefon do pogotowia energetycznego. Przeczytałem go kilka razy, zapamiętałem, po czym wyszedłem z budynku zadzwonić i sprawdzić, czy w innych blokach też zgasło światło.  

Zorientowałem się, że światła nie ma tylko na mojej klatce. W klatce sąsiedniej światło było. Wybrałem zapamiętany z tablicy numer i zadzwoniłem. Miła pani z infolinii poinformowała mnie, że służby energetyczne widzą o awarii i do godziny 3 będzie ona usunięta. Postanowiłem wrócić do mieszkania i położyć się spać, a rozpoczęte prace dokończyć w niedzielę.

Niestety do klatki nie mogłem już się dostać. Drzwi do klatki zatrzasnęły się, a domofon, który też jest zasilany prądem nie działał. Klucza mechanicznego do klatki nie mamy chyba od 10 lat. I tak w środku nocy wylądowałem na ulicy. Zacząłem więc dzwonić na przemian do córki i do żony, aby któraś z nich wstała, zeszła na dół i otworzyła mi drzwi od środka. Niestety w obydwu telefonach, po kilku sygnałach włączała się automatyczna sekretarka. Zorientowałem się, że żona najprawdopodobniej zostawiła komórkę w torebce w przedpokoju i z sypialni i po prostu jej nie słyszy. Ale dlaczego córka też nie odbiera kupionego jej miesiąc temu nowego Iphona 6 ?

Cóż była jeszcze możliwość dostania się do drugiej klatki, wjechania windą na 12 piętro, wejścia na 13 i stamtąd przejścia do mojej klatki. Ale czy takie przejście jeszcze tam jest? Na 13 piętrze mojego bloku nie byłem chyba od 10 lat. Aby się jednak do drugiej klatki dostać, musiałbym do kogoś z niej zadzwonić. Niestety, jak to w wielkim mieście, nikogo z drugiej klatki nie znam. Pozostało mi więc spacerować przed domem i liczyć na to, że któryś z moich sąsiadów z klatki będzie wracał z jakieś imprezy i też będzie się chciał do klatki dostać. Na szczęście byłem ubrany, miałem na sobie też kurtkę, a noc była ciepła (na dworze było ok 11 stopni i nie padało, a nie jak dokładnie tydzień później minus 15).

Po jakichś 10 minutach czekania pod klatką, zauważyłem, że z za zakrętu za blokiem wyjechał samochód pogotowia energetycznego. Podbiegłem do jezdni i zacząłem machać. Samochód zwolnił, a kierowca przez uchyloną szybę, na moje wołania odparł, że czegoś tam nie mają i odjechał. Dalej spacerowałem wzdłuż bloku i dziwiłem się, że jakoś nikt do bloku, pomimo weekendu nawet nie podszedł. Zazwyczaj w nocy z soboty na niedzielę jednak coś się dzieje i kiedy czasem wychodzę z psem spotykam pod klatką jedną lub kilka osób, a tu cóż, nic. Po jakichś pół godziny od strony miasta w ulicę wjechał ten sam srebrny Ford Transit pogotowia energetycznego. Znów zwolnił przed moją klatką, ale nie zatrzymał się i zniknął za zakrętem, z za którego wyjechał poprzednio.

Chwilę zastanawiałem się  co chodzi, ale postanowiłem go poszukać. Poszedłem szybkim krokiem za zakręt za który wjechało auto. Zaraz za zakrętem, zauważyłem, że samochód stoi przy bloku po drugiej stronie osiedla. Zacząłem się rozglądać i po chwili zauważyłem, że w przybudówce bloku, przed którym stało auto, w otwartych drzwiach bocznych klęczy monter i rozmawia przez telefon. Już szedłem w jego kierunku cały czas słysząc toczącą się rozmowę.

Z telefonu padło krótkie zapytanie:

Wacek masz 9354 ? Nie – odparł monter. To załącz 9355 – padło z telefonu

W tym momencie jakimś cudem odwróciłem się na chwilkę i zauważyłem, że w mojej klatce właśnie zapaliło się światło.  Zawróciłem od razu i pobiegłem do oddalonej o jakieś 70 m mojej klatki. Wbiłem kod na domofonie, wjechałem windą na górę i wszedłem do mieszkania. Była godzina 2.40. Pomyślałem tylko, że po co właściwie moim dziewczynom telefony, skoro ich nie odbierają. Następnego dnia okazało się, że żona oczywiście zostawiła komórkę w torebce, a córka ładowała wyciszonego na noc Iphona, a miała go pod poduszką. Strach pomyśleć co by było gdybym np w trakcie nocnego spaceru z psem doznał jakiegoś urazu albo zasłabł (w końcu swoje lata mam).  

Taka „przygoda” przytrafiła mi się w nocy w nocy z soboty na niedzielę 27 grudnia. W moim „warsztacie” ostatnio trochę się dzieje, a i materiałów na kolejne wpisy trochę się zebrało. Wczoraj, a właściwie przedwczoraj, nie chciało mi się dopieszczać kolejnej sporej przeróbki następnego modelika i sięgnąłem jednak po Wołgę, pomny przygód jakie mnie przy jej poprawkach wcześniej spotykały.  Z dorobionych w okresie świątecznym lamp wydłubałem dorobione nowe odbłyśniki i pomalowałem bezbarwnym lakierem do paznokci, kiedy schły robiłem kolejną naprawę kolejnego modelika. Kiedy skończyłem, zamontowałem pomalowane odbłyśniki do modelika Wołgi. Tym razem nic złego się nie stało, nic się nie urwało, nic nie i uszkodziło, ani nie zginęło. Wołga wygląda ostatecznie tak, jak chciałem. Może w końcu tą ostatnią, drobną poprawką udało się przełamać „pechową, złą passę czarnej Wołgi”?     

243. Pruszków też jest OK – GAZ M20 Pobieda

Ojej, znów Pobieda? Modelik takiego i drugiego bardzo podobnego auta był już tutaj przecież opisywany. Cóż więc się stało, że znów się pojawia?

Odpowiedź jest prosta: WYPRZEDAŻ !

Od początku roku moja wiekowa już niestety mama choruje. Przez cały styczeń narzekała, że boli ją noga i nie może chodzić. W lutym nie było lepiej i dlatego też jestem zmuszony przynajmniej 2 razy w tygodniu ją odwiedzać. Toteż w związku z jej chorobą jestem częstym gościem nie tylko w Piastowie, ale i w sąsiednim Pruszkowie. Do Pruszkowa jeżdżę z mamą nie tylko do szpitala na opatrunki, ale także do aptek i sklepów medycznych.

Ale moja ostatnia „przygoda” ze sklepami zabawkarskimi w Pruszkowie zaczęła się jeszcze w grudniu. W listopadzie ubiegłego roku, chcąc „wzmocnić” nieco „budżet modelarski”, a przy okazji zrobić trochę miejsca na kolejne zakupy, zacząłem wystawiać na Allegro zalegające po kątach modeliki podwójne, czy już niepotrzebne. Na jednej z takich aukcji wystawiłem stary modelik Volkswagena T4. Już na drugi dzień otrzymałem zapytanie, czy mogę sprzedać model od ręki, bo nabywcy zależy na czasie. Zgodziłem się i zakończyłem aukcję. Nabywcą okazał się młody człowiek pracujący w Nadarzynie, był gotów odebrać autko osobiście i przyjechać po nie do mnie do pracy. (Modelik, miał być prezentem dla jego teścia, który jest w tym aucie zakochany). Modelik sprzedałem za 22 złote, więc uznałem, że najlepiej będzie jeśli spotkamy się gdzieś w połowie drogi. Zaproponowałem Pruszków. Doszedłem do wniosku, że w końcu ja też mogę nadłożyć w drodze do domu te 4 km, a przy okazji odwiedzę zdrową jeszcze wtedy mamę.

Na odbiór modelika, aby dojazd dla każdego z nas był wygodny, umówiliśmy się po 17-tej, przed kościołem. Kiedy jednak wjechałem do Pruszkowa, okazało się, że ulica, która prowadzi w kierunku kościoła jest zakorkowana. Po jakichś 5 minutach stania w korku, zrezygnowałem z dalszej jazdy i zostawiłem samochód przy parku. Doszedłem do wniosku, że ostanie 600 m, jakie dzieliło mnie od kościoła, szybciej przejdę na piechotę.

Ponieważ na początku grudnia było dość zimno, transakcję sfinalizowaliśmy dość szybko. A, że do 18-tej zostało jeszcze jakieś pół godziny, w drodze powrotnej do auta, postanowiłem skorzystać z okazji i zajrzeć do znanych mi sklepów z zabawkami, których między parkiem, a kościołem jest w Pruszkowie akurat kilka. W jednym z nich, w którym jakieś 10 lat temu trafiłem na modele rajdowych aut firmy Cararama, na ladzie zauważyłem kilka modeli z rosyjskiej serii „Avtolegendy CCCP”. Byłem tym trochę mile zaskoczony i zapytałem więc, czy to jest wszystko, co z tej serii w sklepie jest. Miła pani, która w sklepie pracuje, wyciągnęła z półki spore pudełko, w którym było jeszcze ok. 20 innych modelików.

Przejrzałem zawartość dokładnie, ale niczego interesującego mnie nie znalazłem. Moją większą nieco uwagę przyciągnęły GAZ 12 ZIM, UAZ 469 i dwukolorowy GAZ M20 Pobieda. Modeliki były oferowane po 15 złotych, a więc naprawdę tanio.

Zastanawiałem się nad zakupem ZIMa, który jest nieco lepiej wykonany niż opisywany tu jakiś czas temu modelik z polskiej serii „Legendarne samochody”. Jednak w „legendarnego” ZIMa włożyłem swego czasu trochę pracy, a  poza tym modelik rosyjski różni się od polskiego tylko trochę lepszym wykonaniem kilku detali – świateł przednich i wycieraczek, poza tym cała reszta to dokładnie to samo, kolor też. UAZ 469 (napotkany w sklepie) był w wersji jakieś nieznanej mi służby. Miał na dachu czerwonego „koguta”, na bokach czerwono-białe pasy i trzyliterowy napis. Poza tym był to jednak ten sam UAZ, którego 2 egzemplarze z serii  „Kultowe Auta PRL” kupiłem latem 2009 roku, po czym jeden 2 lata temu sprzedałem. Dwukolorowa Pobieda cóż, może i ciekawa, ale tę wersję mam w kolekcji od kilku dobrych lat, też zdobyłem ją okazyjne, pomyślałem więc: Po co mi trzecia wersja „tytułowego” modelika tego bloga – Warszawy.

Do sklepów z zabawkami w Pruszkowie zaglądałem też w styczniu, ale oprócz sklepu w którym były rosyjskie modele, w żadnym z innych ich nie trafiłem. Przy jakiejś okazji, chyba miesiąc temu, zajrzałem też do wskazanego mi przez sprzedawczynię z „zabawkarskiego”, sklepu modelrasko- wędkarskiego przy stacji PKP w Pruszkowie. Tam jednak tanich modelików też nie było. Jakieś 3 tygodnie temu, na wystawie wspomnianego sklepu z zabawkami zauważyłem Moskwicza 408 z serii rosyjskiej. Był to właściwie ten sam model, co mój opisywany tu „kultowy”. Pomalowany był na ciemny czerwony kolor, miał zato prawidłowej wielkości kółka, nieco mniejsze niż w modeliku z serii „Kultowe auta PRL”. Też zastanawiałem się, czy go nie kupić, ale w kolekcji mam już przecież 5 radzieckich jeszcze Moskwiczy z serii 408/412, a także 2 nasze modele „kultowe”. Poza tym, w moim Moskwiczu 408 też jakiś czas temu zamontowałem mniejsze kółka. Doszedłem do wniosku, że po co mi ósma wersja tego samego auta i z zakupu też zrezygnowałem.

Do wspomnianego tu sklepu zaglądałem jednak przez ostanie 3 miesiące co jakiś czas. Modeli w sklepie ubywało, a nic nowego się nie pojawiało.

Jak już wspomniałem, moja mama od początku roku „zaniemogła”. Przez pierwszy miesiąc narzekała i wszyscy włącznie z nią sądzili, że noga boli ją w stawie i z powodu spowodowanego podeszłym wiekiem gorszym krążeniem w kończynach. Mamę odwiedzała sąsiadka, robiła jej masaże i nacierała różnymi maściami opuchniętą kostkę. A, że poprawy żadnej nie było, pod koniec  stycznia, kiedy już mama bardzo narzekała, w piątek po pracy pojechałem z nią do szpitala kolejowego w Pruszkowie, w którym kilka lat temu leżała.  Mamę obejrzał chirurg, „ochrzanił” nas, (by nie użyć tu bardziej popularnego i dosadnego określenia), że przyjechaliśmy na dyżur do szpitala, a z czymś takim mama powinna pójść po prostu do przychodni, ale obejrzał nogę mamy i zrobił jej opatrunek. Ja w trakcie tej wizyty przekonałem się, że mama ma na 4 palcu prawej, bolącej nogi odcisk między palcami. Jednak ani mama, ani ja nie do końca byliśmy przekonani, że to właśnie ta niewielka ranka może być przyczyną cierpienia mamy.

Kilka dni później, na tydzień przyleciała z Francji moja siostra i zajmowała się mamą. Załatwiła wizytę domową, do mamy przyszła też pielęgniarka i pobrała jej krew. Wyniki były dobre, ale mamę noga wciąż bolała. Lekarka, która była u mamy dała jej też skierowanie do chirurga. W następnym tygodniu, po wyjeździe siostry, pojechałem z mamą do Pruszkowa, ale już do drugiego szpitala, na Wrzesinek. Tam skierowano nas do gabinetu zabiegowego, nogę obejrzał kolejny chirurg, a pielęgniarka opatrzyła palec. Rana, po odcisku, jak się w trakcie tej wizyty okazało była źle opatrywana, bo palce były sklejone maścią i do rany nie dochodziło powietrze. O tego czasu 2 razy w tygodniu nocuję u mamy i wożę ją rano do Pruszkowa na zmianę opatrunku. Jednak kiedy pod prawie 2 kolejnych tygodniach poprawy specjalnej nie było, w poprzedni czwartek pojechałem z mamą do dermatologa do Warszawy. Dermatolog zapisał mamie maść na odcisk i polecił kupić specjalne separatory palców, w kształcie kółek z otworem w środku, aby rozdzielić palce i aby do rany dochodziło powietrze.

W ubiegły weekend byłem w kilku aptekach, niestety separatorów nie udało mi się kupić. W aptekach powiedziano mi, że mogę je kupić tylko w sklepach medycznych, a w aptece w Piastowie dowiedziałem się, gdzie w Pruszkowie znajdują się takie sklepy. W poniedziałek 4 marca prosto z pracy znów pojechałem do Pruszkowa, ponieważ w weekend pytałem o separatory w kilku sporych aptekach, nie byłem pewien czy uda mi się je zdobyć. Postanowiłem więc odwiedzić w Pruszkowie obydwa sklepy medyczne. Najpierw pojechałem do sklepu przy ul. Drzymały. Zaparkowałem samochód i wszedłem. Sprzedawca od razu wiedział, o co chodzi i od razu kupiłem paczkę 6 kółeczek-separatorów. A Skoro zaparkowałem raptem 200 metrów od wspomnianego wcześniej sklepu z zabawkami, a do 18-tej pozostało jeszcze 20 minut, postanowiłem go po raz kolejny odwiedzić.

Na wystawie nie było już Moskwicza 408, ale leżała kremowa Pobieda. W sklepie na ladzie leżały 3 inne, jednak mało atrakcyjne modele, a że już w trakcie mojej poprzedniej wizyty, zorientowałem się, że modeli w sklepie ubyło, trochę zrezygnowany zapytałem czy oprócz tego co leżało na ladzie, jeszcze coś jest. Pani znów wyciągnęła z półki pudełko, a nim, jakby na mnie czekając, leżała oglądana w grudniu, dwukolorowa Pobieda:

243. GAZ 1

Pozostał modele w pudełku były już mocno „przebrane” i właściwie tylko Pobiedy były jako tako atrakcyjne. Poprosiłem, miłą panią, aby pokazał mi jeszcze tę drugą, kremową, z wystawy. Ta była  prawie identyczna jak modelik z polskiej „kultowej” serii. Różniła się o niego tylko atrapą. W rosyjskim modeliku była zamontowana imitacja nowszej, nie spotykanej w samochodach jeżdżących niegdyś po Polsce, atrapy. Jej wadą były też takie same jak w „kultowych” Pobiedzie i Warszawie M20, kółka, które w obydwu moich modelikach wymieniłem na inne.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Dwukolorowa Pobieda, choć jest w niej taka sama atrapa w jaką wyposażona została Pobieda z serii „Kultowe Auta PRL”, kółka ma inne. Pomyślałem więc, że warto ją kupić, bo kółka mogą pasować do kupionej na ubiegłorocznej czerwcowej Wołgi M21R, w której w trakcie prac upiększających, felga jednego z nich pękła mi na pół.

Po rozpakowaniu modelika w domu, okazało się, że kółka z Pobiedy będą nawet do Wołgi pasowały lepiej niż oryginalne, gdyż choć ich kształt jest taki sam, zostały inaczej pomalowane. W Pobiedzie chromowany dekiel jest większy, bo rant felgi, jest pomalowany tak, jak powinien być pomalowany w Wołdze. W oryginalnych kółkach Wołgi rant dekla został pomalowany białą farbą, przez co dekiel jest mniejszy i koła te lepiej będą pasowały do Pobiedy.

243. GAZ 3

Przeróbki jednak jeszcze nie wykonałem, bo połamane kółko od Wołgi trzeba najpierw skleić. Kółko jest wykonane z dość twardego plastiku, którego nie rozpuszcza zwykły klej modelarski. Toteż do naprawy będę musiał użyć starego epoksydowego kleju Distal, a że ma on już parę lat, na wykonanie naprawy będę potrzebował trochę czasu, którego z racji codziennych obowiązków wciąż mi brakuje. W środę rozebrałem jednak świeży nabytek i poprawiłem wady montażowe kilku drobnych detali (wycieraczek, tablicy tylnej, migaczy i tylnych lamp).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik kupiłem właściwie dla kółek. Podobał mi się szczerze mówiąc średnio. Jednak zarówno mojej mamie, jak i żonie przypadł do gustu. Ponieważ ostatnio mało przebywam w domu, aby przyjrzeć się lepiej Pobiedzie,  zabierałem ją też do pracy i pokazywałem kolegom. Wszyscy którzy ją oglądali, zwracali uwagę na ładne zestawienie kolorów i modelik im się też podobał.  Teraz ja też, im dłużej na niego patrzę, coraz bardziej się do niego przekonuję. 

pozdrawiam

 

 

228. Po dłuższej przerwie – GIEŁDA, giełda, giełda !

Chyba się starzeję, albo i trochę straciłem „serce” do tego bloga, ale jak już kiedyś tutaj pisałem, momentami miewałem wrażenie, że „czas mnie wyprzedza”. Ostatnio stan taki przydarza mi się coraz częściej i niestety muszę z przykrością przyznać, że ostatnio po prostu „jakoś nie nadążam”.

Prawie miesiąc temu, w poniedziałek 12 maja tuż przed wyjściem z pracy, po załatwieniu wszystkich pilnych spraw (a poniedziałek zawsze jest dość ciężkim dniem), zajrzałem na bloga i udało mi się uchwycić taki oto moment:

 

SONY DSC

Co prawda ze sporym opóźnieniem, ale za to szczerze

 

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY ODWIEDZAJĄC MÓJ BLOG, PRZYCZYNILI SIĘ DO OSIĄGNIĘCIA TEGO CORAZ BLIŻSZEGO 1 MILONA ODSŁON WYNIKU.

 

W ostatni okresie, znów byłem dość często zajęty i trochę zagoniony. O powodach pisałem tu nieraz, nie będę się więc znów powtarzał. Nie oznacza to jednak, że nie znajdowałem czasu dla mojego hobby, co to to nie. Nie miałem po prostu czasu opisywać nowych zdobyczy na blogu.

Kilka wieczorów spędziłem też w moim „warsztacie” i zrobiłem kilka nie zajmujących zbyt wiele czasu przeróbek i poprawek modeli. Tuż przed opublikowaniem poprzedniego wpisu wylicytowałem na Allegro modelik Mercedesa 540 K, po którego pojechałem specjalnie do Milanówka. Wycieczka po pracy była bardzo miła bo  w końcu co jak co, ale „Milanówek piękny jest i basta” i po raz kolejny miałem okazję się o tym przekonać.

Tydzień później w „kultowym” kiosku nabyłem modelik Volvo 343, który ukazał się w serii „Kultowe Auta PRL-u”. Pod koniec maja wylicytowałem też inny modelik z tej samej serii: Ford Taunus TC3. Jest już poprawiony i właściwie nadaje się do prezentacji na blogu, ale teraz z kolei głowę mam zajętą inną sprawą.

Otóż 4 czerwca to dla mnie data szczególna i to nie z uwagi na szeroko fetowaną w mediach rocznicę ostatecznego zakończenia czasów PRL-u, ale to także, a właściwie przede wszystkim kolejne urodziny mojej córki. W tym roku szczególne, bo osiemnaste. Prezent już dostała, uroczystość rodzinna (choć skromna) odbyła się w ubiegłą niedzielę. Teraz kolej na spotkanie dla znajomych oraz koleżanki i kolegów ze szkoły. Sprawa wałkuje się od jakiegoś czasu i próbowałem przekonać córkę, że „osiemnastkę” najlepiej urządzić w jakim klubie czy pubie, których akurat w Warszawie nie brakuje, ale cóż „dziecko” jak to dziecko czasem się uprze i za nic na świecie nie daje się przekonać. Postanowiło urządzić prywatkę. Podchody pod urządzenie takiej imprezy w domku z ogródkiem u babci, niestety spaliły na panewce i klamka zapadła. Trzeba na tę okoliczność przygotować mieszkanie. Ponieważ przyjdzie co najmniej kilkanaście osób postanowiłem przedmioty szczególnie „wrażliwe” na uszkodzenia jakoś zabezpieczyć. Wykonana ponad 2 lata temu „nowa” gablotka wisi w wnęce tuż przy drzwiach do „dużego pokoju” i postanowiłem ją zdemontować.

Przez ostatnie dwa lata gablotka zdążyła się nie tylko zapełnić, ale trochę już pękać w szwach. Wczoraj pomimo, że była piękna pogoda nie poszedłem na rower, ale do piwnicy wyrzucić stamtąd trochę niepotrzebnych i zapomnianych rzeczy, aby w razie potrzeby można było coś tam wynieść. Wieczorem zabrałem się za pakowanie modeli z gablotki. Zeszło się z tym chyba do 2 w nocy, a i tak połowa jeszcze została.

Dziś rano wstałem i porzuciłem przygotowania do „osiemnastki”, w końcu jest niedziela. Wybrałem się za to na giełdę. Spędziłem tam chyba 2 godziny, ale za to nabyłem 2 modeliki, po które właściwie jeździłem na kilka ostatnich giełd. Obydwa pochodzą z rosyjskiej serii „Avolegendy CCCP”:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Lada 2106 oraz

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Wołga M-21R

Modeliki jak modeliki, cóż nie miałem ochoty już czekać, aż może kiedyś, ukażą się w naszej serii „Kultowe Auta PRL-u” (np w numerze 160 lub 167), a już jakiś czas temu postanowiłem je po prostu kupić. Rosjanin, który mi je sprzedał nie zawsze na giełdzie bywa i nie zawsze je ma. Cena nie odbiegała za bardzo od ceny „kioskowej” za to kiedy poprosiłem o gazetki sprzedający wygrzebał mi je z wielkiego pudła. Gazetki te pokazywałem już kilka razy na tym blogu i od tych z polskiej serii są po prostu o niebo lepsze.  W przeciwieństwie  do polskich, nie ma w nich ani grama polityki. W całości poświęcone autu, które prezentują. 

Ale cóż. Jak w naszych gazetkach nie ma być polityki, skoro ostatnio jest ona w naszych mediach wszędzie. Obok stolika z komputerem, na którym teraz to pisze, stoi włączony telewizor, a w nim leci program TVP1, a nim relacja z festiwalu w Opolu. Oglądam ją prawym okiem i oczom nie wierzę. Między piosenkami na ekranie pokazują się plansze, a lektor czyta, co to jest: Totalitaryzm, cenzura, reglamentacja, wolność itd., itd.

Jednym słowem można to określić tak:

Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu w służbie propagandy sukcesu III RP !

BOŻE ! 

Czegoś takiego najlepsi spece od propagandy w PRL, nie byli w stanie wymyślić ! 

pozdrawiam

215. Imprezowe dzieci i Gaz 69A – warsztatowe przygody – poprawki

Dzieci, dzieci, dzieeeci. Cóż, ale gdyby nie one i przygody z nimi, tego wpisu wcale nie byłoby

Moja córka w czerwcu skończy 18 lat. To ponoć odpowiedni wiek, aby niemal, co tydzień imprezować. Próbowaliśmy z żoną wytłumaczyć jej, że  na imprezowanie ma jeszcze czas, ale ona bardzo to lubi i nie wyobraża sobie weekendu spędzonego wyłącznie w domu. Imprezowanie odbywa się zazwyczaj w soboty i dla mnie z reguły kończy się nocnym „kursem” po odbiór „dziecka” z imprezy. Pół biedy, jeśli trzeba pojechać na Starówkę, albo pod „palmę”. Ostatnio zaliczałem też dalsze kursy i miałem okazję dość dobrze poznać nocą okolice  Warszawy, takie jak: Babice, Rembertów i Zielonkę, Marki i daleką Białołękę, kilka razy Łomianki, a nawet jakiś czas temu Podkowę Leśną.

W ubiegły piątek, pomimo, że byłem na urlopie, z powodu kiepskiej pogody też kilka godzin spędziłem za kółkiem.  Rano musiałem zawieźć żonę do szpitala, która o ósmej rano poszła tam na  badania. Ze szpitala odwiozłem córkę do szkoły, bo ta wiozła tam dwa „niemieckie” ciasta upieczone przez żonę na szkolne Mikołajki. Kiedy córka wysiadła nie wróciłem do domu, tylko podjechałem do Centrum Handlowego Arkadia, bo zbliżała się 10-ta i chciałem obejrzeć tam drukarki, bo chyba będę musiał taki sprzęt dla córki zakupić. Kiedy zaliczyłem kilka sklepów, zadzwoniłem do córki, bo ta do szkoły tylko wpadła przygotować Mikołajki, a później jako była „gwiazda” byłego serialu dla dzieci miała jakieś charytatywne spotkanie z dziećmi (znacznie młodszymi niż ona) w bibliotece na Bródnie. A, że pogoda była kiepska córka podjechała kilka przystanków do Arkadii i stamtąd zawiozłem ją do biblioteki. Do domu dotarłem o 12-tej. Usmażyłem sobie jajecznicę chwilkę odpocząłem i pojechałem po córkę do biblioteki (bo to w końcu raptem 3 km). W drodze powrotnej okazało się, że żona właśnie wychodzi ze szpitala, a że jej kurtka i buty zostały w samochodzie, pojechaliśmy prosto po nią i do domu wróciliśmy około 15-tej.

Około 17-tej córka (po dłuższych przygotowaniach) wyszła z domu i pojechała najpierw na wernisaż, a stamtąd prosto na imprezę (były to chyba 18 urodziny jakiejś koleżanki). Miałem ją odebrać około 1 w nocy na ulicy Zeusa (tym razem na środkowym Bemowie). Cholera, w Warszawie mieszkam od ponad 30 lat, ale nie dość, że nigdy o takiej ulicy nie słyszałem, to co gorsza miałem kłopot z zapamiętaniem jej nazwy: Z e u s a !

Nie pamiętam już co robiłem wieczorem, ale w porę przypomniałem sobie, dokąd mam pojechać. Około 12-tej wyszedłem z psem i równiutko o 1 ruszyłem spod domu w kierunku Bemowa. Tylko, co ruszyłem, spojrzałem na dzienny licznik kilometrów. Jakoś dużo, w środę dopiero tankowałem samochód, a tu już przejechane 138 km. Postanowiłem więc pojechać na Bemowo najkrótszą trasą, a i tak w jedną stronę wyszło kolejne 22 kilometry. Po drodze nie podziwiałem krajobrazu Warszawy nocą, tylko liczyłem kilometry, które zrobiłem rano i w południe: 10 do szpitala + 1,5 do Arkadii (po jednorazowe talerzyki) + 3 do szkoły + 2 do Arkadii + 9 na Bródno + itd. Kiedy w końcu doliczyłem się ok. 50 km przejechanych rano, właśnie musiałem skręcić w Powstańców Śląskich i po chwili byłem już na Zeusa.

Kiedy wjechałem w pustą o tej porze uliczkę (była 1.30) zauważyłem idących w moim kierunku dwójkę młodych ludzi. Dziewczynę rozpoznałem i zatrzymałem się. Była to koleżanka córki z klasy równoległej Anda. Zapytałem o Agę, czy jeszcze jest na imprezie i pomyślałem sobie, że fajnie spotkać tak na ulicy znajome „dzieci”, bo przynajmniej wiadomo, że człowiek w dobre miejsce trafił. (A nie jak latem w Łomiankach, musiał prosić napotkanego przypadkiem na drodze taksówkarza o pomoc).

Zadzwoniłem do Agi, ta wyszła po jakichś 10 minutach, powiedziałem jej, że spotkałem Andę i że może ją od razu podrzucimy do metra. Aga odparła, że Anda zostaje na imprezie i tylko wyszła się przejść, albo do sklepu (ciekawe, po co?). Kiedy ruszyłem z powrotem w kierunku domu, coś mnie tknęło i przez jakiś kilometr (jadąc powoli) rozglądałem się czy nie widać gdzieś w pobliżu napotkanych przed chwilą „dzieci” , które wyskoczyły na chwilkę z imprezy.

Do domu dotarliśmy o drugiej. Do trzeciej coś czytałem w Internecie, po czym wyłączyłem komputer i już miałem się położyć, kiedy mój wzrok padł na stojącą teraz w koncie witrynę. Wyciągnąłem z niej kilka modelików, obejrzałem, później kilka następnych  i tak minęło kolejne pół godziny. W końcu już w piżamie poszedłem do ubikacji. W ubikacji do moich uszu dotarł jakiś dziwny dźwięk. W pierwszej chwili myślałem, że z powodu silnego wiatru jaki akurat tej nocy wiał, komuś na parkingu włączył się alarm, ale kiedy wyszedłem z ubikacji zorientowałem się, że ów dźwięk dochodził z pokoju córki.

(Sorry muszę na chwilkę przerwać moją opowieść, bo właśnie na Allegro kończy się aukcja: Citroen BX, może tym razem się uda………….. Nie jest źle, do końca jeszcze 50 minut więc będę kontynuował):

Wchodzę, na biurku leży Iphon i brzęczy. Nie bardzo umiem się tym „cudem techniki” posługiwać, ale odbieram. Dzwoni Anda, poznaję: „Proszę Pana czy mogę mówić z Agnieszką ?” Próbuję obudzić śpiącą już dość mocno córkę, ale bez rezultatu. Przykładam jej telefon do ucha, ale ta jest nieprzytomna, w końcu biorę telefon i pytam: Co się stało? Odpowiedź jest trochę zdumiewająca: „Bo wie Pan, ja wiem, że to trochę po chamsku, ale tu musimy już wyjść i nie można przenocować, czy mogę przyjechać do Agi, mogę ?” Zgadzam się, cóż robić.

Po chwili orientuję się, że jest 3.45 nad ranem. Z Bemowa jest 22 kilometry. Myślę, jak ona dojedzie, w nocy, w taką pogodę? Nie uśmiecha mi się kolejny „kurs” na Zeusa. Próbuję odczytać nr telefonu, z którego Anda dzwoniła i nawet mi się to udaje, ale nie jestem w stanie go zapamiętać. W mojej komórce znajduję numer telefonu Andy, ale ten nie odpowiada. Próbuję ponownie odczytać numer z Iphona, ale ten już się zablokował.  Znów budzę córkę, ta w malignie otwiera na chwilkę oczy i podaje krótkie „treściwe” hasło, którego w przeciwieństwie do ulicy Zeusa nie sposób nie zapamiętać od razu.

Próbuję zadzwonić do dziewczyny, ale i drugi numer też nie odpowiada. Daję za wygraną i trochę zaniepokojony kładę się spać. Rano budzę się dobrze po 9-tej. W domu cisza. Wstaję i od razu biegnę do pokoju córki. Na łóżku leży tylko jedna osoba. Myślę, że Anda jednak nie przyjechała. Podchodzę bliżej, nachylam się i patrzę, Aga śpi. „Dziecko” przykryte kołdrą, wygląda na moją córkę, ale ma jakieś ciemne włosy i po tym rozpoznaję, że to nie Aga. Wchodzę do kuchni. W kuchni córka jak „gradowa chmura”. Pyta: Wiesz, o której przyjechała? O 5.20. Ucinam dyskusję krótkim stwierdzeniem, że tak, ja się zgodziłem.

Chwilę później Anda też wstaje. Snuje się po mieszkaniu, pytam czemu wstała, odpowiada, że musi wracać, bo ma wizytę u lekarza. Aga robi jej  jakąś kanapkę, proponujemy kawę. Zaspana Anda je kanapkę i właśnie dowiaduję się, że jest umówiona na 11-tą u ortopedy na Ursynowie. Patrzę na zegarek, jest 10.20. Gdzie Targówek, a gdzie Ursynów ? Nie, na Ursynów nie pojadę. Pytam ją, jak sobie wyobraża zdążyć? Mógłbym podrzucić ją do metra, Anda pyta: Do Ratusza, mógłby Pan? Odpowiadam, że do Ratusza nie pojadę, ale mogę ją podrzucić na Dworzec Gdański, to w końcu tylko jeden przystanek metra dalej.

Wychodzimy z  domu, wsiadamy do samochodu, Anda wysiada na Dworcu Gdańskim, do metra ma kilka kroków. Ja zawracam od razu w stronę Pragi. Po drodze wstępuję do sklepu modelarskiego i kupuję nowy klej do plastiku. Już w piątek myślałem jak przed weekendem przy okazji tam podjechać. Teraz taka okazja właśnie się nadarzyła.

(Aukcja na Allegro przed chwilą się zakończyła. No, w końcu się udało, choć było 7 chętnych. Nawet nie trzeba było specjalnie podbijać zaplanowanej wcześniej kwoty. Jutro trzeba jeszcze ustalić koszty przesyłki. Modelik ma, co prawda urwane lusterko, ale się je dorobi i nowy klej znów się przyda)

Jeszcze w lipcu tuż przed pracowitym w tym roku 2-tygodniowym urlopem spędziłem kilka owocnych wieczorów w moim „warstacie” i jakby „jednym ciągiem” naprawiłem kilka rozgrzebanych modeli. Na pierwszy ogień poszedł GAZ 69A. Tak jak pisałem na blogu, miałem zamiar pociąć plandekę i zmienić nieco jej kształt i plandekę pociąłem. Nieco inaczej niż pierwotnie planowałem, zmieniłem jej kształt i przeróbka była prawie gotowa (modelik wymagał dopieszczenia, ale z uwagi na zasięg planowanego drugiego etapu remontu kuchni odstawiłem go na półkę).

Kolega, z którym często konsultuję zakupy zdecydował, iż modelika nie kupi, bo „buda” czyli plandeka jest „spaprana”, ma niewłaściwy kształt i mi też serdecznie zakup „kultowego” GAZa odradzał. Modelik wtedy jednak kupiłem i opisałem na blogu, a że kilka miesięcy wcześniej, w sklepie modelarskim kupiłem za 2,50 nożyk-piłkę pasujący do uchwytu typowego nożyka modelarskiego, miałem więc czym ewentualnie „ spapraną budę” poprawić . Miałem nawet pomysł jak ją ciąć:

187. GAZ 2

Jednak na realizację pomysłu trzeba było kilka miesięcy poczekać, tak aby w mojej głowie pojawiła się chęć i wena (co niestety nie zawsze idzie w parze) a nastąpiło to dopiero w wakacje (prawie rok od zakupu modelika).

Kiedy przystąpiłem do przeróbki okazało się, iż pierwotny, pokazany tu plan udało się zrealizować tylko do pewnego momentu. Później przeróbkę trzeba było wykonać nieco inaczej i przeciąć dach po raz drugi w miejscu gdzie tego wcześniej nie planowałem.

Celem przeróbki było obniżenie tylnej części dachu o jakieś1,5mm przy jednoczesnym pochyleniu ściany tylnej plandeki bardziej do przodu, na tyle, na ile będzie to możliwe. 

Nad przeróbką myślałem kilka miesięcy. Doszedłem do wniosku, że nie ma co robić na oko, (jak to zwykle u mnie bywało), ale przed pocięciem budy, trzeba zrobić dokładny, przylegający do powierzchni modelika szablon. Szablon zrobiłem z tekturki i przylegał do maski, szyby przedniej i do wszystkich trzech powierzchni dachu. Był wykonany tak, aby przylegał do powierzchni odkręconej od podwozia „budy”, kiedy ta stoi na stole. Nie mogę go tu pokazać, bo chyba w trakcie remontu kuchni zaginął. Miał służyć i w pewnym sensie służył do przymierzania i dopasowywania poszczególnych elementów dachu, po pocięciu go na części. Kiedy już pociąłem dach, przerobiłem nieco jego boki, tak aby pochylić bardziej ścianę tylną. Dach przeciąłem najpierw po skosie (tak jak na pokazanym powyżej obrazku). Następnie zastanowiłem się i doszedłem do wniosku, że nie będę jednak go ciął wzdłuż linii poziomej (między górną częścią a bokami), ale odetnę samą przednią część dachu i całość jakoś dopasuję i dopiłuję. Dalej przeróbkę zrobiłem właśnie tak. Nie do końca byłem zadowolony, jednak nie miałem czasu jej dokończyć i dopieścić. Po pocięciu i sklejeniu na dachu powstały cieniutkie szczeliny, które powinno się dla lepszego efektu zamalować, nie mam jednak odpowiedniej farby, a na mieszanie tego, co mam i ewentualne zaprawki nie miałem ani czasu, ani cierpliwości, odstawiłem więc modelik na półkę.

Kilka dni temu a chyba nawet wczoraj, wyciągałem nie z gablotki, ale z witryny modeliki i je oglądałem. W moje łapki trafił też przerobiony już GAZ i przy próbie zakładania czy oglądania plandeki odłamała się przyklejona wtedy (chyba nieco prowizorycznie) przednia część dachu. W piątek wieczorem nie miałem ochoty ślęczeć przed komputerem i musiałem sobie trochę podłubać (dorobiłem przedni zderzak do kupionego na bazarze RAFa) i przy okazji skleiłem też budę GAZa. Jednak okazało się, że używany ostatnio, a kupiony chyba na wiosnę klej do plastiku zgęstniał i nie klei już najlepiej. I właśnie w sobotę, niespodziewanie nadarzyła się okazja wypadu do sklepu modelarskiego, w którym kupiłem nowy klej. Odłamałem przednią część dachu po raz kolejny, troszkę wszystko dopiłowałem i skleiłem już (mam nadzieję) ostatecznie.

Modelik po przeróbce wygląda teraz tak:

Gdyby ktoś chciał porównać z tym jak wyglądał przed przeróbką zapraszam TUTAJ.

Ubocznym efektem przeróbki jest możliwość ściągnięcia plandeki, co w wykonaniu fabrycznym nie było możliwe.

W trakcie przeróbki najbardziej kłopotliwe okazało się dopasowanie boków plandeki do burt nadwozia i konieczność precyzyjnego wycięcia nowych szczelin pod pozycjonowanie dachu na nadwoziu, Tylna część plandeki pozostała bez zmian, przednią część boków „opuściłem” o ok. 2 mm w dół, dzięki czemu o tyle udało się przesunąć krawędź łącząca tylną ścianę plandeki z górną powierzchnią dachu do przodu, a więc bardziej pochylić ścianę tylną:

Modelik po przeróbce moim zdaniem wygląda lepiej. Buda, nie jest może dopieszczona, ale w tylnej części jest niższa o jakieś 1,5 mm, przez co proporcje modelika się poprawiły. A że nie wszystko jest równiutko i tu i ówdzie widać małe szczelinki (po cięciu i klejeniu), cóż można było by to jeszcze poprawiać długo, ale modelik to w końcu nie Rolls Royce cabrio tylko zwyczajny sowiecki „gazik”  i w nim plandeka idealna być nie musi.

Ponadto, pamiętać trzeba, iż modelik jest znacznie mniejszy niż na pokazanych tu zdjęciach i de facto wygląda mniej więcej tak:

pozdrawiam

200. Giełdowe zdobycze – GAZ 13, ZIS 101A i ZIS 110

200. Giełda 1

Dlatego tym razem postanowiłem, tak jak obiecałem przed tygodniem, pokazać kilka modeli zdobytych na opisywanej ostatnio giełdzie. Postaram się jednak nikogo nie zanudzać długimi (jak zazwyczaj) opisami, ale pokażę to, co czytelników tego bloga zawsze interesuje najbardziej i co mojemu blogowi przysparza największej popularności – zdjęcia.

Pierwszy prezentowany dziś modelik kupiłem rok temu. Kiedy ukazał się w serii „Kultowe Auta PRL” odpuściłem go sobie. W kolekcji mam od wielu, wielu lat oryginalny modelik radziecki, a ten z „kultowej” serii specjalnie mnie jakoś nie zainteresował. Jednak pod koniec ubiegłorocznej marcowej giełdy kolega Tracker (znany mi też z Allegro jak i forum) zaproponował mi modelik po wyjątkowo atrakcyjnej cenie (15 zł) więc bez wahania go kupiłem.  Pomyślałem, a niech tam, będzie ładnie pasował do swojego poprzednika GAZa 12 ZIM z serii „Legendarne Samochody”.

Oryginalny radziecki modelik samochodu GAZ 13 Czajka, który mam od lat, to modelik wyjątkowo dla kolekcji zasłużony. Pierwszy taki modelik kupiłem chyba jeszcze w roku 1986. Kiedy jednak w trakcie mojego pobytu w Niemczech zorientowałem się, że tam modelik jest poszukiwany, w trakcie pobytów w Polsce kupowałem na stadionie Skry modeliki Czajki, które później sprzedawałem, lub wymieniałem na giełdach lub sklepach modelarskich na inne ciekawe zachodnie modele. Przez kolekcję przewinęło się chyba z 10 takich modelików. Dlatego zasłużonego radzieckiego modelika nie chciałem zastępować nowszą gazetową wersją z serii „Kultowe Auta PRL”.

Kupiona okazyjnie od Trackera Czajka, nie pochodzi jednak z serii Kultowe Auta PRL, ale z rosyjskiej serii „Avtolegendy ZSRR”. Tracker uzbroił go w bardzo fajny dodatek: maleńką i ładnie wykonaną kopię polskich tablic rejestracyjnych do pojazdów zabytkowych.

Kolejny model też kupiłem, w niemal identycznych okolicznościach co Czajkę. Też pod koniec giełdy, tylko następnej, czerwcowej. Kiedy miałem zamiar już z giełdy wyjść i zacząłem się żegnać z kolegami, właśnie na pożegnanie Tracker zaoferował mi za całe 10 zł „modelik po przejściach”:

ZIS 101A podobnie jak Czajka nie tylko nie miał opakowania, ale był też niekompletny. Brakowało w nim znaczka na masce, wycieraczek i tylnej tablicy rejestracyjnej, a kiedy chwyciło się go za górną część karoserii, ta zostawała w ręku.

Przez ponad pół roku modelik stał w witrynie, a ja czasem zastanawiałem się po co go właściwie kupiłem. Nie bardzo miałem pomysł jak go naprawić. Chyba we wrześniu poprawiłem w nim lampy, odcinając je od cokołów i przesuwając nieco do tyłu, później znów odstawiłem na półkę. Dopiero w lutym, w trakcie mojego pobytu w domu spowodowanego przeziębieniem zamontowałem w nim wycieraczki z kupionego na targowisku na Namysłowskiej wraka taksówki, a że nie musiałem się spieszyć powoli, pod lupą dorobiłem znaczek na masce (z opisywanej tu pokrywki po lodach z Zielonej Budki). Tylnej tablicy rejestracyjnej już nie chciało mi się dorabiać.

I na koniec zdobycz z ostatniej giełdy.

Wybrałem się na nią właściwie towarzysko. Pogadać, pooglądać. Jedyny model jaki miałem zamiar ewentualnie na giełdzie kupić to własnie ostatnia zdobycz – ZIS 110.

Na poprzedniej grudniowej giełdzie modelika po prostu nie trafiłem. Tym razem miałem więcej szczęścia. Modelik dostrzegłem już na pierwszym napotkanym stoisku.

Po zwyczajowym „obchodzie” podszedłem do tego stoiska, jeszcze raz obejrzałem modelik, po czym wyjąłem z portfela 50 zł, podałem je sprzedającemu i czekałem aż wyda mi resztę. Rosjanin, od którego kupiłem modelik wcale się z tym jednak nie spieszył. Ku mojemu zaskoczeniu zamiast podać mi 20 zł na które czekałem, z pod stolika wyciągnął grubą stertę gazetek i rozmawiając bez pospiechu z kolejnym klientem, powoli przekładał gazetki jedną po drugiej. Kiedy przełożył już prawie całą stertę, byłem trochę zdezorientowany co on właściwie robi. Jednak on wiedział co robi. Na samym spodzie sterty, jako jedną z ostatnich znalazł gazetkę o ZISie, podał mi ją i dopiero po tym wydał mi resztę.

Modelik jak modelik, od dawna wszystkim kolekcjonerom dobrze znany, za to prawdziwym smaczkiem jest gazetka. Aby móc ją porównać do naszych „kultowych” gazetek postanowiłem pokazać tu tylko kilka jej stron:

Kiedy w grudniu modelik tego auta ukazał się w serii „Kultowe Auta PRL” postanowiłem go nie kupować. Biały kolor „kultowego” ZISa po prostu mi nie pasował. Potężne, radzieckie, reprezentacyjne limuzyny najlepiej prezentują się w kolorze czarnym. Poz tym, kupione wcześniej inne modele takich aut też są w kolorze czarnym i biały „kultowy” ZIS wyglądałby przy nich po prostu głupio. A tak, seria służbowych aut wyższych komisarzy KPZR, czy naszych pierwszych sekretarzy PZPR wygląda nie tylko bardzo autentycznie, ale wręcz imponująco:

pozdrawiam