Tag: Chevrolet

272. Warsztatowe przygody – Citroen, Mercedes i inne

DRODZY CZYTELNICY ! 

Dokładnie przed miesiącem, dziewiątego września, minęło okrągłe 10 lat od założenia tego bloga. Nie bije on już rekordów popularności, bo i też nie zawsze mam czas się nim zajmować. 10 lat to kawał czasu, ale i liczba miliona dwustu tysięcy odsłon, jaką udało się w tym czasie osiągnąć, też jest imponującą.

Właśnie przed chwilą udało mi się ją zarejestrować!

1200000 - odsłon

Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 10 LAT  ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Lato nie sprzyja „modelarskim poczynaniom”. Dzień jest długi, przeważnie jest ciepło i zamiast ślęczeć w kuchni nad kolejnymi przeróbkami, czy przed komputerem, lepiej pojechać na wycieczkę lub wskoczyć na rower. Co innego w czasie pozostałych pór roku. Dzień jest krótki, a pogoda często nie zachęca nawet do spaceru z psem. Dlatego właśnie wtedy jest czas na „dłubanie” przy modelikach, czy pisanie bloga. Tak jest u mnie od lat, co zresztą na blogu widać to bardzo dobrze. W marcu tego roku pod wpisem o giełdzie dostałem taki oto komentarz:

Skontaktowałem się z Panem Andrzejem, dogadaliśmy się i pod koniec kwietnia otrzymałem paczkę, z kilkunastoma modelami z serii „Kultowe Auta PRL”. Zapłaciłem „symboliczną” kwotę za 2 modeliki, które włączyłem do kolekcji. Pozostałe jako „złom modelarski” przyjąłem „pod swój dach”. Niektóre z nich są naprawdę fajne, jednak przeważnie w każdym czegoś brakuje. A to lusterka, a to lampy , a to wycieraczki.

Kilka jest praktycznie kompletnych i większość nadaje się do naprawy. Klika posłuży jednak jako „dawcy” części. Całość (wraz z przesyłką) kosztowała mnie tyle, ile w kiosku kosztował 1 „kultowy” modelik. Mogę więc tę „blogową” w końcu transakcję, uznać za wyjątkowo udaną.  Pan Andrzej przesłał mi nie tylko modeliki, ale i torebkę, w której było kilka kompletów kółek wraz z ośkami.

Wśród nich znalazła się rzecz wyjątkowo cenna: Oryginalne kółka do „malucha” polskiej produkcji, jaki ponad 30 lat temu wypuściła Spółdzielnia Pracy Estetyka. W jednej z moich szuflad, z różnego rodzaju „złomem”, leżał właśnie taki zapomniany maluch, z którego kółka i tylny zderzak,  wiele, wiele lat temu, trafiły do niebieskiego, metalowego modelika Polistil . Teraz będzie można tenzabytkowy modelik niejako „odbudować”, zwłaszcza, że kilka lat temu kolega podarował mi do niego oryginalne pudełko.

Jakieś 2 tygodnie temu wyciągnąłem z szuflady malucha oraz podarowane przez Pana Andrzeja kółka i zamontowałem je do niego.  

Trzy z nich były OK. Jedno zostało pomalowane srebrną farbą, którą udało mi się zmyć spirytusem, jednak jego odcień dość mocno odbiegał od pozostałych. Rozrobiłem więc blado kremową farbę i je pomalowałem.

Wśród podarowanych mi przez Pana Andrzeja modeli, był Wartburg 353 Tourist. W modeliku brakowało kilku drobnych elementów, a za to zamiast oryginalnych, miał zamontowane kółka od modelika Citroena 2CV.  Postanowiłem je wykorzystać. Zamontowałem je do do mojego starego modelika Citroena 2 CV.

62. citroen

Kupiony latem 1986 roku, w Kolonii, Citroen 2CV firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 21) jest bardzo ładny, ale właściwie został wykonany bardziej jako zabawka. Miał kółka jakie w tamtym czasie firma Solido montowała również w innych swoich modelach. Takie sama kółka ma Ford Escort i Renault Fuego. Jednak Citroen, którego pokazywałem tu dobrych kilka lat temu nie wyglądał na nich najlepiej. 

Z zamiarem wymiany w nim kółek nosiłem się już od dawna. Nie miałem jednak ani odpowiedniego „materiału” ani potrzebnego na tego rodzaju przeróbkę czasu. Kiedy zabrałem się za malucha, postanowiłem, za jednym zamachem poprawić też Citroena:   

Modelik został „podrasowany” jeszcze w Niemczech (zaraz po zakupie w 1986 roku). W tamtym czasie na ulicach niemieckich miast auta takie stały niemal na każdym rogu, a samochód (w trochę tylko zmienionej wersji) wciąż sprzedawany był w salonach. 

Obserwując auta na ulicach, w modeliku pomalowałem atrapę, zderzaki i lampy tylne.  

Modelik, chociaż bardzo stary (na spodzie ma datę 07-80) jest naprawdę ładny. Nie ma co prawda wielu drobnych elementów, w które wyposażone są współczesna modele (nawet te z serii gazetowych), ma za to bardzo ładną bryłę. Kilka dni temu szukając jego zdjęć w Internacie, na jednym z zagranicznych forów, trafiłem na zdjęcia dwóch takich samych modelików. Jeden z nich to było pokazane tu Solido, a drugi identyczny model, był modelem nieistniejącej od dawna, a naprawdę poważanej wśród kolekcjonerów firmy Dinky France. Zapewne starszy i wypuszczony na rynek jeszcze przed 1980 rokiem. W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego stare Solido mimo upływu lat wciąż świetnie wygląda.

Łatwa na pozór przeróbka , w trakcie realizacji wcale nie okazała się aż tak prosta.  

„Zdobyczne” kółka pochodziły zapewne z jakiegoś modelika z popularnych dziś serii gazetowych. Z zewnątrz wyglądały dobrze i były pomalowane szarą farbą. Jednak osadzone zostały na typowych (również dla naszych „kultowych”) dość grubych ośkach o średnicy 1,8 mm. Podwozie modelika Solido zostało wykonane tak, że ośki są w nim mocowane na zaczepy, zaś ich średnica to 1,2 mm. Nie chciałem go przerabiać. Musiałem zatem wykonać nowe ośki.  W moich szpargałach znalazłem drut o grubości 1,2 mm i odciąłem z niego 2 ośki.

Następnie z kupionej kilka lat temu w sklepie modelarskim mosiężnej rurki o średnicy 2 mm x 1 mm odciąłem 4 tulejki o długości ok. 4 mm. Rurki „rozwierciłem” wiertłem 1,2 mm i nabiłem na końce osiek młotkiem. Teraz, pozostawało już tylko osadzenie na nich kółek, jednak tu „zaczęły się schody”. W trakcie ściągania kółek ze starych osiek „zlazły” z nich oponki, a wraz z nimi lakier z krawędzi felg. Cóż, dość precyzyjnie wykonane detale współczesnych modeli naprawdę ładnie wyglądają, jednak do solidnych nie należą i nie raz miałem możliwość się o tym przekonać.

Na domiar złego w trakcie rozwiercania otworów po starych ośkach do średnicy 2 mm (jaką mają dorobione w nowych osiach tulejki), jedno z kółek przewierciłem na wylot i trzeba je było naprawić. Po tym wszystkim nie pozostało nic innego, jak pomalować kółka na nowo.

Najpierw trzeba było nieco zmyć starą farbę, a później rozrobić nową. Miałem zamiar pomalować felgi na kolor jaki mają zderzaki i atrapa. Jednak okazało się, że nie mam farby w takim kolorze. Wyciągnąłem więc kupioną kiedyś (do pomalowania innego modelika Citroena 2CV – firmy Heller) szarą farbę, rozjaśniłem ją nieco białą i pomalowałem kółka.  Zderzaki były malowane 30 lat temu, a wtedy nie miałem takiej palety farb, jaką mam dziś. Zapewne do pomalowania modelika rozrabiałem dwa podstawowe kolory: biały i czarny. 

Teraz okazało się, że wymieszana z białą szara farba dała inny niż na zderzakach, lekko niebieskawy odcień.  Cóż, bywa. Przeróbka (wraz z malowaniem) ciągnęła się chyba ze dwa tygodnie i nie miałem już ochoty zmywać kółek po raz drugi i rozrabiać farbę jeszcze raz. Poza tym malowanie byłoby możliwe tylko w weekend, bo w drugiej połowie września, kiedy wracałem do domu po pracy, w kuchni było już zbyt ciemno.    

Już jakiś czas temu opisałem tu obszerniej kilka przeróbek i napraw wykonanych pod koniec ubiegłego i na początku tego roku: Wołga, Volvo i Żuk. Nie były to jednak wszystkie prace „warsztatowe” jakimi się w tym okresie zajmowałem. Miałem tu zamiar pokazać jeszcze 3 takie naprawy, ale wpis byłby zbyt długi. Pokażę zatem tylko efekty dwóch, którymi się wówczas zajmowałem:

Mała rzecz, a cieszy

W styczniu, a może pod koniec grudnia, w trakcie cytowanych tu przeróbek, wyciągnąłem z gablotki wciąż stojącego w niej Ursusa 330.  Model był prezentowany na blogu, jednak jedna rzecz bardzo mi się w nim nie podobała: Ciemne zupełnie niewidoczne lampy przednie. To zdjęcie zostało wykonane 14 stycznia, razem ze zdjęciami pokazującymi proces dorabiania plandeki do Żuka A11B:

W trakcie „warsztatowego szaleństwa”, niejako przy okazji innych przeróbek, poprawiłem też Ursusa. Nie rozbierając go, a napuszczając spirytus w przednie lampy, udało mi się wyciągnąć z nich (bez uszkodzeń) przezroczyste ich klosze. Następnie pomalowałem wnęki w lampach srebrną farbą i klosze (wykonane w kształcie maleńkich grzybków) wcisnąłem z powrotem w lampy. Operacja była dość trudna i ryzykowna, jednak efekt jest widoczny na pierwszy rzut oka. (Proszę porównać to zdjęcie ze zdjęciem ze starszego opisu modelika)  

Czy warto waloryzować stare modele? Myślę, że jednak TAK. Zanim do mojego „warsztatu”, w połowie września trafił opisany tu powyżej Citroen 2CV, na przełomie roku trafił do niego jego rówieśnik, który też ma 30 lat, a wykonała go ta sama firma. Kupiony w grudniu 1986 roku w sklepie z zabawkami przy ul. Brzeskiej Mercedes-Benz 190E firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 33) prze długi czas mnie zadowalał. Nie pamiętam, czy wyciągnąłem go z pudła, w którym „leżakuje” również Citroen jeszcze w grudniu, czy później, ale od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem poprawienia go, albo zstąpienia innym, lepszym modelem. Jednak za każdym razem, kiedy go oglądałem nie bardzo miałem pomysł co, a zwłaszcza jak w nim poprawić.  

Ponieważ przeróbki, jakie robiłem na przełomie roku były dość trudne (zwłaszcza Wołga i Żuk), przy okazji postanowiłem zabrać się też za Mercedesa, którego do tej pory zawsze odkładałem:  

Najpierw poprawiłem to, czego zawsze najbardziej się obawiałem. W oryginale, w modeliku atrapa była zbyt gruba i za bardzo wystawała z nadwozia. Modelik (tak samo zresztą jak Citroen) jest „zamykany” atrapą. Po wysunięciu jej z nadwozia, podwozie można wyjąć i rozebrać cały modelik.  

Wyciągnąłem więc atrapę i trochę nożykiem modelarskim, a trochę pilnikami spiłowałem ją od strony wewnętrznej tak, aby nie uszkodzić zewnętrznej chromowanej powierzchni. Następnie przerobiłem „zamek” w podwoziu tak, aby atrapa po ciśnięciu była ustawiona pod właściwym kątem, zaś jej górna krawędź pokrywała się z powierzchnią maski. W tak poprawionej atrapie zamontowałem też jedną z kupionych klika lat temu na giełdzie foto-trawionych „gwiazd” Mercedesa. 

Modele Mercedesa-Benz 190E były produkowane przez Solido w kilku wersjach. Starsze bywały na kołach, jakie pierwotnie miał Citroen. Miały też normalny zwykły zderzak przedni. Późniejsze (zwłaszcza z serii Solido Hi Fi) miały przedni zderzak ze spojlerem, oraz spojler na klapie tylnej. Mi w 1986 roku trafiła się dość dziwna „przejściówka”, ze spojlerem z przodu i bez spojlera z tyłu, na dwuczęściowych kółkach imitujących „alufelgi”. Cóż, w tamtym czasie cieszyłem się bardzo, że modelik udało mi się zdobyć.

Od razu po zakupie pomalowałem w nim przedni spojler na kolor nadwozia, a wnętrza felg na srebrno, „wąskie listwy” (znawcy wiedzą o co chodzi) cieniutkim paskiem na czarno, pomalowałem też migacze i lampy tylne. Jednak pomimo tych wszystkich zabiegów, modelik nie do końca dobrze wyglądał.

Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że przedni spojler, a właściwie zderzak, jest w stosunku do nadwozia za szeroki i postanowiłem go nieco zwęzić, przerabiając jego boczne powierzchnie.  

W modeliku zmyłem też srebrną farbę jaką były pomalowane powierzchnie pod szybkami reflektorów i nakleiłem na nie wycięte z błyszczącej srebrnej folii imitacje odbłyśników. Powinienem jeszcze pomalować maleńkie paski między nimi szarą farbą, jednak na razie tego nie zrobiłem.

Po poprawkach przodu zabrałem się za tył:  

Lampy tylne zostały pomalowane w modeliku bardzo dawno temu i postanowiłem je tylko „dopieścić”. Nożykiem modelarskim, a właściwie opisywanym tu kilkakrotnie nożykiem „piłką” , poprawiłem rowki między lampami a karoserią. Wyciąłem też maleńki rowek oddzielający klapę bagażnika od listwy oświetlenia tablicy rejestracyjnej. W rowki między lampami a karoserią napuściłem czarnej farby, pomalowałem też listwę nad tablicą.

Z tyłu też postanowiłem poprawić podwozie. W miejscach, gdzie plastikowa, widoczna z zewnątrz, płytka podwozia przylega do tylnych błotników, były szczeliny. Na szczęście plastik, z którego wykonano podwozie dał się kleić zwykłym klejem modelarskim, nakleiłem więc na płytkę podwozia cieniutkie czarne paseczki z innego plastiku. Całość po dopasowaniu i wyschnięciu dopiłowałem. Na koniec pas pod tylnym zderzakiem też pomalowałem na czerwono. Tak wykończony tył miały co prawda nowsze Mercedesy „na szerokich” listwach, ale cóż, nie miałem innego pomysłu, jak poprawić tył modelika, aby dobrze komponował się z wyposażonym w spojler przodem.                   

Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)

Za to teraz garść informacji niejako „z ostatniej chwili”: 

Kiedy kilka lat temu pokazywałem na tym blogu cały proces dorabiania atrapy do modelika Chevrolet Camaro. Kiedy skończyłem przeróbkę, nie miałem zdrowia jej „dopieścić”. Kilka dni temu wieczorem wyciągnąłem z gablotki modelik i postanowiłem dorobić „kratkę” na atrapie. Pamiętałem, że zaraz po wykonaniu przeróbki wydrukowałem sobie taką kratkę na naklejce adresowej. Odnalazłem ją szczęśliwie w teczce, w której trzymam wydruki tablic rejestracyjnych i inne tego rodzaju rzeczy. Była dość głęboko, bo zrobiłem ją kilka dobrych lat temu, ale na wydruku było kilka takich kratek. Późnym wieczorem wyciąłem jedną i nakleiłem na dorobioną atrapę. Do operacji zużyłem kilka naklejek, bo nie wszystko od razu poszło dobrze. Z ostatniej próby jestem zadowolony:

131. Chevrolet 16

Teraz modelik tak samo, jak inne pokazane powyżej, można już schować do oryginalnego pudełka

pozdrawiam

262. POŻEGNANIE – Maurice White ( Earth Wind & Fire ) i Chevrolet Bel Air

Bywają chwile, kiedy jakaś wiadomość na moment zatrzymuje pędzący jak oszalały zegar naszej zabieganej codzienności. Tak stało się w piatek, 5 lutego.

Po pracy (jak zwykle od roku) pojechałem odwiedzić moją wiekową już bardzo mamę. Przygotowałem kolację, zaparzyłem herbatę, a mama poprosiła, abym włączył „Świat się kręci”, więc włączyłem. Najpierw jeden wywiad, później drugi, a przed trzecią częścią programu nagle na ekranie pojawili się starzy dobrzy znajomi z czasów studenckich i 3 fragmenty nagrań (w oryginale): September, Let’s Groove i Boogie Wonderland.

Nie załapałem o co chodzi, bo tuż przedtem, na chwilkę wyszedłem do kuchni, a zaraz po tym w studio rozpoczęła się rozmowa na temat futbolu amerykańskiego.

Kiedy wracałem od mamy, w samochodzie miałem włączone radio. (Jak zwykle od dłuższego już czasu Chili Zet). Byłem gdzieś w połowie drogi do domu, kiedy między kolejnymi piosenkami prezenter przekazał smutną, aczkolwiek bardzo istotną dla mnie informację:

Dziś, 5 lutego w Los Angeles w wieku 74 lat zmarł Maurice White, wspaniały twórca, założyciel i lider legendarnej grupy Earth Wind & Fire.    

Po tej informacji z głośników znów popłynęła muzyka, ale tym razem chyba najbardziej znana i popularna piosenka zespołu:

To od niej grubo ponad 30 lat temu zaczęła się moja bardzo długa przygoda z muzyką grupy Earth Wind & Fire. Podkręciłem radio, w aucie zrobiło się całkiem głośno, a wraz z muzyką na chwilę wróciły wspomnienia z dość już dawnych, ale dla mnie całkiem dobrych czasów.

Był rok 1979, po kilku przygodach, na trzecim roku studiów próbowałem podrywać koleżankę z Piastowa, Gośkę. Koleżanka mieszkała z matką po drugiej stronie miasta. Miała też starszą siostrę i dość często do nich zaglądałem. W tamtych czasach po prostu do znajomych się wpadało. Kiedyś siedzieliśmy w kilka osób i do dziewczyn wpadł też ich kuzyn. Coś się zgadało o muzyce i kuzyn oświadczył, że dostał od kogoś singla Earth Wind & Fire, ale słuchać się tego nijak nie da. Byłem zdumiony, zaskoczony i zdziwiony, ale nie odezwałem się.

Kiedy chyba rok wcześniej, po raz pierwszy usłyszałem Fantasy, byłem przekonany, że to kolejny przebój mojej ulubionej wówczas grupy Bee Gees. Szybko jednak się okazało, że to zupełnie inny zespół śpiewa. W owym czasie byłem stałym bywalcem klubów studenckich Stodoła i Remont, gdzie regularnie w każdą sobotę jeździłem na dyskoteki. Słuchałem też często „Trójki” i w dość krótkim czasie przestałem być gorącym fanem Bee Gees, a stałem się wielkim fanem muzyki grupy Earth Wind & Fire.

W trakcie studiów miałem paczkę kolegów na warszawskim Żoliborzu i często tam bywałem. W 1980 roku wybrałem się z moją pierwszą narzeczoną (która notabene moją pierwszą żoną nie została) na perski jarmark, który odbywał się wtedy na polu nad Wisłą, obok klubu sportowego Spójnia. (Notabene ten sam, na którym kilka lat później kupiłem modelik, który zapoczątkował prezentoaną tu kolekcję). Na jarmarku tym kupiłem moją pierwszą płytę, mojej ulubionej grupy (oczywiście winylową):

262. EWF 1

To właśnie emblemat z tej płyty jest od samego początku „muzyczną” wizytówką tego bloga. Kiedy tu lub na jakichś innych blogach pojawia się napisany prze ze mnie i podpisany „artemis” komentarz, zawsze obok pojawia się też mały znaczek ze złotym orłem.

262. EWF 2

Dlatego nie wypadało mi po prostu nie napisać kilku słów na pożegnanie człowieka, który na współczesną muzykę popularną wpływ miał ogromny, choć zwłaszcza w Polsce niewiele osób o tym wie.

W ubiegły piątek, zaraz po powrocie do domu od razu „odpaliłem” bloga, a z niego wszedłem na oficjalną stronę zespołu.

Strona nie działa, jest na niej tylko taki oto obrazek.

262. EWF 3

W 2001 roku pojechałem na coroczną „wigilią” imprezę firmową, która odbywała się w hotelu Sharaton. Zanim jednak tam doszedłem wstąpiłem do Smyka, gdzie odkryłem całą stertę niedrogich i ciekawych modelików (kupiłem wtedy żółte Ferrari 365 GTS Daytona). Na imprezie bawiłem się znakomicie, bo po kolacji i przemówieniach grał dla nas naprawdę dobry zespół, a jedną ze świetnie wykonanych piosenek był właśnie stary szlagier EWF September.

W przerwie, w kuluarach zaczepiłem jednego z członków zespołu i pogratulowałem wykonania. Muzyk powiedział, że ukończył wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Muzyk był zaskoczony, że  zwyczajny inżynier „samochodowy”, pracujący dla renomowanego koncernu chodził przez 7 lat do szkoły muzycznej i z głowy cytuje skład całkiem już zapomnianego zespołu .

To właśnie wtedy (od muzyka grającego na firmowej „wigilii”) dowiedziałem się, że Maurice White choruje na chorobę parkinsona.

Niejako „ku pamięci” chciałbym przypomnieć tu krótką wiązankę przebojów grupy i pokazać fragment filmu z koncertu jednego z niekwestionowanych gigantów muzyki rozrywkowej. David Foster, bo o nim mowa, współpracował z wieloma gwiazdami takimi jak choćby: Michael Jackson,  Whitney Houston,  Céline Dion,  Madonna, Andrea Bocelli, Mariah Carey czy Michael Bublé. W trakcie jednego z cykli koncertów, na których wraz nim, jego piosenki wykonywały gwiazdy światowego formatu, David Foster składa publiczny hołd bohaterowi tego wpisu.

Film naprawdę warto obejrzeć (do końca), aby przekonać się, co oznacza słowo „SZACUNEK”

Goodbye Maurice

Spoczywaj w spokoju

Twoja muzyka na zawsze pozostanie w naszych sercach

———————————————————————————————————————————–

P.S.  10 lutego

Cóż, do takiego wpisu najlepiej pasowałby jakiś modelik pogrzebowego karawanu np. Cadillaca. Niestety czegoś takiego w mojej kolekcji nie mam. Zaprezentuję więc dzisiejszy nabytek Chevroleta Bel Air z serii „Kultowe Wozy Policyjne”, jaka wychodzi już na naszym rynku już od roku. Do tej pory nie kupiłem z niej żadnego modelika. Fakt, przymierzałem się do kilku, ale z uwagi na konieczność trzymania „wydatków w ryzach”, oraz „polowania” na kolejne modele z serii „Kultowe Auta PRL”, żadnego do tej pory nie kupiłem. 

Modelik Chevroleta Bel Air zobaczyłem już jakiś czas temu najpierw w internecie, a chyba we wrześniu już ‚na żywo” w trakcie „modelikowego” spotkania z kolegą. Modelik spodobał mi się. Nawet go licytowałem na Allegro. kiedy jakiś czas temu pojawił się w zapowiedziach „policyjnej” serii postanowiłem go kupić.  

Dziś po pracy, nie pojechałem prosto do mamy, ale „zahaczyłem” o Tesco w Piastowie gdzie w kiosku Inmedio miałem zamiar go nabyć. Na miejscu okazało się jednak, że wszystkie egzemplarze jakie rano trafiły do kiosku już się sprzedały. Modelik „dopadłem” dopiero po drodze od mamy do domu w Empiku w Skoroszach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ponieważ do domu dotarłem dość późno, zdążyłem tylko okleić folią aluminiową i wypolerować dekle kół. Zresztą na razie nie planuję robienia innych poprawek. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik postanowiłem też zdobyć dość szybko, aby „uzupełnić” niejako ten smutny wpis. W końcu czarny, typowo amerykański radiowóz z 1973 roku dobrze pasuje do wpisu i jest odbiciem czasów, kiedy na dobre „rozkręcała” się światowa kariera zespołu Earth Wind & Fire.

pozdrawiam

P.S.  14 lutego

Z okazji „walentynek” kupiliśmy do domu ……..drukarkę. Choć głównym użytkownikiem będzie moja córka, na pewno przyda się też do waloryzacji modelików. Wczoraj odwiedziliśmy kilka sklepów, później porównywałem w Internecie parametry różnych sprzętów i szukałem oczywiście „okazji”. W końcu pojechaliśmy do Marek, ale w sklepie znalezionym w internecie była tylko zakurzona drukarka z wystawy i w końcu w drodze powrotnej kupiliśmy drukarkę w Media Markt.

Wczoraj wieczorem po powrocie z CH Arkadia usiadłem przy stole w kuchni i w moim „warsztacie” zrobiłem kilka poprawek Bel Air’a.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na początek podniosłem trochę, ok 0,5 mm zawieszenie do góry.  Nie chciało mi się jednak ściągać kółek z osiek i przerabiać ich mocowanie w podwoziu. (jak w Wartburgu). Nie chciało mi się też dorabiać podkładek pod śrubki mocujące (jak w opisywanej ostatnio Wołdze czy Renault 10. Wpadłem na inny pomysł. Zauważyłem, że we wkładce imitującej wnętrze kabiny od spodu (od strony płytki podwozia) pod siedzeniami przedniki i tylnymi są prostokątne, głębokie na 1,5 mm wnęki. Wyciąłem z tacki po kotletach schabowych małe kostki ze styropianu i wcisnąłem je w te wnęki.

Następnie włożyłem wkładkę do nadwozia i przykręciłem podwozie do „pudła”. Rozwiązanie okazało się nie tylko skuteczne i znacznie mniej pracochłonne w wykonaniu od poprzednich, ale ma też dodatkową zaletę. Wysokość ustawienia nadwozia względem podwozia daje się, co prawda w niewielkim zakresie, ale jednak regulować (wkręcając lub wykręcając nieco śrubki mocujące podwozie do nadwozia)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po tej niezbyt pracochłonnej poprawce, zrobiłem też dwie inne. Wymontowałem przedni zderzak, rozpiłowałem nieco otwory pod mocujące go bolce i opuściłem zderzak w dół o około 0,3 mm, tak, aby w widoku z przodu nie zasłaniał dolnej krawędzi atrapy. 

Potem pomalowałem jeszcze pisakiem olejowym dla plastyków obwódki wokół obciągniętych wcześnie folią aluminiową i wypolerowanych dekli kół.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Teraz w modeliku zostały jeszcze do wykonania drobne poprawki malarskie.

pozdrawiam 

131. WARSZTAT – Chevrolet Camaro

 Koncert !

Przypadkowo, w piątek oglądałem fragment programu „Śpiewaj i walcz”. Jedna z uczestniczek śpiewała piosenkę „Brzydcy”. W programie była także pani Grażyna Łobaszewska – jedna z nieco już zapomnianych najlepszych polskich wokalistek. Wczoraj pogrzebałem trochę w Internecie i posłuchałem jej piosenek. Nie tylko tych starych, które zawsze bardzo lubiłem: Czas nas uczy pogody , Za szybą , Brzydcy , Może za jakiś czas, czy Lubię smutek pustych plaż, ale i mniej mi znanych. W tych nowszych i nieznanych mi piosenkach Grażyny Łobaszewskiej dobrej „klubowej” muzyce towarzyszą ciekawe, mądre i bardzo prawdziwe teksty. Teksty o nas samych: Ołów, Z potrzeby duszy i serca , o tym co życiu naprawdę ważne: Wszystko co złe omija mnie, czy o współczesnej Polsce: Piosenka o ludziach z duszą.

Za 20 zł „kultowego” modelika się nie kupi, a tyle właśnie kosztuje wstęp na recital Grażyny Łobaszewskiej, który odbędzie się w sobotę, 15 maja o godz. 20-tej w Miejskim Ośrodku Kultury w Piasecznie.  Jadę !

—————————————————————————

Młodszym miłośnikom motoryzacji marka Chevrolet kojarzy się zapewne z samochodami sprzedawanymi w salonach Opla, a wytwarzanymi w Korei, przez firmę GM DAT (dawniej Daewoo). Jednak dla mnie, ta stara i zasłużona (zwłaszcza za oceanem) marka największego do niedawna  koncernu motoryzacyjnego świata – General Motors, zawsze będzie synonimem tego co w motoryzacji USA najciekawsze. W mojej kolekcji mam kilkanaście modeli najbardziej znanych amerykańskich klasyków tej marki. Jednym z nich jest niewątpliwie Chevrolet Camaro z 1967 roku.

Modelik tego auta nabyłem w hipermarkecie, w czasach kiedy nie było jeszcze Allegro, ja nie miałem w domu Internetu, a gdy cokolwiek ciekawego w skali 1:43 się niedrogo trafiło, to się po prostu kupowało. W połowie listopada 2001 roku robiłem zwykłe cotygodniowe zakupy i jak zwykle przy takich okazjach zajrzałem do stoiska z zabawkami. Ku mojemu zaskoczeniu trafiłem tam na mało znane mi wówczas modele firmy Yatming. Z półki wybrałem modelik białego Camaro ’67 i wrzuciłem do koszyka. 

131. Chevrolet 1

Kiedy w koszyku miałem już wszystkie rzeczy, jakie zazwyczaj kupuję: jogurty, napoje, mięso, wędliny, sery, warzywa, owoce, środki czystości itd., wyciągnąłem modelik z pudełeczka i dokładnie go sobie obejrzałem. 

131. Chevrolet 2

Modelik nie przypadł mi do gustu, więc przy kasie go odłożyłem.

131. Chevrolet 3

Tydzień póżniej, w trakcie kolejnych zakupów, na tej samej półce trafiłem modelik w kolorze czerwonym. Chociaż jego kolor nie bardzo pasował do mojej kolekcji Chevroletów, uznałem, że prezentuje się zdecydowanie lepiej niż biały i ten drugi modelik kupiłem. (Prezentowany na zdjęciach powyżej biały Camaro, to modelik kolegi). Kiedy modelik przywiozłem do domu od razu przystąpiłem do jego poprawek. Podpiłowałem nieco górną krawędź przedniej szyby, a wokół okien pomalowałem ramki srebrną farbą. I tak modelik przeleżał w pudle prawie 8 lat zanim latem ubiegłego roku go wydobyłem i zacząłem porządnie waloryzować.

Przez te lata, cały czas myślałem jak poprawić Camaro, aby jak najlepiej przypominał prawdziwy samochód. Niedługo po jego zakupie dość szybko zorientowałem się, że Chevrolet Camaro ’67 to auto naprawdę „kultowe”. W Internecie było całe mnóstwo informacji na temat tego samochodu: opisy, dobre zdjęcia, a nawet rysunki różnych wersji atrap jakie w modelu tym występowały, a było ich kilka.  

Mniej więcej rok temu naszła mnie „wena” na poprawki Chevroleta. Najpierw poprawiłem boczne okna. Spiłowałem zupełnie niepotrzebne grube górne ramki pod dachem i na słupkach.

131. Chevrolet 4

Później spiłowałem pas między atrapą a zderzakiem oraz przednie krawędzie błotników, tak aby były przynajmniej pionowe, a nie pochylone dołem ku przodowi (jak było pierwotnie), zupełnie odwrotnie niż w prawdziwym samochodzie. Poprawiłem też światła tylne.

131. Chevrolet 5

Lampy nieco spiłowałem. Pogłębienia, w których były osadzone, przewierciłem na wylot, a następnie opiłowałem ich krawędzie. Wsunąłem lampy głębiej w nadwozie, zaś krawędzie dookoła lamp oskrobałem z lakieru, a następnie pomalowałem srebrną farbą. Pomalowałem też opiłowaną przednią część nadwozia. Zderzak przedni przesunąłem lekko do tyłu i w tak poprawione „pudło” wsadziłem obróconą „do góry nogami” starą atrapę:

131. Chevrolet 6

Wyglądało to już wszystko lepiej i z dalszymi przeróbkami miałem zamiar nawet dać sobie spokój. Jednak kilka tygodni później, znudzony nieco drobnymi poprawkami modeli „Kultowych Aut PRL”, pewnego wieczoru usiadłem i niejako „na próbę” dorobiłem z jakiegoś patyczka po lodach, czy też lizaku, dwie tulejki o średnicy zewnętrznej 4,8 mm i wewnętrznej 4mm, imitujące oprawy reflektorów. Pomyślałem sobie, spróbuję, a nuż coś z tego wyjdzie.  

131. Chevrolet 7

Ku pewnemu mojemu zaskoczeniu, próba się udała. Tulejki okazały się dość sprężyste i mimo cieniutkich ścianek nie popękały w trakcie wciskania ich otwór po atrapie. Wyjmowałem je i wkładałem wielokrotnie, dopiłowywałem i nic się nie stało. Ten moment, okazał się przełomowy w całej przeróbce. Wiedziałem już, co mam robić dalej. Zbliżały się wakacje i modelik znów powędrował na półkę „remontową” mojej witryny na kolejnych kilka tygodni.

 

Po powrocie z bardzo udanych wakacji, w ściance na której leżała atrapa, przewierciłem na wylot otwory o średnicy 3,5 mm, a następnie dorobiłem z przezroczystego tworzywa krótkie bolce, imitujące wkłady reflektorów.

131. Chevrolet 8

Ta operacja, jak się później okazało, nie była najszczęśliwszy rozwiązaniem. Wykonałem ją nieco za wcześnie.

Zadowolony z postępu prac, przystąpiłem do budowy atrapy. Miedzy wymodelowanymi już reflektorami zamocowałem wykonaną z dwóch warstw płaskiego tworzywa o grubości 0,6 mm (z denka pokrywki do pudełka od lodów z „Zielonej budki”) płytkę bazową: 

131. Chevrolet 9

Oglądając jednak zdjęcia samochodu w Internecie, doszedłem do wniosku, że chociaż dorobione reflektory są odpowiednio duże i umieszczone w prawidłowym miejscu, to w samochodzie ich krawędź nie przylega bezpośrednio do błotnika. Zaszła wiec potrzeba przesunięcia ich nieco do środka i wykonania maleńkich wkładek między błotnikiem, a tulejkami opraw.

131. Chevrolet 10

Ta operacja, okazała się wyjątkowo „upierdliwa”. Wymagała wykonania nie tylko wkładek, ale i zwężenia gotowej już płytki bazowej i rozpiłowania otworów, w których osadzone były odbłyśniki. Komplikowała też bardzo całą „konstrukcję”. Wkładki robiłem kilka razy, wpychając miedzy oprawę reflektora, a błotnik nasączony klejem modelarskim (do plastiku) styropian i czekając aż wyschnie. Wkładki po każdej próbie demontażu nie układały się dobrze, gubiły się i sprawiały sporo kłopotu. Odbłyśniki, które wcześniej siedziały prosto i pewnie, w rozpiłowanych owalnych już teraz otworach mocujących zaczęły się kolebać. W trakcie formowania wkładek, tulejki opraw na skutek dociskania ich do wkładek metalowym wiertłem, porozciągały się nieco (zostały jakby trochę rozwalcowane) i po wciśnięciu w nadwozie nie były już idealnie okrągłe, a zrobiły się lekko „jajowate”. Pomogło dopiero wykonanie w narożach atrapy maleńkich otworków, które ustabilizowały wkładki i zmiana konstrukcji płytki bazowej, tak że spodnia warstwa dolega do odbłyśnika, zaś wierzchnia do tulejek. Kiedy problem wkładek udało się opanować, przystąpiłem do wykonania środkowej części atrapy.

131. Chevrolet 11

Dla mniej wtajemniczonych: ten patyczek to zwyjkła wykałaczka.

131. Chevrolet 12

Kiedy zacząłem to robić była już jesień. Te zdjęcia zrobiłem 18 października ubiegłego roku. W trakcie dorabiania tej części atrapy, jej elementy wykonałem z tego samego tworzywa, co płytkę bazową. Najpierw zrobiłem rynienkę imitującą atrapę, a następnie dwa maleńkie pierścienie imitujące obramowanie migaczy. W Camaro ’67 były one okrągłe, ale już w modelu z 1968 roku zastąpiono je migaczami prostokątnymi. Ponieważ na tablicach rejestracyjnych modelika są maleńkie naklejki z napisem „1967 Chevrolet Camaro”, postanowiłem wykonać atrapę z migaczami okrągłymi.    

Pierścienie, widoczne na zdjęciu powyżej, wkleiłem w rynienkę właściwej już atrapy. Korzystając z doświadczeń, jakie zdobyłem przy dorabianiu kilka lat wcześniej atrapy w modeliku Alfa Romeo Alfetta, migacze postanowiłem wykonać w podobny sposób. Z przezroczystego tworzywa wykonałem bolce o średnicy 2,2 mm. Imitują one odbłyśniki migaczy. Po dopasowaniu rynienki do opraw reflektorów wywierciłem otworki w rynience atrapy (z pierścieniami) i płytce bazowej. Bolce dopasowałem do otworków w atrapie, a następnie wkleiłem je w płytkę bazową. Dopiłowałem je tak, aby nie wystawały z atrapy, a następnie na bolce imitujące odbłyśniki migaczy nasadziłem atrapę, która się na nich trzyma.

131. Chevrolet 13

O ile dobrze pamiętam, to zdjęcie zrobiłem gdzieś na początku listopada. Modelik był prawie gotowy. Pozostało już tylko ostatnie rozebranie atrapy i pomalowanie jej elementów. Przeróbka trwała już prawie pół roku, byłem o krok do jej zakończenia, ale i miałem jej też dość. Elementy pomalowałem dopiero pod koniec grudnia, na szybko, aby pokazać modelik corocznym podsumowaniu roku. Jednak jak pech to pech. W trakcie ostatecznego montażu, już po pomalowaniu, prawa tulejka, która przeżyła niezliczone wkładania i wyciągania, dopasowywania różnych elementów, upadki na podłogę i inne przygody, pękła. Na szczęście modelik udało się złożyć, zaś defekt nie jest aż tak bardzo widoczny. Powinienem tulejki, od których zacząłem całą operację pt. „atrapa Camaro”  dorobić jeszcze raz. Jednak po pierwsze nie bardzo już pamiętam z czego je „na szybkoi na próbę” zrobiłem, a po drugie nie bardzo mam już na to ochotę. Modelik ostatecznie wygląda tak:

131. Chevrolet 14

Na koniec, ktoś mógłby zadać pytanie, po co to wszystko ? Czy nie lepiej zamiast przerabiać nie najlepszy stary i tani modelik, kupić nowy ? I na pewno miałby sporo racji, gdyby na rynku można było dobry gotowy modelik kupić. Jednak takiego modelika „kultowego” w końcu auta, jak zresztą i wielu innych aut „made in USA” na razie nie ma. A przerobiony prze ze mnie czerwony Yatming chyba trochę lepiej przypomina samochód niż gotowy pokazany na samym początku modelik biały. Oceńcie to zresztą sami. Oto jak wyglądał prawdziwy Camaro’ 67 (tu w wersji SS): 

131. Chevrolet 15

pozdrawiam

 

P.S.  1 października 2016

Kiedy kilka lat temu skończyłem przeróbkę, nie miałem zdrowia jej dopieścić. Wczoraj wieczorem wyciągnąłem z gablotki modelik i postanowiłem dorobić „kratkę” na atrapie. Pamiętałem, że zaraz po wykonaniu przeróbki wydrukowałem sobie taką kratkę na naklejce adresowej w pracy. Odnalazłem ją szczęśliwie w teczce, w której trzymam wydruki tablic rejestracyjnych i inne tego rodzaju rzeczy. Była dość głęboko, bo zrobiłem ją kilka dobrych lat temu, ale na wydruku było kilka takich kratek. Późnym wieczorem wyciąłem jedną i nakleiłem na dorobioną atrapę. Do operacji zużyłem kilka naklejek, bo nie wszystko od razu poszło dobrze. Z ostatniej próby jestem zadowolony:

131. Chevrolet 16

Teraz modelik można już schować do oryginalnego pudełka.  

63. CHEVROLET CORVETTE Sting Ray – Zaryzykowałem

W październiku zepsuł mi się komputer i co prawda wyemitowałem dwa posty (napisane w pracy), ale nie miałem możliwości opisania jednego z październikowych zakupów i dlatego robię to teraz.

Modele kultowych aut amerykańskich są żelazną pozycją do zdobycia niemal dla każdego kolekcjonera. Wśród nich szczególną pozycję zamują modele samochodów Chevrolet Corvette. Corvette gdy się ukazał (w połowie lat pięćdziesiątych) był sensacją już od samego początku. Zaś modele Sting Ray z 1963 roku i późniejszy Stnigray z roku 1968 należą do najbardziej kultowych sportowych aut rodem z USA. W każdej książce poświeconej samochodom kasycznym, zabytkowym, sportowym, czy też tzw. jungtimerom, zawsze są szczegółowo opisane.

Wydawać by się mogło, że zdobycie modelika jakiejkolwiek Corvetty nie powinno stanowić żadnego problemu. Jednak, jak zresztą w przypadku innych samochodów amerykańskich, tak nie jest. Modelik pierwszej Corvetty (z 1984 r) kupiłem w roku 1991. Modelik trzeciej (słynnego Stingrey’a z 1968) mogłem kupic w roku 1993. Jednak ciemnoniebieski modelik nie bardzo mi się podobał i dopiero pod koniec 1996 roku kupiłem modelik czerwony, który z kolei w roku 2000  sprzedałem i kupiłem modelik ciemnoniebieski. Modelik czwartej Corvetty (z 1957 r – jednej z najładniejszych) zdobyłem po pewnych zabiegach na Allegro w 2004 roku.

Modelik mojej drugiej Corvetty (Sting Ray’a ’63) kupiłem w 1996 roku w sklepie z zabawkami. Modelik ten nie jest jednak zabawką, ale bardzo precyzyjnym modelem firmy Monogram do samodzielnego montażu. Ten dość skomplikowany model kupiłem tuż przed narodzinami mojej córki, nie znalazłem więc czasu, aby go od razu pomalować i skleić. Pomimo upływu 12 lat, zostało tak zresztą do dziś.

63. corvetta 1

Przez te wszystkie lata kilka razy zabierałem się do montażu modelika jednak prace nad nim przerywałem. Myślałem również, czy nie dokupić modelika Corvetty w wersji coupe (modelik do sklejania to odkryty roadster) i załatać starą już dziurę w kolekcji. Niczego ciekawego jednak nie trafiłem. Naprawdę dobry model Corvetty ’63 Coupe (firmy IXO) ukazał się dopiero w tym roku, ale kosztuje 100zł. Poza tym doszedłem do wniosku, że jeśli go kupię to mojego, naprawdę ciekawego modelika do sklejania nie zmontuję już nigdy.

Kiedy w połowie października, po raz kolejny na Allegro pokazał się modelik amerykańskiej firmy Road Champs postanowiłem zaryzykować. Nie wiedziałem nic o tym modelu, trudno było również znaleźć dobre fotki w necie. Doszedłem jednak do wniosku, że jako model zastępczy i w pewnym sensie tymczasowy, taki model zupełnie mi wystarczy. Aukcję wygrałem. Modelik kosztował całe 20 zł i odebrałem go od sprzedającego osobiście (po drodze do pracy).

63. corvetta 2

63. corvetta 3

63. corvetta 4

Rewelacji się nie spodziewałem i po raz kolejny potwirdziło się moje przekonanie, iż w przeciwieństwie do modeli aut europejskich, dobry model auta amerykańskiego jest bardzo trudno kupić (zwłaszcza za niewielkie pieniądze).

Modelik robi bardzo dobre wrażenie, ma jednak sporo błedów, chociaż na pierwszy rzut oka widocznych mało. Górna przeszklona część nadwizia jest wykonana mniej więcej prawidłowo. Za to  biegnąca wokół dolnej cześci  nadwozia najbardziej charakterystyczna linia Corvetty, linia załamania dwóch powierzchni, jakby przecinajaca w poziomie samochód na pół, jest wykonana dość niechlujnie. Z przodu na narożach opada, na otwieranych drzwiczkach uskakuje, z tyłu znów opada, a na tylnych narożach ginie. Bryłę modelika dałoby się poprawić, jednak wymaga to piłowania i ponownego malowania dolnej części nadwozia (poniżej linii). Ponadto spory problem stanowią zderzaki, których niestety nie da się nijak wymontować, a które przy poprawkach modelika mocno przeszkadzają i są bardzo narażone na uszkodzenia.

Ale po co się nad tym wszystkim zastanawiać, trzeba po prostu kiedyś wreszcie złożyć właściwą (drugą) Corvettę.