Tag: Fiat

275. Prezenty (nie do końca) choinkowe – Mercedes 170V i Fiat Tipo 2

172. Taksówki 1

Oto tegoroczna choinka. Jeszcze w tym roku żywa, nie sztuczna (jak chciałaby żona).

Chociaż ubrana przed wigilią, wciąż atrakcyjnie wygląda.

Coinka 2016 2b

A oto i tegoroczne prezenty.

Pokazuję je dopiero dziś, bo dopiero dziś miałem możliwość sfotografować je przy świetle dziennym. 

Nie nie są to jednak prezenty od żony, czy córki, choć dotarły do mnie w Wigilię, wraz z rodziną żony, a właściwie z jej chrześnicą .

Wylicytowałem je tuż po wizycie na grudniowej giełdzie na Allegro. A że sprzedający je kolekcjoner mieszka niedaleko mojej teściowej w Mińsku Mazowieckim,  chrześnica żony odebrała modele i przywiozła mi je właśnie w Wigilię. 

Mrecedes-Benz 170V kabriolimousine z 1939 roku 

Dość stary model firmy Vitesse jeszcze „fabrique au Portugal”

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na kołach od „garbusa”, co zauważyłem dopiero po jakimś czasie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jak, oglądający moje albumy na blogu zdążyli się zapewne zorientować, w mojej kolekcji jest już od lat model Mercedes-Benz 170V. Kupiłem go dawno temu u dystrybutora zabawek Simba Dickie. Wtedy firma, która sprzedawała również modele firmy Schuco mieściła w Warszawie przy ul. Wójcickiego (właściwie daleko na obrzeżach miasta, tuż przy Puszczy Kampinowskiej). Pojechałem tam po kilka modeli, ale byłem z córką, która miała wówczas 4 lata. Było tam mnóstwo zabawek i nie do końca mogłem się skoncentrować na oglądaniu modeli. Jednym okiem patrzyłem na modele, drugim na córkę, zaś „na szybko” kupiłem 2 modele, w tym wspomnianego mercedesa.

Z czasem ten dość drogi model (w 2000 roku zapłaciłem za niego prawie 70 zł) nie do końca mi się podobał. Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że stary i niezbyt wyrafinowany model firmy Vitesse, chyba jednak lepiej odzwierciedla oryginał (który pamiętam jeszcze z ulic, z wczesnego dzieciństwa). Postanowiłem go kiedyś ewentualnie zdobyć, ale raczej „okazyjnie”.

Okazja nadarzyła się na początku grudnia, a że znany mi z pewnej dawnej transakcji kolekcjoner z Mińska Mazowieckiego wystawił „w parze” 2 modele, w Wigilię dotarł do mnie też drugi prezent, kupiony niejako „przy okazji”:

Fiat Tipo 2 z 1911 roku

Równie stary model firmy Rio (oczywiście Made in Italy), przy wigilijnym stole „zrobił furorę”. 

Kiedy po spożyciu karpia, a przed pierogami wszyscy rozpakowaliśmy prezenty, chrześnica żony przypomniała, że przecież przywiozła mi też modele. Nie miałem zamiaru otwierać pudełka z nimi, bo przecież za nie sam zapłaciłem.

Jednak wszyscy nalegali. Kiedy wyjąłem fiata, mojej wiekowej mamie tak się spodobał, że chciała go ode mnie odkupić.   

A naprawdę niewiele brakowało, a tych prezentów by nie było. 

W niedzielę 11 grudnia wybrałem się na „modelikową” giełdę.

Chciałem uniknąć powtórki z września, kiedy to właściwie intuicyjnie nie pojechałem na niedzielną giełdę modelików, za to zwiedziłem Sulejówek i Miłosną, skąd odbierałem zmęczoną po sobotniej imprezie córkę. Tym razem na giełdę dotarłem i choć niczego nie kupiłem pobyt na niej trochę się przeciągnął i wyszedłem z giełdy później, niż pierwotnie zamierzałem.  

Tego dnia kilkanaście minut po 13. kończyły się dwie aukcje, które obserwowałem.  Kiedy wracałem już z giełdy, zadzwoniłem do żony, aby uruchomiła komputer. Ma on już ponad 8 lat i „odpalanie” go trwa kilka minut. Gdy tuż przed 13. mijałem mój blok, z przerażeniem skonstatowałem, że pani z psem na chodniku obok, to moja żona, która właśnie wraca z porannego spaceru. Pomyślałem „no to pozamiatane”. Nie dałem jednak za wygraną. Z parkingu przybiegłem jak najszybciej mogłem, wpadłem do domu i włączyłem komputer. Kiedy na ekranie pojawiła się strona Allegro, do końca aukcji pozostało zaledwie 6 minut. Zalicytowałem i pierwszą aukcję wygrałem. Kilkanaście minut później kończyła się drugą. Tę niestety przegrałem.

Z obrotu sprawy bardzo się ucieszyłem. Za obydwa modele zapłaciłem całe 31 złotych. (Co prawda są bez opakowań i choć do mercedesa pudełka też nie ma, jest oryginalna witrynka Vitesse) .

Kilka dni później, w środę rano pojechałem do hematologa. Mama źle się czuła i została w domu. Hematolog popatrzył na wyniki badań i od razu dał skierowanie do szpitala. W południe odwiozłem mamę do szpitala MSW na Wołoską. Mama została w szpitalu do poniedziałku. W tym czasie codziennie ją tam odwiedzałem. Nie miałem głowy ani do prezentów, ani tym bardziej do modelików.

Reklamy

272. Warsztatowe przygody – Citroen, Mercedes i inne

DRODZY CZYTELNICY ! 

Dokładnie przed miesiącem, dziewiątego września, minęło okrągłe 10 lat od założenia tego bloga. Nie bije on już rekordów popularności, bo i też nie zawsze mam czas się nim zajmować. 10 lat to kawał czasu, ale i liczba miliona dwustu tysięcy odsłon, jaką udało się w tym czasie osiągnąć, też jest imponującą.

Właśnie przed chwilą udało mi się ją zarejestrować!

1200000 - odsłon

Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 10 LAT  ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Lato nie sprzyja „modelarskim poczynaniom”. Dzień jest długi, przeważnie jest ciepło i zamiast ślęczeć w kuchni nad kolejnymi przeróbkami, czy przed komputerem, lepiej pojechać na wycieczkę lub wskoczyć na rower. Co innego w czasie pozostałych pór roku. Dzień jest krótki, a pogoda często nie zachęca nawet do spaceru z psem. Dlatego właśnie wtedy jest czas na „dłubanie” przy modelikach, czy pisanie bloga. Tak jest u mnie od lat, co zresztą na blogu widać to bardzo dobrze. W marcu tego roku pod wpisem o giełdzie dostałem taki oto komentarz:

Skontaktowałem się z Panem Andrzejem, dogadaliśmy się i pod koniec kwietnia otrzymałem paczkę, z kilkunastoma modelami z serii „Kultowe Auta PRL”. Zapłaciłem „symboliczną” kwotę za 2 modeliki, które włączyłem do kolekcji. Pozostałe jako „złom modelarski” przyjąłem „pod swój dach”. Niektóre z nich są naprawdę fajne, jednak przeważnie w każdym czegoś brakuje. A to lusterka, a to lampy , a to wycieraczki.

Kilka jest praktycznie kompletnych i większość nadaje się do naprawy. Klika posłuży jednak jako „dawcy” części. Całość (wraz z przesyłką) kosztowała mnie tyle, ile w kiosku kosztował 1 „kultowy” modelik. Mogę więc tę „blogową” w końcu transakcję, uznać za wyjątkowo udaną.  Pan Andrzej przesłał mi nie tylko modeliki, ale i torebkę, w której było kilka kompletów kółek wraz z ośkami.

Wśród nich znalazła się rzecz wyjątkowo cenna: Oryginalne kółka do „malucha” polskiej produkcji, jaki ponad 30 lat temu wypuściła Spółdzielnia Pracy Estetyka. W jednej z moich szuflad, z różnego rodzaju „złomem”, leżał właśnie taki zapomniany maluch, z którego kółka i tylny zderzak,  wiele, wiele lat temu, trafiły do niebieskiego, metalowego modelika Polistil . Teraz będzie można tenzabytkowy modelik niejako „odbudować”, zwłaszcza, że kilka lat temu kolega podarował mi do niego oryginalne pudełko.

Jakieś 2 tygodnie temu wyciągnąłem z szuflady malucha oraz podarowane przez Pana Andrzeja kółka i zamontowałem je do niego.  

Trzy z nich były OK. Jedno zostało pomalowane srebrną farbą, którą udało mi się zmyć spirytusem, jednak jego odcień dość mocno odbiegał od pozostałych. Rozrobiłem więc blado kremową farbę i je pomalowałem.

Wśród podarowanych mi przez Pana Andrzeja modeli, był Wartburg 353 Tourist. W modeliku brakowało kilku drobnych elementów, a za to zamiast oryginalnych, miał zamontowane kółka od modelika Citroena 2CV.  Postanowiłem je wykorzystać. Zamontowałem je do do mojego starego modelika Citroena 2 CV.

62. citroen

Kupiony latem 1986 roku, w Kolonii, Citroen 2CV firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 21) jest bardzo ładny, ale właściwie został wykonany bardziej jako zabawka. Miał kółka jakie w tamtym czasie firma Solido montowała również w innych swoich modelach. Takie sama kółka ma Ford Escort i Renault Fuego. Jednak Citroen, którego pokazywałem tu dobrych kilka lat temu nie wyglądał na nich najlepiej. 

Z zamiarem wymiany w nim kółek nosiłem się już od dawna. Nie miałem jednak ani odpowiedniego „materiału” ani potrzebnego na tego rodzaju przeróbkę czasu. Kiedy zabrałem się za malucha, postanowiłem, za jednym zamachem poprawić też Citroena:   

Modelik został „podrasowany” jeszcze w Niemczech (zaraz po zakupie w 1986 roku). W tamtym czasie na ulicach niemieckich miast auta takie stały niemal na każdym rogu, a samochód (w trochę tylko zmienionej wersji) wciąż sprzedawany był w salonach. 

Obserwując auta na ulicach, w modeliku pomalowałem atrapę, zderzaki i lampy tylne.  

Modelik, chociaż bardzo stary (na spodzie ma datę 07-80) jest naprawdę ładny. Nie ma co prawda wielu drobnych elementów, w które wyposażone są współczesna modele (nawet te z serii gazetowych), ma za to bardzo ładną bryłę. Kilka dni temu szukając jego zdjęć w Internacie, na jednym z zagranicznych forów, trafiłem na zdjęcia dwóch takich samych modelików. Jeden z nich to było pokazane tu Solido, a drugi identyczny model, był modelem nieistniejącej od dawna, a naprawdę poważanej wśród kolekcjonerów firmy Dinky France. Zapewne starszy i wypuszczony na rynek jeszcze przed 1980 rokiem. W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego stare Solido mimo upływu lat wciąż świetnie wygląda.

Łatwa na pozór przeróbka , w trakcie realizacji wcale nie okazała się aż tak prosta.  

„Zdobyczne” kółka pochodziły zapewne z jakiegoś modelika z popularnych dziś serii gazetowych. Z zewnątrz wyglądały dobrze i były pomalowane szarą farbą. Jednak osadzone zostały na typowych (również dla naszych „kultowych”) dość grubych ośkach o średnicy 1,8 mm. Podwozie modelika Solido zostało wykonane tak, że ośki są w nim mocowane na zaczepy, zaś ich średnica to 1,2 mm. Nie chciałem go przerabiać. Musiałem zatem wykonać nowe ośki.  W moich szpargałach znalazłem drut o grubości 1,2 mm i odciąłem z niego 2 ośki.

Następnie z kupionej kilka lat temu w sklepie modelarskim mosiężnej rurki o średnicy 2 mm x 1 mm odciąłem 4 tulejki o długości ok. 4 mm. Rurki „rozwierciłem” wiertłem 1,2 mm i nabiłem na końce osiek młotkiem. Teraz, pozostawało już tylko osadzenie na nich kółek, jednak tu „zaczęły się schody”. W trakcie ściągania kółek ze starych osiek „zlazły” z nich oponki, a wraz z nimi lakier z krawędzi felg. Cóż, dość precyzyjnie wykonane detale współczesnych modeli naprawdę ładnie wyglądają, jednak do solidnych nie należą i nie raz miałem możliwość się o tym przekonać.

Na domiar złego w trakcie rozwiercania otworów po starych ośkach do średnicy 2 mm (jaką mają dorobione w nowych osiach tulejki), jedno z kółek przewierciłem na wylot i trzeba je było naprawić. Po tym wszystkim nie pozostało nic innego, jak pomalować kółka na nowo.

Najpierw trzeba było nieco zmyć starą farbę, a później rozrobić nową. Miałem zamiar pomalować felgi na kolor jaki mają zderzaki i atrapa. Jednak okazało się, że nie mam farby w takim kolorze. Wyciągnąłem więc kupioną kiedyś (do pomalowania innego modelika Citroena 2CV – firmy Heller) szarą farbę, rozjaśniłem ją nieco białą i pomalowałem kółka.  Zderzaki były malowane 30 lat temu, a wtedy nie miałem takiej palety farb, jaką mam dziś. Zapewne do pomalowania modelika rozrabiałem dwa podstawowe kolory: biały i czarny. 

Teraz okazało się, że wymieszana z białą szara farba dała inny niż na zderzakach, lekko niebieskawy odcień.  Cóż, bywa. Przeróbka (wraz z malowaniem) ciągnęła się chyba ze dwa tygodnie i nie miałem już ochoty zmywać kółek po raz drugi i rozrabiać farbę jeszcze raz. Poza tym malowanie byłoby możliwe tylko w weekend, bo w drugiej połowie września, kiedy wracałem do domu po pracy, w kuchni było już zbyt ciemno.    

Już jakiś czas temu opisałem tu obszerniej kilka przeróbek i napraw wykonanych pod koniec ubiegłego i na początku tego roku: Wołga, Volvo i Żuk. Nie były to jednak wszystkie prace „warsztatowe” jakimi się w tym okresie zajmowałem. Miałem tu zamiar pokazać jeszcze 3 takie naprawy, ale wpis byłby zbyt długi. Pokażę zatem tylko efekty dwóch, którymi się wówczas zajmowałem:

Mała rzecz, a cieszy

W styczniu, a może pod koniec grudnia, w trakcie cytowanych tu przeróbek, wyciągnąłem z gablotki wciąż stojącego w niej Ursusa 330.  Model był prezentowany na blogu, jednak jedna rzecz bardzo mi się w nim nie podobała: Ciemne zupełnie niewidoczne lampy przednie. To zdjęcie zostało wykonane 14 stycznia, razem ze zdjęciami pokazującymi proces dorabiania plandeki do Żuka A11B:

W trakcie „warsztatowego szaleństwa”, niejako przy okazji innych przeróbek, poprawiłem też Ursusa. Nie rozbierając go, a napuszczając spirytus w przednie lampy, udało mi się wyciągnąć z nich (bez uszkodzeń) przezroczyste ich klosze. Następnie pomalowałem wnęki w lampach srebrną farbą i klosze (wykonane w kształcie maleńkich grzybków) wcisnąłem z powrotem w lampy. Operacja była dość trudna i ryzykowna, jednak efekt jest widoczny na pierwszy rzut oka. (Proszę porównać to zdjęcie ze zdjęciem ze starszego opisu modelika)  

Czy warto waloryzować stare modele? Myślę, że jednak TAK. Zanim do mojego „warsztatu”, w połowie września trafił opisany tu powyżej Citroen 2CV, na przełomie roku trafił do niego jego rówieśnik, który też ma 30 lat, a wykonała go ta sama firma. Kupiony w grudniu 1986 roku w sklepie z zabawkami przy ul. Brzeskiej Mercedes-Benz 190E firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 33) prze długi czas mnie zadowalał. Nie pamiętam, czy wyciągnąłem go z pudła, w którym „leżakuje” również Citroen jeszcze w grudniu, czy później, ale od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem poprawienia go, albo zstąpienia innym, lepszym modelem. Jednak za każdym razem, kiedy go oglądałem nie bardzo miałem pomysł co, a zwłaszcza jak w nim poprawić.  

Ponieważ przeróbki, jakie robiłem na przełomie roku były dość trudne (zwłaszcza Wołga i Żuk), przy okazji postanowiłem zabrać się też za Mercedesa, którego do tej pory zawsze odkładałem:  

Najpierw poprawiłem to, czego zawsze najbardziej się obawiałem. W oryginale, w modeliku atrapa była zbyt gruba i za bardzo wystawała z nadwozia. Modelik (tak samo zresztą jak Citroen) jest „zamykany” atrapą. Po wysunięciu jej z nadwozia, podwozie można wyjąć i rozebrać cały modelik.  

Wyciągnąłem więc atrapę i trochę nożykiem modelarskim, a trochę pilnikami spiłowałem ją od strony wewnętrznej tak, aby nie uszkodzić zewnętrznej chromowanej powierzchni. Następnie przerobiłem „zamek” w podwoziu tak, aby atrapa po ciśnięciu była ustawiona pod właściwym kątem, zaś jej górna krawędź pokrywała się z powierzchnią maski. W tak poprawionej atrapie zamontowałem też jedną z kupionych klika lat temu na giełdzie foto-trawionych „gwiazd” Mercedesa. 

Modele Mercedesa-Benz 190E były produkowane przez Solido w kilku wersjach. Starsze bywały na kołach, jakie pierwotnie miał Citroen. Miały też normalny zwykły zderzak przedni. Późniejsze (zwłaszcza z serii Solido Hi Fi) miały przedni zderzak ze spojlerem, oraz spojler na klapie tylnej. Mi w 1986 roku trafiła się dość dziwna „przejściówka”, ze spojlerem z przodu i bez spojlera z tyłu, na dwuczęściowych kółkach imitujących „alufelgi”. Cóż, w tamtym czasie cieszyłem się bardzo, że modelik udało mi się zdobyć.

Od razu po zakupie pomalowałem w nim przedni spojler na kolor nadwozia, a wnętrza felg na srebrno, „wąskie listwy” (znawcy wiedzą o co chodzi) cieniutkim paskiem na czarno, pomalowałem też migacze i lampy tylne. Jednak pomimo tych wszystkich zabiegów, modelik nie do końca dobrze wyglądał.

Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że przedni spojler, a właściwie zderzak, jest w stosunku do nadwozia za szeroki i postanowiłem go nieco zwęzić, przerabiając jego boczne powierzchnie.  

W modeliku zmyłem też srebrną farbę jaką były pomalowane powierzchnie pod szybkami reflektorów i nakleiłem na nie wycięte z błyszczącej srebrnej folii imitacje odbłyśników. Powinienem jeszcze pomalować maleńkie paski między nimi szarą farbą, jednak na razie tego nie zrobiłem.

Po poprawkach przodu zabrałem się za tył:  

Lampy tylne zostały pomalowane w modeliku bardzo dawno temu i postanowiłem je tylko „dopieścić”. Nożykiem modelarskim, a właściwie opisywanym tu kilkakrotnie nożykiem „piłką” , poprawiłem rowki między lampami a karoserią. Wyciąłem też maleńki rowek oddzielający klapę bagażnika od listwy oświetlenia tablicy rejestracyjnej. W rowki między lampami a karoserią napuściłem czarnej farby, pomalowałem też listwę nad tablicą.

Z tyłu też postanowiłem poprawić podwozie. W miejscach, gdzie plastikowa, widoczna z zewnątrz, płytka podwozia przylega do tylnych błotników, były szczeliny. Na szczęście plastik, z którego wykonano podwozie dał się kleić zwykłym klejem modelarskim, nakleiłem więc na płytkę podwozia cieniutkie czarne paseczki z innego plastiku. Całość po dopasowaniu i wyschnięciu dopiłowałem. Na koniec pas pod tylnym zderzakiem też pomalowałem na czerwono. Tak wykończony tył miały co prawda nowsze Mercedesy „na szerokich” listwach, ale cóż, nie miałem innego pomysłu, jak poprawić tył modelika, aby dobrze komponował się z wyposażonym w spojler przodem.                   

Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)

Za to teraz garść informacji niejako „z ostatniej chwili”: 

Kiedy kilka lat temu pokazywałem na tym blogu cały proces dorabiania atrapy do modelika Chevrolet Camaro. Kiedy skończyłem przeróbkę, nie miałem zdrowia jej „dopieścić”. Kilka dni temu wieczorem wyciągnąłem z gablotki modelik i postanowiłem dorobić „kratkę” na atrapie. Pamiętałem, że zaraz po wykonaniu przeróbki wydrukowałem sobie taką kratkę na naklejce adresowej. Odnalazłem ją szczęśliwie w teczce, w której trzymam wydruki tablic rejestracyjnych i inne tego rodzaju rzeczy. Była dość głęboko, bo zrobiłem ją kilka dobrych lat temu, ale na wydruku było kilka takich kratek. Późnym wieczorem wyciąłem jedną i nakleiłem na dorobioną atrapę. Do operacji zużyłem kilka naklejek, bo nie wszystko od razu poszło dobrze. Z ostatniej próby jestem zadowolony:

131. Chevrolet 16

Teraz modelik tak samo, jak inne pokazane powyżej, można już schować do oryginalnego pudełka

pozdrawiam

252. Legendy motoryzacji „w zastępstwie” (cz.1) – Fiat 500 L

Równowaga w wydatkach musi być. Tym razem zupełnie się „nie szarpnąłem”. Na ostatnią giełdę w gimnazjum na Conrada, która obyła się tam 14 czerwca, wybrałem się bez specjalnych planów zakupowych. W ogóle zastanawiałem się, czy tam pojechać.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Opisywany ostatnio Bentley S2 trochę mnie kosztował, a w piątek wieczorem (a więc właściwie na dzień przed giełdą) kończyła się aukcja modelika, na który od dłuższego czasu polowałem. Cotygodniowe zakupy zrobiłem więc dość szybko i na 10 minut przed końcem aukcji wpadłem do domu. Na modelik postawiłem 81 zł i miałem zamiar licytować jeszcze o kilka złotych wyżej, ale już nie zdążyłem. Zostałem przelicytowany i modelik kupił ktoś inny. Swoją drogą 82 złote, nawet za bardzo rzadki modelik, ale bez opakowania, to jednak drogo, więc z przegraną się pogodziłem i w niedzielę rano pojechałem na giełdę. Po cichu liczyłem na to, że może uda mi się trafić widzianą na poprzedniej giełdzie furgonetkę (za 40 złotych). Furgonetki jednak nie było.

Zaraz przy samym wejściu stało stoisko znanych mi od lat kolegów. Mieli na nim kilkadziesiąt starszych nieco modeli, w tym jeden, który kilka giełd temu miałem nawet zamiar kupić ( też za 40 złotych), jednak postanowiłem najpierw obejrzeć pełną ofertę wystawionych na giełdzie modeli.

Czerwcowa giełda była zazwyczaj dość spora, jednak tym razem była znacznie mniejsza i mniej ciekawa niż marcowa. W trakcie „obchodu” nie spotkałem tam niczego naprawdę mnie interesującego. Toteż zająłem się sprawą, do której dnia poprzedniego się przygotowałem. Otóż w trakcie ostatnich kilku lat, na giełdzie, czy na Allegro udało mi się kupić kilka modeli z serii „Kultowe Auta PRL” w okazyjnych cenach. Były to modele, których z takich, czy innych względów nie kupiłem w kiosku, kiedy się ukazały. Do modeli tych nie miałem gazetek. W sobotę wieczorem, wyciągnąłem moje wszystkie gazetki od „Kultowych Aut PRL” i spisałem sobie na kartce brakujące numery.

Nie, nie jestem specjalnym entuzjastą tych gazetek i nie raz pisałem o ich niezbyt wysokim poziomie merytorycznym, jednak skoro zostawiłem sobie wszystkie gazetki do modeli kupowanych w kioskach, dokupiłem na poprzednich giełdach kilka brakujących, postanowiłem uzupełnić moje ich zbiory, korzystając z okazji, że nie miałem „na oku” żadnych modeli, zaś na giełdzie gazetki można niedrogo kupić. Na jednym ze stoisk jeszcze na początku „obchodu” trafiłem pierwszą.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kosztowała 1 złoty, więc nie było sensu się targować.  Zaś już po „obchodzie” i stwierdzeniu, że żadnego modelika raczej nie kupię, podszedłem do stoiska, na którym oprócz sporej liczby modeli, leżała cała gruba sterta gazetek. Wyjąłem z kieszeni kartkę, na której miałem spisane numery i po kolei „wygrzebałem” je ze sterty. Za kolejnych 6 gazetek zapłaciłem „hurtową” cenę 5 złotych.

Po zakupie gazetek i dwukrotnym „obchodzie” właściwie mogłem już wracać do domu. Wychodząc, zajrzałem jeszcze na stoisko kolegów, od którego zacząłem „obchód”. Po raz kolejny wziąłem do ręki pudełko z modelikiem, który oglądałem na samym początku. Była godzina 12 i koledzy właśnie się pakowali. Nie pamiętam, czy pytałem ich o cenę, czy zaproponowali ją sami, była naprawdę atrakcyjna, więc wyjąłem 30 złotych i zapłaciłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Dlaczego właściwie kupiłem modelik samochodu, którego inny modelik mam w kolekcji od dawna?

Pierwszy model absolutnie kultowego samochodu, jakim niewątpliwie był Fiat 500, kupił mi kolega z pracy w Rzeszowie, w 2000 roku. Biały modelik Fiata 500 z 1957 roku nie był tani. Modelik francuskiej firmy Solido (pokazany w albumie obok) kosztował wówczas 40 złotych. Miał też wadę, którą na szczęście udało się usunąć. (Wyklepania wymagał pas dachu nad przednią szybą.) Aby lepiej wyglądał pomalowałem w nim też ramki okien bocznych srebrną farbką. Jednak z jego wyglądu nie byłem do końca zadowolony.

Dokładnie 10 lat temu wakacje spędzaliśmy w Wiśle, skąd na jedną z wycieczek wybraliśmy się do Cieszyna. Tam po czeskiej stronie, przy rynku trafiłem do sklepu modelarskiego, w którym był duży wybór niezbyt drogich modeli (miedzy innymi firmy Hongwell). Kupiłem wtedy od razu 4 modele: 3 modele samochodów wówczas współczesnych, zaś jako czwarty (ostatni) wybrałem właśnie Fiata 500L. Choć wtedy jeszcze dość rygorystycznie podchodziłem do zasady niedublowania modeli w kolekcji i nie kupowania kolejnego modelika samochodu, który już w kolekcji jest, wyjątek zrobiłem. Dlaczego? Bo Fiat 500L, to samochód z roku 1968, a więc różniący się wyglądem od pierwotnej wersji z 1957 roku. Ponadto 500L pod względem wyglądu był chyba najciekawszą odmianą auta, z uwagi na zderzaki z „balkonikami”, jakie były modne w latach 60-tych.

Modelik Hongwell  (też pokazany w albumie obok) kosztował już znacznie taniej, 17 zł. Kiedy go zobaczyłem w sklepiku w Czeskim Cieszynie bardzo mi się spodobał i postanowiłem poszerzyć moje zbiory fiatów i uzupełnić kolekcję również o późniejszą i najciekawszą wersję Fiata 500. Modelik, o ile dobrze pamiętam, nie był w mieszkaniu specjalnie prezentowany, bo „nowej gablotki” wtedy jeszcze nie było, a stara witryna „pękała w szwach”. Po niewielkich poprawkach trafił do pudła nr 7. (Pudła w szafach w których trzymam modele też są ponumerowane, aby łatwiej było mi znależć jakis dawno temu kupiony model.)

W ubiegłym roku, a może troszkę wcześniej, na fali różnych przeróbek i poprawek autek z serii „Kultowe Auta PRL”,  wyciągnąłem z pudła nr 4 stary, biały modelik Fiata 500 z 1957 roku, firmy Solido. Zmyłem srebrną farbę z ramek szyb bocznych, ramki wokół okien w drzwiach przednich oskrobałem z białej farby (jaką cały jest pomalowany), dopieściłem je nieco i pomalowałem japońskim pisakiem ze srebrną olejną farbką. Ramki wokół pozostałych okien pomalowałem czarną farbą. Wymontowałem też lampy przednie, oczyściłem elementy z wypływek i zamontowałem jeszcze raz. Zrobiłem zdjęcie modelika i zastąpiłem stare zdjęcie na blogu (w albumie „Włoszczyzna – Fiat”). Przy okazji obejrzałem po raz kolejny czerwony modelik 500L – Hongwell. Wtedy też chyba doszedłem do wniosku, że nad tym ostatnim nie ma sensu się pastwić, tylko ewentualnie zastąpić go nowszą wersją lub innym bardziej „markowym” modelem.

Na Allegro w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiały się różne modele Fiata 500. Jednak Minichamps jest drogi i jego zakup jako kolejnego Fiata 500 wykluczyłem. Zastanawiałem się głównie nad zakupem modelika włoskiej firmy Brumm, bo ten „chodził” w rozsądnych cenach 30-40 zł. Jednak po dokładniejszej analizie zdjęć w Internecie wychodziło, że niemal wszystkie modeliki Brumm mają wadę technologiczną: Widoczny na tylnym błotniku ślad podziału formy, który jeszcze 15 czy 20 lat temu można było „z płaczem” zaakceptować, jednak dziś dość mocno razi, zwłaszcza w modeliku „gablotkowym” i typowo kolekcjonerskim, a nie z taniej serii gazetowej, gdzie też już praktycznie nie występuje.

Jakiś rok temu na jednej z giełd, znani mi od wielu lat koledzy mieli do sprzedania całkiem ładny modelik Fiata 500L (w gablotce). Był już koniec giełdy, ja trechę wtedy wydałem, zaś koledzy właśnie się pakowali. Chcieli za modelik 40 zł, więc umówiłem się, że przywiozą go na następną giełdę. Nawet nie zapamiętałem marki producenta, zapamiętałem tylko, że modelik był ładny. Na następną giełdę koledzy modelika nie przywieźli i właściwie o sprawie zapomniałem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

I właśnie na ostatniej giełdzie udało się zpomnianą transakcję wreszcie sfinalizować. Modelik jest naprawdę ładny i w zupełności mnie zadowala. Kupiłem go w oryginalnym, niezniszczonym opakowaniu. Producentem modelika jest niemiecka firma Starline, której siedzibą jest Norymberga, miasto wielce dla modelarstwa samochodowego zasłużone. W ostatnich latach Fiat 500L tej firmy, w przeciwieństwie do wielu jej innych (raczej niechodliwych) modeli, pojawiał się na Allegro nader rzadko. Moją świeżą zdobycz kupiłem więc właściwie za pół ceny. Atrakcyjniejsze modele firmy Starline, do których 500L niewątpliwie należy kosztują średnio ok 55 zł, do tego należy zazwyczaj doliczyć koszt przesyłki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Fiat 500 to samochód absolutnie kultowy. Obok niemieckiego Volkswagena 1200 „garbusa”, francuskich Citroena 2CV i Renault 4, angielskiego Austina Mini, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i naprawdę ważnych w historii motoryzacji pojazdów, produkowanych po wojnie na masową skalę. To także bezpośredni poprzednik Fiata 126, a więc znanego nam wszystkim doskonale „malucha”. Dlatego Fiat 500, a właściwie jego dobrze wykonana miniaturka jest obowiązkową pozycją w zbiorach każdego szanującego się kolekcjonera.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na zdjęciu na samej górze pokazałem go obok innej legendy motoryzacji Citroena 2CV z roku 1949. Tak się złożyło, że modelik tego ostatniego kupiłem dwa tygodnie później i podobnie jak prezentowane tu „czerwone cacuszko” również w „zastępstwie” za inny model. Ale to już chyba historia na następny wpis.

pozdrawiam

 

P.S.

Dokładnie 1 lipca udało mi się zarejestrować taki oto obrazek na liczniku bloga. Taka okazja zdarza się nader rzadko, postanowiłem więc podzieliś się tą informacją z czytelnikami:

 

SONY DSC

 

SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA

I ZOSTAWIAJĄC TU ŚLAD USTANAWIAJĄ KOLEJNE REKORDY JEGO POPULARNOŚCI ! tort  

 

P.S. 12 lipca

Dziś odkryłem ciekawą stronę, na której można zobaczyć jak wyglądał oryginał:

 

Fiat 500L na Oldtimer TV

 

231. Pracowity urlop i Fiat Uno – Kultowe Auta PRL

Niektóre historie czasem lubią się powtarzać. 

Podobnie jak w roku ubiegłym i 2012 do końca maja musiałem w pracy podać termin mojego urlopu wypoczynkowego. Zarezerwowałem więc sobie pierwsze 2 tygodnie sierpnia. Jednak nie miałem zamiaru nigdzie wyjeżdżać. Zachęcony doświadczeniami z lat poprzednich, od razu założyłem, że 2 tygodnie mojego letniego urlopu nie będą wypoczynkowe, a tak jak dłuższe urlopy w poprzednich latach będzie to urlop remontowo-budowlany. Tym razem „na tapecie” znalazł się duży pokój.

Na początku sierpnia panowały w Warszawie upały. Pierwszy urlopowy weekend nie bardzo nadawał się do pracy, więc przed przystąpieniem do właściwego remontu postanowiliśmy z żoną nieco odpocząć. I w sobotę i w niedzielę wybraliśmy się na glinianki w Zielonce, gdzie można się trochę poopalać i popływać. W poniedziałek i wtorek zabrałem się za porządkowanie papierów w pokojowym regale i pakowanie modelików do pudeł. Przed remontem musiałem opróżnić moją „nową gablotkę”, a starą witrynę przygotować do „wyprowadzki” do sypialni. I tak kolejne 2 dni upłynęły pod katem porządków i przygotowań oraz oczywiście popołudniowych wypadów do Zielonki.

Właściwy remont zaczął się dopiero w środę, kiedy temperatura spadła poniżej 30 stopni i dało się wreszcie coś zacząć robić.  Tego dnia spakowałem do szafy w przedpokoju popakowane wcześniej w pudełka modeliki z gablotki, a witrynę (tą od modelików) przestawiłem do sypialni. Po południu zaczęliśmy też z żoną wystawiać pozostałe meble z pokoju na balkon. W pokoju pozostał tylko wersalka i wysoka witryna od regału, która nie mieści się w pionie w żadne drzwi. Od czwartku remont zaczął się na dobre i choć na zewnątrz panowała piękną pogoda nie miałem okazji z niej skorzystać.

Najpierw zabrałem się za prace budowlane, wyrównywanie i tynkowanie narożnika przy wyjściu na balkon i drugiego przy wejściu do pokoju oraz łatanie dziur przy podłodze, jakie ujawniły się po oderwaniu starych listew.  Kiedy się z tym uporałem, przystąpiliśmy z żoną od malowania. Najpierw zmywaliśmy ściany i sufit (pokój nie był odnawiany od chyba 10 lat) Później kolejny dzień zszedł na gruntowaniu. W końcu, w połowie następnego tygodnia pomalowaliśmy pokój. Kiedy to się udało przyszła pora na „klu programu”.

W środę drugiego tygodnia urlopu, po dopieszczeniu i poprawkach malowania nie usiedliśmy (jak codziennie) do gotowanego przez żonę obiadu, a wybraliśmy się do Centrum Handlowego M1 na pizzę, aby poprawić sobie nastrój i nieco się zrelaksować po tygodniu harówki. Tego dnia czekało nas jeszcze jedno ważne zdanie, zakup paneli. Po objechaniu marketów budowlanych w C H M1 do domu wróciliśmy z pizzerii o 21 załadowanym samochodem, a 9 ciężkimi paczkami.

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego marketu OBI, gdzie za całe 50 złotych nabyłem kolejne narzędzie do prac remontowych – wyrzynarkę. Nie użyłem jej jednak od razu do docinania paneli. Po przymiarkach okazało się, że układanie nowej podłogi trzeba było zacząć od skrócenia wyremontowanych (też w trakcie urlopu) 2 lata temu drzwi:

Następnie zabrałem się już za układanie paneli na starej podłodze:

Wyrzynarka bardzo się przydała, bo panele okazały się bardzo trudne od cięcia ręczną piłką:

W trakcie prac remontowych korzystaliśmy z nieobecności córki. Tak się akurat złożyło, że na kilka dni przed rozpoczęciem  remontu, wraz z dwoma koleżankami wyjechała na dwutygodniowe wakacje do Grecji. Kiedy wróciła, 15 sierpnia, najbardziej pracochłonny etap układania pierwszych rzędów miałem już za sobą.

W trakcie układania okazało się, że panele, które kupiliśmy (przede wszystkim kierując się ich kolorem) trzeba było układać całymi rzędami, a ponieważ pierwsze rzędy miały ponad 5 m długości, a następne 4,5 niezbędna przy ich zapinaniu okazała się pomoc żony. Niestety moja żona nie ma „modelarskiej” cierpliwości i na domiar złego dość szybko ją traci. Toteż doboru desek do kolejnych rzędów dokonywałem z reguły sam:

W niedzielę 17 sierpnia podłoga była już ułożona, ale następnego dnia musiałem już pójść do pracy bo 2-tygodniowy urlop wypoczynkowy wykorzystany w celach remontowo-budowlanych właśnie się skończył. To, że podłoga była ułożona, nie oznaczało zakończenia prac remontowych i porządkowych. W ciągu kolejnych dni trwały one jeszcze przez kolejne 2 tygodnie. Po ułożeniu podłogi trzeba było ułożyć jeszcze na ścianach listwy. Robiłem to po pracy i w trakcie kolejnego weekendu. Po wstawieniu mebli do pokoju, trzeba było powkładać do nich zawartość, którą na czas remontu przełożyliśmy do kliku sporych rozmiarów pudeł. Meble też wymagały poprawek i przeróbek, a właściwie dostosowania ich do możliwości przesuwania po nowej podłodze, tak aby jej w trakcie przesuwania nie rysowały. Między innymi musiałem przerobić skrzynię na pościel od kanapy, aby móc na jej dno nakleić filcowe podkładki. Przy okazji uruchomiłem też więżę z gramofonem, która stała bezczynna dobrych kilka lat od czasu kiedy właściwy Artemis, jeszcze jako szczeniak przegryzł kabel od jednego z głośników.

20 sierpnia przed wyjazdem do pracy pobiegłem do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku. Po szybkim obejrzeniu kilku modelików wybrałem jeden, kupiłem i schowałem go do torby. Z uwagi na to, że w domu, po pracy mocowałem właśnie do ścian listwy przypodłogowe, modelik z gazetką zapakowany w folię najpierw przewalał się przez kilka dni, a to w pokoju, a to w kuchni i chyba dopiero po tygodniu wyciągnąłem go z gazetki, po czym zapakowany w oryginalny blister znalazł się w przestawionej do sypiali witrynie, obok kilkunastu modelików „rozgrzebanych” i tych do których nie mam opakowań (nawet zastępczych).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po powrocie z urlopu do pracy zarezerwowałem sobie kolejny tygodniowy urlop, tym razem już naprawdę miał być to urlop wypoczynkowy. Termin urlopu przypadł na drugi tydzień września. Nie mieliśmy jednak w tym roku żadnego pomysłu na wakacje, dlatego kiedy na początku września uporaliśmy się z opisywanymi powyżej pracami porządkowymi, zaczęliśmy się nad tym zastanawiać. Na początku miałem pomysł spędzenia kilku dni w Termach Uniejów. Pomysł jednak upadł, bo żona nie bardzo mogła by z nich korzystać. Później przeglądałem oferty noclegów w górach. Nie chciałem jednak jechać w Sudety, bo to męcząca podróż. Po obejrzeniu ofert noclegów w Bieszczadach, okazało się, że znalezienie podobnych warunków, w podobnej cenie, jak w ubiegłym roku w Krynicy, jest praktycznie niemożliwe. Poza tym droga z Warszawy w Bieszczady jest chyba jeszcze bardziej męcząca niż w Sudety.

I tak, w połowie pierwszego tygodnia września zaczęliśmy się rozglądać za wyjazdem do nieco cieplejszej strefy. Bodajże w piątek żona znalazła atrakcyjną ofertę „last minute” do Grecji. Kiedy  jednak po chwili namysłu, telefonie do mamy (czy na pewno przygarnie psa) i telefonie do córki, (czy na pewno da sobie radę w domu sama przez tydzień) zadzwoniłem do TUI, zdążyłem tylko podać imię, nazwisko i imię żony, kiedy pani z biura zakomunikowała mi, że właśnie oferta z niknęła i musi przerwać rezerwację. Termin urlopu się zbliżał, a my nie mieliśmy niczego zarezerwowanego. W weekend, kiedy spokojnie można byłoby coś jeszcze złowić, zostaliśmy zaproszeni do kuzynki do Żyrardowa, której nie wypadało już odmówić.

W poniedziałek w drugim tygodniu września, kiedy miałem już być na kolejnym urlopie znów pojechałem do pracy. Gorączkowe poszukiwania w Internecie oferty wyjazdu w rozsądnej cenie nie dawały rezultatu, więc po pracy wybrałem się do biura podróży w Arkadii (w którym 3 lata temu zarezerwowaliśmy wyjazd na Kretę). W biurze spędziłem cały wieczór wychodząc z niego i dzwoniąc do żony z prośbą aby proponowane oferty obejrzała w Internecie oraz wracając, aby jeszcze coś skonsultować. Do domu wróciłem po dwudziestej drugiej, kiedy już biuro zamknięto. Następnego dnia znów udałem się do biura, bo w pracy nie miałem czasu zajrzeć nawet na chwilę do Internetu. Tym razem po obejrzeniu kilku ofert doszedłem do wniosku, że dam sobie spokój i będę polował w Internecie. Jeśli coś ciekawego się trafi zarezerwuję i wyjedziemy, jeśli nie trudno. Niczego nie trzeba robić na siłę. Poza tym żona poszukiwań wakacyjnej oferty miała już serdecznie dość i kiedy chciałem jej coś pokazać i zapytać o zdanie zaczynała się złościć i zżymać.

Kiedy we wtorek wróciłem do domu zjadłem kolację, a później włączyłem komputer. Przeglądając oferty biura ITAKA zauważyłem ofertę wyjazdu na Korfu, o której kilka dni wcześniej rozmawiałem z żoną. Była godzina 21. Kiedy dokładniej obejrzałem tę ofertę i skonsultowałem ją z żoną, zadzwoniłem na infolinię Itaki. Okazało się, że są jeszcze 2 ostatnie miejsca do wzięcia. Zarezerwowałem ten wyjazd. Musiałem się jednak spieszyć. Na puszczenie przelewu i przesłanie jego kopii do Itaki zostało mi tylko 15 minut (o 22 infolinia kończyła pracę). Tym razem się jednak udało. We środę 10 września wypisałem w pracy tydzień urlopu, a w sobotę po południu polecieliśmy z żoną na Korfu. Po raz pierwszy od 15 lat sami (bez naszego dziecka, które w czerwcu skoczyło właśnie 18 lat i spokojnie mogło samo przez tydzień zostać w domu).

Kupiony jeszcze w sierpniu modelik Fiata Uno przeleżał w przestawionej do sypialni witrynie ponad miesiąc. Z blistra wyjąłem go dopiero wczoraj – 30 września. Przez poprzednich kilka tygodni nie miałem czasu nawet go dokładnie obejrzeć.

Wczoraj po pracy zostałem troszkę dłużej w biurze i wydrukowałem dorobione tablice rejestracyjne. Nakleiłem je na modelik. Później zabrałem się za drobne poprawki. Najpierw próbowałem modelik rozebrać, ale mi się to nie udało. Zdjąłem więc oponki z tylnych kółek i delikatnie szczypcami ściągnąłem felgi z ośki. Końcówki ośki nieco spiłowałem po czym wcisnąłem na nie kółka z powrotem. W ten sposób udało mi się zwęzić nieco rozstaw kółek z tyłu tak, aby żadne nie wystawało poza obrys nadwozia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie, zapałką zanurzaną co chwilę w spirytusie, zmyłem ze świateł tylnych namalowane fabrycznie w niewłaściwym miejscu światła cofania, po czym pomalowałem je po swojemu.

Także bez poprawek, trzeba przyznać, że Uno z serii „Kultowe Auta PRLu” to bardzo udany model ( i chyba jeden z najlepiej wykonanych modeli jakie się w serii ukazały) Jedyną jego wadą są niewłaściwie wykonane tablice rejestracyjne, dlatego postanowiłem „uzbroić” go w nowe.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelika Fiata Uno wykonanego dokładnie w skali 1:43 szukałem bardzo długo. Przez wiele lat na rynku dostępny był tylko modelik wykonany przez Bburago. (Dziś jest już też dość rzadki, bo to bardzo stary model).  Jest on nieco za duży, a powstał chyba na bazie jeszcze starszego modelika firmy Mebetoys, który jak wynikło z mojego niedawnego dochodzenia też jest za duży (oba są w skali ok 1:41).

W historii Fiata samochód odegrał bardzo istotną rolę. Okazał się bardzo udany, toteż bardzo długo go produkowano. W Polsce wciąż go można spotkać niemal na każdym kroku, jednak już tylko wersję po faceliftingu, jaki auto przeszło w 1990 roku. Ja zaś zawsze chciałem mieć modelik tego auta w wersji pierwotnej z roku 1983, kiedy to Uno się ukazało. Jego premiera była w światku motoryzacyjnym (również w Polsce) swego rodzaju bardzo istotnym wydarzeniem, bo był to niejako pierwszy „światowy” model Fiata, zaprojektowany od początku tak, aby można go było sprzedawać na całym globie. Samochód nie tylko spełnił pokładane w nim w latach 80- tych oczekiwania, ale stał się chyba bardziej popularny niż pierwotnie zakładano.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W trakcie tegorocznych krótkich wakacji na Korfu też widywałem Fiaty Uno i to również w starszej, pierwotnej wersji  (ze starego typu przodem). Osobowego Uno z lat 80-tych nie udało mi się sfotografować na jednej z ulic stolicy wyspy, bo spieszyliśmy się z żoną na powrotny autobus do hotelu i nie było na to czasu. Za to nieopodal hotelu, w którym mieszkaliśmy parkowało Uno w wersji pickup. Postanowiłem je uwiecznić właśnie na potrzeby tego wpisu. Auto ma identyczny „stary” przód jak prezentowany tu modelik:

Fiat UNO

Drodzy czytelnicy!

Mam nadzieję, że ten wpis wyjaśnił w sposób wystarczający moją długą nieobecność na blogu.

pozdrawiam

221. Blog Roku 2013 i Legendy motoryzacji – Fiat 124

Drodzy Czytelnicy

W piątek 30 stycznia rozpoczął się etap głosowania SMS w konkursie BLOG ROKU 2013.

Jak większość z was zdążyła zauważyć, od kilku lat nie biorę udziału w konkursie. W styczniu 2009 roku wkładając w to spory wysiłek, udało mi się „wepchnąć” mojego bloga do finałowej dziesiątki kategorii „Moje zainteresowania i pasje” konkursu Blog Roku 2008. Rok później moje uwagi na temat konkursu opisałem TUTAJ. Nie znaczy to jednak, że nie interesuję się tym, co dzieje się w szeroko pojętej „blogosferze”. Dlatego w tym roku, postanowiłem przypomnieć, o tym zapomnianym na moim blogu konkursie, w nieco inny sposób niż w poprzednich latach.

W tegorocznym konkursie postanowiłem poprzeć dwa blogi, na które zaglądam i POPROSIĆ WAS o głosowanie na nie za pomocą SMS. 

(Koszt SMS to tylko 1,23zł, a dochód z głosowania zasili HOSPICJUM DLA DZIECI OSIEROCONYCJ)

Zobacz bloga:  Alternatywna Rzeczywistość Any Landrow

WYWIAD Z BLOGERKĄ

i

Zobacz bloga: KURA PAZUREM

WYNIKI  II ETAPU KONKURSU:   ANA  I  KURA DOMOWA 

To tyle o konkursie Blog Roku, a teraz już we właściwym temacie.

Od jakiegoś czasu, nosiłem się z zamiarem pokazania na blogu kilku modeli, które kupiłem nie tak znowu dawno, ale z różnych powodów nie miałem okazji ich tu zaprezentować. Modele te przedstawiają prawdziwe legendy motoryzacji, dlatego postanowiłem je potraktować w sposób szczególny.

Jakiś czas temu, w Internecie znalazłem bardzo ciekawą informację. Jeśli ktoś zadaje pytanie, jaki był najpopularniejszy samochód w historii motoryzacji, zawsze nasuwa się prosta odpowiedź: Volkswagen 1200 „garbus”. Otóż nie. Wg niektórych znawców historii motoryzacji, najpopularniejszym autem w historii były Fiaty z serii 124/125. I chociaż trudno jest ocenić prawdziwość tego stwierdzenia, bynajmniej nie wydaje się być ono fałszywe. Fiat 124 ukazał się na rynku w roku 1966 i od razu zyskał uznanie fachowców. W prestiżowym konkursie organizowanym corocznie przez dziennikarzy motoryzacyjnych z całego świata uzyskał tytuł „Samochód Roku 1967”.  Fiat 125, który na rynek wszedł rok później, nie tylko bazował na Fiacie 124, ale był właściwie jego nieco dłuższą i elegantszą odmianą. Obydwa auta miały ten sam przedział pasażerski (dach, drzwi, szybę przednią i tylną) i różniły się w zasadzie tylko przednią i tylną częścią nadwozia, które w przypadku Fiata 125 były po prostu nieco dłuższe.

Już od samego początku produkcji obydwu modeli, koncern Fiat chętnie udzielał licencji na ich produkcję w różnych krajach. I tak, Fiat 124 oprócz Włoch, był wytwarzany: Jako Seat w Hiszpanii, Tofas w Turcji, Premier w Indiach, a przede wszystkim przez długie lata, niemal w oryginalnym kształcie, jako Łada w ZSRR. Fiat 125 zaś, oprócz Włoch, był wytwarzany w Polsce, w Jugosławii oraz w Argentynie. Kiedy policzono wszystkie, w tym licencyjne wcielenia Fiatów 124 i 125 (wyprodukowane na kilku kontynentach) okazało się, że było ich nawet nieco więcej, niż legendarnych „garbusów”.

Jeśli ktoś z was, wklepie w wyszukiwarkę hasło, „najpopularniejsze auto w historii”, na pierwszym miejscu pojawi się zapewne Toyota Corolla, z dumną liczbą ponad 35 milionów sprzedanych egzemplarzy. Jednak dla fachowców takie zestawienie jest niczym innym, jak tylko pusty sloganem marketingowym, bo cóż wspólnego ma maleńka tylnonapędowa Corolla z roku 1966 ze współczesną, mierzącą ponad 4,5m długości przednionapędową limuzyną o tej samej nazwie. Nic, poza nazwą, absolutnie nic. Dlatego to, co napisałem powyżej, choć wydaje się mało wiarygodne jest jak najbardziej prawdziwe. Argentyński Fiat 125 z lat 80-tych, miał z cała pewnością o niebo więcej wspólnego z Fiatem 124, niż podawane w aktualnych rankingach „bestsellery”, ze swoimi o kilka generacji starszymi poprzednikami (jak chociażby Golf VII z Golfem I). Tak więc modelik Fiata 124, tego trochę niedocenianego, a jak się okazuje jednego z najważniejszych samochodów w historii motoryzacji, po prostu musiał się znaleźć w mojej kolekcji. 

221. Fiat 124 1

Od samego jej początku, za Fiata 124 „robił” w kolekcji kupiony 30 lat temu radziecki modelik Łady 2101.

W 2009 roku, kiedy w serii „Kultowe auta PRL” ukazała się Łada 1200 kupiłem ją, z zamiarem przeróbki zderzaków i tym samym upodobnienia jej do oryginału, czyli Fiata 124. (Pisałem o tym zresztą na blogu). Przeróbki jednak nie wykonałem. Po bliższych oględzinach okazało się, że „kultowy” modelik ma jednak kilka wad, a kolega, z którym moje modelarskie zamiary konsultuję, stwierdził, że po co przerabiać nie najlepszy modelik Łady na Fiata 124, skoro na Allegro można za rozsądną cenę kupić modelik gotowy. Radę kolegi wziąłem sobie do serce i dokładnie 2 lata temu upolowałem na Allegro modelik firmy Norev:

Modelik, choć podobnie jak „kultowa” Łada też pochodzi z serii gazetowej, został zdecydowanie lepiej wykonany. Ma nie tylko zderzaki bez kłów, ale i właściwe klamki i jak na oryginał przystało, włoskie tablice rejestracyjne. Wraz z przesyłką kosztował mnie niecałe 34 złote, a więc nawet mniej niż od jakiegoś czasu kosztują w kioskach numery specjalne z serii „Kultowe auta PRL.

Fiat 124 oprócz znanej i najbardziej popularnej wersji sedan, był wytwarzany także w innych też dość popularnych odmianach. Jedną z nich był jeden z najładniejszych włoskich kabrioletów w historii, czyli Fiat 124 Spider. On też od wielu lat był przedmiotem mojego kolekcjonerskiego pożądania.

Po długich i bezowocnych poszukiwaniach godnego uwagi modelika, w 2010 roku, kupiłem w „kultowym” kiosku modelik Fiata 124 Spider, jaki ukazał się wtedy w serii „Legendarne Samochody”. Modelik nie był najlepiej wykonany, ale kosztował tylko 20 zł, więc podobnie jak w przypadku łady 1200, kupiłem go z zamiarem poprawienia. Inaczej jednak, niż w przypadku większości moich modeli, nie opisałem go zwyczajnie na blogu, ale zrobiłem dokładną jego analizę.  Wynikło z niej, że przeróbka byłaby kłopotliwa i obszerna, więc ją sobie odpuściłem.

Dwa lata później (w listopadzie 2012 roku), na Allegro pojawił się niedrogi, bo tuningowany modelik Fiata 124 Spider firmy Vitesse. Na modelik chętnych nie było i go kupiłem. Wymagał poprawek i wymiany kół, ale zapłaciłem za niego (z przesyłką) całe 16 zł. Na blogu go nie opisałem, bo modelik przestał w gablotce pół roku, zanim doprowadziłem go do stanu, w jakim jest teraz:

221. Fiat 124 5

Okazał się bardzo cenną zdobyczą. Miał zamontowane specjalne metalowe koła z foto-trawionymi ramionami. Niestety były one nieco za duże i nie obracały się. Modelik warto było kupić nawet dla samych kół, bo są na pewno znacznie więcej warte niż zapłaciłem za cały modelik. Został on przemalowany na ciemny fioletowy kolor, poza tym miał jeszcze urwane lusterko.

Swego czasu, na giełdzie, kupiłem od kolegi Trackera (za 8 zł) kompletne koła od pierwszego Fiata 125p z serii „Kultowe auta PRL”. Koła te nie pasowały do modelika 124, ale zamontowałem je do Fiata 125p pickup, a koła z tego ostatniego trafiły do spidera.

Fioletowa farba, okazała się ładnie położona i widać było, że ktoś, kto robił tuning, do malowania  naprawdę się przyłożył. Powierzchnia była gładka i czysta, gdzieniegdzie tylko spod farby było widać oryginalny czerwony kolor (Modelik został prawdopodobniej tylko raz tryśnięty aerografem). Fioletową farbę można by było zmyć bez problemu spirytusem, ale kłopotliwe okazało się zdemontowanie ramki okna przedniego, reflektorów i atrapy, które w trakcie tuningu zostały mocno przyklejone do nadwozia. Grzebiąc w moich modelarskich rupieciach znalazłem ciemno fioletową akrylową farbę Revell, kupioną kiedyś do aerografu i okazał się to strzał w dziesiątkę. Modelik został pomalowany najprawdopodobniej właśnie tą farbą, więc zrobienie zaprawek w na progach i w kilku innych miejscach nie nastręczyło żadnych problemów. Poza tym doszedłem do wniosku, że po co niszczyć coś, w co ktoś inny włożył trochę serca i pracy.

Po wymianie kół i zrobieniu zaprawek, do modelika dorobiłem lusterko. Obciągnąłem je samoprzylepną folią aluminiową i spolerowałem. Modelik wymagał także dorobienia przednich migaczy, gdyż te zostały w trakcie tuningu zamalowane. Migacze zrobiłem z niego grubszej i błyszczącej, samoprzylepnej aluminiowej folii ozdobnej. Wyciąłem odpowiedniego kształtu kawałeczki i nakleiłem pod reflektorami. Dodatkowo pomalowałem je kilka razy bezbarwnym lakierem do paznokci, aby nadać im wygląd przezroczystej plastikowej szybki białego „włoskiego” kierunkowskazu. Poza tym nadwozie zostawiłem w stanie, w jakim właściwie je kupiłem.   

Trzecią, chyba najmniej popularną odmianą  Fiata 124 była jego druga sportowa wersja, dwudrzwiowe coupe. Podobnie jak spider, Fiat 124 Sport Coupe zawsze bardzo mi się podobał, a jego modelik kupiłem kilka lat temu i opisałem dokładniej na blogu. Teraz jednak postanowiłem go też przypomnieć:

123. Fiat 2

123. Fiat 3

Po wielu latach poszukiwań, podchodów na Allegro, prób przeróbek tanich modeli i wycofywania się z nich, udało mi się zdobyć  wreszcie godne pierwowzorów modeliki wszystkich trzech odmian Fiata 124.  Razem wyglądają tak:

A gdzie się podziały specjalne kółeczka z Fiata 124 Spider?

Jasna sprawa, że nie schowałem ich do szuflady. Nie mając pomysłu innego ich przeznaczenia, zamontowałem je (przynajmniej na razie) do niemal tak samo starego, jak pomarańczowa Łada, bo kupionego jeszcze 1986 roku modelika Porsche 934 Turbo firmy Solido. Nie wyglądają może rewelacyjnie, bo zostały raczej przeznaczone do tuningowania modeli 1:43 nowszych nieco samochodów, ale w porównaniu z tym co było, Porsche i tak wygląda o niebo lepiej:

pozdrawiam

 

P.S.  26 lutego 2016 

Siedzę w domu, pogoda nie najlepsza. Samochód w warsztacie. Grzebię trochę w Internecie i „wygrzebuję” coś naprawdę ciekawego. Oto jak najbardziej związany z tym wpisem filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=9ME3JScdomE

Fiat 125 produkowany kiedyś w Argentynie