Tag: DKW

189. Zakręcona jesień i „warstatowe” poprawki DKW

Od połowy września nie miałem zupełnie czasu na zajmowanie się blogiem. Fakt, że od zakupu Gaza 69 nie kupiłem żadnego nowego modelika. Były jednak też inne powody. Po prostu od połowy września byłem niemal w każdy weekend bardzo zajęty.

W tym roku w lipcu wziąłem 2 tygodnie urlopu. Nigdzie jednak właściwie nie wyjechałem. Na początku urlopu odbyłem 2 jedno dniowe wycieczki. Jedną zupełnie fajną, ale przypadkową, w moje rodzinne strony do Puszczy Bolimowskiej koło Skierniewic, a drugą równie miłą do Płocka. W następnych dniach pogoda się popsuła i resztę urlopu spędzałem głównie na balkonie, gdzie szlifowałem, a później malowałem drzwi od kilku pomieszczeń mojego mieszkania.

Ponieważ odnawiałem 4 drzwi, po oszlifowaniu pierwszych ręcznie, postanowiłem nie męczyć się i nie zapylać pyłem ze starej farby połowy mieszkania, zainwestowałem więc parę groszy w szlifierkę oscylacyjną.

W tym roku, zakładaliśmy pierwotnie , że w lipcu córka pojedzie na obóz za granicę, a my z żoną w tym czasie wyskoczymy gdzieś w Polskę. Jednak pod koniec maja  córka zachorowała i nie mogła pojechać na obóz sama, a ja nie mogłem przełożyć już urlopu.  I tak w końcu wyszło na to, że na właściwy urlop możemy wyjechać dopiero pod koniec września.

Od połowy września zacząłem więc szukać możliwego do sfinansowania tygodniowego wyjazdu gdzieś do strefy śródziemnomorskiej. Kiedy już ustaliliśmy termin wyjazdu okazało się, iż z pracy muszę wyjechać na trzydniowe szkolenie. Było kilka terminów tego szkolenia, jednak wszystkie pokrywały się z planowanymi wcześniej  terminami  wyjazdu na wakacje. Chcąc nie chcąc, wybrałem pierwszy możliwy termin szkolenia (21 września – piątek) i tak przedostatni weekend września spędziłem w Berlinie.

Szkolenie było ciekawe, choć odbywało się w dokładnie tym samym miejscu co szkolenie, na którym byłem na początku sierpnia.

Na szkolenie pojechałem tak samo jak w sierpniu pociągiem i tak też miałem wracać. Jednak na miejscu okazało się, że koledzy z firmy po sąsiedzku wracają do Warszawy samochodem i mają wolne miejsca. Skorzystałem więc z okazji i zabrałem się z nimi. Podróż autostradą A2 z Berlina do Warszawy okazała się dla mnie bardzo przydatnym doświadczeniem trzy tygodnie później.

Dokładnie tydzień od powrotu z Berlina, w niedzielę 31 września odwieźliśmy do mojej mamy psa. Od mamy pojechaliśmy na Okęcię gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód i o godz 17 wystartowaliśmy w pięciogodzinną podróż samolotem na wyspę o nazwie Fuerteventura, położoną 12o km do wybrzeży Afryki, a należacą do archipelagu Wysp Kanaryjskich. Właśnuie tam spędzaliśmy w tym roku tygodniowe wakacje.

Jeszcze przed wyjazdem do Berlina zebrałem się w sobie, pojechałem do centrali mojej firmy i w końcu wymieniłem komórkę na nową. Oto kilka zdjęć które nią zrobiłem w trakcie pierwszego spaceru po okolicy:

Pod względem krajobrazu i widoków wyspa nie jest zbyt ciekawa. Dlatego w tym roku nie wypożyczaliśmy samochodu. Wystarczyło odejść od hotelu kilkaset metrów i wdrapać się na niewielki pagórek, aby zrobić zdjęcia surowego i pustynnego widoku jaki się stamtąd roztaczał:

Hotel w którym mieszkaliśmy był położony kilkaset metrów od brzegu morza, w jednym z osiedli miejscowości Caleta de Fustets. Poza tym wbrew temu co o wyspie jest pisane w przewodnikach w okolicy stolicy wyspy jak i miejscowości w której byliśmy, praktycznie nie ma pięknych piaszczystych plaż. Brzeg kilometrami wygląda tak jak na zdjęciach na samej górze. Jest bardzo kamienisty i bardzo słabo dostępny. Toteż na plażę musieliśmy dojeżdżać. Nie było to jednak w żadnym wypadku kłopotliwe. Sprzed hotelu, zaraz po obiadowyn posiłku podawanym w barze przy basenie, o 15. 20 odjeżdżał klimatyzowany i zupełnie darmowy autobus do odległego o 5 km niewielkiego centrum handlowego. Po przejściu przez galerię z kilkunastoma sklepami wychodziło się na jej tylną stronę, przyległą do nadmorskiego bulwaru.

Z tyłu centrum handlowego, przez bulwar wychodziło się na plażę, do której z centrum było zaledwie 150 metrów:

Na plażę jeździliśmy więc codziennie, a leżeliśmy na niej zazwyczaj do godziny 18. Ostatni powrotny autobus sprzed centrum handlowego do naszego hotelu wyruszał ok godz. 20. Kiedy zorientowaliśmy się przed jakimi hotelami w Caletta de Fustets autobus się zatrzymuje, z plaży przy centrum handlowym szliśmy kilka razy do centrum miejscowości nadmorskim bulwarem nad zatoką i dopiero stamtąd wracaliśmy do naszego hotelu:

Na Fuetrtewenturze ciemno robiło się dopiero ok godz. 20. Jednak kiedy zaszło słońce zmierzch zapadał dość szybko. W trakcie jednego ze spacerów właśnie wtrakcie zmierzchu zrobiłem kilka zdjęć zatoki w Caletta de Fustes:

Ostatniego dnia pobytu, w sobotę 6 października na Fuerteventurze było 31 stopni Celsiusza w cieniu.  Następnego dnia, w niedzielę, kiedy o 17-tej wylądowaliśmy w Warszawie, termometr pokazywał ok 8 stopni.

Następnego dnia po powrocie (w poniedziałek), pojechałem do mamy odebrać psa. Chwilę z nią też porozmawiałem. Mama wspominała swoje tegoroczne wakacje w Kołobrzegu, w trakcie których wraz ze swą młodszą siostrą odwiedziły mieszkającą niezbyt daleko najstarszą żyjącą jeszcze siostrę Wandę.  Jakież było moje zaskoczenie kiedy we wtorek w południe zadzwoniła do pracy moja mama z informacją , że niestety jej starsza siostra zmarła. Pogrzeb miał się odbyć w sobotę 14 października o godz 12 w Gryficach.

Na pogrzeb ten choć naprawdę bardzo daleko nie wypadało nie pojechać. I tu przydała się moja odbyta trzy tygodnie wcześniej podróż powrotna z Berlina. Choć z Warszawy do położonych między Szczecinem, a Kołobrzegiem Gryfic jest to droga dłuższa, na pogrzeb wyruszyłem wraz z mamą z podwarszawskiego Piastowa przed godz 5 rano, autostradą A2. Autostradą dojechałem za Poznań (do Trzciela). Stamtąd drogami już normalnymi do Międzyrzeca, a następnie Gorzowa Wielkopolskiego. Tam okazało się że droga S3, którą przejechaliśmy już ok 50 km, od Gorzowa do Szczecina niczym nie różni się od autostrady. Na normalną drogę dwukierunkową zjechałem więc dopiero w Goleniowie i na cmentarzu w Gryficach byliśmy kwadrans przed 12. Dystans 630 km udało mi się pokonać w ciągu dokładnie 7 godzin i to z przerwami na papierosa, kanapkę oraz tankowanie. Jak na podróż po Polsce wynik moim zdaniem rewelacyjny.

Po pogrzebie postanowiliśmy z mamą jednak nie wracać tego samego dnia i pojechaliśmy przenocować do córki zmarłej, a mojej siostry ciotecznej do Dziwnowa.

I tak dokładnie w tydzień po upalnej sobocie na Fuerteventurze znów wylądowałem nad morzem (tym razem jesiennym i nieco chłodniejszym Bałtykiem):

W kolejnym tygodniu  przyleciała z Francji odwiedzić mamę moja siostra  i odbierałem ją z lotniska w czwartek. W sobotę (tydzień po podróży do Gryfic) w Warszawie była piękną pogoda. Nie wybrałem się jednak na żadną wycieczkę. Balkon znów wyglądał jak na zdjęciu na samej górze. Postanowiłem wykorzystać pogodę i po raz drugi pomalować drzwi od łazienki, które nie do końca wyszły najlepiej. Decyzją okazał się bardzo słuszna. W kolejną sobotę (27 października) w Warszawie spadł pierwszy w tym roku śnieg i leżał przez kilka dni. O dokańczaniu prac malarsko-remontowych na balkonie nie było już mowy:

To na razie tyle o trzech różnych porach roku w ciągu jednego miesiąca.

A co w tym czasie z modelikami ?

Fakt, na przełomie września i października byłem tak zabiegany, że nie miałem czasu nie tylko zajmować się blogiem, ale  modelikami właściwie też. Niczego nowego także od dwóch miesięcy nie kupiłem. Zrobiłem za to 2 dość skuteczne i choć niezbyt pracochłonne przeróbki, o których od jakiegoś już czasu myślałem. Tym razem opiszę pierwszą z nich.

Na początku września, a dokładnie 9-tego w gimnazjum przy ulicy Conrada w Warszawie odbywała się cokwartalna giełda zbieraczy modelików. Na giełdę się oczywiście wybrałem. Nie kupiłem na niej żadnego nowego modelika do kolekcji, ale trafił mi się za całe 5 zł „rozbitek”, o którym od jakiegoś czasu myślałem: modelik VW Busa firmy Cararama. Modelik był mocno zdezelowany i miał pourywaną większość elementów, ale miał całe to czego szukałem. Miał kompletne, nieuszkodzone reflektory. Postanowiłem je zamontować do modelika, który prezentowałem tu 2 lata temu – DKW F91 firmy Schuco. Modelik ten, choć to model kolekcjonerski i wcale nie tani, miał jedną dość nieprzyjemną wadę, tę samą co opisywany kilka miesięcy temu czarny VW „garbus”. Producent modelika DKW niby dołożył wszelkich starań aby modelik był wierną kopią prawdziwego auta, ale reflektory mu najwyraźniej nie wyszły. Pomimo, że w przeciwieństwie do tych w „garbusie” ich mocowanie było zabezpieczone przed obrotem w trakcie montażu, zrobiono to nie wiadomo po co, bo reflektory w modeliku były okrągłe zamiast owalnych (typowych również dla innych aut z początku lat 50-tych). Kiedy modelik odkupiłem od innego kolekcjonera dobrych kilka lat temu, nie raziło mnie to zbytnio. Jednak kiedy 2 lata temu kupiłem modelik IFY F9 (a więc auta, które choć pochodziło z NRD, było mocno z DKW spokrewnione), postanowiłem modelik DKW jakoś poprawić.

189. DKW 1

Chyba jeszcze przed wyjazdem do Berlina wymontowałem z modelika stare lampy. rozpiłowałem na wylot pogłębienia po nich, a od strony maski, krawędzie otworów wypełniłem żywicą (a dokładnie starym klejem Distal) :

189. DKW 2

Kiedy klej wysechł, obsadziłem w otworach reflektory z „rozbitka” i odstawiłem modelik na półkę. Po powrocie z wakacji nie mogłem się nim zająć z braku czasu. Dopiero jakieś 2 tygodnie temu rozebrałem modelik, Białe nadlewki z kleju pomalowałem kremową farbką Hubroll i zmontowałem modelik. Przy okazji wysunąłem jeszcze o ok 0.5 mm przedni zderzak do przodu:

Z przeróbki jestem naprawdę zadowolony. Modelik lepiej przypomina pierwowzór i ma teraz ładne owalne, a nie okrągłe reflektory. (widoczne jest to zwłaszcza z przodu).

189. DKW 4

Co ciekawe lampy z busa „rozbitka” Cararamy pasowały do DKW wręcz idealnie. W tosunku do starych okrągłych lamp są dokładnie tej samej wysokości, ale są o pół milimetra węższe i dzięki temu mają prawidłowy kształt.

A oto powód dla którego zdecydowałem się na tę przeróbkę. Prawdziwy DKW F91, którego zdjęcie znalazłem kiedyś w sieci:

pozdrawiam

148. Kultowe Auta PRL – IFA F8 „dekawka”

To już piąte Święta, które spędzę pisząc i przeglądając mojego bloga.

Przez miniony rok nie zawsze miałem czas tu zaglądać i coś nowego napisać, ale i tak blog  zanotował kolejną rekordową liczbę odwiedzin za co

SERDECZNIE WSZYSTKIM DZIĘKUJĘ I WCIĄŻ ZAPRASZAM

148. IFA 1

Pragnę też złożyć serdeczne świąteczne życzenia wszystkim stałym czytelnikom tego bloga, oraz innym znajomym i nieznajomym blogerom. 

Moi Drodzy !

  Nie jestem jeszcze znowu taki wiekowy, jednak moja „motoryzacyjna” pamięc z uwagi na to, iż samochodami interesowałem się niemal „od kołyski” sięga dość odległych czasów.

W połowie lat sześćdziesiątych, w Żyrardowie (gdzie wtedy mieszkałem) można było spotkać jeszcze całkiem sporo samochodów o przedwojennym rodowodzie. Moja babka, której pierwszy mąż, a mój dziadek poległ w 1939 roku, po wojnie wyszła za mąż po raz drugi. Jej drugi mąż stał się więc moim dziadkiem, z którym jako mały chłopiec spędzałem sporo czasu. Zabierał mnie często na spacer „za przejazd” (w Żyrardowie nie było wtedy jeszcze tunelu). Pamiętam, że często czekaliśmy przy przejeździe, aż go otworzą. Wtedy ruszała kawalkada czekających na przejazd przez tory samochodów i mogłem je sobie dobrze obejrzeć. Było wśród nich wiele aut przedwojennych i zapewne dlatego tak dobrze je zapamiętałem. Mój „drugi” dziadek zmarł w 1964 roku i nie bardzo pamiętam o co go w trakcie tych spacerów pytałem, ale możliwe, że to właśnie on, a nie mój ojciec (inżynier elektryk) zaszczepił we mnie pasję do czterech kółek. W pamięć wryły mi się za to obrazy aut przejeżdżających przez przejazd i wiele z nich bez problemu potrafiłem rozpoznać. Wiele lat później kiedy zacząłem na poważnie zbierać modele samochodów, starałem się zdobyć właśnie modele starych aut zapamiętanych z wczesnego dzieciństwa. Niektóre z nich jak chociażby Fiat 1100, udało mi się zdobyć już na początku kolekcjonowania. Inne jak 500 Topolino, czy Mercedes 170V zdobyłem kilka czy kilkanaście lat temu. Jeszcze inne jak Gaz 67 czy Moskwicz 400 kupiłem całkiem niedawno w serii Kultowe Auta PRL, a niektórych, jak Dodge WC54 czy Chevroleta Canada nie udało mi się zdobyć do tej pory .

Do starych aut, które z tamtego okresu dobrze zapamiętałem należy też IFA F8. (Oile dobrze pamietam w tatmtych czasach auto miało ksywę „dekawka”  – od marki DKW). Dlatego kiedy w „kultowych” zapowiedziach pojawiła się kolejna w tym roku IFA, postanowiłem ja kupić. Kiedy jednak poszedłem do kiosku i obejrzałem modelik, muszę przyznać iż nieco mnie rozczarował i długo go oglądałem. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy za jakiś czas nie poszukać na Allegro jakiegoś taniego rozbitka (tak jak zrobiłem w przypadku Trabanta). Jednak w końcu doszedłem do wniosku, że w ten sposób zaoszczędzę raptem 10 zł, a okazja nie wiadomo kiedy się nadarzy, więc kupiłem modelik w „kultowym” kiosku:

148. IFA 2

Gdy go rozpakowałem byłem nim jeszcze bardziej rozczarowany. Miał niepomalowane (całe pochromowane) felgi, a ponadto za duże reflektory, które świetnie pasowałyby do modelika auta z początku, ale nie z końca lat trzydziestych. Na początku nie bardzo miałem pomysł jak zrobić nowe, mniejsze reflektory. Dość dawno temu dorabiałem podobne lampy w Citroenie 2CV, jednak tym razem dobrze byłoby, aby oprawy miały chromowane pierścienie jak w prawdziwej Ifie, a właściwie DKW F8, bo przecież IFA F8 była przecież tak naprawdę przedwojennym DKW:

148. IFA 3

Pomysł na nowe lampy (na początku prowizoryczny) przyszedł mi do głowy dość szybko. Swego czasu, kiedy zaczynałem moją „karierę” na Allegro, kupiłem modelik Austina Healey’a firmy Ledo (z serii Vanguards). Modelik był ładny miał jednak pewną wadę – za małe reflektory. Dorobiłem więc do niego zupełnie nowe wkładki reflektorów, zaś wymontowane zachowałem sobie na wszelki wypadek. Mniej więcej w tym samym czasie kupiłem też na giełdzie w Starej Gazowni modelik Cadillaca V16 firmy Rextoys, który odbłyśników lamp w ogóle nie miał. Pamiętam jak męczyłem się, aby odlane razem z oprawami odbłyśniki jakoś wyglądały. Oskrobałem je z farby, spolerowałem, pomalowałem nawet bezbarwnym lakierem, jednak efekt był mizerny, a reflektory w modeliku wyglądały dalej jak w starym Matchboxie. W końcu spiłowałem oprawy, nawierciłem w nich stożkowe pogłębienia i podobnie jak w przypadku nowych lamp Austina, odbłyśniki z niego wymontowane, wkleiłem do Cadillaca na ….gumę do żucia. (W przypadku mocowania  niektórych drobnych elementów do nawozi, to bardzo skuteczny sposób).

Teraz przypomniałem sobie o Cadillacu, do którego wkładki lamp z Austina też były nieco za małe i postanowiłem przymierzyć je do Ify. Wydłubałem wkładki z Cadillaca, ze starej i wyschniętej nieco gumy do żucia zrobiłem małe kuleczki, wepchnąłem w nie wkładki, wymontowałem z Ify oryginalne (za duże lampy) i na próbę przykleiłem kuleczki do błotników Ify. Próba wypadła pomyślnie. Przód modelika od razu zaczął przypominać prawdziwą Ifę. Przystąpiłem więc do dorabiania właściwych lamp. Taka samą metodą, jaką kiedyś zrobiłem oprawy w Citroenie, z kawałka starej ramki po plastikowym modeliku do sklejania „wytoczyłem” właściwą oprawę (pozycja 2 na rysunku powyżej). Następnie z innego, cieńszego nieco kawałka tej samej ramki wytoczyłem bolce mocujące oprawy w błotnikach (pozycja 3). Przykleiłem je do opraw klejem do modeli plastikowych i poczekałem aż wyschną. Frezem o średnicy 3,3 mm zrobiłem w oprawach pogłębienia pod wkładkę z odbłyśnikiem (pozycja 1) i w końcu wcisnąłem wkładki (wymontowane pierwotnie z Austina) w nowe oprawy. Nowe, kompletne już reflektory wcisnąłem w powiększone i rozpiłowane nieco otwory w błotnikach, zrobiłem zdjęcie modelika (jeszcze nie gotowego) i zamieściłem je w moich „zapowiedziach” na blogu.

Do pełni szczęścia trzeba było jeszcze pomalować oprawy i co gorsza felgi.

148. IFA 4

O ile dobrze sobie przypominam, reflektory dorabiałem w sobotę, a felgi malowałem w niedzielę rano (przy słabym późną jesienią świetle dziennym). Felgi postanowiłem pomalować na kolor taki, jak boki modelika (coś pośredniego miedzy bordo, a brązem). Od razu przygotowałem sobie dwie farby – bordo (Humbrol nr 19) i półmatowy brąz (Humbrol nr 133). Do mieszania farb używam zazwyczaj wykorzystanych opakowań (listków) po jakichś tabletkach, jakie zawsze w każdym domu można znaleźć (o ile wykorzystanych pustych listków nie wyrzuci się wcześniej do śmieci). Listki mają kilkanaście wytłoczonych w folii małych miseczek, do których nakładam farbę patyczkiem, którym ją mieszam. Metoda ta pozwala dokładnie dozować farbę, bo zazwyczaj z patyczka do miseczki wpada jedna kropla farby. Po napuszczeniu do miseczki kilku kropel farby bordo dodawałem stopniowo po jednaj kropli farby brązowej i mieszałem je małym pędzelkiem. Przeważnie przy takich operacjach warto do mieszanki dodać jedną małą kroplę rozcieńczalnika. Tak zrobiłem i tym razem. Kiedy proporcje osiągnęły mniej więcej wartość 50/50 i farba w miseczce zaczęła przypominać kolor boków modelika, ściągnąłem z kółek oponki i małym pędzelkiem (0) pomalowałem felgi, obracając je w trakcie malowania. Gdy felgi wyschły, okazało się, że ich kolor nie jest może idealny, ale tragedii też nie ma, zmontowałem więc modelik i uznałem, że jeśli będę malował felgi po raz drugi, zrobię to latem, kiedy światło dzienne jest naprawdę dobre, a dzień jest długi. Sztuczne oświetlenie zmienia  nieco barwy, dlatego przekonałem się, że zaprawki, czy malowanie pojedynczych elementów na kolor całego nadwozia najlepiej robić za dnia, przy dobrym świetle.

Z przerobionej Ify byłem bardzo zadowolony, bo przypominała mi teraz prawdziwy samochód jaki pamiętałem z naprawdę wczesnego dzieciństwa. Jednak ubocznym efektem udanej przeróbki został „rozgrzebany” Cadillac pozbawiony szkieł reflektorów. Jeszcze tego samego dnia wieczorem dorobiłem z przezroczystego tworzywa takie szkła, a następnie przykleiłem je do opraw lakierem bezbarwnym. (Kiedy dzisiaj, po kilku tygodniach od przeróbki wyjąłem modelik aby zrobić zdjęcia, sprawdziłem czy nowe szkła  dobrze się trzymają i tak jest). Na szczęście prawdziwy Cadillac nie miał wokół nich chromowanych pierścieni, więc modelik po przeróbce nie wygląda źle. Mój Cadillac w ogóle nie ma pierścieni wokół szyb reflektorów, bo oryginalne (malowane na kolor nadwozia) zostały niestety spiłowane przy poprzedniej przeróbce, ale cóż, chociaż szczerze żałuję że to zrobiłem, już się stało.

148. IFA 5

Drodzy czytelnicy !

Wiem, że niektórzy z was niecierpliwie czekają na opisy moich kolejnych  „zdobyczy”. Jednak umieszczenie na blogu każdego nowego wpisu zajmuje mi trochę czasu. Proszę mieć na względzie to, iż nie jestem literatem tylko inżynierem i napisanie każdej nowej notki zabiera mi klika ładnych godzin (przeważnie cały wieczór, a często i dwa). Świeżo napisany tekst trzeba jeszcze przeczytać, skorygować, przepuścić przez edytor tekstów. (Nie mam w domu porgramów pakietu MS Office, tylko Open Office, bo staram się używać legalnego oprogramowania, a to niestety poprawki tekstu wydłuża). A przecież nie tylko blogiem człowiek żyje, dlatego życząc przyjemnej lektury, proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

pozdrawiam

 

138. Kultowe Auta PRL – IFA F9 „blaszanka”

Upał, upał, upał i w taki upał normalny człowiek nie ma głowy do niczego innego jak do chwili wytchnienia gdzieś na łonie natury, a najlepiej nad wodą. Także ja nie mam teraz głowy do innych rzeczy, a zwłaszcza do modelików. Allegro przeglądam pobieżnie raz na kilka dni, nie zaglądam na fora ani inne strony o moim hobby. A tymczasem „kultowa” seria wciąż wychodzi, chociaż pierwotnie była zapowiadana na 50 modeli i zgodnie z tymi zapowiedziami za chwilę powinna się zakończyć. Nic z tego, według najnowszych zapowiedzi czeka nas  w niej jeszcze wiele nowych modeli.

Dwa tygodnie temu już jako numer 48 ukazała się w niej IFA F9. Dla wielu fanów „Kultowych Aut PRL” model niekoniecznie oczekiwany, ot po prostu kolejny „zapychacz”. Dla mnie nie. IFA F9 to naprawdę ciekawe choć z całą pewnością zapomniane auto i nie kojarzone zupełnie zwłaszcza przez młodszych kolekcjonerów z PRL. Dla mnie to kolejne auto w serii o przedwojennym rodowodzie, auto o bardzo ciekawej linii nadwozia i moim skromnym zdaniem auto w historii motoryzacji wyjątkowe. Skonstruowane tuż przed wojną doczekało się wdrożenia do produkcji dopiero 10 lat później, a mimo to zrobiło niemałą karierę. Produkowane było w dwóch różnych państwach niemieckich (NRD i RFN) i co ciekawe, właśnie w RFN produkowane było w niewiele zmienionej formie prawie do połowy lat sześćdziesiątych. Historia samochodu została bardzo dobrze opisana w gazetce dołaczonej do IFY, nie ma więc potrzeby przytaczać jej tutaj w całości jeszcze raz. 

Druga Wojna Światowa odcisnęła swoje piętno również w historii „cywilnej” motoryzacji. Opisywany prze ze mnie ostatnio GAZ M20 zawdzięcza swoją nazwę Pobieda (zwycięstwo) bitwie pod Stalingradem, Renault 4 CV swój kolor piaskowy kolor zapasom farby pozostałej po wojnie po niemieckim Afrika Korps, a Dodge Power Wagon wywodzi się bezpośrednio z wojskowych terenówek armii amerykańskiej używanych w czasie wojny. Także historia obydwu opisywanych prze ze mnie modeli jest związana z przebiegiem Drugiej Wojny Światowej. Zarówno enerdowska IFA F9 jak i jej zachodnioniemiecki odpowiednik DKW 3=6 Sonderklasse to auta, których powstanie wiąże się z wojenną historią. Obydwa wywodzą się z bardzo ciekawego i nowoczesnego przedwojennego modelu DKW F9, który na skutek wybuchu wojny nie wszedł  do produkcji od razu. W 1950 roku samochód ukazał się w NRD już jako IFA F9. Jednak część załogi byłych zakładów DKW, która znalazła się po wojnie w zachodniej części Niemiec, reaktywowała markę DKW i również w 1950 roku F9 pojawił się z niewielkimi zmianami przedniej części nadwozia jako DKW F89. Klika lat później samochód przeszedł drobny face lifting i zamiast dwucylindrowego otrzymał  silnik trzycylindrowy (jaki od początku miała IFA) i ukazał się jako model F91 o handlowej nazwie 3=6 Sonderklasse.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

IFA F9 pomimo, że jej produkcję zakończono w 1955 roku, a jej następcą został Wartburg, jeszcze w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych była w Polsce autem może nie popularnym, ale znanym i spotykanym. Nazywano ją potocznie „blaszanką”. Samochód zapamiętałem dość dobrze, zwłaszcza jego charakterystyczny, obły przód z lampami od Volkswagena „garbusa” i dlatego zawsze bardzo chciałem mieć jego modelik.

Kilka lat temu kolega Zenek, który kolekcjonował modele aut niemieckich, postanowił pozbyć się części zbiorów i pozostawić sobie tylko modele Mercedesów i BMW. Za stówkę odkupiłem od niego 2 modele, w tym modelik DKW F91 firmy Schuco, który był w owym czasie dość rzadki i trudny do zdobycia. Modelik przypominał mi bardzo IFĘ F9 i właśnie z tego względu go kupiłem.

138. IFA 2

Modelik nie jest wykonany rewelacyjnie, a zwłaszcza jego przód.  Co w nim jednak nie gra, okazało się dopiero po zakupie IFY. Ma za szerokie i zbyt okrągłe przednie światła. Mam zamiar go przerobić i w  tym celu będę musiał  zdobyć kiedyś jakiegoś rozbitka IFY, aby wyjąć z niego przednie światła i przerzucić do DKW. Modelik bardzo długo mnie cieszył, bo bardzo przypominał mi IFĘ. Poza opisanym błędem jest naprawdę OK.

138. IFA 3

Dlatego też modelika IFY nie kupiłem od razu. We środę kiedy się ukazał zabrałem ze sobą do pracy kremowy modelik DKW z zamiarem porównania go po powrocie z pracy z IFĄ. Niestety, kiedy wróciłem z pracy i poszedłem do zaprzyjaźnionego kiosku, teściowa miłego pana, który zawsze był w kiosku po godz 18, właśnie go zamykała. I tak IFĘ kupiłem dopiero w sobotę. I dokładnie tak jak w przypadku Fiata 125 pick-up, „przez niemal trzy dni przeglądałem zdjęcia i czytałem opinie na forach, a moje odczucia co do modelika były mieszane”. W końcu doszedłem jednak do wniosku, że DKW to DKW, a IFA to IFA i modelik kupiłem.

138. IFA 4

Ponieważ od dwóch tygodni jest piękna pogoda i niemal każdą wolną chwilę staram się spędzać na świeżym powietrzu (najlepiej nad wodą). Modelik tylko trochę rozgrzebałem. Zmyłem imitację listew ozdobnych na bokach maski, wymontowałem i zamontowałem jeszcze raz przednie światła i na razie tak zostało. Listwy trzeba pomalowac jeszcze raz, ale we właściwym miejscu i nadać im właściwy przebieg. Niestety na razie nie mam na to ani ochoty, ani czasu i modeli poczeka sobie chyba do jesieni (a przynajmniej na gorszą pogodę).

138. IFA 5

pozdrawiam

 

P.S.

24 lipca

Jako uzupełnienie ostatniego wpisu, podaję link ze zdjęciami modeli, które warto obejrzeć.  „Kultowe Auta NRD” .Wsród nich jest kilka, które w naszej polskiej serii jeszcze się nie ukazały, a które też bardzo chciałbym mieć. Te modele to: Trabant 601 Universal, Trabant P50 sedan, AWZ P70 i IFA F8 „dekawka”.