Tag: Mercedes

278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”. Owszem od kilku tygodni o tym myślę, ale niestety pogoda w tym roku, jest jaka jest. Ktoś mógłby jednak zadać przekorne pytanie, a cóż do prezentacji modelików ma pogoda ? Otóż wyjaśnię, że ma. Na razie, przy panujących mrozach, nie mam zamiaru wychodzić na balkon, gdzie mogę robić dobre zdjęcia. W mieszkaniu o tej o porze roku  światło jest niestety trochę za słabe. Poza tym, zarówno na blogu, jak i w gablotce nagromadziły się „pewne zaległości” i przy okazji robienia porządków, postanowiłem je „odrobić”.  

W październiku ubiegłego roku zaprezentowałem tu kolejny już wpis z cyklu „warsztatowe przygody”. Opisałem w nim kilka zrobionych jesienią ubiegłego roku przeróbek i napraw modeli. Pierwotnie miałem zamiar pokazać też model, który naprawiłem na początku tegoż roku, ale uznałem, że:  

„Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)”.

Teraz nadarzyła się okazja niejako „dokończenia” tego wpisu, a przy okazji pokazania jeszcze drugiego modelika, z którym obydwa tworzą w kolekcji „trochę niechcianą parę”. Ale zacznijmy rzecz od początku:  

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Równolegle do wspomnianych aut produkowany był mniejszy i tańszy Mercedes-Benz 190 SL (W121 B II). W 1963 roku zakończono produkcję zarówno  300 SL Roadster, jak i 190 SL i pojawił się model 230 SL (W113), który formalnie zastępował drugi ze wspomnianych tu modeli. W 1971 roku pojawił się uznawany obecnie za najbardziej klasycznwgo „esela” model  R107 (od 280 SL do 500 a nawet 560 SL). Samochód ten był jednym z najdłużej produkowanych aut w historii marki. Co ciekawe, wytwarzany był praktycznie bez większych zmian zarówno samej karoserii, jak i detali zewnętrznych. Następcy doczekał się dopiero w roku 1989, kiedy to pojawił się model R129 (od SL 320 po SL 600). Kolejne odmiany to R230 (2001 -2011) i oferowany obecnie R231 (od 2012 roku). Wszystkie wymienione samochody łączyło właściwie jedno. Zimą były użytkowane przeważnie jako coupe (z „twardym” przeszklonym dachem, a właściwie kawałkiem kabiny obejmującym dach, szybę tylną i boczne szyby tylne). Latem auta przeistaczały się zaś w „przyjazne słońcu” kabriolety. Od modelu R230 dach „coupe” jest składany elektrycznie i mieści się pod pokrywą bagażnika.   

W mojej kolekcji mam właściwie całą gamę miniaturowych modeli SL (od W194 po R230). Jako pierwszy trafił do niej plastikowy modelik do sklejania Mercedes-Benz 450 SL (R107) firmy Heller, kupiony w Niemczech za 7 marek, w roku 1987, a więc blisko 30 lat temu. Modelik przedstawia kabriolet, bo do tej pory nie znalazłem czasu, aby zdejmowany w nim „dach- coupe” wykończyć nażycie i dobrze pomalować. Modelik trafił do kolekcji, bo wtedy, każdy niezbyt drogi model auta, które można było zobaczyć na co dzień na ulicy, był naprawdę cenny, nawet jeśli trzeba było poświęcić kilka wieczorów na jego pomalowanie i sklejenie.  

Później do kolekcji dochodziły kolejne modele. Jednak zawsze moim największym „kolekcjonerskim” marzeniem było posiadanie ładnego modelika Mercedes-Bemz 230 SL (W113). Dla mnie, to do dziś najładniejszy SL w historii. Tak naprawdę „zakochałem” się w nim w połowie lat 80-tych w Niemczech.

Naprzeciw okien mieszkania, po drugiej stronie głównej ulicy miasta, przy której w trakcie mojego pierwszego tam pobytu mieszkałem, często parkował biały Mercedes 230 SL. Jesienią i zimą miał nałożony granatowy dach, latem przyjeżdżał jako odkryty kabriolet. Po drugiej stronie ulicy był pub, do którego tym autem przyjeżdżała zadbana i dobrze ubrana młoda kobieta. Owa „dziunia”, bo tak nazywał ją jeden z pracujących ze mną kolegów, była Polką, a także „przyjaciółką” właściciela pubu. Samochód, który w połowie lat 80-tych miał już w końcu kilkanaście lat, wciąż robił wrażenie i „zadawał szyku”. Uzbrojony w „twardy” dach, właśnie od jego kształtu, miał ksywkę „pagoda”. To właśnie wtedy, zachorowałem na jego modelik. Ale cóż, w owym czasie na rynku modelarskim praktycznie żadnej „pagody” nie było.  

Pierwszy modelik 230 SL kupiłem za 8 złotych w jakimś sklepie z zabawkami dopiero w roku 1997. Był to modelik, a właściwie wykonana w skali 1:43 zabawka firmy New-Rey. Był to odkryty kabriolet, w którym, aby wyglądał musiałem dorobić przednie lampy, bo oryginalne do niczego się nie nadawały. Po przeróbce wyglądał całkiem fajnie i służył mi klika lat, aż w końcu odkupił go ode mnie kolega, który jest wielkim fanem marki Mercedes-Benz, nie przepada zaś za modelikami kabrioletów.

W 2001 roku trafił mi się modelik firmy Minichamps w dokładnie tym samym, co poprzednik kolorze:      

Pamiętać trzeba, że w owym czasie (na długo przed pojawieniem się w kioskach właściwych serii kolekcjonerskich, takich jak Kultowe Auta PRL) ceny tego rodzaju modeli oscylowały w granicach 100 złotych. 

A zatem, zakup przecenionego na 53 złote modelika uznałem za prawdziwą okazję. Był rzecz jasna znacznie lepiej wykonany niż New-Ray, poza tym miał dach, co akurat nawet w przypadku kabrioletów uważam za sporą zaletę. 

Entuzjazmu mojego jednak nie wzbudził, bo cóż to za „pagoda” bez „twardego” dachu.

Modelik chyba zaraz po zakupie trafił do pudła numer 4, bo chociaż w owym czasie miałem już witrynę, w której prezentowałem modele, to w tamtych latach kupowałem od 40 do 50 modeli rocznie i nie wszystkie „załapywały” się od razu do witryny.  Właściwie dopiero wczoraj, w trakcie oglądania go przed ponownym schowaniem, zauważyłem w nim pewną wadę, która przez lata zupełnie nie rzuciła mi się w oczy.

Klika lat później trafił mi się kolejny „okazyjny” model. Lekko uszkodzony SL, już z „twardym” dachem. I choć „grosze” nie kosztował, (wg. danych z mojego spisu modeli) w 2004 roku zapłaciłem za niego 41,5 zł, kupiłem go bez większego namysłu.

W przeciwieństwie do pokazanego powyżej kabrioletu, pudełko z witrynką od modelika trafiło do pudła numer 6, a sam model trafił od razu do witryny. Nie trafił tam jednak na jedną z głównych półek, na których stoją prezentowane aktualnie modele, ale na półkę „remontową”, na której stoi kilka modeli wymagających przeważnie nieco większych napraw, czy przeróbek.

Modelik nie miał jakichś dużych uszkodzeń. Miał pourywane bolce mocujące dach do nadwozia oraz ułamane lusterko, którego niestety brakowało. Początkowo miałem zamiar rozebrać modeliki i zamienić w nich dachy, tak aby pokazany powyżej model stał się pełnowartościową „pagodą”. Drugi model zamierzałem przy jakiejś okazji sprzedać. Jednak od zamiaru tego w końcu odstąpiłem z dwóch powodów:

Kupiony w 2004 roku model, przedstawia historyczny samochód rajdowy. Któż zatem połasiłby się na „rajdowego składaka” z miękkim dachem. Po drugie operacja przerzucenia dachów w przypadku modeli Minichamps byłaby nie tylko bardzo pracochłonna i trudna, ale w praktyce mogła okazać się niewykonalna. W modelach firmy Minichamps, aby były one wykonane naprawdę solidnie (w końcu w porównaniu z modelami innych firm, trochę zawsze kosztują) wiele elementów plastikowych, w miejscach łączenia ich z innymi (np z karoserią), jest dodatkowo klejonych mocnymi, prawdopodobnie cyjanopanowymi  klejami. W praktyce, w przypadku prób demontażu taki elementów, może zakończyć się ich poważnym uszkodzeniem lub wręcz zniszczeniem.   

Dokładnie tak było w przypadku pokazanego tu poniżej modelika. Dach był co prawda z tyłu oderwany do karoserii, ale został mocno przyklejony do górnej krawędzi szyby przedniej i próba rozłączenia tych elementów mogła zakończyć się zniszczeniem jednego z nich. Wtedy modelik nadawałby się właściwie tylko do kosza, a zdemontować i wukorzastać z niego można by było co najwyżej koła.

I tak modelik stał w witrynie czekając na naprawę prawie 12 lat. 

Nie oznacza to, że nic w tym czasie się z nim nie działo. Kiedy modelik był już bardzo zakurzony wyjmowałem go z witryny, odkurzałem i kombinowałem, co z nim zrobić. Kilka lat temu, kiedy już ostatecznie zrezygnowałem z zamiany dachów w modelikach, odciąłem resztki pourywanych bolców przy szybie tylnej. Dorobiłem z przezroczystego tworzywa dwa wałeczki, wsunąłem je przez otwory w półce podokiennej, a następnie przykleiłem do miejsc po odciętych starych bolcach. w ten sposób zamocowałem na nowo urwany dach. (Efekt naprawy widać na zdjęciach poniżej, przez dolny narożnik szyby bocznej tylnej).

Nie miałem jednak pomysłu na dorobienie lusterka. Ani na giełdzie, ani na bazarze na Namysłowskiej, nie trafił mi się żaden „rupieć”, z którego mógłbym wykorzystać lusterko. Jakieś dwa lata temu odciąłem resztki „podstawy” ułamanego lusterka, a otworek w nadwoziu przewierciłem, usuwając resztki starego boleca mocującego lusterko. Modelik znów trafił na półkę w witrynie.

Rok temu, zachęcony udaną przeróbką opisywanej tu Wołgi, postanowiłem „pójść za ciosem”. Wykorzystując dokładnie to samo tworzywo z pokrywki od pudełka po lodach, dorobiłem płytkę lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie „wystrugałem” maleńką nabę, w którą wchodzi pręcik podstawy lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sam pręcik zrobiłem z drutu od zimnych ogni. Tym razem wykorzystałem grubszy drut. (Jak już chyba kiedyś tu pisałem, w moich rupieciach mam dwa pudełka zimnych ogni, jedno z drutem o grubości 0,7 mm, drugie z drutem o grubości 0,5 mm). Pręcik wygiąłem odpowiednio maleńkimi szczypcami. Płytkę lusterka (od strony szyby) przykleiłem  w trakcie obróbki do plastikowego pręcika (aby było za co chwycić). Kiedy płytkę obrobiłem, okleiłem ją poleconą mi kiedyś przez kolegę samoprzylepną folią aluminiową, wystające resztki folii odciąłem żyletką. W maleńkiej nabie (po zewnętrznej stronie lusterka nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm i całość skleiłem klejem Kropelka Żel :

W trakcie wykonywania przeróbki, a właściwie już po dorobieniu lusterka, ale przed zamontowaniem go do modelika, zrobiłem kilka zdjęć, które chyba lepiej niż zamieszczony tu opis, pokazują sposób wykonania lusterka. Skomponowałem z nich obrazek pokazany powyżej. Zdjęcia wykonałem 8 stycznia 2016 roku, a więc tuż po wykonaniu lamp do Wołgi. Do połączenia obu maleńkich elementów wykorzystałem obsadkę nożyka modelarskiego, która w moim warsztacie jest teraz „najważniejszym narzędziem”.

Efekt naprawy w dużym, dwukrotnym powiększeniu, wygląda tak:

Po sklejeniu całości, odciąłem od lusterka biały pręcik (do trzymania go w trakcie obróbki) i nakleiłem wyciętą z grubszej błyszczącej samoprzylepnej folii szybkę lusterka. Dorobione lusterko jest nieco tylko większe niż oryginalne (takie jak w modeliku z białym „miękkim” dachem pokazanym za zdjęciach powyżej). Ale cóż, mniejszego zrobić się po prostu nie dało.

Teraz naprawiony modelik prezentuje się w końcu całkiem dobrze:

Można by jednak zadać w tym miejscu pytanie: Czy modelik musiał czekać na ostateczną naprawę aż 12 lat?

Cóż, „better late than never„, jak w trakcie wspólnego koncertu, powiedział lider mojej ulubionej grupy Earth Wind & Fire do lidera równie legendarnego zespołu Chicago.  Do wykonania tej trudnej i wymagającej „niezłego kombinowania” naprawy musiałem najwidoczniej „dojrzeć”.

W trakcie dorabiania lusterka, z całą pewnością zaprocentowało moje wieloletnie już doświadczenie zdobyte przy naprawach i poprawkach innych modeli, takich jak choćby te z serii „Kultowe Auta PRL”. Pomogło też niewatpliwe moje obycie z różnego rodzaju materiałami, klejami, narzędziami i sposobami dorabiania bardzo drobnych elementów. Konsultacje z kolegą, z którym wymieniam się doświadczeniami, a także moje własne, nie zawsze udane eksperymenty z pozyskiwaniem i używaniem nowych, nie stosowanych wcześniej materiałów i technik. 

Po ostatecznej naprawie modelik trafił do oryginalnej gablotki i choć opuścił „remontową” półkę w witrynie, jednak wraz z drugim modelem „ugrzązł” tym razem w gablotce. Dopiero wczoraj w trakcie „przeglądu” gablotki, która już „pęka w szwach” od kolejnych zakupów, wyciągnąłem obydwa, zrobiłem te zdjęcia i postanowiłem pokazać je na blogu. Teraz w końcu będę mógł schować obydwa modele do pudeł numer 6 i 4 w szafie, w przedpokoju.

Cóż, nie tylko normalne życie, ale i to „kolekcjonerskie” płata nam czasami figle.

Mercedes-Benz 230 SL w mojej kolekcji, zamiast jednej, ładnej „pagody” reprezentują 2 modele: Cywilny kabriolet z „miękkim” dachem oraz właściwa „pagoda”, ale w wersji rajdowej, bez kołpaków na kołach, z oklejonymi „siateczką” lampami przednimi i halogenem w miejscu gwiazdy w atrapie. No, ale tak po prostu wyszło.

W 1963 roku koncern Daimler-Benz wprowadzając na rynek zupełnie nowy model, który zastępował wszystkie wcześniejsze wersje SL (również te drogie i już wtedy w pewnym sensie legendarne), aby pokazać, że nowe auto jest godnym następcą poprzedników, wystawił świeżutki model do morderczego rajdowego maratonu Liège–Sofia–Liege. Samochód nie tylko rajd ukończył, ale i wygrał, co niewątpliwie było jego doskonałą reklamą i przyczyniło się do jego rynkowego sukcesu.

pozdrawiam

Reklamy

275. Prezenty (nie do końca) choinkowe – Mercedes 170V i Fiat Tipo 2

172. Taksówki 1

Oto tegoroczna choinka. Jeszcze w tym roku żywa, nie sztuczna (jak chciałaby żona).

Chociaż ubrana przed wigilią, wciąż atrakcyjnie wygląda.

Coinka 2016 2b

A oto i tegoroczne prezenty.

Pokazuję je dopiero dziś, bo dopiero dziś miałem możliwość sfotografować je przy świetle dziennym. 

Nie nie są to jednak prezenty od żony, czy córki, choć dotarły do mnie w Wigilię, wraz z rodziną żony, a właściwie z jej chrześnicą .

Wylicytowałem je tuż po wizycie na grudniowej giełdzie na Allegro. A że sprzedający je kolekcjoner mieszka niedaleko mojej teściowej w Mińsku Mazowieckim,  chrześnica żony odebrała modele i przywiozła mi je właśnie w Wigilię. 

Mrecedes-Benz 170V kabriolimousine z 1939 roku 

Dość stary model firmy Vitesse jeszcze „fabrique au Portugal”

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na kołach od „garbusa”, co zauważyłem dopiero po jakimś czasie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jak, oglądający moje albumy na blogu zdążyli się zapewne zorientować, w mojej kolekcji jest już od lat model Mercedes-Benz 170V. Kupiłem go dawno temu u dystrybutora zabawek Simba Dickie. Wtedy firma, która sprzedawała również modele firmy Schuco mieściła w Warszawie przy ul. Wójcickiego (właściwie daleko na obrzeżach miasta, tuż przy Puszczy Kampinowskiej). Pojechałem tam po kilka modeli, ale byłem z córką, która miała wówczas 4 lata. Było tam mnóstwo zabawek i nie do końca mogłem się skoncentrować na oglądaniu modeli. Jednym okiem patrzyłem na modele, drugim na córkę, zaś „na szybko” kupiłem 2 modele, w tym wspomnianego mercedesa.

Z czasem ten dość drogi model (w 2000 roku zapłaciłem za niego prawie 70 zł) nie do końca mi się podobał. Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że stary i niezbyt wyrafinowany model firmy Vitesse, chyba jednak lepiej odzwierciedla oryginał (który pamiętam jeszcze z ulic, z wczesnego dzieciństwa). Postanowiłem go kiedyś ewentualnie zdobyć, ale raczej „okazyjnie”.

Okazja nadarzyła się na początku grudnia, a że znany mi z pewnej dawnej transakcji kolekcjoner z Mińska Mazowieckiego wystawił „w parze” 2 modele, w Wigilię dotarł do mnie też drugi prezent, kupiony niejako „przy okazji”:

Fiat Tipo 2 z 1911 roku

Równie stary model firmy Rio (oczywiście Made in Italy), przy wigilijnym stole „zrobił furorę”. 

Kiedy po spożyciu karpia, a przed pierogami wszyscy rozpakowaliśmy prezenty, chrześnica żony przypomniała, że przecież przywiozła mi też modele. Nie miałem zamiaru otwierać pudełka z nimi, bo przecież za nie sam zapłaciłem.

Jednak wszyscy nalegali. Kiedy wyjąłem fiata, mojej wiekowej mamie tak się spodobał, że chciała go ode mnie odkupić.   

A naprawdę niewiele brakowało, a tych prezentów by nie było. 

W niedzielę 11 grudnia wybrałem się na „modelikową” giełdę.

Chciałem uniknąć powtórki z września, kiedy to właściwie intuicyjnie nie pojechałem na niedzielną giełdę modelików, za to zwiedziłem Sulejówek i Miłosną, skąd odbierałem zmęczoną po sobotniej imprezie córkę. Tym razem na giełdę dotarłem i choć niczego nie kupiłem pobyt na niej trochę się przeciągnął i wyszedłem z giełdy później, niż pierwotnie zamierzałem.  

Tego dnia kilkanaście minut po 13. kończyły się dwie aukcje, które obserwowałem.  Kiedy wracałem już z giełdy, zadzwoniłem do żony, aby uruchomiła komputer. Ma on już ponad 8 lat i „odpalanie” go trwa kilka minut. Gdy tuż przed 13. mijałem mój blok, z przerażeniem skonstatowałem, że pani z psem na chodniku obok, to moja żona, która właśnie wraca z porannego spaceru. Pomyślałem „no to pozamiatane”. Nie dałem jednak za wygraną. Z parkingu przybiegłem jak najszybciej mogłem, wpadłem do domu i włączyłem komputer. Kiedy na ekranie pojawiła się strona Allegro, do końca aukcji pozostało zaledwie 6 minut. Zalicytowałem i pierwszą aukcję wygrałem. Kilkanaście minut później kończyła się drugą. Tę niestety przegrałem.

Z obrotu sprawy bardzo się ucieszyłem. Za obydwa modele zapłaciłem całe 31 złotych. (Co prawda są bez opakowań i choć do mercedesa pudełka też nie ma, jest oryginalna witrynka Vitesse) .

Kilka dni później, w środę rano pojechałem do hematologa. Mama źle się czuła i została w domu. Hematolog popatrzył na wyniki badań i od razu dał skierowanie do szpitala. W południe odwiozłem mamę do szpitala MSW na Wołoską. Mama została w szpitalu do poniedziałku. W tym czasie codziennie ją tam odwiedzałem. Nie miałem głowy ani do prezentów, ani tym bardziej do modelików.

272. Warsztatowe przygody – Citroen, Mercedes i inne

DRODZY CZYTELNICY ! 

Dokładnie przed miesiącem, dziewiątego września, minęło okrągłe 10 lat od założenia tego bloga. Nie bije on już rekordów popularności, bo i też nie zawsze mam czas się nim zajmować. 10 lat to kawał czasu, ale i liczba miliona dwustu tysięcy odsłon, jaką udało się w tym czasie osiągnąć, też jest imponującą.

Właśnie przed chwilą udało mi się ją zarejestrować!

1200000 - odsłon

Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 10 LAT  ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Lato nie sprzyja „modelarskim poczynaniom”. Dzień jest długi, przeważnie jest ciepło i zamiast ślęczeć w kuchni nad kolejnymi przeróbkami, czy przed komputerem, lepiej pojechać na wycieczkę lub wskoczyć na rower. Co innego w czasie pozostałych pór roku. Dzień jest krótki, a pogoda często nie zachęca nawet do spaceru z psem. Dlatego właśnie wtedy jest czas na „dłubanie” przy modelikach, czy pisanie bloga. Tak jest u mnie od lat, co zresztą na blogu widać to bardzo dobrze. W marcu tego roku pod wpisem o giełdzie dostałem taki oto komentarz:

Skontaktowałem się z Panem Andrzejem, dogadaliśmy się i pod koniec kwietnia otrzymałem paczkę, z kilkunastoma modelami z serii „Kultowe Auta PRL”. Zapłaciłem „symboliczną” kwotę za 2 modeliki, które włączyłem do kolekcji. Pozostałe jako „złom modelarski” przyjąłem „pod swój dach”. Niektóre z nich są naprawdę fajne, jednak przeważnie w każdym czegoś brakuje. A to lusterka, a to lampy , a to wycieraczki.

Kilka jest praktycznie kompletnych i większość nadaje się do naprawy. Klika posłuży jednak jako „dawcy” części. Całość (wraz z przesyłką) kosztowała mnie tyle, ile w kiosku kosztował 1 „kultowy” modelik. Mogę więc tę „blogową” w końcu transakcję, uznać za wyjątkowo udaną.  Pan Andrzej przesłał mi nie tylko modeliki, ale i torebkę, w której było kilka kompletów kółek wraz z ośkami.

Wśród nich znalazła się rzecz wyjątkowo cenna: Oryginalne kółka do „malucha” polskiej produkcji, jaki ponad 30 lat temu wypuściła Spółdzielnia Pracy Estetyka. W jednej z moich szuflad, z różnego rodzaju „złomem”, leżał właśnie taki zapomniany maluch, z którego kółka i tylny zderzak,  wiele, wiele lat temu, trafiły do niebieskiego, metalowego modelika Polistil . Teraz będzie można tenzabytkowy modelik niejako „odbudować”, zwłaszcza, że kilka lat temu kolega podarował mi do niego oryginalne pudełko.

Jakieś 2 tygodnie temu wyciągnąłem z szuflady malucha oraz podarowane przez Pana Andrzeja kółka i zamontowałem je do niego.  

Trzy z nich były OK. Jedno zostało pomalowane srebrną farbą, którą udało mi się zmyć spirytusem, jednak jego odcień dość mocno odbiegał od pozostałych. Rozrobiłem więc blado kremową farbę i je pomalowałem.

Wśród podarowanych mi przez Pana Andrzeja modeli, był Wartburg 353 Tourist. W modeliku brakowało kilku drobnych elementów, a za to zamiast oryginalnych, miał zamontowane kółka od modelika Citroena 2CV.  Postanowiłem je wykorzystać. Zamontowałem je do do mojego starego modelika Citroena 2 CV.

62. citroen

Kupiony latem 1986 roku, w Kolonii, Citroen 2CV firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 21) jest bardzo ładny, ale właściwie został wykonany bardziej jako zabawka. Miał kółka jakie w tamtym czasie firma Solido montowała również w innych swoich modelach. Takie sama kółka ma Ford Escort i Renault Fuego. Jednak Citroen, którego pokazywałem tu dobrych kilka lat temu nie wyglądał na nich najlepiej. 

Z zamiarem wymiany w nim kółek nosiłem się już od dawna. Nie miałem jednak ani odpowiedniego „materiału” ani potrzebnego na tego rodzaju przeróbkę czasu. Kiedy zabrałem się za malucha, postanowiłem, za jednym zamachem poprawić też Citroena:   

Modelik został „podrasowany” jeszcze w Niemczech (zaraz po zakupie w 1986 roku). W tamtym czasie na ulicach niemieckich miast auta takie stały niemal na każdym rogu, a samochód (w trochę tylko zmienionej wersji) wciąż sprzedawany był w salonach. 

Obserwując auta na ulicach, w modeliku pomalowałem atrapę, zderzaki i lampy tylne.  

Modelik, chociaż bardzo stary (na spodzie ma datę 07-80) jest naprawdę ładny. Nie ma co prawda wielu drobnych elementów, w które wyposażone są współczesna modele (nawet te z serii gazetowych), ma za to bardzo ładną bryłę. Kilka dni temu szukając jego zdjęć w Internacie, na jednym z zagranicznych forów, trafiłem na zdjęcia dwóch takich samych modelików. Jeden z nich to było pokazane tu Solido, a drugi identyczny model, był modelem nieistniejącej od dawna, a naprawdę poważanej wśród kolekcjonerów firmy Dinky France. Zapewne starszy i wypuszczony na rynek jeszcze przed 1980 rokiem. W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego stare Solido mimo upływu lat wciąż świetnie wygląda.

Łatwa na pozór przeróbka , w trakcie realizacji wcale nie okazała się aż tak prosta.  

„Zdobyczne” kółka pochodziły zapewne z jakiegoś modelika z popularnych dziś serii gazetowych. Z zewnątrz wyglądały dobrze i były pomalowane szarą farbą. Jednak osadzone zostały na typowych (również dla naszych „kultowych”) dość grubych ośkach o średnicy 1,8 mm. Podwozie modelika Solido zostało wykonane tak, że ośki są w nim mocowane na zaczepy, zaś ich średnica to 1,2 mm. Nie chciałem go przerabiać. Musiałem zatem wykonać nowe ośki.  W moich szpargałach znalazłem drut o grubości 1,2 mm i odciąłem z niego 2 ośki.

Następnie z kupionej kilka lat temu w sklepie modelarskim mosiężnej rurki o średnicy 2 mm x 1 mm odciąłem 4 tulejki o długości ok. 4 mm. Rurki „rozwierciłem” wiertłem 1,2 mm i nabiłem na końce osiek młotkiem. Teraz, pozostawało już tylko osadzenie na nich kółek, jednak tu „zaczęły się schody”. W trakcie ściągania kółek ze starych osiek „zlazły” z nich oponki, a wraz z nimi lakier z krawędzi felg. Cóż, dość precyzyjnie wykonane detale współczesnych modeli naprawdę ładnie wyglądają, jednak do solidnych nie należą i nie raz miałem możliwość się o tym przekonać.

Na domiar złego w trakcie rozwiercania otworów po starych ośkach do średnicy 2 mm (jaką mają dorobione w nowych osiach tulejki), jedno z kółek przewierciłem na wylot i trzeba je było naprawić. Po tym wszystkim nie pozostało nic innego, jak pomalować kółka na nowo.

Najpierw trzeba było nieco zmyć starą farbę, a później rozrobić nową. Miałem zamiar pomalować felgi na kolor jaki mają zderzaki i atrapa. Jednak okazało się, że nie mam farby w takim kolorze. Wyciągnąłem więc kupioną kiedyś (do pomalowania innego modelika Citroena 2CV – firmy Heller) szarą farbę, rozjaśniłem ją nieco białą i pomalowałem kółka.  Zderzaki były malowane 30 lat temu, a wtedy nie miałem takiej palety farb, jaką mam dziś. Zapewne do pomalowania modelika rozrabiałem dwa podstawowe kolory: biały i czarny. 

Teraz okazało się, że wymieszana z białą szara farba dała inny niż na zderzakach, lekko niebieskawy odcień.  Cóż, bywa. Przeróbka (wraz z malowaniem) ciągnęła się chyba ze dwa tygodnie i nie miałem już ochoty zmywać kółek po raz drugi i rozrabiać farbę jeszcze raz. Poza tym malowanie byłoby możliwe tylko w weekend, bo w drugiej połowie września, kiedy wracałem do domu po pracy, w kuchni było już zbyt ciemno.    

Już jakiś czas temu opisałem tu obszerniej kilka przeróbek i napraw wykonanych pod koniec ubiegłego i na początku tego roku: Wołga, Volvo i Żuk. Nie były to jednak wszystkie prace „warsztatowe” jakimi się w tym okresie zajmowałem. Miałem tu zamiar pokazać jeszcze 3 takie naprawy, ale wpis byłby zbyt długi. Pokażę zatem tylko efekty dwóch, którymi się wówczas zajmowałem:

Mała rzecz, a cieszy

W styczniu, a może pod koniec grudnia, w trakcie cytowanych tu przeróbek, wyciągnąłem z gablotki wciąż stojącego w niej Ursusa 330.  Model był prezentowany na blogu, jednak jedna rzecz bardzo mi się w nim nie podobała: Ciemne zupełnie niewidoczne lampy przednie. To zdjęcie zostało wykonane 14 stycznia, razem ze zdjęciami pokazującymi proces dorabiania plandeki do Żuka A11B:

W trakcie „warsztatowego szaleństwa”, niejako przy okazji innych przeróbek, poprawiłem też Ursusa. Nie rozbierając go, a napuszczając spirytus w przednie lampy, udało mi się wyciągnąć z nich (bez uszkodzeń) przezroczyste ich klosze. Następnie pomalowałem wnęki w lampach srebrną farbą i klosze (wykonane w kształcie maleńkich grzybków) wcisnąłem z powrotem w lampy. Operacja była dość trudna i ryzykowna, jednak efekt jest widoczny na pierwszy rzut oka. (Proszę porównać to zdjęcie ze zdjęciem ze starszego opisu modelika)  

Czy warto waloryzować stare modele? Myślę, że jednak TAK. Zanim do mojego „warsztatu”, w połowie września trafił opisany tu powyżej Citroen 2CV, na przełomie roku trafił do niego jego rówieśnik, który też ma 30 lat, a wykonała go ta sama firma. Kupiony w grudniu 1986 roku w sklepie z zabawkami przy ul. Brzeskiej Mercedes-Benz 190E firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 33) prze długi czas mnie zadowalał. Nie pamiętam, czy wyciągnąłem go z pudła, w którym „leżakuje” również Citroen jeszcze w grudniu, czy później, ale od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem poprawienia go, albo zstąpienia innym, lepszym modelem. Jednak za każdym razem, kiedy go oglądałem nie bardzo miałem pomysł co, a zwłaszcza jak w nim poprawić.  

Ponieważ przeróbki, jakie robiłem na przełomie roku były dość trudne (zwłaszcza Wołga i Żuk), przy okazji postanowiłem zabrać się też za Mercedesa, którego do tej pory zawsze odkładałem:  

Najpierw poprawiłem to, czego zawsze najbardziej się obawiałem. W oryginale, w modeliku atrapa była zbyt gruba i za bardzo wystawała z nadwozia. Modelik (tak samo zresztą jak Citroen) jest „zamykany” atrapą. Po wysunięciu jej z nadwozia, podwozie można wyjąć i rozebrać cały modelik.  

Wyciągnąłem więc atrapę i trochę nożykiem modelarskim, a trochę pilnikami spiłowałem ją od strony wewnętrznej tak, aby nie uszkodzić zewnętrznej chromowanej powierzchni. Następnie przerobiłem „zamek” w podwoziu tak, aby atrapa po ciśnięciu była ustawiona pod właściwym kątem, zaś jej górna krawędź pokrywała się z powierzchnią maski. W tak poprawionej atrapie zamontowałem też jedną z kupionych klika lat temu na giełdzie foto-trawionych „gwiazd” Mercedesa. 

Modele Mercedesa-Benz 190E były produkowane przez Solido w kilku wersjach. Starsze bywały na kołach, jakie pierwotnie miał Citroen. Miały też normalny zwykły zderzak przedni. Późniejsze (zwłaszcza z serii Solido Hi Fi) miały przedni zderzak ze spojlerem, oraz spojler na klapie tylnej. Mi w 1986 roku trafiła się dość dziwna „przejściówka”, ze spojlerem z przodu i bez spojlera z tyłu, na dwuczęściowych kółkach imitujących „alufelgi”. Cóż, w tamtym czasie cieszyłem się bardzo, że modelik udało mi się zdobyć.

Od razu po zakupie pomalowałem w nim przedni spojler na kolor nadwozia, a wnętrza felg na srebrno, „wąskie listwy” (znawcy wiedzą o co chodzi) cieniutkim paskiem na czarno, pomalowałem też migacze i lampy tylne. Jednak pomimo tych wszystkich zabiegów, modelik nie do końca dobrze wyglądał.

Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że przedni spojler, a właściwie zderzak, jest w stosunku do nadwozia za szeroki i postanowiłem go nieco zwęzić, przerabiając jego boczne powierzchnie.  

W modeliku zmyłem też srebrną farbę jaką były pomalowane powierzchnie pod szybkami reflektorów i nakleiłem na nie wycięte z błyszczącej srebrnej folii imitacje odbłyśników. Powinienem jeszcze pomalować maleńkie paski między nimi szarą farbą, jednak na razie tego nie zrobiłem.

Po poprawkach przodu zabrałem się za tył:  

Lampy tylne zostały pomalowane w modeliku bardzo dawno temu i postanowiłem je tylko „dopieścić”. Nożykiem modelarskim, a właściwie opisywanym tu kilkakrotnie nożykiem „piłką” , poprawiłem rowki między lampami a karoserią. Wyciąłem też maleńki rowek oddzielający klapę bagażnika od listwy oświetlenia tablicy rejestracyjnej. W rowki między lampami a karoserią napuściłem czarnej farby, pomalowałem też listwę nad tablicą.

Z tyłu też postanowiłem poprawić podwozie. W miejscach, gdzie plastikowa, widoczna z zewnątrz, płytka podwozia przylega do tylnych błotników, były szczeliny. Na szczęście plastik, z którego wykonano podwozie dał się kleić zwykłym klejem modelarskim, nakleiłem więc na płytkę podwozia cieniutkie czarne paseczki z innego plastiku. Całość po dopasowaniu i wyschnięciu dopiłowałem. Na koniec pas pod tylnym zderzakiem też pomalowałem na czerwono. Tak wykończony tył miały co prawda nowsze Mercedesy „na szerokich” listwach, ale cóż, nie miałem innego pomysłu, jak poprawić tył modelika, aby dobrze komponował się z wyposażonym w spojler przodem.                   

Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)

Za to teraz garść informacji niejako „z ostatniej chwili”: 

Kiedy kilka lat temu pokazywałem na tym blogu cały proces dorabiania atrapy do modelika Chevrolet Camaro. Kiedy skończyłem przeróbkę, nie miałem zdrowia jej „dopieścić”. Kilka dni temu wieczorem wyciągnąłem z gablotki modelik i postanowiłem dorobić „kratkę” na atrapie. Pamiętałem, że zaraz po wykonaniu przeróbki wydrukowałem sobie taką kratkę na naklejce adresowej. Odnalazłem ją szczęśliwie w teczce, w której trzymam wydruki tablic rejestracyjnych i inne tego rodzaju rzeczy. Była dość głęboko, bo zrobiłem ją kilka dobrych lat temu, ale na wydruku było kilka takich kratek. Późnym wieczorem wyciąłem jedną i nakleiłem na dorobioną atrapę. Do operacji zużyłem kilka naklejek, bo nie wszystko od razu poszło dobrze. Z ostatniej próby jestem zadowolony:

131. Chevrolet 16

Teraz modelik tak samo, jak inne pokazane powyżej, można już schować do oryginalnego pudełka

pozdrawiam

271. Prezent na 10. urodziny bloga – Mercedes-Benz klasy E

Kilka dni temu, 9 września minęło dokładnie 10 lat od opublikowania mojego pierwszego wpisu. 

Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 10 LAT ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Do pewnych decyzji trzeba po prostu dojrzeć. Modelik, który udało mi się zdobyć tuż przed 10.tymi urodzinami bloga cieszy mnie szczególnie, bo to nie tylko pięknie wykonany model, ale też model pięknego samochodu.

Mercedes-Benz klasy E to samochód w historii marki szczególny. Kiedyś, kiedy wymawiało się nazwę tej marki, niemal każdy w pierwszym momencie miał na myśli właśnie samochód z segmentu klasy wyższej średniej (zwanego dzisiaj segmentem E). Przez wiele lat samochody z tego segmentu były podstawowymi, a przy tym najbardziej popularnymi autami tej marki. Choć oznaczenie literą E tych najważniejszych dla marki aut pojawiło się w 1993 roku (wraz z drugim obszernym faceliftingiem legendarnego modelu W124),  historia bezpośrednich poprzedników dzisiejszej klasy E sięga lat trzydziestych ubiegłego wieku. (Sam byłem tym nieco zaskoczony, bo szczerze mówiąc nie sądziłem, że jednym z poprzedników dzisiejszej klasy E był również legendarny model 170V, który notabene pamiętam jeszcze z dzieciństwa).

Jak już tu kiedyś pisałem, w mojej kolekcji najwięcej mam modeli samochodów Mercedes-Benz. W końcu prawie każdy modelik auta Mercedes-Benz jest, jak by nie było, żelazną pozycją każdej niemal kolekcji. Toteż jak nie trudno zauważyć, w dołączonym do tego bloga albumie „gwiazdy do jazdy”, reprezentacja poprzedników współczesnej klasy E jest dość liczna. Obejmuje nie tylko historyczne modele W136, W114, czy W123 ale również te współczesne jak W124, W210, czy W211. Mam modele takich aut nie tylko wersji sedan, ale również kombi. (Z uwagi na to, iż w albumie można umieścić tylko 40 zdjęć, nie wszystkie modele się w nim zmieściły).  

Model mojej pierwszej w kolekcji klasy E – W124 kupiłem dokładnie 20 lat temu w roku 1995 zaś ostatniej – W211 w 2002 roku, a więc niedługo po premierze auta. Dlatego do tej pory, na blogu, na którym „z zasady” we wpisach prezentuję niemal wyłącznie „świeże zdobycze”, nie był opisywany żaden model ani właściwej klasy E, ani żadnego za jej poprzedników, choć w międzyczasie kilka takich modeli w kolekcji się pojawiło.  (Modeliki W110 i W123  z serii „Kultowe Auta PRL” wymagają jednak pewnych przeróbek, zwłaszcza ten pierwszy i dlatego ich do tej pory tu nie pokazałem).    

Kiedy w 2009 roku przy okazji jakieś wizyty w głównym salonie Mercedes-Benz w Warszawie, po raz pierwszy ujrzałem kolejne wcielenie klasy E, uznałem auto za udane i ładne. Nie podobała mi się w nim tylko jedna rzecz: „patyczek” rozdzielający przednie lampy. Wydawał mi się trochę dziwny i zupełnie niepotrzebny.  Cóż, dopiero całkiem niedawno zauważyłem, że gdyby go jednak nie było, lampy przednie modelu W212  wyglądałyby identycznie jak lampy klasy C (W204) po faceliftingu, jaka ukazała się dwa lata później (w 2011 roku). Wtedy auta klasy C i E trudno byłoby na ulicy odróżnić.

Na modelik W 212 od razu jednak nie zachorowałem, z dwóch powodów: Po pierwsze, już dawno postanowiłem (głównie z uwagi na brak miejsca) ograniczyć moje zbiory do modeli aut z okresu XX wieku. Po drugie, w 2009 roku ogarnięty byłem (jak zresztą większość kolekcjonerów miniaturowych autek) „kultowym szaleństwem” i bieganiem po kioskach za modelikami z serii „Kultowe Auta PRL”. Dlatego do decyzji o rozpoczęciu poszukiwań modelika Mercedesa W212 musiałem dojrzeć.  A było to chyba jakiś rok temu, kiedy z „kultowej” serii kupowałem już tylko nieliczne modele.

Zacząłem jednak poszukiwać modelika starszej, pierwotnej wersji auta własnie z 2009 roku. Kiedy zacząłem się za nim rozglądać okazało się, że modelik zniknął z salonów wraz z ukazaniem się w nich „odświeżonej” wersji W 212, która pojawiła się w 2013 roku. Wtedy to Mercedes klasy E przeszedł najdroższy facelifting nie tylko w historii marki, ale i chyba w całej historii motoryzacji. Jak podawali przedtsawiciele koncernu (również w Internecie), facelifting kosztował astronomiczną kwotę 900 milionów Euro. Za takie pieniądze jeszcze kilka lat wcześniej można było uruchomić produkcję całkiem nowego auta (np. w segmrncie B). Facelifting z 2013 roku upodobnił Mercedesa klasy E do pozostałych modeli tej marki (takich jak nowa klasa C – W205) jednak wg informacji z rynku nie zupełnie spełnił pokładane w nim nadzieje (przedstawiciele koncernu mówili, iż poprawiona klasa E nie sprzedaje się tak, jak tego oczekiwano). W samochodzie oprócz całego przodu (maska, lampy, atrapa, zderzak przedni – co w modeliku widać) zmieniono również wnętrze (a to w modeliku nie jesty akurat szczególnie widoczne). Mi ów facelifting też nieszczególnie się spodobał i choć modeliki klasy E po faceliftingu zaczęły pojawiać się na Allegro w dość atrakcyjnych cenach, ja postanowiłem zdobyć modelik auta w pierwotnej wersji z 2009 roku.    

Kiedy prawie rok temu wybierałem się na dwudniową (opisywaną na tym blogu) wycieczkę do Stuttgartu, miałem cichą nadzieję kupić w sklepie przy muzeum Mercedes-Benz modelik W212. W sklepie przy muzeum modelika nie trafiłem w ogóle. Owszem modelik był w sklepie przy fabryce w Sindelfingen, jednak w promocyjnej cenie kosztował jedyne 30 Euro, więc zakup sobie odpuściłem.  Niedługo potem modelik W212 pojawił się na Allegro, ale poszedł chyba za 101 zł, więc znów postanowiłem poczekać i w końcu się doczekałem. W drugiej połowie sierpnia na Allegro pojawiła się cała niemal gama modelików Mercedesa W212 i jeden z nich kupiłem:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Tym razem miałem jednak problem, który modelik wybrać, bo wybór był spory. Z pokazanej na stronie w załączonym linku gamy brakowało tylko srebrnego modelika w wersji Avantgarde (B66960207). Pozostałe zostały wystawione wszystkie, przy czym biały (B66960206) oraz czarny (B66960210) były po 1 sztuce, zaś pozostałe nawet po 2. Cena też była naprawdę atrakcyjna (50 zł).

271. Mercedes 2

Podczas przeglądania zdjęć modelików w Internecie dopiero teraz przekonałem się, że dostępne były one w dwóch wersjach. (Wcześniej o tym nie wiedziałem). Modeliki wersji Avantgarde i Elegance różniły się kołami, atrapą oraz małymi światłami na dole zderzaka. Najpierw wybrałem wersję. Modelik Avantgarde podobał mi się zdecydowanie bardziej (zwłaszcza atrapa). Później, pomimo, że w kolekcji mam (pokazywaną tu kilka lat temu klasę C) oraz wspomnianą wcześniej klasę E (W211) też kolorze o tej samej nazwie, zdecydowałem się na pokazany tu modelik. Owszem rozważałem zakup modelika w kolorze cupritbraun (B66960211), ale była to wersja Elegance i ostatecznie, po długim (kilkudniowym namyśle) wybór padł na modelik wersji Avantgarde w kolorze tansanitblau. Na szczęście kolor mojej poprzedniej klasy E (W211), pomimo tej samej nazwy, okazał się inny niż prezentowanego tu modelika.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Z zakupu jestem bardzo zadowolony. Nie tylko dlatego, że to pierwszy od ponad 2 miesięcy nowy nabytek do kolekcji. Model wyprodukowany przez niemiecką firmę Schuco jest wykonany na naprawdę na najwyższym poziomie. Uznałem go więc za naprawdę godny prezent na 10. urodziny bloga. Nie ma się do czego przyczepić, a jego cena okazała się całkiem znośna. Modelik wraz z przesyłką kosztował 58 zł. Jest w kompletnej gablotce, nie ma oryginalnego pudełka, ale cóż, w końcu kupuje się model a nie kompletne opakowanie.

Po aukcji, po raz pierwszy zdecydowałem się na przesyłkę do paczkomatu InPost. Miałem z tym nieco problemów.  Trzy razy wypełniałem na Allegro formularz zapłaty i w końcu udało mi się zakończyć tę operację (pod dwóch dniach). Przesyłka z odbiorem w paczkomacie okazała się jednak nie tylko tańsza, ale i wygodniejsza niż zazwyczaj. Po otrzymaniu SMSa, w trakcie powrotu z miasta do domu, po godzinie 21 podjechałem pod wybrany paczkomat. Wbiłem na wyświetlaczu numer telefonu i 6 cyfrowy kod, po czym jedna z klapek otworzyła się, a ja zabrałem paczkę. O tej porze poczta, do której mam z domu dalej, jest już dawno zamknięta.

271. Mercedes 4

Moje dywagacje na temat „patyczka” i rozpoznawalności auta na ulicy (na początku tego wpisu) nie są chyba zupełnie „od rzeczy”. Jakieś 2 lata temu byłem na sympatycznej, ogólnodostępnej imprezie jaką był „piknik rodzinny” organizowany u jednego z dealerów Mercedes-Benz w podwarszawskim Aninie. Kiedy zjedliśmy już z żoną kiełbaski i karkówkę z grila, wszedłem do otwartego w tym czasie salonu. W środku obok siebie stały 2 najnowsze modele: Klasy S (W222) i klasy C (W205) . Oglądałem je chyba z 10 minut i nie bardzo mogłem zrozumieć, dlaczego samochody te wyglądem praktycznie się nie różnią. Wyglądają tak, jakby powstały według tego samego projektu graficznego. Kształt maski, atrapy, świateł przednich i tylnych identyczny. Linia boczna i przetłoczenia na niej identyczne, klapa bagażnika identyczna, linia okien bocznych przy dachu identyczna. Auta różnią się zdecydowanie wielkością i po niej właściwie dają się jako tako rozpoznać. Jednak kiedy widzę je w ruchu, na ulicy nie do końca jestem pewien co to jest: S klasa (bo duża) czy C klasa (bo nie aż tak duża).

W tym roku na tej samej imprezie prezentowany był następca auta, którego modelik tu dziś pokazałem. Całkiem nowa klasa E – W 213. Z przodu i z tyłu wygląda dokładnie tak samo jak dwa wspomniane tu samochody (klasa S i klasa C). Jedyne różnice, w stosunku do wymienionych, widoczne są z boku i są to właściwie niuanse. Inne jest niż w obu pozostałych modelach przetłoczenie ściany bocznej i nieco inaczej poprowadzona górna krawędź bocznego tylnego okna (przy słupku C), aczkolwiek elementy te „na pierwszy rzut oka” nie są zbyt widoczne. Mercedes poszedł w inną stronę. Nowe modele są naszpikowane elektroniką i systemami wspomagającymi kierowcę w różnych sytuacjach. Nowa klasa E to samochód już niemal autonomiczny.

Jednak na ulicy, nawet ja mam problem z rozpoznaniem konkretnego modelu z nowej serii. W poprzednią niedzielę wybraliśmy się nad zalew do Rawy mazowieckiej (ale o tym napiszę tu później). Skręcając w lewo z trzypasmowej ulicy Wolskiej w kierunku Dworca Zachodniego, musiałem zatrzymać się na światłach. Od strony zachodniej do skrzyżowania  zbliżał się nowy Mercedes. Obserwowałem go do momentu kiedy przemknął mi przed maską i pojechał Wolską dalej. Trwało to dobrych kilkanaście sekund, a ja, obserwując auto zastanawiałem się, co to jest ? S klasa chyba nie, bo samochód nie był aż tak duży, C klasa chyba też nie, bo jednak spory był. Możliwe, że była to właśnie nowa klasa E, bo kiedy auto znikało mi z pola widzenia wydawało mi się że przetłoczenie w górnej części ściany bocznej było jednolite (ciągnęło się od lampy przedniej do tylnej). Wskazywało by to właśnie na nową klasę E. Jednak pewności, co właściwie widziałem nie mam.

Za to z rozpoznaniem na ulicy poprzedniej pokazanej tu klasy E, problemu żadnego nie ma. Między innymi dlatego jej modelik znalazł się w mojej kolekcji.

pozdrawiam

 

P.S. 

Wczoraj opublikowałem ten wpis, a dziś, tak się złożyło, że byłem przed salonem Mercedesa i zrobiłem 2 zdjęcia. Potwierdzają one chyba w pełni to, co napisałem powyżej. Proszę je obejrzeć i przeczytać napisy na klapach aut:   

Mercedesy C E S

 

256. Krótka wizyta w „jaskini lwa” (zamiast urlopu) – muzeum Mercedes-Benz

W tym roku, z uwagi na obawy związane ze stanem zdrowia mojej wiekowej mamy nie wyjechałem na urlop. Odbyłem co prawda 2 całodniowe, niedzielne wycieczki nad oddalony od Warszawy o 80 km Zalew Tatar (pod Rawą Mazowiecką), który bardzo mi się spodobał. (Jedną w weekend kończący mój 2 tygodniowy sierpniowy urlop, drugą dwa tygodnie później, pod koniec sierpnia.) Jednak na właściwy urlop nie wyjechałem. Pierwsze 2 tygodnie sierpnia spędziłem zatem w domu, gdzie zawsze jest coś się do zrobienia znajdzie. Co drugi dzień odwiedzałem mamę i załatwiałem różne urzędowe sprawy związane z jej domem.  W moim mieszkaniu, ze względu na panujące w tym czasie saharyjskie upały, nie prowadziłem praktycznie żadnych większych napraw i remontów (jak w poprzednich latach), ograniczyłem się tylko do wymiany lodówki oraz umywalki w ubikacji, którą „dzieci” zbiły już jakiś czas temu w trakcie którejś z domowych imprez i choć w zasadzie nie przeciekała, to „straszyła” popękaną powierzchnią. Poza tym, w każdej niemal wolnej chwili, a zwłaszcza w upalne popołudnia jeździliśmy z żoną na wspominane na tym blogu już kilkukrotnie glinianki w Zielonce.

Jednak nie mogę narzekać, bo na początku października trafiła mi się ciekawa, kilkudniowa, służbowa wycieczka do Niemiec. Wycieczka była praktycznie 4 dniowa, jednak 2 dni z uwagi na to iż wyjazd odbywał się samochodem spędziłem w podróży. zaś nieco ponad 2 dni już na właściwym pobycie w Niemczech.

Pierwszego dnia pobytu po załatwieniu spraw służbowych zwiedziłem nieco, a właściwie przypomniałem sobie jak wygląda historyczne miasto Speyer (Szpyra), w którym byłem co prawda już wcześniej (chyba 2 razy), a w którym tym razem nocowaliśmy.

Największą atrakcją turystyczna tego położonego nad Renem miasta jest niewątpliwie romańska katedra, która liczy sobie 1000 lat.

Katedra ta jest w środku niemal zupełnie pusta.  Miałem okazję zwiedzać ją dość dokładnie, ale było to chyba w 2004 i już niewiele z tamtej wizyty pamiętam. Tym razem nie było na to czasu, dlatego zamieszczę tu tylko jej kilka zdjęć z zewnątrz:

Moja „jesienna” podróż do Niemiec nie miała jednak charakteru „wycieczki krajoznawczej” bo choć jednym z jej motywów było jak najbardziej zwiedzanie, ale w żadnym razie nie były to zabytki. Jej charakter jak najbardziej wiązał się z tematyką tego bloga, postanowiłem więc zatem zdać z tej podróży dość obszerną „fotorelację”:

Drugiego dnia pobytu miałem rzadką możliwość zwiedzenia fabryki samochodów marki Mercedes-Benz w Sindelfingen pod Stuttgartem.

Fabryka jest ogromna. Według tego, co mówił oprowadzający nas po niej przewodnik, jej powierzchnia jest większa niż Księstwa Monaco. Oto makieta fabryki wystawiona w holu „terminala” dla klientów, którzy mogą tu odebrać osobiście auto w niej wyprodukowane, dokładnie tak samo jak niegdyś w FSO, tylko w nieco bardziej „ekskluzywnych” warunkach.

Po fabryce poruszaliśmy się autobusem. Zwiedziliśmy fragment hali montażowej oraz spawalni. W fabryce produkowane są aktualnie modele klasy E (w różnych odmianach) oraz klasy S, w tym także ekskluzywna jej odmiana Maybach. Jako że w samej fabryce zdjęć robić nie wolno, aby zobrazować choć trochę to, co w niej widziałem postanowiłem wkleić zdjęcie z jednej z sal „centrum obsługi klienta”

Po wizycie w fabryce w Sindelfingen pojechaliśmy zwiedzać Mercedes-Benz Museum w nowej, wybudowanej kilka lat temu siedzibie:

Budynek, jak budynek, swego czasu budził podziw, ale dla miłośnika motoryzacji najbardziej liczy się to co jest w środku:

Budynek muzeum został wybudowany tak, aby zwiedzający odbyli „podróż w czasie” od początku historii motoryzacji, która rozpoczęła się w 1886 roku, kiedy to Gottlieb Daimler i Karl Benz zbudowali swoje pierwsze pojazdy, aż do czasów współczesnych.

Budynek ma kształt spirali, którą tworzy biegnąca z ostatniego, 6 piętra, aż na parter platforma, idąc nią zapoznajemy się z etapami rozwoju motoryzacji, a na podestach rozpiętych między spiralą wystawione zostały pojazdy charakterystyczne dla poszczególnych okresów.  

Tak wiec na najwyższym piętrze muzeum znajdują się pojazdy najstarsze i właśnie od nich rozpoczyna się zwiedzanie.

W jednej z sal, a właściwie na jednym  z podestów wystawione było auto, którego model opisywałem na tym blogu niecały rok temu: Mercedes-Benz 540K

Niejako na uboczu głównego „szlaku”, ale za w przeciwieństwie to niego w dobrze oświetlonych salach bocznych, do których trafiłem trochę przypadkiem, były różne wystawy tematyczne. Przy wejściu do jednej z takich sal, w gablocie stały profesjonalne „fabryczne” modele samochodów, używane do prezentacji w trakcie dyskusji nad nimi, zanim jeszcze prawdziwe auta „ujrzą światło dzienne”:

W salach z wystawami tematycznymi można było spotkać obok siebie pojazdy z całkiem różnych epok:  

W sali poświęconej pojazdom użytkowym, podobnie jak na tym blogu stały obok siebie dwie furgonetki, których modele przypomniałem wiosną tego roku.

Przy wejściu do sali w której stały pojazdy specjalnej różnych służb, była też gablota z przeważnie dość starymi modelikami w różnych skalach. Znalazłem w niej również modele, która mam w mojej kolekcji. 

Z okien muzeum można też podziwiać panoramę jednej z dzielnic Stuttgartu – Unterturkheim i znajdujący się przy tej samej ulicy stadion słynnego klubu piłkarskiego VFB Stuttgart (obecnie Mercede-Benz Arena).

W sali poświęconej pojazdom znanych osobistości wystawione są pojazdy różnych VIPów: 

Wiadomo, że Niemcy piłkę kochają. Nie mogło więc i w muzeum zabraknąć akcentów z nią związanych. Tu autokar Mercedes-Benz O 302, którym podróżowała słynna „złota drużyna” w takcie Mistrzostw Świata w 1974 roku.

Tu słynny pojazd kanclerza Niemiec Konrada Adenauera. To właśnie od nazwiska słynnego kanclerza model ten dostał w języku potocznym ksywę „Adenauer”.

A to Mercedes 770 należący niegdyś do cesarza Japonii.

W sali był też Mercedes, którego po raz ostatni widziałem w Warszawie na Radzymińskiej (niedaleko mojego domu) w 1998 roku. Auto, którym w trakcie jednej z pielgrzymek do Polski poruszał się Jan Paweł II.

W muzeum są nie tylko pojazdy zabytkowe. Są ciekawe prototypy (jak ten powyżej) oraz całkiem świeże auta które można zobaczyć na ulicach. 

Jedna z sal była poświęcona słynnemu modelowi C111. Niestety aut nie udało mi się dobrze sfotografować, uwieczniłem za to wiekowy już dziś silnik tego pojazdu:  

Nie, tym razem to nie modeliki. To prawdziwe samochody, które znajdują się na najniższym poziomie wystawy. Ta ekspozycja jest ostatnim mocnym akcentem, kończącym „podróż w czasie” : 

W ścianach sali gdzie są wystawione auta wyścigowe i rajdowe znajdują się gabloty z silnikami takich pojazdów. Powyżej silnik z bolidu F1. 

N końcu tej sportowej ekspozycji stoją obok siebie dwa auta formuły 1. Zabytkowe i współczesne. Dzięki zdjętym i podwieszonym nad nimi fragmentom nadwozi można zobaczyć, co takie auta kryją w swym środku i sprawdzić jak bardzo zmieniła się technika stosowana w takich autach, w trakcie ostatnich 60 lat:

Na koniec pamiątkowe zdjęcie całej nasza grupy przed muzeum oraz widok na pobliski firmowy salon, a właściwie centrum obsługi klienta:  

pozdrawiam