Tag: warsztat

295. Giełdowa zdobycz BMW 530

Od wielu, wielu lat, na początku września zazwyczaj wybierałem się na „modelikową”  giełdę. Dawno temu na giełdę w Starej Gazowni, później na jej „następczynię” która odbywała się od 2009 roku w kilku lokalizacjach. Od bodajże 2 lat giełda odbywała się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie.

Ponieważ w ciągu ostatnich miesięcy, a właściwie od ponad dwóch lat byłem różnymi sprawami (nie tylko zawodowymi) dość mocno zajęty, właściwie zarzuciłem nie tylko  przeglądanie nowości na forach i innych blogach, ale i codzienne mozolne przeglądanie świeżo wystawionych modeli na Allegro. Pomimo spadku zainteresowania kolekcją i nowymi modelami na giełdy jednak jeździłem, a od roku większość  modeli, które do kolekcji kupiłem, pochodziły właśnie z giełdy.

Tak miało być i pod koniec minionego lata. Pamiętałem, że giełda będzie w drugą niedzielę września i szykowałem się na nią. W czwartek przed ową niedzielą zadzwoniłem do kolegi Janka, który od kliku w Krakowie, a na weekendy „wpada” do Warszawy i zapytałem, czy się na giełdę wybiera. Kolega ma z Mokotowa dość daleko na Bemowo, a poza tym trochę szkoda mu czasu, który spędza z żoną i znajomymi. Po rozmowie z kolegą, następnego dnia coś mnie tknęło i profilaktycznie zajrzałem na forum:

3ea82a3decb739f4gen

Właściwie byłem już na giełdę nastawiony, a ponieważ 2 niedziela miesiąca przypadła w tym roku na 8 września, postanowiłem sprawdzić, czy organizatorzy giełdy nie przesunęli, bo taka sytuacja miała już raz miejsce (chyba w grudniu 2017 roku). Jednak takiego „rozwoju sytuacji” (jak na obrazku powyżej) się nie spodziewałem. W zastępstwie rozważałem nawet możliwość wybrania się na giełdę „kolejkową”, ale w końcu sobie odpuściłem. Tydzień później, od 15 września, spod mojego bloku do Centrum zaczęło kursować już metro, więc możliwe, że na  „kolejkową” giełdę się wybiorę.

Cóż wielka szkoda.  Co jakiś czas zaglądam na forum, ale jak na razie w temacie – cisza.

Tak więc pozostaje mi wrócić (aczkolwiek niezbyt chętnie) do przeglądania ofert na Allegro i cieszyć się ostatnimi „giełdowymi” zakupami. Dlatego dziś zaprezentuję tu modelik, który jako drugi kupiłem na ostatniej , czerwcowej giełdzie.

Modelik znałem od lat, widziałem wielokrotnie, ale jakoś specjalnie na niego nie chorowałem. Od wielu, wielu lat także czasem zastanawiałem się nad jego zakupem. Na ostatniej giełdzie wpadł mi po prostu w ręce, a że jego stan (pomimo mocno zaawansowanego wieku) był bardzo dobry, postanowiłem go kupić. Cóż prawdę mówiąc urzekło mnie jego malowanie.

BMW 530 Solido 1b

Gdyby w takim stanie trafił mi się powiedzmy w trakcie mojego pobytu w RFN, a więc dobrych 30 lat temu (z okładem), zapewne od dawna byłby w mojej kolekcji. Jednak w owych czasach, kiedy był zapewne przez kolekcjonerów poszukiwany i przez wielu ceniony, po prostu mi się nie trafił. Pomimo, że w RFN spędziłem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ponad 5 lat, nie przypominam sobie abym go kiedyś dokładnie oglądał. Owszem był mi znany z prospektów i katalogów, ale nie budził mojego specjalnego zainteresowania z uwagi na brak zderzaków, których nie miałem zamiaru dorabiać.

Modelik jest naprawdę stary, jak zresztą samochód, który przedstawia. Pochodzi ze starej kolekcji modeli francuskiej firmy Solido. Na podwoziu ma oczywiście napis „made in France”, ale także datę wypuszczenia na rynek: 07 80 co oznacza, iż ukazał się w lipcu 1980 roku, a więc naprawdę dawno temu.

BMW 530 Solido 2b

Jak na model tego rodzaju aż tak bardzo tani nie był. Za modelik bez jakiegokolwiek opakowania zapłaciłem 35 złotych (udało mi się utargować 5 zł). Nie jest to kwota śmiesznie mała w porównaniu z 50 zł jakie zapłaciłem za drugi , a właściwie pierwszy kupiony na tej samej giełdzie model, w idealnym stanie, w oryginalnej witrynce (co prawda bez pudełka) ale jednak model firmy Minichamps  – Volkswagen T5 , a nie jakaś tam mocno nieświeża staroć.

Kiedy z giełdy przywiozłem go do domu , od razu włączyłem komputer i zacząłem oglądać zdjęcia samochodu. W modeliku „coś mi jednak nie grało” . Kiedy trochę bardziej zagłębiłem się w historię aut BMW serii 5 (E12), samochodu, który nigdy specjalnie moich emocji nie budził, okazało się (o czym nie wiedziałem) że auto produkowane w latach 1972 -1981, w roku 1976 przeszło face lifting, zaś mój świeżo zakupiony modelik przedstawia właśnie taką „późniejszą” wersję.

BMW 530 Solido 3b

Pochodzi zatem z okresu, kiedy dokładnie takie samochody opuszczały taśmy produkcyjne fabryki w Monachium. Jest więc dla mnie cenny, bo lubię mieć w kolekcji modele z okresu produkcji prawdziwych samochodów.

Modelik nie jest może rewelacyjny, bo technologia przez te wszystkie lata również w modelarstwie poszła bardo do przodu, ale ma „klimat” (jak mawiają wytrawni zbieracze samochodowych miniatur). Kwestia owego „klimatu” była wielokrotnie poruszana i wywoływana na różnych forach, ale nigdy nie spotkałem dobrego opisu, czy wyjaśnienia na czym ów „klimat” właściwie polega, czy co go mówiąc krótko charakteryzuje.

BMW 530 Solido 5b

Moim skromnym zdaniem sprawa nie jest aż tak bardo skomplikowana, jak mogłoby się wydawać. Otóż w moim mniemaniu „klimat” ów polega na ty, że twórcy modelików, czyli prawdziwi zawodowi modelarze, w momencie tworzenia miniatur mieli możliwość oglądania prawdziwych samochodów „na żywo” (na ulicach i parkingach gdzie było ich dość dużo). Swoje obserwacje „uwieczniali” w tworzonych miniaturkach. Twórcy współczesnych modeli, zwłaszcza pojazdów dziś już zabytkowych takich możliwości raczej nie mają, zwłaszcza, że modele powstają dziś przeważnie w Chinach, a nie jak kiedyś w Europie. Dlatego wiele współczesnych modeli starych samochodów, pomimo znacznie wyższego poziomu technologii wykonania, większej liczby i lepiej odwzorowanych detali, owego „klimatu” ni  cholery nie mają, a w niektórych przypadkach są to naprawdę ładnie wykonane „gnioty” (jak choćby modele syren jakie ukazały się kilka lat temu w opisywanej tu serii Kultowe Auta PRL) .

Ale zakończmy te kontrowersyjne dla niektórych dywagacje i wróćmy do naszego modelika.  Bryła posiada pewne drobne błędy wynikające prawdopodobnie z chęci delikatnego „podrasowania”modelika i przypodobania się dzieciom. Tak, tak, w tamtych czasach wiele modeli zwłaszcza takich jak ten, było oferowanych jako trochę staranniej wykonane zabawki. Były one oferowanych w typowo zabawkarskich i pamiątkarskich sklepach, czy zwykłych wielkopowierzchniowych marketach. Od zabawek różnił je w zasadzie tylko brak napędu i typowo „kolekcjonerska” skala 1:43, choć niektóre firmy w tych samych seriach oferowały również modele wykonane np. w skali od 1:45 po 1:40 po to, aby mieściły się one standardowych, przewidzianych dla danej serii pudełkach.

Zanim modelik trafił do witryny przeszedł kilka napraw i poprawek w moim warsztacie. Zazwyczaj prezentuję tu już gotowe efekty moich poczynań, tym razem w trakcie prac zrobiłem jednak klika zdjęć :

BMW 530 warsztat

Na zdjęciu powyżej widoczne są narzędzia, które posłużyły głównie do naprawy i przeróbki podwozia, a w lewym górnym rogu widoczna jest samoprzylepna taśma aluminiowa, która posłużyła mi do wykonania imitacji tylnych lamp.

Naprawa nadwozia, nie przysporzyła mi specjalnych kłopotów. Jak napisałem wyżej modelik był jak na swoje lata w bardzo dobrym stanie. Miał kilka drobnych rys i otarć , które udało się zamalować białą farbą. Uzupełnienia wymagały też znaczek BMW na masce, (gdzie niebieski „śmigło” zostało fabrycznie krzywo namalowane) oraz niebieska kreska pod oknami po prawej stronie, która w kilku miejscach była zupełnie wytarta.

BMW 530 5b

Przeróbki i to dość sporej wymagało za to podwozie. Koła były w bardzo dobrym stanie, ale były zamocowane w typowy dla starych modeli Solido sposób na ośkach zakończonych niezbyt równymi i estetycznymi zaspawaniami. Zapewne nie ruszałbym tego, w końcu modelik ma  ponad 30 lat, ale do tego rodzaju staroci nie mam „nabożnego” szacunku,  poza tym to model wyścigowego BWM i powinien mieć rozstaw kół odpowiedniej szerokości, a w oryginale ów rozstaw był po ok 1 mm na stronę za wąski, przez co koła były schowane dość głęboko we wnękach błotników, co nie wyglądało najlepiej.

Zaszła więc potrzeba wykonania zupełnie nowych,  szerszych osiek.

BMW 530 6b

Tego rodzaju operacje wykonywałem już dawno, dawno temu w kilku innych modelach Solido (z dokładnie tego samego okresu). Firmy modelarskie stosują w skali 1:43 różne rozwiązania mocowania kół i różnej grubości ośki (od 0,7 mm do ponad 2 mm). W starych modelikach Solido są ośki o średnicy 1,4 mm (takie jak pokazałem na poprzednim zdjęciu). Jeśli musiałem je przerobić, a robiłem to wielokrotnie, z reguły musiałem spiłować jedną z końcówek, aby zdjąć kółka z ośki. Na innej,  z reguły dłuższej ośce (wymontowanej np. z innego modelika ) musiałem więc wykonać nowe czopy zabezpieczające kółka przed spadaniem. Pierwsze takie prace wykonywałem jeszcze w dość prowizorycznych warunkach, w trakcie mojego pobytu w Niemczech. Wtedy czopy robiłem z rozgrzanego plastiku i formowałem na ośce. Nie zawsze była to dobra technika, bo zdarzało się, że czop albo pękał , albo zsuwał się z ośki i było ryzyko, że kółko które zabezpieczał odpadnie od modelika. Później czopy robiłem z żywicy, albo lutowałem, ale takie rozwiązania chociaż pewniejsze były pracochłonne, zaś lutowanie było nie tylko kłopotliwe, ale też narażało same kółka na uszkodzenie.

Tym razem postanowiłem zrobić solidne, wyłącznie mechaniczne połączenie. Swego czasu, w nieistniejącym już sklepie modelarskim na Dzielnej, nabyłem metrową mosiężną rurkę o średnicy zewnętrznej 2 mm i wewnętrznej 1 mm. Rurkę stosowałem do różnych przeróbek i okazała się bardzo przydatna. Postanowiłem po ściągnięciu kółek z oryginalnych osiek obsadzić je na nowych, wykonanych z drutu 1,6 mm (bo taki akurat miałem) zaś z rurki wykonać tulejki, w których średnicę wewnętrzną rozwierciłem wiertłem 1,5 mm (bo też akurat tylko takie mam) . Rozwiercanie przy pomocy wiertła obsadzonego w uchwycie do nożyka  modelarskiego szło kiepsko. Dlatego postanowiłem użyć starego, bo kupionego jeszcze w Niemczech  w 1987 roku bardziej profesjonalnego sprzętu modelarskiego:

BMW 530 7b

Pokazywana już na tym blogu wiertarka modelarska firmy Minicraft, służy mi od lat ( i to nie tylko do przeróbek modelików).  Podłączona do zasilacza rozwija zawrotną prędkość 18 tys. obrotów/min. , zaś uzbrojona w specjalny uchwyt z cienką tarczką cierną, pozwala ciąć drobne elementy nawet z hartowanej stali. Do prac modelarskich nadaje się idealnie, bo dobrze mieści się w dłoni. W „futerku” można zamocować wiertła o średnicy od 0,5 do 3,5 mm, co w pracach modelarskich jest zupełnie wystarczające.  Wiertła i różnego rodzaju końcówki szybko się w niej wymienia. W pracach przy modelikach używam jej zazwyczaj jako narzędzie do wiercenia ręcznego (bez napędu) . Po prostu mocuję w „futerku” wiertło i pokręcając nim szybo wiercę otwory również w niezbyt twardym metalu. Napędu używam bardzo rzadko, praktycznie tylko do cięcia większych elementów jak np. w opisywanej tu przeróbce kabiny modelika poloneza trucka.

Tym razem użyłem jej (oczywiście jako narzędzia ręcznego) do rozwiercania tulejek z mosiężnej rurki. Ponieważ drut miał średnicę 1,6 mm, a wiertło tylko 1,5 mm , rozwiercone otworki trzeba było trochę powiększyć dodatkowo rozwiercając je nieco pod kątem. Kiedy tulejki były gotowe nabijałem je delikatnie młotkiem na końcówki nowej ośki .

BMW 530 Solido 4b

Między koła, przed ostatecznym wklepaniem obydwu tulejek, włożyłem 2 podkładki dystansowe wykonane z miękkiego plastiku o grubości ok 1,2 mm. Cała operacja dorabiania osiek wymagała precyzji, wykonania nowych osiek o odpowiedniej długości, idealnego niemal dopasowanej do szerokości płytki podwozia, z jednoczesnym zachowaniem minimalnego luzu, który pozwala na swobodne obracanie się kółek.  Do takiej zabawy konieczne było więc wielokrotne używanie suwmiarki (takową też od wielu lat mam.)

Kiedy już poprawiłem podwozie i uporałem się z drobnymi ubytkami lakieru i kolorowych nadruków, postanowiłem jeszcze modelik nieco upiększyć. Przód wyglądał dobrze od samego początku, ale kiepsko wyglądał tył. Ponieważ modelik był oferowany właściwie jako zabawka, tylne lampy zostały w nim po prostu odlane razem z całym nadwoziem i razem z nim pomalowane. Lampy były całkiem „klimatyczne” bo udawały lampy auta po faceliftingu, tylko nie było ich w ogóle widać.

BMW 530 Solido 6b

Nie miałem ochoty, ani czasu wycinać w nadwoziu, którego odlew jest w tym miejscu dość gruby, dużych prostokątnych otworów i dorabiać nowych lamp. Ich pomalowanie też nie wchodziło w grę, gdyż w imitacjach lamp były dwa równoległe dość głębokie rowki biegnące przez całą ich szerokość.  Postanowiłem więc poeksperymentować i okleić imitację lamp samoprzylepną taśmą aluminiową stosowaną do tej pory do napraw uszkodzonych powierzchni chromowanych w innych modelikach np. dekli kół, czy zderzaków. Po oklejeniu lampy pomalowałem.

BMW 530 Solido 7b

Stara ponad 30 letnia farba Hubmrol – czerwony metalik już z dawno temu rozwarstwiła się w puszce. Metaliczna zawiesina opadła na dno, zaś na górze pozostała półprzezroczysta ładna czerwona farba idealnie nadająca się do malowania wykonanych z przezroczystego plastiku imitacji tylnych lamp. Kilka lat temu wyczytałem na forum, że można kupić gotową półprzezroczysta farbę Hubmrol w kolorze pomarańczowym (np do malowania migaczy) . Taką więc od razu kupiłem.

Teraz pomalowałem oklejone folią lampy obydwoma farbami . Przeróbka od razu nie wyszła najlepiej, bo folia nie układała się zbyt dobrze, nieco marszczyła się na narożach, a i malowanie nie do końca się udało. Zeskrobałem więc folię z modelika. Lampy przed kolejnym oklejeniem nieco tu i ówdzie podpiłowałem. Do oklejania precyzyjniej dociąłem dopasowane wcześniej paski z folii i operację powtórzyłem. Rewelacji może nie ma, ale też nie wygląda to aż tak źle. Tą samą techniką wykonałem też imitację maleńkich migaczy przednich. Na koniec , aby „dokończyć dzieło” pomalowałem wnętrza felg farbką Humrol w kolorze złotym, kupioną dokładnie w tym celu i zastosowaną w innych moich modelach Solido , które mają dokładnie takie same koła, tylko rzecz się miała 30 lat temu.

Tak więc wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką oraz zachowaniem możliwości przywrócenia stanu niemal oryginalnego (zwłaszcza w obrębie nadwozia) . Do przeróbki i „podrasowania” ponad 30 letniego modelika użyłem równie wiekowych materiałów i narzędzi z epoki. 

N koniec, na potrzeby tego wpisu pogrzebałem dzisiaj w moich bardzo starych modelarskich materiałach drukowanych. W schowku w pufie po dawno wyrzuconym na śmietnik komplecie mebli, znalazłem taki oto stary „prospekcik”, a właściwie mini katalog modeli firmy Solido wydany w formie maleńkiej, kieszonkowej książeczki:

BMW 530 8b

Proszę zwrócić uwagę na rok jej wydania. Okładka w pełni potwierdza to, co już tutaj napisałem.  A w środku proszę :

bmw-530-9b.jpg

Modelik pokazany tutaj, a obok obrazki kilku innych autek z mojej kolekcji: Opisany tu jakiś czas temu Citroen 2 CV, czy pokazane niejako „przy okazji” Renault Fuego oraz Porsche 934 

pozdrawiam

 

294. Odrabianie zaległości – Mercedes-Benz 300 SL Roadster

Kiedy w lutym 2017 roku tworzyłem wpis 278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL , miałem zamiar pokazania w nim trzech, a nie dwu modeli mercedesów serii SL. Z uwagi na to, że opis dorabianego „od zera” chromowanego lusterka zajął trochę miejsca uznałem, że jeśli do wpisu wstawię jeszcze jeden model, będzie on zbyt długi i pierwotny pomysł zarzuciłem.  We wstępie napisałem wtedy:

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Dziś kiedy w „odziedziczonym” po córce komputerze szukałem zdjęć i niczego ciekawego nie znalazłem, sięgnąłem do witryny po przenośna pamięć, na której mam zapisane różne ważne dla mnie dane (w tym również zdjęcia modeli) . W folderze ze zdjęciami z ostatnich wpisów,  zamieszczonych jeszcze na „starym” nieistniejącym już blogu,  znalazłem gotowe zdjęcia przygotowane wówczas do wstawienia we wpisie 278.

Nadarzyła się więc okazja pokazania zapomnianego nieco modelika wspomnianego tu „protoplasty” wszystkich późniejszych wersji samochodów Mercedes-Benz SL.   

Podobnie jak pokazany we wpisie 112. Mercedes-Benz Vario , to również prezent od kolegów, pozyskany dokładnie tak samo. Modelik nigdy nie budził mojego pożądania, ani nie miałem nigdy zamiaru „zdobycia go”. Po prostu „trafił się” więc jest.

Pomimo, że został wykonany przez renomowaną firmę modelarską Minichamps, nad której wyrobami na forach i innych blogach kolekcjonerzy wypisują z reguły same peany,  zachwytu mojego nie wzbudził. Musiałem poświęcić mu trochę czasu i przeszedł trochę drobnych, aczkolwiek kłopotliwych poprawek w „moim warsztacie” , po których wygląda nieco lepiej niż pierwotnie.

Modelik był już pokazywany na blogu. Po raz pierwszy jego zdjęcie pojawiło się w opisie „zdobyczy” z 2016. A kilka miesięcy temu dodałem jego zdjęcie do albumów „odbudowywanych” mozolnie po „wymuszonej” przeprowadzce z serwisu Blog.pl.   Dokładniej prezentowany jednak nie był.

Kiedy go dostałem, po wyjęciu z witrynki (do modelika mam oryginalne opakowanie) i odkręceniu od podstawki, ustawiłem go na stole i od razu „coś mi w nim nie grało”. Oryginalny modelik renomowane w końcu firmy „leżał” a nie stał.  Był po prostu „za nisko zawieszony” . Jest to niestety wada nie tylko tego modelika wspomnianej firmy, ale pomyślałem, że „da się zrobić”. I tu „zaczęły się schody”. Od razu sięgnąłem po „modelarskie” śrubokręty i wykręciłem śrubki mocujące podwozie do nadwozia. Niestety pomimo wielu prób podwozia nie udawało się nijak wyjąć. Przy tej całej  „szarpaninie” z nadwozia wypadły dolne chromowane listwy progów, a podwozie dalej twardo siedziało w nadwoziu. W końcu „dałem za wygraną” i wstawiłem modelik do witrynki taki jak był .

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Dopiero po kilku chyba miesiącach postanowiłem podjąć kolejna próbę. Mozolnie zacząłem wbijać nożyk modelarski między podwozie a tylną część nadwozia (w obrębie tylnych błotników i pasa tyłu). W końcu połączenie „puściło”. Okazało się, że pod końcówką rury wydechowej podwozie zostało przyklejone do nadwozia (grom wie po co) mocnym klejem kontaktowym (prawdopodobnie cyjanopanowym).

Po wyjęciu podwozia postanowiłem nie ściągać kółek z osiek (aby podnieść nieco zawieszenie , jak robiłem to zazwyczaj w „kultowych” modelikach). W modelach Minichamps ośki są dość cienkie, są prawdopodobnie również wklejone w naby kółek, zaś kółka są „ażurowe” – posiadają maleńkie otworki imitujące otwory wentylacyjne w prawdziwych kołach i przy próbie „wykręcenia” kółka z ośki „taka zabawa” może się źle skończyć (zniszczeniem kółek). Podwozie postanowiłem zatem podnieść metodą podobną do opisywanej już tutaj kilkukrotnie. Między ośki a otwory w nadkolach wsunąłem wykonane z elastycznego plastiku (chyba wyciętego ze starch kart magnetycznych) wkładki o grubości ok 0,5 mm

Mercedes 300 SL 6b

Po tej operacji nadwozie w stosunku do pierwotnego położenia uniosło się do góry o ok 0,6 mm (wprawdzie niby niewiele) , ale modelik od razu zaczął lepiej wyglądać i zdecydowanie poprawiły się jego proporcje

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kolejną sprawą, która w modeliku mi się nie spodobała to położenie przedniego zderzaka. Z analizy zdjęć samochodu znalezionych w internecie wynikało, że zderzak w modeliku zamocowany został nieco za nisko. Po dokładnych oględzinach modelika okazało się, że nie wiedzieć czemu, zapakowany oryginalnie modelik ma uszkodzone mocowanie zderzaka i trzyma się on w nadwoziu tylko na jednym (lewym) bolcu , prawy był odłamany.

Postanowiłem zatem „naprawić ” zderzak, a przy okazji zamocować go nieco wyżej.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W miejscu, gdzie ułamany był prawy bolec nawierciłem otworek i wkleiłem metalowy drucik. W nadwoziu, w miejscu gdzie siedział odłamany bolec nawierciłem drugi otworek nieco powyżej osi bolca. Drugi (cały bolec) udało się wraz ze zderzakiem wypchnąć szczęśliwie z  nadwozia. Otworek po nim nieco rozwierciłem i przy wciskaniu zderzaka w nadwozie, podłożyłem pod bolec spłaszczoną nieco żyletką końcówkę wykałaczki. Po czym gdy bolec siedział już nadwoziu resztę wykałaczki po prosty odłamałem. Takie mocowanie jest pewne i szybkie w montażu, a jak pokazuje moje doświadczenie dość dobrze się sprawdza. Poza tym zderzak można zawsze w razie potrzeby bezproblemowo zdemontować, czego przy wklejaniu nie da się łatwo uzyskać. SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie pamiętam, czy pokazane powyżej zdjęcia zostały wykonane przed czy po naprawie zderzaka. Operacja nie poprawiła znacząco wyglądu modelika, ale tragedii nie ma.

I na tym zakończę ten wpis, który jest po trosze „odgrzewanym nieco kotletem”, bo modelik stoi w witrynie już 3 lata , ale cóż jego stare zdjęcia „były po prostu pod ręką”.

Wciąż jestem dość mocno zajęty, ale niestety prawda jest też taka , że po „wymuszonej” przeprowadzce bloga z serwisu Blog.pl. na obecną platformę, straciłem nieco chęć do jego pisania.

pozdrawiam

 

P.S.

Właściwie pisząc o poprawkach nie podsumowałem całego modelika. O ile jego dolna część, a zwłaszcza detale takie jak zderzaki, atrapa,  klamki, światła, koła i wszystko, co znajduje się poniżej linii okien jest wykonane naprawdę znakomicie (jak na firmę Minichamps przystało) O tyle górna część, a jest nią właściwie tylko szyba przednia jest niestety z zupełnie innej bajki (jak nie od tego modelika, a od taniego autka np. Cararamy) . Przednia szyba została bowiem wykonana z jednego kawałka przezroczystego plastiku a jej ramka pomalowana zwykłą dość matową srebrną farbką. Razi to nieco w zestawieniu z „ociekającym chromem”  pięknie błyszczącym nadwoziem.

Poprawka byłaby możliwa, bo można by pomalować uszczelkę czarną farbą, zaś ramkę okleić błyszczącą folią aluminiową, którą w niektórych „kultowych” modelikach oklejałem kołpaki kół. (Nawet o tym myślałem) Niestety szyba siedzi w nadwoziu na dwóch nieroznitowanych rurkowych bolcach, na które (jak na Minichampsa przystało) została solidnie wklejona mocnym klejem (prawdopodobnie cyjanopanowym) i zdemontowanie jej w całości (bez użycia specjalnego rozpuszczalnika) graniczyło by z cudem.

 

293. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”. Owszem od kilku tygodni o tym myślę, ale niestety pogoda w tym roku, jest jaka jest. Ktoś mógłby jednak zadać przekorne pytanie, a cóż do prezentacji modelików ma pogoda ? Otóż wyjaśnię, że ma. Na razie, przy panujących mrozach, nie mam zamiaru wychodzić na balkon, gdzie mogę robić dobre zdjęcia. W mieszkaniu o tej o porze roku  światło jest niestety trochę za słabe. Poza tym, zarówno na blogu, jak i w gablotce nagromadziły się „pewne zaległości” i przy okazji robienia porządków, postanowiłem je „odrobić”.  

W październiku ubiegłego roku zaprezentowałem tu kolejny już wpis z cyklu „warsztatowe przygody”. Opisałem w nim kilka zrobionych jesienią ubiegłego roku przeróbek i napraw modeli. Pierwotnie miałem zamiar pokazać też model, który naprawiłem na początku tegoż roku, ale uznałem, że:  

„Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)”.

Teraz nadarzyła się okazja niejako „dokończenia” tego wpisu, a przy okazji pokazania jeszcze drugiego modelika, z którym obydwa tworzą w kolekcji „trochę niechcianą parę”. Ale zacznijmy rzecz od początku:  

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Równolegle do wspomnianych aut produkowany był mniejszy i tańszy Mercedes-Benz 190 SL (W121 B II). W 1963 roku zakończono produkcję zarówno  300 SL Roadster, jak i 190 SL i pojawił się model 230 SL (W113), który formalnie zastępował drugi ze wspomnianych tu modeli. W 1971 roku pojawił się uznawany obecnie za najbardziej klasycznwgo „esela” model  R107 (od 280 SL do 500 a nawet 560 SL). Samochód ten był jednym z najdłużej produkowanych aut w historii marki. Co ciekawe, wytwarzany był praktycznie bez większych zmian zarówno samej karoserii, jak i detali zewnętrznych. Następcy doczekał się dopiero w roku 1989, kiedy to pojawił się model R129 (od SL 320 po SL 600). Kolejne odmiany to R230 (2001 -2011) i oferowany obecnie R231 (od 2012 roku). Wszystkie wymienione samochody łączyło właściwie jedno. Zimą były użytkowane przeważnie jako coupe (z „twardym” przeszklonym dachem, a właściwie kawałkiem kabiny obejmującym dach, szybę tylną i boczne szyby tylne). Latem auta przeistaczały się zaś w „przyjazne słońcu” kabriolety. Od modelu R230 dach „coupe” jest składany elektrycznie i mieści się pod pokrywą bagażnika.   

W mojej kolekcji mam właściwie całą gamę miniaturowych modeli SL (od W194 po R230). Jako pierwszy trafił do niej plastikowy modelik do sklejania Mercedes-Benz 450 SL (R107) firmy Heller, kupiony w Niemczech za 7 marek, w roku 1987, a więc blisko 30 lat temu. Modelik przedstawia kabriolet, bo do tej pory nie znalazłem czasu, aby zdejmowany w nim „dach- coupe” wykończyć nażycie i dobrze pomalować. Modelik trafił do kolekcji, bo wtedy, każdy niezbyt drogi model auta, które można było zobaczyć na co dzień na ulicy, był naprawdę cenny, nawet jeśli trzeba było poświęcić kilka wieczorów na jego pomalowanie i sklejenie.  

Później do kolekcji dochodziły kolejne modele. Jednak zawsze moim największym „kolekcjonerskim” marzeniem było posiadanie ładnego modelika Mercedes-Bemz 230 SL (W113). Dla mnie, to do dziś najładniejszy SL w historii. Tak naprawdę „zakochałem” się w nim w połowie lat 80-tych w Niemczech.

Naprzeciw okien mieszkania, po drugiej stronie głównej ulicy miasta, przy której w trakcie mojego pierwszego tam pobytu mieszkałem, często parkował biały Mercedes 230 SL. Jesienią i zimą miał nałożony granatowy dach, latem przyjeżdżał jako odkryty kabriolet. Po drugiej stronie ulicy był pub, do którego tym autem przyjeżdżała zadbana i dobrze ubrana młoda kobieta. Owa „dziunia”, bo tak nazywał ją jeden z pracujących ze mną kolegów, była Polką, a także „przyjaciółką” właściciela pubu. Samochód, który w połowie lat 80-tych miał już w końcu kilkanaście lat, wciąż robił wrażenie i „zadawał szyku”. Uzbrojony w „twardy” dach, właśnie od jego kształtu, miał ksywkę „pagoda”. To właśnie wtedy, zachorowałem na jego modelik. Ale cóż, w owym czasie na rynku modelarskim praktycznie żadnej „pagody” nie było.  

Pierwszy modelik 230 SL kupiłem za 8 złotych w jakimś sklepie z zabawkami dopiero w roku 1997. Był to modelik, a właściwie wykonana w skali 1:43 zabawka firmy New-Rey. Był to odkryty kabriolet, w którym, aby wyglądał musiałem dorobić przednie lampy, bo oryginalne do niczego się nie nadawały. Po przeróbce wyglądał całkiem fajnie i służył mi klika lat, aż w końcu odkupił go ode mnie kolega, który jest wielkim fanem marki Mercedes-Benz, nie przepada zaś za modelikami kabrioletów.

W 2001 roku trafił mi się modelik firmy Minichamps w dokładnie tym samym, co poprzednik kolorze:      

Pamiętać trzeba, że w owym czasie (na długo przed pojawieniem się w kioskach właściwych serii kolekcjonerskich, takich jak Kultowe Auta PRL) ceny tego rodzaju modeli oscylowały w granicach 100 złotych. 

A zatem, zakup przecenionego na 53 złote modelika uznałem za prawdziwą okazję. Był rzecz jasna znacznie lepiej wykonany niż New-Ray, poza tym miał dach, co akurat nawet w przypadku kabrioletów uważam za sporą zaletę. 

Entuzjazmu mojego jednak nie wzbudził, bo cóż to za „pagoda” bez „twardego” dachu.

Modelik chyba zaraz po zakupie trafił do pudła numer 4, bo chociaż w owym czasie miałem już witrynę, w której prezentowałem modele, to w tamtych latach kupowałem od 40 do 50 modeli rocznie i nie wszystkie „załapywały” się od razu do witryny.  Właściwie dopiero wczoraj, w trakcie oglądania go przed ponownym schowaniem, zauważyłem w nim pewną wadę, która przez lata zupełnie nie rzuciła mi się w oczy.

Klika lat później trafił mi się kolejny „okazyjny” model. Lekko uszkodzony SL, już z „twardym” dachem. I choć „grosze” nie kosztował, (wg. danych z mojego spisu modeli) w 2004 roku zapłaciłem za niego 41,5 zł, kupiłem go bez większego namysłu.

W przeciwieństwie do pokazanego powyżej kabrioletu, pudełko z witrynką od modelika trafiło do pudła numer 6, a sam model trafił od razu do witryny. Nie trafił tam jednak na jedną z głównych półek, na których stoją prezentowane aktualnie modele, ale na półkę „remontową”, na której stoi kilka modeli wymagających przeważnie nieco większych napraw, czy przeróbek.

Modelik nie miał jakichś dużych uszkodzeń. Miał pourywane bolce mocujące dach do nadwozia oraz ułamane lusterko, którego niestety brakowało. Początkowo miałem zamiar rozebrać modeliki i zamienić w nich dachy, tak aby pokazany powyżej model stał się pełnowartościową „pagodą”. Drugi model zamierzałem przy jakiejś okazji sprzedać. Jednak od zamiaru tego w końcu odstąpiłem z dwóch powodów:

Kupiony w 2004 roku model, przedstawia historyczny samochód rajdowy. Któż zatem połasiłby się na „rajdowego składaka” z miękkim dachem. Po drugie operacja przerzucenia dachów w przypadku modeli Minichamps byłaby nie tylko bardzo pracochłonna i trudna, ale w praktyce mogła okazać się niewykonalna. W modelach firmy Minichamps, aby były one wykonane naprawdę solidnie (w końcu w porównaniu z modelami innych firm, trochę zawsze kosztują) wiele elementów plastikowych, w miejscach łączenia ich z innymi (np z karoserią), jest dodatkowo klejonych mocnymi, prawdopodobnie cyjanopanowymi  klejami. W praktyce, w przypadku prób demontażu taki elementów, może zakończyć się ich poważnym uszkodzeniem lub wręcz zniszczeniem.   

Dokładnie tak było w przypadku pokazanego tu poniżej modelika. Dach był co prawda z tyłu oderwany do karoserii, ale został mocno przyklejony do górnej krawędzi szyby przedniej i próba rozłączenia tych elementów mogła zakończyć się zniszczeniem jednego z nich. Wtedy modelik nadawałby się właściwie tylko do kosza, a zdemontować i wukorzastać z niego można by było co najwyżej koła.

I tak modelik stał w witrynie czekając na naprawę prawie 12 lat. 

Nie oznacza to, że nic w tym czasie się z nim nie działo. Kiedy modelik był już bardzo zakurzony wyjmowałem go z witryny, odkurzałem i kombinowałem, co z nim zrobić. Kilka lat temu, kiedy już ostatecznie zrezygnowałem z zamiany dachów w modelikach, odciąłem resztki pourywanych bolców przy szybie tylnej. Dorobiłem z przezroczystego tworzywa dwa wałeczki, wsunąłem je przez otwory w półce podokiennej, a następnie przykleiłem do miejsc po odciętych starych bolcach. w ten sposób zamocowałem na nowo urwany dach. (Efekt naprawy widać na zdjęciach poniżej, przez dolny narożnik szyby bocznej tylnej).

Nie miałem jednak pomysłu na dorobienie lusterka. Ani na giełdzie, ani na bazarze na Namysłowskiej, nie trafił mi się żaden „rupieć”, z którego mógłbym wykorzystać lusterko. Jakieś dwa lata temu odciąłem resztki „podstawy” ułamanego lusterka, a otworek w nadwoziu przewierciłem, usuwając resztki starego boleca mocującego lusterko. Modelik znów trafił na półkę w witrynie.

Rok temu, zachęcony udaną przeróbką opisywanej tu Wołgi, postanowiłem „pójść za ciosem”. Wykorzystując dokładnie to samo tworzywo z pokrywki od pudełka po lodach, dorobiłem płytkę lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie „wystrugałem” maleńką nabę, w którą wchodzi pręcik podstawy lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sam pręcik zrobiłem z drutu od zimnych ogni. Tym razem wykorzystałem grubszy drut. (Jak już chyba kiedyś tu pisałem, w moich rupieciach mam dwa pudełka zimnych ogni, jedno z drutem o grubości 0,7 mm, drugie z drutem o grubości 0,5 mm). Pręcik wygiąłem odpowiednio maleńkimi szczypcami. Płytkę lusterka (od strony szyby) przykleiłem  w trakcie obróbki do plastikowego pręcika (aby było za co chwycić). Kiedy płytkę obrobiłem, okleiłem ją poleconą mi kiedyś przez kolegę samoprzylepną folią aluminiową, wystające resztki folii odciąłem żyletką. W maleńkiej nabie (po zewnętrznej stronie lusterka nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm i całość skleiłem klejem Kropelka Żel :

W trakcie wykonywania przeróbki, a właściwie już po dorobieniu lusterka, ale przed zamontowaniem go do modelika, zrobiłem kilka zdjęć, które chyba lepiej niż zamieszczony tu opis, pokazują sposób wykonania lusterka. Skomponowałem z nich obrazek pokazany powyżej. Zdjęcia wykonałem 8 stycznia 2016 roku, a więc tuż po wykonaniu lamp do Wołgi. Do połączenia obu maleńkich elementów wykorzystałem obsadkę nożyka modelarskiego, która w moim warsztacie jest teraz „najważniejszym narzędziem”.

Efekt naprawy w dużym, dwukrotnym powiększeniu, wygląda tak:

Po sklejeniu całości, odciąłem od lusterka biały pręcik (do trzymania go w trakcie obróbki) i nakleiłem wyciętą z grubszej błyszczącej samoprzylepnej folii szybkę lusterka. Dorobione lusterko jest nieco tylko większe niż oryginalne (takie jak w modeliku z białym „miękkim” dachem pokazanym za zdjęciach powyżej). Ale cóż, mniejszego zrobić się po prostu nie dało.

Teraz naprawiony modelik prezentuje się w końcu całkiem dobrze:

Można by jednak zadać w tym miejscu pytanie: Czy modelik musiał czekać na ostateczną naprawę aż 12 lat?

Cóż, „better late than never„, jak w trakcie wspólnego koncertu, powiedział lider mojej ulubionej grupy Earth Wind & Fire do lidera równie legendarnego zespołu Chicago.  Do wykonania tej trudnej i wymagającej „niezłego kombinowania” naprawy musiałem najwidoczniej „dojrzeć”.

W trakcie dorabiania lusterka, z całą pewnością zaprocentowało moje wieloletnie już doświadczenie zdobyte przy naprawach i poprawkach innych modeli, takich jak choćby te z serii „Kultowe Auta PRL”. Pomogło też niewatpliwe moje obycie z różnego rodzaju materiałami, klejami, narzędziami i sposobami dorabiania bardzo drobnych elementów. Konsultacje z kolegą, z którym wymieniam się doświadczeniami, a także moje własne, nie zawsze udane eksperymenty z pozyskiwaniem i używaniem nowych, nie stosowanych wcześniej materiałów i technik. 

Po ostatecznej naprawie modelik trafił do oryginalnej gablotki i choć opuścił „remontową” półkę w witrynie, jednak wraz z drugim modelem „ugrzązł” tym razem w gablotce. Dopiero wczoraj w trakcie „przeglądu” gablotki, która już „pęka w szwach” od kolejnych zakupów, wyciągnąłem obydwa, zrobiłem te zdjęcia i postanowiłem pokazać je na blogu. Teraz w końcu będę mógł schować obydwa modele do pudeł numer 6 i 4 w szafie, w przedpokoju.

Cóż, nie tylko normalne życie, ale i to „kolekcjonerskie” płata nam czasami figle.

Mercedes-Benz 230 SL w mojej kolekcji, zamiast jednej, ładnej „pagody” reprezentują 2 modele: Cywilny kabriolet z „miękkim” dachem oraz właściwa „pagoda”, ale w wersji rajdowej, bez kołpaków na kołach, z oklejonymi „siateczką” lampami przednimi i halogenem w miejscu gwiazdy w atrapie. No, ale tak po prostu wyszło.

W 1963 roku koncern Daimler-Benz wprowadzając na rynek zupełnie nowy model, który zastępował wszystkie wcześniejsze wersje SL (również te drogie i już wtedy w pewnym sensie legendarne), aby pokazać, że nowe auto jest godnym następcą poprzedników, wystawił świeżutki model do morderczego rajdowego maratonu Liège–Sofia–Liege. Samochód nie tylko rajd ukończył, ale i wygrał, co niewątpliwie było jego doskonałą reklamą i przyczyniło się do jego rynkowego sukcesu.

pozdrawiam

277. „Militarne” zdobycze – Dodge WC63 i ZIS 3

 Ten blog, to blog nie tylko o modelach samochodów, ale też blog o ponad 100-letniej historii motoryzacji. Jak już kiedyś na nim pisałem:

„Na historii motoryzacji szczególne piętno odcisnęła Druga Wojna Światowa. W trakcie jej trwania, w całej Europie (i nie tylko) właściwie produkcja samochodów osobowych została zawieszona, zaś fabryki przestawiono na produkcję zbrojeniową. Moja kolekcja, przy pomocy której staram się w jakiś sposób dokumentować historię, też to odzwierciedla. W kolekcji jest spora grupa pojazdów przedwojennych i naprawdę duża grupa pojazdów powojennych, ale dokumentacja historii byłaby niepełna, gdyby zabrakło w niej modeli najpopularniejszych, czy też ciekawych pojazdów właśnie z okresu Drugiej Wojny Światowej.” 

Przy innej okazji (prezentacji modelika Dodge WC54) pisałem:

„W czasie wojny firma Dodge wyposażyła armię USA w całą serię udanych lekkich, terenowych samochodów ciężarowych serii WC (Weapon carrier) . Oparte o tę samą bazę pojazdy miały ładowność 3/4 tony (wersje z napędem 4×4) lub 1 i 1/2 tony (wersje z napędem 6×6). W serii był cały szereg pojazdów o różnym przeznaczeniu i innych oznaczeniach. Między innymi: WC 51 (łazik pickup z napędem 4×4), WC 54 (prezentowana tu sanitarka), WC 63 (lekka ciężarówka z napędem 6×6) oraz WC 56 (łazik z napędem 4×4, z uwagi na typ nadwozia zwany potocznie „komandorką”).

Jeszcze w latach 60-tych pojazdy takie można było spotkać na polskich ulicach i to wcale nierzadko. Mi najbardziej zapadły w pamięć 2 modele: WC 54 i WC 63. Oba zapamiętałem dobrze z czasów dzieciństwa. W Żyrardowie gdzie owe dzieciństwo spędziłem, często widywałem te samochody i bardzo dobrze je rozpoznawałem. Nie wiedziałem chyba jeszcze wtedy, jakiej marki są te samochody, ale w pamięć wryły mi się ich charakterystyczny kształt przodu, a w przypadku WC 54 ciekawie wkomponowane w nadwozie koło zapasowe. Z kolei WC 63 zapamiętałem jako samochód strażacki. W latach 60-tych pojazd taki (obok naszych Starów 20) stał w remizie Zakładowej Straży Pożarnej Zakładów Lniarskich w Żyrardowie. Kiedy był czasem wystawiany na placyk przed remizą, mogłem go jako kilkuletni chłopiec podziwiać. Później (jeszcze chyba w latach 70-tych) strażackie Dodge WC 63 można było spotkać w wielu wiejskich remizach Ochotniczych Straży Pożarnych. ………..

„Modelik Dodge’a WC 63 wyszedł kilka lat temu w „nowej” już wspomnianej tu serii, tej samej, z której pochodzą pokazywane tu (nie tak dawno) modele czołgu Pz.Kpfw IV i ciągnika Sd.Kfz 9 oraz amerykańskiego transporter M16 MGMC. Modelik widziałem na giełdzie, ale nie dość, że kosztował ponad 60 złotych, to nie przypadł mi do gustu, bo wyglądał dość dziwnie i moim zdaniem wymagałby sporej przeróbki, dlatego go sobie odpuściłem.”

To ostatnie zdanie nie do końca okazało się prawdziwe. Kiedy półtora roku temu wylicytowałem na Allegro modelik Dodge’a WC54, zacząłem zastanawiać się nad ewentualnym zakupem Dodge’a WC63. 

Doszedłem do wniosku, że co prawda modelik będzie wymagał sporej przeróbki, to jednak jest to model auta naprawdę  ciekawego i dobrze uzupełniłby moje „militarne” zbiory. W kolekcji, po solidnym „zastrzyku” jaki w zakresie takich modeli dostała ona w roku 2015, miałem po kilka modeli pojazdów różnych armii z okresu  Drugiej Wojny Światowej. Jednak wciąż najmniejszą grupą były w niej pojazdy armii USA.  

Pierwszą akcję jaką chyba rok temu obserwowałem, była aukcja w której został wystawiony modelik niekompletny i chyba lekko uszkodzony. Modelik osiągnął jednak cenę ponad 35 złotych, i choć nadawał się do przeróbki, licytację sobie odpuściłem, bo w modeliku nie było imitacji karabinu maszynowego. Doszedłem do wniosku, że skoro modelik ma stelaż, to bez karabinu będzie wyglądał po prostu głupio. Kolejne aukcje obserwowałem, a na giełdzie modelik się nie pojawiał.

W końcu w ubiegłą sobotę (21 stycznia) kończyła się aukcja, w której postanowiłem wziąć udział. Były jednak dwa problemy:

1. Modelik „wisiał” na Allegro cały tydzień z ceną 31 zł, co nie zostawiało wielkiego „pola manewru”.

2. Tego dnia był Dzień Babci i wypadało jedną z babć odwiedzić.

Ponieważ córka ostatnio intensywnie przygotowuje się do sesji, po dłuższej naradzie postanowiliśmy odwiedzić mamę mojej żony, czyli babcię Sławcię i pojechać do Mińska Mazowieckiego. Rano trwały negocjacje czy jechać, czy nie i o której ewentualnie wrócić, aż w końcu ja zadecydowałem, że do Sławci jedziemy. Przed wyjazdem zajrzałem też szybko na Allegro. Modelik dalej „wisiał” z ceną 31 zł. Zapytałem więc córkę, czy może go ewentualnie zalicytować z Iphona.  

Córka odparła, że problemu nie ma, zresztą kilka miesięcy temu w trakcie jakiegoś wyjazdu „na miasto” córka obserwowała aukcję na Allegro, a ja prowadziłem samochód.

Kiedy wyjechaliśmy już za rogatki Warszawy, poprosiłem ją aby odnalazła aukcję. Córka sprawdziła też, że nikt na razie modelika nie licytuje. Między miejscowościami Konik i Dębe podałem jej login i hasło i poprosiłem, aby się zalogowała, a ja cały czas obserwowałem zegar w samochodzie. Tuż przed Dębem, po pewnym namyśle, na trzy minuty przed końcem aukcji, poprosiłem aby córka „postawiła” na modelik 32 zł. Po chwili zapytałem „i co?” . „Prowadzisz” odparła. To daj 33 zł. Kiedy minęliśmy Dębe poprosiłem „sprawdź, co z tą aukcją”. Odpowiedź brzmiała „wygrałeś”.       

W poniedziałek skontaktowałem się ze sprzedającym i próbowałem umówić się na tańszą opcję przesyłki, jednak nie dogadaliśmy się. We wtorek puściłem przelew, 47 zł (cena wraz z przesyłką). W czwartek po pracy znalazłem w domu avizo. W piątek rano odebrałem paczkę w drodze do pracy.  

Paczkę rozpakowałem paczkę dopiero późnym wieczorem i praktycznie od razu zabrałem się za przeróbkę modelika. Jej efekt widać porównując zdjęcia powyżej.  

Modelika ani w pracy, ani w trakcie popołudniowej wizyty u mamy nie rozpakowywałem, bo w opisie aukcji była informacja, że witrynka jest uszkodzona. Po  rozpakowaniu paczki  i odkręceniu od podstawki, okazało się też, że modelik też jest „po przejściach”. Chociaż  był kompletny, to miał pourywane bolce mocujące burty do skrzyni oraz te z tyłu przy dachu też.   

Na początku trochę się zezłościłem, ale później mi przeszło, bo te wady nie tylko mi nie przeszkadzały, ale i ułatwiły jego rozebranie, bo właśnie oderwane od „paki” burty miałem zamiar przerobić.

Początkowo miałem zamiar obniżyć tylko położenie plandeki, jednak po dokładnych oględzinach zdjęć w Internecie wyszło to wszystko inaczej.  Ale o tym będzie tu nieco dalej. 

Przerobiony modelik moim zdaniem wygląda lepiej, bo w końcu dużo bardziej przypomina  oryginał. Wg znalezionych w Internecie rysunków samochodu, jego szerokość i wysokość były prawie takie same. Kiedy wyjąłem modelik z pudełka, na pierwszy rzut oka wydał mi się w nieco mniejszej niż pozostałe „wojskowe” w tej skali. Dopiero w trakcie przeróbki pomierzyłem go, a jego szerokość okazała się idealna. Prawdziwy samochód miał 82 i 3/4 cala szerokości, co pomnożone przez 25,4 mm daje 2102 mm. Ta ostatnia wartość podzielona przez 43, daje  48,9 mm i dokładnie taka jest szerokość modelika mierzona na skrzyni. Wysokość, powinien mieć modelik praktycznie taką samą. (Wg danych ze wspomnianego rysunku wysokość powinna wynosić 48,7 mm.)

Początkowo miałem zamiar nie ruszać stelaża karabiny maszynowego i zostawić go przymocowanego do dachu modelika tak, jak w oryginale.  

277.Dodge-6x6-01

Do przeróbki zainspirowało mnie jednak to zdjęcie samochodu.  

Tak obszerne przeróbki, aby nie ciągnęły się tygodniami wymagają przede wszystkim doświadczenia.  Cóż nie będę skromny, a wytrawni czytelnicy bloga wiedzą, że w tym zakresie doświadczenie mam całkiem spore. Pomimo tego jednak z każdą taką przeróbką trochę zawsze się „schodzi”. A najwięcej czasu zabiera przeważnie nie sama  „robota”, ale …. myślenie i kombinowanie, czy tak, czy inaczej, co i jak ewentualnie zrobić. Tak było i tym razem.

W piątek wieczorem, a właściwie już w nocy, modelik został właściwie wstępnie przerobiony i złożony. Ale chociaż zeszło się do 4 nad ranem, efekt był niezadowalający i najwięcej czasu straciłem właśnie na „kombinowanie”.   

Przeróbkę zacząłem od oderwania burt od skrzyni.  Dach, a właściwie imitacja plandeki trzymała się jedynie na dwóch prętach przyklejonych do podstawy karabinu maszynowego. Cóż niestety dostępnymi w moim „warsztacie” śrubokrętami nie udało się rozkręcić modelika, którego podwozie jest przykręcone do nadwozia śrubkami z wycięciem o trójkątnym kształcie. Mam co prawda zeszlifowany śrubokręt, którego płaski czubek się kiedyś ułamał i stosuję go do odkręcania tego typu śrubek (są również stosowane w modelach z serii „Opel Collection”), ale tym razem się nie udało. Co za tym idzie, nie miałem dostępu do mocowania przedniego pręta podstawy karabinu do nadwozia. Po krótkim namyśle postanowiłem zatem odciąć oba pręty od podstawy karabinu na górze.

Jednym szarpnięciem ściągnąłem z modelika imitację plandeki wraz z bocznymi burtami. Plandeka była do nadwozia przymocowania nie tylko poprzez burty, ale również w środku skrzyni. Tuż za fotelami był metalowy pręt, a właściwie znana dobrze z innych modelików typowa ośka od kół, która w modeliku nie tylko imitowała trzeci pręt podpierający podstawę karabinu, ale właściwie mocowała imitację plandeki do nadwozia.

Jak napisałem modelik też był uszkodzony (prawdopodobnie  w opakowaniu „zaliczył glebę”). Gdyby nie owa ośka zapewne rozleciał by się, ale dzięki niej, burty trzymały się plandeki, choć tylko z przodu. Pozostałe dwa bolce (środkowy i tylny) były urwane. Kiedy odciąłem przednie zaczepy mocowania burt do plandeki, w ręku zostały mi burty i plandeka wraz z przyklejoną do niej podstawą karabinu. 

W nocy z piątku na sobotę obniżyłem położenie plandeki o około 2 mm. Po wymontowaniu burt okazało się, że na górze są one zakończone poprzeczką która spaja pionowe pręty podpierające plandekę. Pręty te wystawały ok 2 mm ponad poprzeczkę i były zakończone maleńkimi bolcami które pierwotnie zostały wklejone w otworki po wewnętrznej stronie imitacji plandeki. Modelik musiał zaliczyć dość solidny upadek, bo o ile z tyłu tylko bolce były pourywane, o tyle na środku pourywały się wystające ponad poprzeczkę kawałki pionowych prętów.  Postanowiłem to wyrównać i odciąłem od burt wszystkie wystające ponad górną poprzeczkę kawałki, a od wewnętrznej strony plandeki odciąłem te kawałki, które w niej zostały. Niestety również na dole burty miały pourywane bolce mocujące je z kolei do skrzyni. Po kilku próbach założenia imitacji plandeki na burty, okazało się konieczne „ustabilizowanie” burt na dole.

Z dotychczasowych przeróbek modeli (nie tylko wojskowych) wiem, że plastik, z którego są zrobione niektóre elementy, nie zawsze łatwo się klei. Postanowiłem zatem dorobić brakujące bolce inną metodą. W miejscach, gdzie były urwane nawierciłem otwory o średnicy 1 mm, a następnie „wkręciłem” w nie wykałaczkę wykonaną z niezbyt twardego drewna. Wystający kawałek odciąłem 2 mm poniżej dolnej krawędzi burt i w ten sposób burty „odzyskały” bolce mocujące je do skrzyni. (Na zdjęciu powyżej widać to na jednej z burt, na górze, po prawej stronie.)

Po zamontowaniu burt do skrzyni i nałożeniu na nie plandeki okazało się, że plandeka jest o 2 mm niżej, modelik wygląda lepiej, ale trzeba obsadzić jeszcze podstawę karabinu na odciętych wcześniej prętach. Tu nie było właściwie problemu. Okrągłe nadlewy, w które pierwotnie wchodziły biegnące od nadwozia w górę pręty, miały od góry maleńkie zagłębienia, które wykorzystałem i dokładnie w tych miejscach przewierciłem nadlewy na wylot (wiertłem 1 mm).  Od spodu rozwierciłem naby nieco większym wiertłem, zaś końce prętów „zaostrzyłem” nieco „na stożek” przy pomocy temperówki ze starego ołówka automatycznego, służącej w nim do ostrzenia grafitowych wkładów. Było bardzo późno i nie zrobiłem tego zbyt precyzyjnie, dlatego rozwiązanie nie okazało się najszczęśliwsze, bo co prawda pręty weszły w otworki wykonane w nabach podstawy karabinu, ale połączenie nie było stabilne, (jak w przypadku poprawionego wcześniej mocowania burt do skrzyni).

Niemniej jednak modelik dał się złożyć i wyglądał troszkę lepiej. Plandeka i podstawa karabinu była niżej niż pierwotnie. Rewelacji nie było, dochodziła 3 nad ranem, a ja całą przeróbką byłem już zmęczony. Zacząłem jeszcze tylko kombinować, jak przerobić burty, aby plandeka znalazła się jeszcze niżej (tak jak powinna się znaleźć). Z pozostałych po dorabianiu bolców do dolnej części burt wykałaczek wyciąłem 3 pręty, wcisnąłem je w otwory w które wchodzą bolce burt i na nich położyłem plandekę.

Tym razem modelik „nie wyglądał” . Możliwe, że „próbne” pręty zrobiłem za krótkie, a może dlatego, że zrobiłem tylko 3 i plandeka trochę się przechylała. Zmontowałem więc obniżony o 2 mm modelik po raz kolejny i poszedłem spać. Była sobota 4.30 rano.  

W sobotę, trochę niewyspany, wstałem po 10-tej. Żona wybierała się do dentysty, więc śniadanie trzeba było zrobić szybko. W prawie pustej lodówce znalazłem 2 cieniuśkie plasterki wędzonego boczku, ukroiłem też klika skwarek z przechowywanej w zamrażarce słoniny i na tym szybko usmażyłem jajecznicę. Kilka miesięcy temu kupiłem (dość tani) ciśnieniowy expres do kawy i w weekendy w nim parzę kawę. Usiedliśmy do śniadania, które w weekendy robię ja, a po chwili żona wyszła.  Usiadłem przed komputerem, pooglądałem to i owo, a kiedy się „ocknąłem” było tuż przed 12. Żona nie wracała, ogoliłem się, wziąłem prysznic i postanowiłem wyjść z psem. Kiedy stałem już w drzwiach, usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwieranego kodem domofonu. Żona wysiadła z windy i właśnie przed nią się spotkaliśmy. Była piękna słoneczna pogoda, wiec na poranny spacer z psem poszliśmy razem. W drodze powrotnej „zahaczyliśmy” o „nowy” (przeniesiony w związku z budową metra) bazarek. Kupiliśmy na nim tylko wędliny i mały kawałek kiełbasy brockiej na niedzielne śniadanie oraz chleb i wróciliśmy do domu. Żona zrobiła herbatę i zjedliśmy po smacznej kanapce z świeżutkim chlebem. Na obiad znaleźliśmy w zamrażarce kilka „wigilijnych” pierogów (roboty babci Sławci). Doszliśmy więc do wniosku, że nie ma sensu dłużej ich przechowywać, więc zjemy je na obiad. Dochodziła 14. i żona powiedziała, że na chwilkę położy się w sypialni i odpocznie. Tak zrobiła. Ja pokręciłem się chwilkę po mieszkaniu, a w kuchni wpadła mi w ręce witrynka od odebranego dzień wcześniej modelika.

Zgodnie z opisem w aukcji, była uszkodzona. Na jednej z dużych ścianek były dwa niezbyt duże pęknięcia, za to dolna krawędź, którą nasadza się na podstawkę miała dwa wyszczerbienia. Nie były one zbyt duże, jednak jeden kawałek był i można go było ewentualnie przykleić, lecz drugiego podobnego brakowało. Wyszczerbienia były w tym samym rogu, którym modelik prawdopodobnie uderzył w podłoże (zaliczając „glebę”). Obejrzałem witrynkę i doszedłem do wniosku, że najlepiej było by ją po prostu obciąć, tuż nad wyszczerbieniami, czyli obniżyć o jakieś 7 mm.

Przezroczysty plastik, z którego robione są witrynki, nie jest najlepszym do obróbki materiałem. Jest śliski i dość twardy, przez co łatwo pęka. W mojej modelarskiej karierze nie robiłem dotąd takiej przeróbki, ale w „warsztacie” miałem potrzebne do niej narzędzia. Najpierw postanowiłem „wytrasować” linie wzdłuż których trzeba było witrynkę ciąć. Nie chciało mi się jednak szukać odpowiedniej linijki, mierzyć i rysować linie. Postanowiłem uprościć sobie życie i z pudełka z podręcznymi narzędziami modelarskimi wyciągnąłem stary zerownik zapomnianej już marki Skala, (z czasów kiedy to jako młody inżynier zaczynałem moją karierę konstruktora w FSO). Zerownik to nic innego jak mały podręczny cyrkiel, w którym oba ramiona są połączone śrubą z pokrętłem i nią precyzyjnie nastawia się odległość między ramionami. W moim warsztacie używam go od lat do wycinania drobnych okrągłych elementów z tworzyw. Zamiast rysika ma założoną końcówkę z drugą igłą. Odmierzyłem na zerowniku wysokość wyszczerbienia i zacząłem ciągnąć jedną igłą po krawędzi witrynki, drugą na jej szybkach wytrasowałem linię. Robiłem tak kilka razy, aby linia nie tylko była dobrze widoczna, ale i głębsza niż przypadkowa rysa.

Następnie wyciągnąłem z pudełka nożyk-piłkę zamontowałem do obsadki i zacząłem nacinać nim naroża witrynki, wzdłuż wytrasowanych wcześniej linii. Na ściankach bocznych zastosowałem inną metodę. Powoli i ostrożnie, wzdłuż, a właściwie w miejscu linii, całą powierzchnią piłki rzeźbiłem maleńki rowek. Kiedy ząbki nożyka nie były widoczne, bo schowały się w materiale, posuwałem się do przodu. Kiedy rowek był już wyrzeźbiony na wszystkich ściankach, zaczynałem właściwe piłowanie. Aby witrynka w trakcie piłowania nie pękła, nasadziłem ją na podstawkę modelika, a całość spiąłem dość mocną gumką. Choć na początku wydawało mi się że będzie to praca bardzo żmudna, okazało się, że po nieco ponad godzinie witrynka była gotowa.  

Miałem pewne obawy, czy po obcięciu będzie ona pasować do podstawki. Moje obawy okazały się jednak płonne. Obcięta witrynka doskonale pasuje do podstawki, a przy tym siedzi na niej pewnie i dość ciasno, co jest wielką zaletą, bo doskonale chroni podstawkę z modelikiem przed przypadkowym wypadnięciem.

Zachęcony udaną przeróbką witrynki, zabrałem się z powrotem za modelik, nad którym długo „deliberowałem” poprzedniej nocy. 

Nie zastanawiając się zbyt długo postanowiłem skrócone nieco w nocy burty obciąć od góry. W prawej górnej burcie pionowy pręt z przodu był pęknięty i jego górna część trzymała się tylko na poprzeczce. Początkowo (jeszcze w nocy) miałem zamiar go skleić, jednak tego nie zrobiłem. Zmierzyłem długość oderwanego odcinkai wyszło mi 5,5 mm. Postanowiłem więc pozostałe pręty obciąć na tę samą wysokość. (Na zdjęciu powyżej widać odcięte górne kawałki burt oraz pręt-ośkę mocującą pierwotnie plandekę do skrzyni). 

Tak obniżone burty zamontowałem do skrzyni i ułożyłem na nich plandekę. Modelik wyglądał znacznie lepiej niż podczas nocnych prób. Jednak ponad plandekę wystawały z niego dwa pionowe pręty biegnące do podstawy karabinu. Co z tym zrobić ? Początkowo nie wiedziałem.

Coś mnie tknęło i zanim je obciąłem, usiadłem na chwilę do komputera, aby obejrzeć kilka zdjęć samochodu. Właściwie dopiero wtedy odkryłem, że w samochodzie okrągła obręcz podstawy karabinu była zamocowana wyżej niż powierzchnia plandeki.   

Cóż, nie pozostawało nic innego jak ostatecznie odciąć podstawę karabinu od plandeki i podobnie jak dwie pozostałe naby pod „nogi podstawy”, przewiercić trzecią, wywiercić też dziurkę w zwiniętej części plandeki i jakoś to wszystko zamocować.

Początkowo miałem zamiar zrobić z drutu trzecią, biegnącą od podłogi skrzyni przez zwiniętą część plandeki aż do podstawy karabinu nogę (bo tak było w prawdziwym samochodzie), ale w końcu z tego zrezygnowałem. Postanowiłem wykorzystać gotowe rozwiązania zastosowane w modeliku przez producenta.

W miejsce ośki łączącej plandekę z podłogą wsadziłem obciętą na odpowiednią wysokość wykałaczkę, a między postawę karabinu a zwinięty fragment plandeki dorobiłem „wsporniczek” z odciętego czubka wykałaczki i pomalowałem go na czarno markerem, który akurat miałem pod ręką.  

Kiedy zmontowałem modelik była godzina 18. , ale modelik był już właściwie przerobiony. Wtedy dopiero zorientowałem się, że żona, która po południowym spacerze z psem położyła się „na chwilkę” w sypialni usnęła, więc musiałem ją obudzić, abyśmy w końcu zjedli późny obiad.      

Może się ktoś zastanawiać, po co to wszystko?

Otóż jeszcze przed zakupem modelika, szukałem w Internecie zdjęć samochodu. Dodge serii WC62 (bez wyciągarki z przodu) i WC 63 (z wyciągarką) był autem można by rzec dość popularnym. Obydwu wersji wyprodukowano po ponad 20 tysięcy sztuk. Samochód był używany przez zwycięską armię i w Internecie można znaleźć całkiem sporo zdjęć dobrze zachowanych egzemplarzy. Większość z nich to zwyczajne lekkie ciężarówki. Tylko niektóre były wyposażone w karabin nad kabiną kierowcy, zaś w ogóle nie znalazłem zdjęć wersji, jaką pierwotnie przedstawiał modelik, czyli takiej, w której plandeka była umieszczona znacznie wyżej niż w typowych seryjnych pojazdach.   

Modelik Dodga chodził mi jednak po głowie. „Zasadzałem się” na niego chyba od jakiegoś roku. Od samego początku miałem go zamiar przerobić. W mojej bazie zdjęć modeli, pierwsze „komputerowe” symulacje takiej przeróbki zrobiłem na początku września 2015 roku, a więc zaraz po zakupie sanitarki Dodge WC54

Teraz obydwa modele prezentują się naprawdę fajnie i stanowią ciekawą parę. 

Modelik nie jest ostatecznie skończony, a wymaga jeszcze pewnego dopieszczenia. Mimo, że w sumie obniżyłem go o jakieś 7,5 mm (2 mm w piątek i 5,5 mm w sobotę) wciąż jest odrobinę za wysoki. Powinien mieć ok. 49 mm wysokości, ma 50,5. Wygląda jednak moim zdaniem zdecydowanie lepiej niż pierwotnie i znacznie bardziej przypomina oryginał. Dlatego choć nie wszystko w nim jeszcze poprawiłem, postanowiłem zrobić jego zdjęcia i pokazać na blogu. 

 

A skoro już jestem przy tematyce militarnej, pokażę jeszcze jeden, może nie tak świeży nabytek, na którego prezentację trochę zabrakło mi pomysłu. Teraz właśnie nadarzyła się świetna okazja, aby jedną z moich ostatnich ubiegłorocznych zdobyczy pokazać. 

Jesienią ubiegłego roku, między zakupami Morrisa Mini Van, (którego na blogu nie pokazałem), a zakupem prezentowanego tu ostatnio Audi A5, na początku października wylicytowałem armatę. Nie jest to prawdziwa armata, a  dość stary radziecki chyba jeszcze model armaty z okresu Drugiej Wojny Światowej. Armata ZIS 3 to właściwie rówieśnica prezentowanego powyżej Dodgea. Na uzbrojenie Armii Czerwonej trafiła w 1942 roku.  

Raz na jakiś czas umawiamy się z kolegą na „modelikowe” spotkania przy kawie i ciastkach.  Kolega ma swojej kolekcji od bardzo dawna dwa radzieckie modeliki armat i zawsze w trakcie  naszych spotkań oglądałem je z dużym zainteresowaniem.

Pod koniec ubiegłego lata, na Allegro zaczęły się pojawiać właśnie takie modele. Pierwsze aukcje oglądałem lub przegrywałem. Ostatnią udało mi się wygrać.  

 Armata wraz z przesyłką kosztowała minie całych 21 złotych, więc jej zakup mogę uznać za wyjątkowo korzystny.

 I choć nie jest wykonana tak finezyjnie, jak pokazywane tu inne modele „militarne”, naprawdę mnie cieszy.

Jest to typowa „używka”. Bez opakowania i została chyba przemalowana, ale jest kompletna i niczego w niej nie brakuje. A wg relacji kolegi „skalę jak najbardziej trzyma”.

Nie byłbym sobą, gdybym w niej nie „pogrzebał”. Armata ma oryginalne koła, jednak ich felgi zostały wykonane tak, jakby miały zostać na nich zamontowane „bliźniaki”. Zwęziłem je więc zaraz po zakupie tak, aby zamontowane na nich pojedyncze opony nie wystawały tak bardzo na zewnątrz, jak pierwotnie.

Jakiś czas później (chyba pod koniec listopada, albo na początku grudnia) przy pomocy wierteł i pilników  przerobiłem w niej zakończenie lufy tak, aby była ona „ażurowa” jak w oryginale. Na razie na inne poprawki armaty nie mam czasu. 

 W zestawieniu z Dodgem, armata wydaje się być trochę za duża. Jednak Dodge, to nie pełnowymiarowa ciężarówka, a właściwie trochę „przerośnięty” łazik. Prawdziwa zaś armata ZIS 3 musiała być naprawę ciężka, bo wg informacji z Wikipedii była przewidziana do holowania przez „pełnowymiarowe” ciężarówki takie jak Studebaker U S6 lub GMC CCKW,  które były znacznie cięższymi pojazdami ni pokazany tu Dodge, a których Armia Czerwona w czasie wojny też używała. 

Na koniec muszę przyznać się do jeszcze jednej rzeczy.

NIESTETY NIE JESTEM LITERATEM. Kiedy skończyłem ten bardzo długi, a momentami nużący nieco wpis i choć wykorzystałem w nim obszerne fragmenty innych moich wpisów, okazało się, że jego przygotowanie zajęło mi tyle samo czasu, co przeróbki pokazanych tu modeli. 

pozdrawiam