Tag: warsztat

293. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

Reklamy

278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”. Owszem od kilku tygodni o tym myślę, ale niestety pogoda w tym roku, jest jaka jest. Ktoś mógłby jednak zadać przekorne pytanie, a cóż do prezentacji modelików ma pogoda ? Otóż wyjaśnię, że ma. Na razie, przy panujących mrozach, nie mam zamiaru wychodzić na balkon, gdzie mogę robić dobre zdjęcia. W mieszkaniu o tej o porze roku  światło jest niestety trochę za słabe. Poza tym, zarówno na blogu, jak i w gablotce nagromadziły się „pewne zaległości” i przy okazji robienia porządków, postanowiłem je „odrobić”.  

W październiku ubiegłego roku zaprezentowałem tu kolejny już wpis z cyklu „warsztatowe przygody”. Opisałem w nim kilka zrobionych jesienią ubiegłego roku przeróbek i napraw modeli. Pierwotnie miałem zamiar pokazać też model, który naprawiłem na początku tegoż roku, ale uznałem, że:  

„Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)”.

Teraz nadarzyła się okazja niejako „dokończenia” tego wpisu, a przy okazji pokazania jeszcze drugiego modelika, z którym obydwa tworzą w kolekcji „trochę niechcianą parę”. Ale zacznijmy rzecz od początku:  

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Równolegle do wspomnianych aut produkowany był mniejszy i tańszy Mercedes-Benz 190 SL (W121 B II). W 1963 roku zakończono produkcję zarówno  300 SL Roadster, jak i 190 SL i pojawił się model 230 SL (W113), który formalnie zastępował drugi ze wspomnianych tu modeli. W 1971 roku pojawił się uznawany obecnie za najbardziej klasycznwgo „esela” model  R107 (od 280 SL do 500 a nawet 560 SL). Samochód ten był jednym z najdłużej produkowanych aut w historii marki. Co ciekawe, wytwarzany był praktycznie bez większych zmian zarówno samej karoserii, jak i detali zewnętrznych. Następcy doczekał się dopiero w roku 1989, kiedy to pojawił się model R129 (od SL 320 po SL 600). Kolejne odmiany to R230 (2001 -2011) i oferowany obecnie R231 (od 2012 roku). Wszystkie wymienione samochody łączyło właściwie jedno. Zimą były użytkowane przeważnie jako coupe (z „twardym” przeszklonym dachem, a właściwie kawałkiem kabiny obejmującym dach, szybę tylną i boczne szyby tylne). Latem auta przeistaczały się zaś w „przyjazne słońcu” kabriolety. Od modelu R230 dach „coupe” jest składany elektrycznie i mieści się pod pokrywą bagażnika.   

W mojej kolekcji mam właściwie całą gamę miniaturowych modeli SL (od W194 po R230). Jako pierwszy trafił do niej plastikowy modelik do sklejania Mercedes-Benz 450 SL (R107) firmy Heller, kupiony w Niemczech za 7 marek, w roku 1987, a więc blisko 30 lat temu. Modelik przedstawia kabriolet, bo do tej pory nie znalazłem czasu, aby zdejmowany w nim „dach- coupe” wykończyć nażycie i dobrze pomalować. Modelik trafił do kolekcji, bo wtedy, każdy niezbyt drogi model auta, które można było zobaczyć na co dzień na ulicy, był naprawdę cenny, nawet jeśli trzeba było poświęcić kilka wieczorów na jego pomalowanie i sklejenie.  

Później do kolekcji dochodziły kolejne modele. Jednak zawsze moim największym „kolekcjonerskim” marzeniem było posiadanie ładnego modelika Mercedes-Bemz 230 SL (W113). Dla mnie, to do dziś najładniejszy SL w historii. Tak naprawdę „zakochałem” się w nim w połowie lat 80-tych w Niemczech.

Naprzeciw okien mieszkania, po drugiej stronie głównej ulicy miasta, przy której w trakcie mojego pierwszego tam pobytu mieszkałem, często parkował biały Mercedes 230 SL. Jesienią i zimą miał nałożony granatowy dach, latem przyjeżdżał jako odkryty kabriolet. Po drugiej stronie ulicy był pub, do którego tym autem przyjeżdżała zadbana i dobrze ubrana młoda kobieta. Owa „dziunia”, bo tak nazywał ją jeden z pracujących ze mną kolegów, była Polką, a także „przyjaciółką” właściciela pubu. Samochód, który w połowie lat 80-tych miał już w końcu kilkanaście lat, wciąż robił wrażenie i „zadawał szyku”. Uzbrojony w „twardy” dach, właśnie od jego kształtu, miał ksywkę „pagoda”. To właśnie wtedy, zachorowałem na jego modelik. Ale cóż, w owym czasie na rynku modelarskim praktycznie żadnej „pagody” nie było.  

Pierwszy modelik 230 SL kupiłem za 8 złotych w jakimś sklepie z zabawkami dopiero w roku 1997. Był to modelik, a właściwie wykonana w skali 1:43 zabawka firmy New-Rey. Był to odkryty kabriolet, w którym, aby wyglądał musiałem dorobić przednie lampy, bo oryginalne do niczego się nie nadawały. Po przeróbce wyglądał całkiem fajnie i służył mi klika lat, aż w końcu odkupił go ode mnie kolega, który jest wielkim fanem marki Mercedes-Benz, nie przepada zaś za modelikami kabrioletów.

W 2001 roku trafił mi się modelik firmy Minichamps w dokładnie tym samym, co poprzednik kolorze:      

Pamiętać trzeba, że w owym czasie (na długo przed pojawieniem się w kioskach właściwych serii kolekcjonerskich, takich jak Kultowe Auta PRL) ceny tego rodzaju modeli oscylowały w granicach 100 złotych. 

A zatem, zakup przecenionego na 53 złote modelika uznałem za prawdziwą okazję. Był rzecz jasna znacznie lepiej wykonany niż New-Ray, poza tym miał dach, co akurat nawet w przypadku kabrioletów uważam za sporą zaletę. 

Entuzjazmu mojego jednak nie wzbudził, bo cóż to za „pagoda” bez „twardego” dachu.

Modelik chyba zaraz po zakupie trafił do pudła numer 4, bo chociaż w owym czasie miałem już witrynę, w której prezentowałem modele, to w tamtych latach kupowałem od 40 do 50 modeli rocznie i nie wszystkie „załapywały” się od razu do witryny.  Właściwie dopiero wczoraj, w trakcie oglądania go przed ponownym schowaniem, zauważyłem w nim pewną wadę, która przez lata zupełnie nie rzuciła mi się w oczy.

Klika lat później trafił mi się kolejny „okazyjny” model. Lekko uszkodzony SL, już z „twardym” dachem. I choć „grosze” nie kosztował, (wg. danych z mojego spisu modeli) w 2004 roku zapłaciłem za niego 41,5 zł, kupiłem go bez większego namysłu.

W przeciwieństwie do pokazanego powyżej kabrioletu, pudełko z witrynką od modelika trafiło do pudła numer 6, a sam model trafił od razu do witryny. Nie trafił tam jednak na jedną z głównych półek, na których stoją prezentowane aktualnie modele, ale na półkę „remontową”, na której stoi kilka modeli wymagających przeważnie nieco większych napraw, czy przeróbek.

Modelik nie miał jakichś dużych uszkodzeń. Miał pourywane bolce mocujące dach do nadwozia oraz ułamane lusterko, którego niestety brakowało. Początkowo miałem zamiar rozebrać modeliki i zamienić w nich dachy, tak aby pokazany powyżej model stał się pełnowartościową „pagodą”. Drugi model zamierzałem przy jakiejś okazji sprzedać. Jednak od zamiaru tego w końcu odstąpiłem z dwóch powodów:

Kupiony w 2004 roku model, przedstawia historyczny samochód rajdowy. Któż zatem połasiłby się na „rajdowego składaka” z miękkim dachem. Po drugie operacja przerzucenia dachów w przypadku modeli Minichamps byłaby nie tylko bardzo pracochłonna i trudna, ale w praktyce mogła okazać się niewykonalna. W modelach firmy Minichamps, aby były one wykonane naprawdę solidnie (w końcu w porównaniu z modelami innych firm, trochę zawsze kosztują) wiele elementów plastikowych, w miejscach łączenia ich z innymi (np z karoserią), jest dodatkowo klejonych mocnymi, prawdopodobnie cyjanopanowymi  klejami. W praktyce, w przypadku prób demontażu taki elementów, może zakończyć się ich poważnym uszkodzeniem lub wręcz zniszczeniem.   

Dokładnie tak było w przypadku pokazanego tu poniżej modelika. Dach był co prawda z tyłu oderwany do karoserii, ale został mocno przyklejony do górnej krawędzi szyby przedniej i próba rozłączenia tych elementów mogła zakończyć się zniszczeniem jednego z nich. Wtedy modelik nadawałby się właściwie tylko do kosza, a zdemontować i wukorzastać z niego można by było co najwyżej koła.

I tak modelik stał w witrynie czekając na naprawę prawie 12 lat. 

Nie oznacza to, że nic w tym czasie się z nim nie działo. Kiedy modelik był już bardzo zakurzony wyjmowałem go z witryny, odkurzałem i kombinowałem, co z nim zrobić. Kilka lat temu, kiedy już ostatecznie zrezygnowałem z zamiany dachów w modelikach, odciąłem resztki pourywanych bolców przy szybie tylnej. Dorobiłem z przezroczystego tworzywa dwa wałeczki, wsunąłem je przez otwory w półce podokiennej, a następnie przykleiłem do miejsc po odciętych starych bolcach. w ten sposób zamocowałem na nowo urwany dach. (Efekt naprawy widać na zdjęciach poniżej, przez dolny narożnik szyby bocznej tylnej).

Nie miałem jednak pomysłu na dorobienie lusterka. Ani na giełdzie, ani na bazarze na Namysłowskiej, nie trafił mi się żaden „rupieć”, z którego mógłbym wykorzystać lusterko. Jakieś dwa lata temu odciąłem resztki „podstawy” ułamanego lusterka, a otworek w nadwoziu przewierciłem, usuwając resztki starego boleca mocującego lusterko. Modelik znów trafił na półkę w witrynie.

Rok temu, zachęcony udaną przeróbką opisywanej tu Wołgi, postanowiłem „pójść za ciosem”. Wykorzystując dokładnie to samo tworzywo z pokrywki od pudełka po lodach, dorobiłem płytkę lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie „wystrugałem” maleńką nabę, w którą wchodzi pręcik podstawy lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sam pręcik zrobiłem z drutu od zimnych ogni. Tym razem wykorzystałem grubszy drut. (Jak już chyba kiedyś tu pisałem, w moich rupieciach mam dwa pudełka zimnych ogni, jedno z drutem o grubości 0,7 mm, drugie z drutem o grubości 0,5 mm). Pręcik wygiąłem odpowiednio maleńkimi szczypcami. Płytkę lusterka (od strony szyby) przykleiłem  w trakcie obróbki do plastikowego pręcika (aby było za co chwycić). Kiedy płytkę obrobiłem, okleiłem ją poleconą mi kiedyś przez kolegę samoprzylepną folią aluminiową, wystające resztki folii odciąłem żyletką. W maleńkiej nabie (po zewnętrznej stronie lusterka nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm i całość skleiłem klejem Kropelka Żel :

W trakcie wykonywania przeróbki, a właściwie już po dorobieniu lusterka, ale przed zamontowaniem go do modelika, zrobiłem kilka zdjęć, które chyba lepiej niż zamieszczony tu opis, pokazują sposób wykonania lusterka. Skomponowałem z nich obrazek pokazany powyżej. Zdjęcia wykonałem 8 stycznia 2016 roku, a więc tuż po wykonaniu lamp do Wołgi. Do połączenia obu maleńkich elementów wykorzystałem obsadkę nożyka modelarskiego, która w moim warsztacie jest teraz „najważniejszym narzędziem”.

Efekt naprawy w dużym, dwukrotnym powiększeniu, wygląda tak:

Po sklejeniu całości, odciąłem od lusterka biały pręcik (do trzymania go w trakcie obróbki) i nakleiłem wyciętą z grubszej błyszczącej samoprzylepnej folii szybkę lusterka. Dorobione lusterko jest nieco tylko większe niż oryginalne (takie jak w modeliku z białym „miękkim” dachem pokazanym za zdjęciach powyżej). Ale cóż, mniejszego zrobić się po prostu nie dało.

Teraz naprawiony modelik prezentuje się w końcu całkiem dobrze:

Można by jednak zadać w tym miejscu pytanie: Czy modelik musiał czekać na ostateczną naprawę aż 12 lat?

Cóż, „better late than never„, jak w trakcie wspólnego koncertu, powiedział lider mojej ulubionej grupy Earth Wind & Fire do lidera równie legendarnego zespołu Chicago.  Do wykonania tej trudnej i wymagającej „niezłego kombinowania” naprawy musiałem najwidoczniej „dojrzeć”.

W trakcie dorabiania lusterka, z całą pewnością zaprocentowało moje wieloletnie już doświadczenie zdobyte przy naprawach i poprawkach innych modeli, takich jak choćby te z serii „Kultowe Auta PRL”. Pomogło też niewatpliwe moje obycie z różnego rodzaju materiałami, klejami, narzędziami i sposobami dorabiania bardzo drobnych elementów. Konsultacje z kolegą, z którym wymieniam się doświadczeniami, a także moje własne, nie zawsze udane eksperymenty z pozyskiwaniem i używaniem nowych, nie stosowanych wcześniej materiałów i technik. 

Po ostatecznej naprawie modelik trafił do oryginalnej gablotki i choć opuścił „remontową” półkę w witrynie, jednak wraz z drugim modelem „ugrzązł” tym razem w gablotce. Dopiero wczoraj w trakcie „przeglądu” gablotki, która już „pęka w szwach” od kolejnych zakupów, wyciągnąłem obydwa, zrobiłem te zdjęcia i postanowiłem pokazać je na blogu. Teraz w końcu będę mógł schować obydwa modele do pudeł numer 6 i 4 w szafie, w przedpokoju.

Cóż, nie tylko normalne życie, ale i to „kolekcjonerskie” płata nam czasami figle.

Mercedes-Benz 230 SL w mojej kolekcji, zamiast jednej, ładnej „pagody” reprezentują 2 modele: Cywilny kabriolet z „miękkim” dachem oraz właściwa „pagoda”, ale w wersji rajdowej, bez kołpaków na kołach, z oklejonymi „siateczką” lampami przednimi i halogenem w miejscu gwiazdy w atrapie. No, ale tak po prostu wyszło.

W 1963 roku koncern Daimler-Benz wprowadzając na rynek zupełnie nowy model, który zastępował wszystkie wcześniejsze wersje SL (również te drogie i już wtedy w pewnym sensie legendarne), aby pokazać, że nowe auto jest godnym następcą poprzedników, wystawił świeżutki model do morderczego rajdowego maratonu Liège–Sofia–Liege. Samochód nie tylko rajd ukończył, ale i wygrał, co niewątpliwie było jego doskonałą reklamą i przyczyniło się do jego rynkowego sukcesu.

pozdrawiam

277. „Militarne” zdobycze – Dodge WC63 i ZIS 3

 Ten blog, to blog nie tylko o modelach samochodów, ale też blog o ponad 100-letniej historii motoryzacji. Jak już kiedyś na nim pisałem:

„Na historii motoryzacji szczególne piętno odcisnęła Druga Wojna Światowa. W trakcie jej trwania, w całej Europie (i nie tylko) właściwie produkcja samochodów osobowych została zawieszona, zaś fabryki przestawiono na produkcję zbrojeniową. Moja kolekcja, przy pomocy której staram się w jakiś sposób dokumentować historię, też to odzwierciedla. W kolekcji jest spora grupa pojazdów przedwojennych i naprawdę duża grupa pojazdów powojennych, ale dokumentacja historii byłaby niepełna, gdyby zabrakło w niej modeli najpopularniejszych, czy też ciekawych pojazdów właśnie z okresu Drugiej Wojny Światowej.” 

Przy innej okazji (prezentacji modelika Dodge WC54) pisałem:

„W czasie wojny firma Dodge wyposażyła armię USA w całą serię udanych lekkich, terenowych samochodów ciężarowych serii WC (Weapon carrier) . Oparte o tę samą bazę pojazdy miały ładowność 3/4 tony (wersje z napędem 4×4) lub 1 i 1/2 tony (wersje z napędem 6×6). W serii był cały szereg pojazdów o różnym przeznaczeniu i innych oznaczeniach. Między innymi: WC 51 (łazik pickup z napędem 4×4), WC 54 (prezentowana tu sanitarka), WC 63 (lekka ciężarówka z napędem 6×6) oraz WC 56 (łazik z napędem 4×4, z uwagi na typ nadwozia zwany potocznie „komandorką”).

Jeszcze w latach 60-tych pojazdy takie można było spotkać na polskich ulicach i to wcale nierzadko. Mi najbardziej zapadły w pamięć 2 modele: WC 54 i WC 63. Oba zapamiętałem dobrze z czasów dzieciństwa. W Żyrardowie gdzie owe dzieciństwo spędziłem, często widywałem te samochody i bardzo dobrze je rozpoznawałem. Nie wiedziałem chyba jeszcze wtedy, jakiej marki są te samochody, ale w pamięć wryły mi się ich charakterystyczny kształt przodu, a w przypadku WC 54 ciekawie wkomponowane w nadwozie koło zapasowe. Z kolei WC 63 zapamiętałem jako samochód strażacki. W latach 60-tych pojazd taki (obok naszych Starów 20) stał w remizie Zakładowej Straży Pożarnej Zakładów Lniarskich w Żyrardowie. Kiedy był czasem wystawiany na placyk przed remizą, mogłem go jako kilkuletni chłopiec podziwiać. Później (jeszcze chyba w latach 70-tych) strażackie Dodge WC 63 można było spotkać w wielu wiejskich remizach Ochotniczych Straży Pożarnych. ………..

„Modelik Dodge’a WC 63 wyszedł kilka lat temu w „nowej” już wspomnianej tu serii, tej samej, z której pochodzą pokazywane tu (nie tak dawno) modele czołgu Pz.Kpfw IV i ciągnika Sd.Kfz 9 oraz amerykańskiego transporter M16 MGMC. Modelik widziałem na giełdzie, ale nie dość, że kosztował ponad 60 złotych, to nie przypadł mi do gustu, bo wyglądał dość dziwnie i moim zdaniem wymagałby sporej przeróbki, dlatego go sobie odpuściłem.”

To ostatnie zdanie nie do końca okazało się prawdziwe. Kiedy półtora roku temu wylicytowałem na Allegro modelik Dodge’a WC54, zacząłem zastanawiać się nad ewentualnym zakupem Dodge’a WC63. 

Doszedłem do wniosku, że co prawda modelik będzie wymagał sporej przeróbki, to jednak jest to model auta naprawdę  ciekawego i dobrze uzupełniłby moje „militarne” zbiory. W kolekcji, po solidnym „zastrzyku” jaki w zakresie takich modeli dostała ona w roku 2015, miałem po kilka modeli pojazdów różnych armii z okresu  Drugiej Wojny Światowej. Jednak wciąż najmniejszą grupą były w niej pojazdy armii USA.  

Pierwszą akcję jaką chyba rok temu obserwowałem, była aukcja w której został wystawiony modelik niekompletny i chyba lekko uszkodzony. Modelik osiągnął jednak cenę ponad 35 złotych, i choć nadawał się do przeróbki, licytację sobie odpuściłem, bo w modeliku nie było imitacji karabinu maszynowego. Doszedłem do wniosku, że skoro modelik ma stelaż, to bez karabinu będzie wyglądał po prostu głupio. Kolejne aukcje obserwowałem, a na giełdzie modelik się nie pojawiał.

W końcu w ubiegłą sobotę (21 stycznia) kończyła się aukcja, w której postanowiłem wziąć udział. Były jednak dwa problemy:

1. Modelik „wisiał” na Allegro cały tydzień z ceną 31 zł, co nie zostawiało wielkiego „pola manewru”.

2. Tego dnia był Dzień Babci i wypadało jedną z babć odwiedzić.

Ponieważ córka ostatnio intensywnie przygotowuje się do sesji, po dłuższej naradzie postanowiliśmy odwiedzić mamę mojej żony, czyli babcię Sławcię i pojechać do Mińska Mazowieckiego. Rano trwały negocjacje czy jechać, czy nie i o której ewentualnie wrócić, aż w końcu ja zadecydowałem, że do Sławci jedziemy. Przed wyjazdem zajrzałem też szybko na Allegro. Modelik dalej „wisiał” z ceną 31 zł. Zapytałem więc córkę, czy może go ewentualnie zalicytować z Iphona.  

Córka odparła, że problemu nie ma, zresztą kilka miesięcy temu w trakcie jakiegoś wyjazdu „na miasto” córka obserwowała aukcję na Allegro, a ja prowadziłem samochód.

Kiedy wyjechaliśmy już za rogatki Warszawy, poprosiłem ją aby odnalazła aukcję. Córka sprawdziła też, że nikt na razie modelika nie licytuje. Między miejscowościami Konik i Dębe podałem jej login i hasło i poprosiłem, aby się zalogowała, a ja cały czas obserwowałem zegar w samochodzie. Tuż przed Dębem, po pewnym namyśle, na trzy minuty przed końcem aukcji, poprosiłem aby córka „postawiła” na modelik 32 zł. Po chwili zapytałem „i co?” . „Prowadzisz” odparła. To daj 33 zł. Kiedy minęliśmy Dębe poprosiłem „sprawdź, co z tą aukcją”. Odpowiedź brzmiała „wygrałeś”.       

W poniedziałek skontaktowałem się ze sprzedającym i próbowałem umówić się na tańszą opcję przesyłki, jednak nie dogadaliśmy się. We wtorek puściłem przelew, 47 zł (cena wraz z przesyłką). W czwartek po pracy znalazłem w domu avizo. W piątek rano odebrałem paczkę w drodze do pracy.  

Paczkę rozpakowałem paczkę dopiero późnym wieczorem i praktycznie od razu zabrałem się za przeróbkę modelika. Jej efekt widać porównując zdjęcia powyżej.  

Modelika ani w pracy, ani w trakcie popołudniowej wizyty u mamy nie rozpakowywałem, bo w opisie aukcji była informacja, że witrynka jest uszkodzona. Po  rozpakowaniu paczki  i odkręceniu od podstawki, okazało się też, że modelik też jest „po przejściach”. Chociaż  był kompletny, to miał pourywane bolce mocujące burty do skrzyni oraz te z tyłu przy dachu też.   

Na początku trochę się zezłościłem, ale później mi przeszło, bo te wady nie tylko mi nie przeszkadzały, ale i ułatwiły jego rozebranie, bo właśnie oderwane od „paki” burty miałem zamiar przerobić.

Początkowo miałem zamiar obniżyć tylko położenie plandeki, jednak po dokładnych oględzinach zdjęć w Internecie wyszło to wszystko inaczej.  Ale o tym będzie tu nieco dalej. 

Przerobiony modelik moim zdaniem wygląda lepiej, bo w końcu dużo bardziej przypomina  oryginał. Wg znalezionych w Internecie rysunków samochodu, jego szerokość i wysokość były prawie takie same. Kiedy wyjąłem modelik z pudełka, na pierwszy rzut oka wydał mi się w nieco mniejszej niż pozostałe „wojskowe” w tej skali. Dopiero w trakcie przeróbki pomierzyłem go, a jego szerokość okazała się idealna. Prawdziwy samochód miał 82 i 3/4 cala szerokości, co pomnożone przez 25,4 mm daje 2102 mm. Ta ostatnia wartość podzielona przez 43, daje  48,9 mm i dokładnie taka jest szerokość modelika mierzona na skrzyni. Wysokość, powinien mieć modelik praktycznie taką samą. (Wg danych ze wspomnianego rysunku wysokość powinna wynosić 48,7 mm.)

Początkowo miałem zamiar nie ruszać stelaża karabiny maszynowego i zostawić go przymocowanego do dachu modelika tak, jak w oryginale.  

277.Dodge-6x6-01

Do przeróbki zainspirowało mnie jednak to zdjęcie samochodu.  

Tak obszerne przeróbki, aby nie ciągnęły się tygodniami wymagają przede wszystkim doświadczenia.  Cóż nie będę skromny, a wytrawni czytelnicy bloga wiedzą, że w tym zakresie doświadczenie mam całkiem spore. Pomimo tego jednak z każdą taką przeróbką trochę zawsze się „schodzi”. A najwięcej czasu zabiera przeważnie nie sama  „robota”, ale …. myślenie i kombinowanie, czy tak, czy inaczej, co i jak ewentualnie zrobić. Tak było i tym razem.

W piątek wieczorem, a właściwie już w nocy, modelik został właściwie wstępnie przerobiony i złożony. Ale chociaż zeszło się do 4 nad ranem, efekt był niezadowalający i najwięcej czasu straciłem właśnie na „kombinowanie”.   

Przeróbkę zacząłem od oderwania burt od skrzyni.  Dach, a właściwie imitacja plandeki trzymała się jedynie na dwóch prętach przyklejonych do podstawy karabinu maszynowego. Cóż niestety dostępnymi w moim „warsztacie” śrubokrętami nie udało się rozkręcić modelika, którego podwozie jest przykręcone do nadwozia śrubkami z wycięciem o trójkątnym kształcie. Mam co prawda zeszlifowany śrubokręt, którego płaski czubek się kiedyś ułamał i stosuję go do odkręcania tego typu śrubek (są również stosowane w modelach z serii „Opel Collection”), ale tym razem się nie udało. Co za tym idzie, nie miałem dostępu do mocowania przedniego pręta podstawy karabinu do nadwozia. Po krótkim namyśle postanowiłem zatem odciąć oba pręty od podstawy karabinu na górze.

Jednym szarpnięciem ściągnąłem z modelika imitację plandeki wraz z bocznymi burtami. Plandeka była do nadwozia przymocowania nie tylko poprzez burty, ale również w środku skrzyni. Tuż za fotelami był metalowy pręt, a właściwie znana dobrze z innych modelików typowa ośka od kół, która w modeliku nie tylko imitowała trzeci pręt podpierający podstawę karabinu, ale właściwie mocowała imitację plandeki do nadwozia.

Jak napisałem modelik też był uszkodzony (prawdopodobnie  w opakowaniu „zaliczył glebę”). Gdyby nie owa ośka zapewne rozleciał by się, ale dzięki niej, burty trzymały się plandeki, choć tylko z przodu. Pozostałe dwa bolce (środkowy i tylny) były urwane. Kiedy odciąłem przednie zaczepy mocowania burt do plandeki, w ręku zostały mi burty i plandeka wraz z przyklejoną do niej podstawą karabinu. 

W nocy z piątku na sobotę obniżyłem położenie plandeki o około 2 mm. Po wymontowaniu burt okazało się, że na górze są one zakończone poprzeczką która spaja pionowe pręty podpierające plandekę. Pręty te wystawały ok 2 mm ponad poprzeczkę i były zakończone maleńkimi bolcami które pierwotnie zostały wklejone w otworki po wewnętrznej stronie imitacji plandeki. Modelik musiał zaliczyć dość solidny upadek, bo o ile z tyłu tylko bolce były pourywane, o tyle na środku pourywały się wystające ponad poprzeczkę kawałki pionowych prętów.  Postanowiłem to wyrównać i odciąłem od burt wszystkie wystające ponad górną poprzeczkę kawałki, a od wewnętrznej strony plandeki odciąłem te kawałki, które w niej zostały. Niestety również na dole burty miały pourywane bolce mocujące je z kolei do skrzyni. Po kilku próbach założenia imitacji plandeki na burty, okazało się konieczne „ustabilizowanie” burt na dole.

Z dotychczasowych przeróbek modeli (nie tylko wojskowych) wiem, że plastik, z którego są zrobione niektóre elementy, nie zawsze łatwo się klei. Postanowiłem zatem dorobić brakujące bolce inną metodą. W miejscach, gdzie były urwane nawierciłem otwory o średnicy 1 mm, a następnie „wkręciłem” w nie wykałaczkę wykonaną z niezbyt twardego drewna. Wystający kawałek odciąłem 2 mm poniżej dolnej krawędzi burt i w ten sposób burty „odzyskały” bolce mocujące je do skrzyni. (Na zdjęciu powyżej widać to na jednej z burt, na górze, po prawej stronie.)

Po zamontowaniu burt do skrzyni i nałożeniu na nie plandeki okazało się, że plandeka jest o 2 mm niżej, modelik wygląda lepiej, ale trzeba obsadzić jeszcze podstawę karabinu na odciętych wcześniej prętach. Tu nie było właściwie problemu. Okrągłe nadlewy, w które pierwotnie wchodziły biegnące od nadwozia w górę pręty, miały od góry maleńkie zagłębienia, które wykorzystałem i dokładnie w tych miejscach przewierciłem nadlewy na wylot (wiertłem 1 mm).  Od spodu rozwierciłem naby nieco większym wiertłem, zaś końce prętów „zaostrzyłem” nieco „na stożek” przy pomocy temperówki ze starego ołówka automatycznego, służącej w nim do ostrzenia grafitowych wkładów. Było bardzo późno i nie zrobiłem tego zbyt precyzyjnie, dlatego rozwiązanie nie okazało się najszczęśliwsze, bo co prawda pręty weszły w otworki wykonane w nabach podstawy karabinu, ale połączenie nie było stabilne, (jak w przypadku poprawionego wcześniej mocowania burt do skrzyni).

Niemniej jednak modelik dał się złożyć i wyglądał troszkę lepiej. Plandeka i podstawa karabinu była niżej niż pierwotnie. Rewelacji nie było, dochodziła 3 nad ranem, a ja całą przeróbką byłem już zmęczony. Zacząłem jeszcze tylko kombinować, jak przerobić burty, aby plandeka znalazła się jeszcze niżej (tak jak powinna się znaleźć). Z pozostałych po dorabianiu bolców do dolnej części burt wykałaczek wyciąłem 3 pręty, wcisnąłem je w otwory w które wchodzą bolce burt i na nich położyłem plandekę.

Tym razem modelik „nie wyglądał” . Możliwe, że „próbne” pręty zrobiłem za krótkie, a może dlatego, że zrobiłem tylko 3 i plandeka trochę się przechylała. Zmontowałem więc obniżony o 2 mm modelik po raz kolejny i poszedłem spać. Była sobota 4.30 rano.  

W sobotę, trochę niewyspany, wstałem po 10-tej. Żona wybierała się do dentysty, więc śniadanie trzeba było zrobić szybko. W prawie pustej lodówce znalazłem 2 cieniuśkie plasterki wędzonego boczku, ukroiłem też klika skwarek z przechowywanej w zamrażarce słoniny i na tym szybko usmażyłem jajecznicę. Kilka miesięcy temu kupiłem (dość tani) ciśnieniowy expres do kawy i w weekendy w nim parzę kawę. Usiedliśmy do śniadania, które w weekendy robię ja, a po chwili żona wyszła.  Usiadłem przed komputerem, pooglądałem to i owo, a kiedy się „ocknąłem” było tuż przed 12. Żona nie wracała, ogoliłem się, wziąłem prysznic i postanowiłem wyjść z psem. Kiedy stałem już w drzwiach, usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwieranego kodem domofonu. Żona wysiadła z windy i właśnie przed nią się spotkaliśmy. Była piękna słoneczna pogoda, wiec na poranny spacer z psem poszliśmy razem. W drodze powrotnej „zahaczyliśmy” o „nowy” (przeniesiony w związku z budową metra) bazarek. Kupiliśmy na nim tylko wędliny i mały kawałek kiełbasy brockiej na niedzielne śniadanie oraz chleb i wróciliśmy do domu. Żona zrobiła herbatę i zjedliśmy po smacznej kanapce z świeżutkim chlebem. Na obiad znaleźliśmy w zamrażarce kilka „wigilijnych” pierogów (roboty babci Sławci). Doszliśmy więc do wniosku, że nie ma sensu dłużej ich przechowywać, więc zjemy je na obiad. Dochodziła 14. i żona powiedziała, że na chwilkę położy się w sypialni i odpocznie. Tak zrobiła. Ja pokręciłem się chwilkę po mieszkaniu, a w kuchni wpadła mi w ręce witrynka od odebranego dzień wcześniej modelika.

Zgodnie z opisem w aukcji, była uszkodzona. Na jednej z dużych ścianek były dwa niezbyt duże pęknięcia, za to dolna krawędź, którą nasadza się na podstawkę miała dwa wyszczerbienia. Nie były one zbyt duże, jednak jeden kawałek był i można go było ewentualnie przykleić, lecz drugiego podobnego brakowało. Wyszczerbienia były w tym samym rogu, którym modelik prawdopodobnie uderzył w podłoże (zaliczając „glebę”). Obejrzałem witrynkę i doszedłem do wniosku, że najlepiej było by ją po prostu obciąć, tuż nad wyszczerbieniami, czyli obniżyć o jakieś 7 mm.

Przezroczysty plastik, z którego robione są witrynki, nie jest najlepszym do obróbki materiałem. Jest śliski i dość twardy, przez co łatwo pęka. W mojej modelarskiej karierze nie robiłem dotąd takiej przeróbki, ale w „warsztacie” miałem potrzebne do niej narzędzia. Najpierw postanowiłem „wytrasować” linie wzdłuż których trzeba było witrynkę ciąć. Nie chciało mi się jednak szukać odpowiedniej linijki, mierzyć i rysować linie. Postanowiłem uprościć sobie życie i z pudełka z podręcznymi narzędziami modelarskimi wyciągnąłem stary zerownik zapomnianej już marki Skala, (z czasów kiedy to jako młody inżynier zaczynałem moją karierę konstruktora w FSO). Zerownik to nic innego jak mały podręczny cyrkiel, w którym oba ramiona są połączone śrubą z pokrętłem i nią precyzyjnie nastawia się odległość między ramionami. W moim warsztacie używam go od lat do wycinania drobnych okrągłych elementów z tworzyw. Zamiast rysika ma założoną końcówkę z drugą igłą. Odmierzyłem na zerowniku wysokość wyszczerbienia i zacząłem ciągnąć jedną igłą po krawędzi witrynki, drugą na jej szybkach wytrasowałem linię. Robiłem tak kilka razy, aby linia nie tylko była dobrze widoczna, ale i głębsza niż przypadkowa rysa.

Następnie wyciągnąłem z pudełka nożyk-piłkę zamontowałem do obsadki i zacząłem nacinać nim naroża witrynki, wzdłuż wytrasowanych wcześniej linii. Na ściankach bocznych zastosowałem inną metodę. Powoli i ostrożnie, wzdłuż, a właściwie w miejscu linii, całą powierzchnią piłki rzeźbiłem maleńki rowek. Kiedy ząbki nożyka nie były widoczne, bo schowały się w materiale, posuwałem się do przodu. Kiedy rowek był już wyrzeźbiony na wszystkich ściankach, zaczynałem właściwe piłowanie. Aby witrynka w trakcie piłowania nie pękła, nasadziłem ją na podstawkę modelika, a całość spiąłem dość mocną gumką. Choć na początku wydawało mi się że będzie to praca bardzo żmudna, okazało się, że po nieco ponad godzinie witrynka była gotowa.  

Miałem pewne obawy, czy po obcięciu będzie ona pasować do podstawki. Moje obawy okazały się jednak płonne. Obcięta witrynka doskonale pasuje do podstawki, a przy tym siedzi na niej pewnie i dość ciasno, co jest wielką zaletą, bo doskonale chroni podstawkę z modelikiem przed przypadkowym wypadnięciem.

Zachęcony udaną przeróbką witrynki, zabrałem się z powrotem za modelik, nad którym długo „deliberowałem” poprzedniej nocy. 

Nie zastanawiając się zbyt długo postanowiłem skrócone nieco w nocy burty obciąć od góry. W prawej górnej burcie pionowy pręt z przodu był pęknięty i jego górna część trzymała się tylko na poprzeczce. Początkowo (jeszcze w nocy) miałem zamiar go skleić, jednak tego nie zrobiłem. Zmierzyłem długość oderwanego odcinkai wyszło mi 5,5 mm. Postanowiłem więc pozostałe pręty obciąć na tę samą wysokość. (Na zdjęciu powyżej widać odcięte górne kawałki burt oraz pręt-ośkę mocującą pierwotnie plandekę do skrzyni). 

Tak obniżone burty zamontowałem do skrzyni i ułożyłem na nich plandekę. Modelik wyglądał znacznie lepiej niż podczas nocnych prób. Jednak ponad plandekę wystawały z niego dwa pionowe pręty biegnące do podstawy karabinu. Co z tym zrobić ? Początkowo nie wiedziałem.

Coś mnie tknęło i zanim je obciąłem, usiadłem na chwilę do komputera, aby obejrzeć kilka zdjęć samochodu. Właściwie dopiero wtedy odkryłem, że w samochodzie okrągła obręcz podstawy karabinu była zamocowana wyżej niż powierzchnia plandeki.   

Cóż, nie pozostawało nic innego jak ostatecznie odciąć podstawę karabinu od plandeki i podobnie jak dwie pozostałe naby pod „nogi podstawy”, przewiercić trzecią, wywiercić też dziurkę w zwiniętej części plandeki i jakoś to wszystko zamocować.

Początkowo miałem zamiar zrobić z drutu trzecią, biegnącą od podłogi skrzyni przez zwiniętą część plandeki aż do podstawy karabinu nogę (bo tak było w prawdziwym samochodzie), ale w końcu z tego zrezygnowałem. Postanowiłem wykorzystać gotowe rozwiązania zastosowane w modeliku przez producenta.

W miejsce ośki łączącej plandekę z podłogą wsadziłem obciętą na odpowiednią wysokość wykałaczkę, a między postawę karabinu a zwinięty fragment plandeki dorobiłem „wsporniczek” z odciętego czubka wykałaczki i pomalowałem go na czarno markerem, który akurat miałem pod ręką.  

Kiedy zmontowałem modelik była godzina 18. , ale modelik był już właściwie przerobiony. Wtedy dopiero zorientowałem się, że żona, która po południowym spacerze z psem położyła się „na chwilkę” w sypialni usnęła, więc musiałem ją obudzić, abyśmy w końcu zjedli późny obiad.      

Może się ktoś zastanawiać, po co to wszystko?

Otóż jeszcze przed zakupem modelika, szukałem w Internecie zdjęć samochodu. Dodge serii WC62 (bez wyciągarki z przodu) i WC 63 (z wyciągarką) był autem można by rzec dość popularnym. Obydwu wersji wyprodukowano po ponad 20 tysięcy sztuk. Samochód był używany przez zwycięską armię i w Internecie można znaleźć całkiem sporo zdjęć dobrze zachowanych egzemplarzy. Większość z nich to zwyczajne lekkie ciężarówki. Tylko niektóre były wyposażone w karabin nad kabiną kierowcy, zaś w ogóle nie znalazłem zdjęć wersji, jaką pierwotnie przedstawiał modelik, czyli takiej, w której plandeka była umieszczona znacznie wyżej niż w typowych seryjnych pojazdach.   

Modelik Dodga chodził mi jednak po głowie. „Zasadzałem się” na niego chyba od jakiegoś roku. Od samego początku miałem go zamiar przerobić. W mojej bazie zdjęć modeli, pierwsze „komputerowe” symulacje takiej przeróbki zrobiłem na początku września 2015 roku, a więc zaraz po zakupie sanitarki Dodge WC54

Teraz obydwa modele prezentują się naprawdę fajnie i stanowią ciekawą parę. 

Modelik nie jest ostatecznie skończony, a wymaga jeszcze pewnego dopieszczenia. Mimo, że w sumie obniżyłem go o jakieś 7,5 mm (2 mm w piątek i 5,5 mm w sobotę) wciąż jest odrobinę za wysoki. Powinien mieć ok. 49 mm wysokości, ma 50,5. Wygląda jednak moim zdaniem zdecydowanie lepiej niż pierwotnie i znacznie bardziej przypomina oryginał. Dlatego choć nie wszystko w nim jeszcze poprawiłem, postanowiłem zrobić jego zdjęcia i pokazać na blogu. 

 

A skoro już jestem przy tematyce militarnej, pokażę jeszcze jeden, może nie tak świeży nabytek, na którego prezentację trochę zabrakło mi pomysłu. Teraz właśnie nadarzyła się świetna okazja, aby jedną z moich ostatnich ubiegłorocznych zdobyczy pokazać. 

Jesienią ubiegłego roku, między zakupami Morrisa Mini Van, (którego na blogu nie pokazałem), a zakupem prezentowanego tu ostatnio Audi A5, na początku października wylicytowałem armatę. Nie jest to prawdziwa armata, a  dość stary radziecki chyba jeszcze model armaty z okresu Drugiej Wojny Światowej. Armata ZIS 3 to właściwie rówieśnica prezentowanego powyżej Dodgea. Na uzbrojenie Armii Czerwonej trafiła w 1942 roku.  

Raz na jakiś czas umawiamy się z kolegą na „modelikowe” spotkania przy kawie i ciastkach.  Kolega ma swojej kolekcji od bardzo dawna dwa radzieckie modeliki armat i zawsze w trakcie  naszych spotkań oglądałem je z dużym zainteresowaniem.

Pod koniec ubiegłego lata, na Allegro zaczęły się pojawiać właśnie takie modele. Pierwsze aukcje oglądałem lub przegrywałem. Ostatnią udało mi się wygrać.  

 Armata wraz z przesyłką kosztowała minie całych 21 złotych, więc jej zakup mogę uznać za wyjątkowo korzystny.

 I choć nie jest wykonana tak finezyjnie, jak pokazywane tu inne modele „militarne”, naprawdę mnie cieszy.

Jest to typowa „używka”. Bez opakowania i została chyba przemalowana, ale jest kompletna i niczego w niej nie brakuje. A wg relacji kolegi „skalę jak najbardziej trzyma”.

Nie byłbym sobą, gdybym w niej nie „pogrzebał”. Armata ma oryginalne koła, jednak ich felgi zostały wykonane tak, jakby miały zostać na nich zamontowane „bliźniaki”. Zwęziłem je więc zaraz po zakupie tak, aby zamontowane na nich pojedyncze opony nie wystawały tak bardzo na zewnątrz, jak pierwotnie.

Jakiś czas później (chyba pod koniec listopada, albo na początku grudnia) przy pomocy wierteł i pilników  przerobiłem w niej zakończenie lufy tak, aby była ona „ażurowa” jak w oryginale. Na razie na inne poprawki armaty nie mam czasu. 

 W zestawieniu z Dodgem, armata wydaje się być trochę za duża. Jednak Dodge, to nie pełnowymiarowa ciężarówka, a właściwie trochę „przerośnięty” łazik. Prawdziwa zaś armata ZIS 3 musiała być naprawę ciężka, bo wg informacji z Wikipedii była przewidziana do holowania przez „pełnowymiarowe” ciężarówki takie jak Studebaker U S6 lub GMC CCKW,  które były znacznie cięższymi pojazdami ni pokazany tu Dodge, a których Armia Czerwona w czasie wojny też używała. 

Na koniec muszę przyznać się do jeszcze jednej rzeczy.

NIESTETY NIE JESTEM LITERATEM. Kiedy skończyłem ten bardzo długi, a momentami nużący nieco wpis i choć wykorzystałem w nim obszerne fragmenty innych moich wpisów, okazało się, że jego przygotowanie zajęło mi tyle samo czasu, co przeróbki pokazanych tu modeli. 

pozdrawiam

 

 

 

272. Warsztatowe przygody – Citroen, Mercedes i inne

DRODZY CZYTELNICY ! 

Dokładnie przed miesiącem, dziewiątego września, minęło okrągłe 10 lat od założenia tego bloga. Nie bije on już rekordów popularności, bo i też nie zawsze mam czas się nim zajmować. 10 lat to kawał czasu, ale i liczba miliona dwustu tysięcy odsłon, jaką udało się w tym czasie osiągnąć, też jest imponującą.

Właśnie przed chwilą udało mi się ją zarejestrować!

1200000 - odsłon

Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 10 LAT  ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Lato nie sprzyja „modelarskim poczynaniom”. Dzień jest długi, przeważnie jest ciepło i zamiast ślęczeć w kuchni nad kolejnymi przeróbkami, czy przed komputerem, lepiej pojechać na wycieczkę lub wskoczyć na rower. Co innego w czasie pozostałych pór roku. Dzień jest krótki, a pogoda często nie zachęca nawet do spaceru z psem. Dlatego właśnie wtedy jest czas na „dłubanie” przy modelikach, czy pisanie bloga. Tak jest u mnie od lat, co zresztą na blogu widać to bardzo dobrze. W marcu tego roku pod wpisem o giełdzie dostałem taki oto komentarz:

Skontaktowałem się z Panem Andrzejem, dogadaliśmy się i pod koniec kwietnia otrzymałem paczkę, z kilkunastoma modelami z serii „Kultowe Auta PRL”. Zapłaciłem „symboliczną” kwotę za 2 modeliki, które włączyłem do kolekcji. Pozostałe jako „złom modelarski” przyjąłem „pod swój dach”. Niektóre z nich są naprawdę fajne, jednak przeważnie w każdym czegoś brakuje. A to lusterka, a to lampy , a to wycieraczki.

Kilka jest praktycznie kompletnych i większość nadaje się do naprawy. Klika posłuży jednak jako „dawcy” części. Całość (wraz z przesyłką) kosztowała mnie tyle, ile w kiosku kosztował 1 „kultowy” modelik. Mogę więc tę „blogową” w końcu transakcję, uznać za wyjątkowo udaną.  Pan Andrzej przesłał mi nie tylko modeliki, ale i torebkę, w której było kilka kompletów kółek wraz z ośkami.

Wśród nich znalazła się rzecz wyjątkowo cenna: Oryginalne kółka do „malucha” polskiej produkcji, jaki ponad 30 lat temu wypuściła Spółdzielnia Pracy Estetyka. W jednej z moich szuflad, z różnego rodzaju „złomem”, leżał właśnie taki zapomniany maluch, z którego kółka i tylny zderzak,  wiele, wiele lat temu, trafiły do niebieskiego, metalowego modelika Polistil . Teraz będzie można tenzabytkowy modelik niejako „odbudować”, zwłaszcza, że kilka lat temu kolega podarował mi do niego oryginalne pudełko.

Jakieś 2 tygodnie temu wyciągnąłem z szuflady malucha oraz podarowane przez Pana Andrzeja kółka i zamontowałem je do niego.  

Trzy z nich były OK. Jedno zostało pomalowane srebrną farbą, którą udało mi się zmyć spirytusem, jednak jego odcień dość mocno odbiegał od pozostałych. Rozrobiłem więc blado kremową farbę i je pomalowałem.

Wśród podarowanych mi przez Pana Andrzeja modeli, był Wartburg 353 Tourist. W modeliku brakowało kilku drobnych elementów, a za to zamiast oryginalnych, miał zamontowane kółka od modelika Citroena 2CV.  Postanowiłem je wykorzystać. Zamontowałem je do do mojego starego modelika Citroena 2 CV.

62. citroen

Kupiony latem 1986 roku, w Kolonii, Citroen 2CV firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 21) jest bardzo ładny, ale właściwie został wykonany bardziej jako zabawka. Miał kółka jakie w tamtym czasie firma Solido montowała również w innych swoich modelach. Takie sama kółka ma Ford Escort i Renault Fuego. Jednak Citroen, którego pokazywałem tu dobrych kilka lat temu nie wyglądał na nich najlepiej. 

Z zamiarem wymiany w nim kółek nosiłem się już od dawna. Nie miałem jednak ani odpowiedniego „materiału” ani potrzebnego na tego rodzaju przeróbkę czasu. Kiedy zabrałem się za malucha, postanowiłem, za jednym zamachem poprawić też Citroena:   

Modelik został „podrasowany” jeszcze w Niemczech (zaraz po zakupie w 1986 roku). W tamtym czasie na ulicach niemieckich miast auta takie stały niemal na każdym rogu, a samochód (w trochę tylko zmienionej wersji) wciąż sprzedawany był w salonach. 

Obserwując auta na ulicach, w modeliku pomalowałem atrapę, zderzaki i lampy tylne.  

Modelik, chociaż bardzo stary (na spodzie ma datę 07-80) jest naprawdę ładny. Nie ma co prawda wielu drobnych elementów, w które wyposażone są współczesna modele (nawet te z serii gazetowych), ma za to bardzo ładną bryłę. Kilka dni temu szukając jego zdjęć w Internacie, na jednym z zagranicznych forów, trafiłem na zdjęcia dwóch takich samych modelików. Jeden z nich to było pokazane tu Solido, a drugi identyczny model, był modelem nieistniejącej od dawna, a naprawdę poważanej wśród kolekcjonerów firmy Dinky France. Zapewne starszy i wypuszczony na rynek jeszcze przed 1980 rokiem. W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego stare Solido mimo upływu lat wciąż świetnie wygląda.

Łatwa na pozór przeróbka , w trakcie realizacji wcale nie okazała się aż tak prosta.  

„Zdobyczne” kółka pochodziły zapewne z jakiegoś modelika z popularnych dziś serii gazetowych. Z zewnątrz wyglądały dobrze i były pomalowane szarą farbą. Jednak osadzone zostały na typowych (również dla naszych „kultowych”) dość grubych ośkach o średnicy 1,8 mm. Podwozie modelika Solido zostało wykonane tak, że ośki są w nim mocowane na zaczepy, zaś ich średnica to 1,2 mm. Nie chciałem go przerabiać. Musiałem zatem wykonać nowe ośki.  W moich szpargałach znalazłem drut o grubości 1,2 mm i odciąłem z niego 2 ośki.

Następnie z kupionej kilka lat temu w sklepie modelarskim mosiężnej rurki o średnicy 2 mm x 1 mm odciąłem 4 tulejki o długości ok. 4 mm. Rurki „rozwierciłem” wiertłem 1,2 mm i nabiłem na końce osiek młotkiem. Teraz, pozostawało już tylko osadzenie na nich kółek, jednak tu „zaczęły się schody”. W trakcie ściągania kółek ze starych osiek „zlazły” z nich oponki, a wraz z nimi lakier z krawędzi felg. Cóż, dość precyzyjnie wykonane detale współczesnych modeli naprawdę ładnie wyglądają, jednak do solidnych nie należą i nie raz miałem możliwość się o tym przekonać.

Na domiar złego w trakcie rozwiercania otworów po starych ośkach do średnicy 2 mm (jaką mają dorobione w nowych osiach tulejki), jedno z kółek przewierciłem na wylot i trzeba je było naprawić. Po tym wszystkim nie pozostało nic innego, jak pomalować kółka na nowo.

Najpierw trzeba było nieco zmyć starą farbę, a później rozrobić nową. Miałem zamiar pomalować felgi na kolor jaki mają zderzaki i atrapa. Jednak okazało się, że nie mam farby w takim kolorze. Wyciągnąłem więc kupioną kiedyś (do pomalowania innego modelika Citroena 2CV – firmy Heller) szarą farbę, rozjaśniłem ją nieco białą i pomalowałem kółka.  Zderzaki były malowane 30 lat temu, a wtedy nie miałem takiej palety farb, jaką mam dziś. Zapewne do pomalowania modelika rozrabiałem dwa podstawowe kolory: biały i czarny. 

Teraz okazało się, że wymieszana z białą szara farba dała inny niż na zderzakach, lekko niebieskawy odcień.  Cóż, bywa. Przeróbka (wraz z malowaniem) ciągnęła się chyba ze dwa tygodnie i nie miałem już ochoty zmywać kółek po raz drugi i rozrabiać farbę jeszcze raz. Poza tym malowanie byłoby możliwe tylko w weekend, bo w drugiej połowie września, kiedy wracałem do domu po pracy, w kuchni było już zbyt ciemno.    

Już jakiś czas temu opisałem tu obszerniej kilka przeróbek i napraw wykonanych pod koniec ubiegłego i na początku tego roku: Wołga, Volvo i Żuk. Nie były to jednak wszystkie prace „warsztatowe” jakimi się w tym okresie zajmowałem. Miałem tu zamiar pokazać jeszcze 3 takie naprawy, ale wpis byłby zbyt długi. Pokażę zatem tylko efekty dwóch, którymi się wówczas zajmowałem:

Mała rzecz, a cieszy

W styczniu, a może pod koniec grudnia, w trakcie cytowanych tu przeróbek, wyciągnąłem z gablotki wciąż stojącego w niej Ursusa 330.  Model był prezentowany na blogu, jednak jedna rzecz bardzo mi się w nim nie podobała: Ciemne zupełnie niewidoczne lampy przednie. To zdjęcie zostało wykonane 14 stycznia, razem ze zdjęciami pokazującymi proces dorabiania plandeki do Żuka A11B:

W trakcie „warsztatowego szaleństwa”, niejako przy okazji innych przeróbek, poprawiłem też Ursusa. Nie rozbierając go, a napuszczając spirytus w przednie lampy, udało mi się wyciągnąć z nich (bez uszkodzeń) przezroczyste ich klosze. Następnie pomalowałem wnęki w lampach srebrną farbą i klosze (wykonane w kształcie maleńkich grzybków) wcisnąłem z powrotem w lampy. Operacja była dość trudna i ryzykowna, jednak efekt jest widoczny na pierwszy rzut oka. (Proszę porównać to zdjęcie ze zdjęciem ze starszego opisu modelika)  

Czy warto waloryzować stare modele? Myślę, że jednak TAK. Zanim do mojego „warsztatu”, w połowie września trafił opisany tu powyżej Citroen 2CV, na przełomie roku trafił do niego jego rówieśnik, który też ma 30 lat, a wykonała go ta sama firma. Kupiony w grudniu 1986 roku w sklepie z zabawkami przy ul. Brzeskiej Mercedes-Benz 190E firmy Solido (w mojej kolekcji model nr 33) prze długi czas mnie zadowalał. Nie pamiętam, czy wyciągnąłem go z pudła, w którym „leżakuje” również Citroen jeszcze w grudniu, czy później, ale od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem poprawienia go, albo zstąpienia innym, lepszym modelem. Jednak za każdym razem, kiedy go oglądałem nie bardzo miałem pomysł co, a zwłaszcza jak w nim poprawić.  

Ponieważ przeróbki, jakie robiłem na przełomie roku były dość trudne (zwłaszcza Wołga i Żuk), przy okazji postanowiłem zabrać się też za Mercedesa, którego do tej pory zawsze odkładałem:  

Najpierw poprawiłem to, czego zawsze najbardziej się obawiałem. W oryginale, w modeliku atrapa była zbyt gruba i za bardzo wystawała z nadwozia. Modelik (tak samo zresztą jak Citroen) jest „zamykany” atrapą. Po wysunięciu jej z nadwozia, podwozie można wyjąć i rozebrać cały modelik.  

Wyciągnąłem więc atrapę i trochę nożykiem modelarskim, a trochę pilnikami spiłowałem ją od strony wewnętrznej tak, aby nie uszkodzić zewnętrznej chromowanej powierzchni. Następnie przerobiłem „zamek” w podwoziu tak, aby atrapa po ciśnięciu była ustawiona pod właściwym kątem, zaś jej górna krawędź pokrywała się z powierzchnią maski. W tak poprawionej atrapie zamontowałem też jedną z kupionych klika lat temu na giełdzie foto-trawionych „gwiazd” Mercedesa. 

Modele Mercedesa-Benz 190E były produkowane przez Solido w kilku wersjach. Starsze bywały na kołach, jakie pierwotnie miał Citroen. Miały też normalny zwykły zderzak przedni. Późniejsze (zwłaszcza z serii Solido Hi Fi) miały przedni zderzak ze spojlerem, oraz spojler na klapie tylnej. Mi w 1986 roku trafiła się dość dziwna „przejściówka”, ze spojlerem z przodu i bez spojlera z tyłu, na dwuczęściowych kółkach imitujących „alufelgi”. Cóż, w tamtym czasie cieszyłem się bardzo, że modelik udało mi się zdobyć.

Od razu po zakupie pomalowałem w nim przedni spojler na kolor nadwozia, a wnętrza felg na srebrno, „wąskie listwy” (znawcy wiedzą o co chodzi) cieniutkim paskiem na czarno, pomalowałem też migacze i lampy tylne. Jednak pomimo tych wszystkich zabiegów, modelik nie do końca dobrze wyglądał.

Oglądając zdjęcia w Internecie doszedłem do wniosku, że przedni spojler, a właściwie zderzak, jest w stosunku do nadwozia za szeroki i postanowiłem go nieco zwęzić, przerabiając jego boczne powierzchnie.  

W modeliku zmyłem też srebrną farbę jaką były pomalowane powierzchnie pod szybkami reflektorów i nakleiłem na nie wycięte z błyszczącej srebrnej folii imitacje odbłyśników. Powinienem jeszcze pomalować maleńkie paski między nimi szarą farbą, jednak na razie tego nie zrobiłem.

Po poprawkach przodu zabrałem się za tył:  

Lampy tylne zostały pomalowane w modeliku bardzo dawno temu i postanowiłem je tylko „dopieścić”. Nożykiem modelarskim, a właściwie opisywanym tu kilkakrotnie nożykiem „piłką” , poprawiłem rowki między lampami a karoserią. Wyciąłem też maleńki rowek oddzielający klapę bagażnika od listwy oświetlenia tablicy rejestracyjnej. W rowki między lampami a karoserią napuściłem czarnej farby, pomalowałem też listwę nad tablicą.

Z tyłu też postanowiłem poprawić podwozie. W miejscach, gdzie plastikowa, widoczna z zewnątrz, płytka podwozia przylega do tylnych błotników, były szczeliny. Na szczęście plastik, z którego wykonano podwozie dał się kleić zwykłym klejem modelarskim, nakleiłem więc na płytkę podwozia cieniutkie czarne paseczki z innego plastiku. Całość po dopasowaniu i wyschnięciu dopiłowałem. Na koniec pas pod tylnym zderzakiem też pomalowałem na czerwono. Tak wykończony tył miały co prawda nowsze Mercedesy „na szerokich” listwach, ale cóż, nie miałem innego pomysłu, jak poprawić tył modelika, aby dobrze komponował się z wyposażonym w spojler przodem.                   

Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)

Za to teraz garść informacji niejako „z ostatniej chwili”: 

Kiedy kilka lat temu pokazywałem na tym blogu cały proces dorabiania atrapy do modelika Chevrolet Camaro. Kiedy skończyłem przeróbkę, nie miałem zdrowia jej „dopieścić”. Kilka dni temu wieczorem wyciągnąłem z gablotki modelik i postanowiłem dorobić „kratkę” na atrapie. Pamiętałem, że zaraz po wykonaniu przeróbki wydrukowałem sobie taką kratkę na naklejce adresowej. Odnalazłem ją szczęśliwie w teczce, w której trzymam wydruki tablic rejestracyjnych i inne tego rodzaju rzeczy. Była dość głęboko, bo zrobiłem ją kilka dobrych lat temu, ale na wydruku było kilka takich kratek. Późnym wieczorem wyciąłem jedną i nakleiłem na dorobioną atrapę. Do operacji zużyłem kilka naklejek, bo nie wszystko od razu poszło dobrze. Z ostatniej próby jestem zadowolony:

131. Chevrolet 16

Teraz modelik tak samo, jak inne pokazane powyżej, można już schować do oryginalnego pudełka

pozdrawiam

266. Kultowe Auta PRL „po taniości” – Żuk A11B

Na początku grudnia, z forum motoshowminiatura dowiedziałem się, że w niektórych marketach z elektroniką i AGD pojawiła się ciekawa wyprzedaż. Na forum znów ożył założony rok wcześniej temat „KAP, Avtolegendy i ANS – po taniości”, z którego wynikało, że w sklepach Saturn i Media Markt, pojawiły się modele z serii Kultowe Auta PRL w cenie 14,99 zł za sztukę.

Od razu zacząłem więc kombinować, do jakiego marketu podjechać. Na pierwszy ogień poszedł Saturn w Blue City, bo w dni robocze, zaraz po pracy, trzy razy w tygodniu odwiedzałem mamę i w drodze powrotnej do domu zawsze obok niego przejeżdżam. Niestety w tym Saturnie nikt nic o wyprzedaży modelików nie wiedział i ich tam po prostu nie spotkałem. Następnego dnia nie musiałem odwiedzać już mamy, bo wtedy czuła się jeszcze całkiem nieźle, więc po pracy pojechałem do Tesco na Górczewskiej zatankować samochód i przy okazji wpaść do Media Markt.

W Media Markt (w którym 3 lata temu kupiłem telewizor do sypialni) zaraz przy kasach stał duży kosz, a w nim  leżały zapakowane w oryginalne blistry modele z serii Kultowe Auta PRL. Wybór był duży, bo dostawa była kilka dni wcześniej. W koszu znalazłem chyba 3 egzemplarze modelika Żuka A11B, po który tam pojechałem.

Kiedy wiosną 2012 modelik ukazał się w kioskach, nie kupiłem go. Nie za bardzo mi się podobał, już na pierwszy rzut oka widać było, że ma zachwiane proporcje. Wyglądało na to, że ma za krótką skrzynię i wymaga sporej przeróbki. O ile miałem kiedyś pomysł na skrócenie za długiej kabiny modelika Polonez Truck, o tyle zupełnie nie miałem pomysłu na wydłużenie skrzyni Żuka A11B. Uznałem zatem, że szkoda 27 złotych na model do przeróbki, zwłaszcza, że w tym czasie oprócz  Kultowe Auta PRL, w kioskach była jeszcze seria Legendarne Samochody (wydawnictwa Amercom), z której wybrane modele też kupowałem. Postanowiłem, że jeśli Żuk trafi mi się „okazyjnie”, kupię go i wtedy pomyślę co z nim zrobić. Okazja taka trafiła mi się 8 grudnia w markecie Media Markt, w którym do tej pory kupowałem sprzęt AGD (kuchenkę i zmywarkę) oraz RTV (telewizor).

Kilka dni po zakupie pomierzyłem modelik. Wymiary porównałem ze znalezionymi w sieci rysunkami ofertowymi prawdziwego samochodu. Moje pierwotne przypuszczenia potwierdziły się, skrzynia w modeliku była nie tylko o 2 mm za krótka, ale i o 2 mm za wąska. Zdemontowałem ją i wpadłem na pomysł, aby w tej sytuacji odciąć z niej całe burty (boczne i tylną) :

Odcięcie burt poszło dość szybko. Najpierw naciąłem nieco miejsca gdzie stykają się one z podłogą skrzyni nożykiem modelarskim, później do nasadki zamontowałem opisywaną tu nie raz końcówkę-piłkę z ząbkami.

Pierwotnie, zanim jeszcze modelik kupiłem zawsze myślałem, że wydłużenie skrzyni będzie polegać na jej przecięciu na środku i doklejeniu dwu milimetrowej stawki, jednak (jak nie pierwszy raz zresztą) w trakcie pracy pierwotna koncepcja upadła, z uwagi na konieczność poszerzenia skrzyni. Tak niestety jest w wielu wypadkach. Człowiek czasem miesiącami zastanawia się, jak to, czy tamto zrobić, rozmyśla, planuje, kombinuje, a kiedy weźmie narzędzia do reki i rozpocznie pracę, przeważnie okazuje się że całe przemyślenia „na sucho” biorą w łeb, a robota „idzie sama” swoją zupełnie inną ścieżką i to przeważnie lepszą, bo w danej sytuacji optymalną. Tak było również teraz.

Po odcięciu burt od skrzyni postanowiłem je wydłużyć z dwóch stron. W szufladach, w których trzymam różne materiały modelarskie jest w zasadzie „kupa śmieci”, czyli różne „przyda się”. Żona, jak to żona, złości się, bo owe śmieci leżą w szufladach latami, a ja dość rzadko z nich korzystam. Tym razem z jednej z szuflad wygrzebałem kawałek czarnego plastiku,  tego samego, z którego kilka lat temu dorabiałem tylne drzwi do modelika Lancii Y10. Płytkę spiłowałem na grubość zbliżoną do grubości płytek burt i zacząłem kleić do krawędzi burty.

Niestety okazało się, że zwykły klej modelarski nie rozpuszcza plastiku, z którego została wykonana skrzynia. Jadnak szybko okazało się też, że idealnym i mocnym spoiwem jest Kropelka Żel, której używam zazwyczaj do mocowania bardzo drobnych elementów. Skomplikowało to nieco przeróbkę, bo ten cyjanopanowy klej łapie dość szybko, a połączenie trzeba wykonać czysto i precyzyjnie. Dlatego klejenie wymagało wzmożonej uwagi z mojej strony. Połączenie musiało być też trwałe i pewne bo elementy po sklejeniu wymagały obróbki mechanicznej. (Docinania przedłużek nożykiem-piłką i dopiłowywania pilnikami.) Podłogę skrzyni też poszerzyłem i wydłużyłem paskami wyciętymi z tego samego plastiku, co przedłużki burt.

Poszerzenie skrzyni robiłem dość szybko i szczerze mówiąc troszkę przestrzeliłem. O ile burty mierzyłem i dopiłowywałem tak, aby wydłużyć je dokładnie o 2 mm, o tyle podłogę skrzyni przerabiałem trochę „na oko”. Pewnym problemem okazało się też sklejenie całości. Najpierw do podłogi przykleiłem burtę tylną. Potem dopiłowałem jeszcze raz krawędzie skrzyni i przyklejałem burty boczne. Trafienie nimi we właściwe miejsce wcale nie okazało się proste i jedną już po przyklejeniu musiałem oderwać, oczyścić z kleju, który jak się okazało „złapał” bardzo mocno, i przykleić jeszcze raz.

Po sklejeniu całości Żuk wyglądał lepiej, jednak skrzynia została wydłużona nie o 2, jak zamierzałem, a o prawie 3 mm i poszerzona o ok.  2,5 mm. Na dodatek przerobiona podłoga, zwłaszcza od strony, gdzie burta była klejona dwa razy, nie wyglądała najlepiej. Jeszcze przed przyklejeniem burt dopiłowałem z zewnątrz doklejone do nich kawałki i wyrzeźbiłem w nich nożykiem-piłką rowki imitujące miejsca łączenia desek. Po sklejeniu całości dorobione narożniki pomalowałem farbką Humbrol numer 47, bo wydawało mi się, że miejsca malowania są niewielkie w stosunku do całego modelika i powinno być dobrze.  

Próby pomalowania podłogi skrzyni spełzły niestety na niczym i postanowiłem ją czymś przykryć. Jakiś czas temu moja córka robiła do szkoły jakiś projekt (a uczęszcza do liceum plastycznego). O ile dobrze pamiętam, była to zaprojektowana przez nią teczka na dokumenty. Elementy teczki zostały wydrukowane w drukarni na ładnym gładkim papierze. Pomagałem córce wyciąć i skleić teczkę, ale odciętych z wydruków kawałków nie wyrzuciłem. Tym razem bardzo się one przydały. Z jednego z nich wyciąłem płytkę dopasowaną do poszerzonej skrzyni modelika i włożyłem na jej spód. Choć odpad z wycinania teczki był w nieco ciemniejszym kolorze niż modelik, po włożeniu do skrzyni wyciętej z niego płytki, skrzynia wyglądała zaskakująco dobrze.

Pokazany na zdjęciu modelik, to efekt końcowy, jednak już w połowie grudnia wyglądał mniej więcej tak samo i wymagał już tylko niewielkich poprawek. 

W połowie stycznia, przypadkiem wszedłem w posiadanie imitacji plandeki od modelika Tarpana 239D. Kiedy przywiozłem ją do domu i przymierzyłem do Żuka okazało się, że pod względem szerokości właściwie idealnie pasuje do poszerzonej w grudniu skrzyni. Plandeka była tylko o 11 mm za krótka. Kiedy sprawdziłem, że zwykły klej modelarski rozpuszcza tworzywo, z którego została wykonana, postanowiłem przeciąć ją w połowie i przedłużyć tak, jak kiedyś miałem zamiar przedłużyć ewentualnie skrzynię Żuka.

Plandekę przedłużałem używając tego samego tworzywa, co w przypadku skrzyni, z tą różnicą, że tym razem musiałem użyć większych kawałków:   

Zanim jednak przystąpiłem do przeróbki plandeki, postanowiłem kupić sobie nowy klej modelarski. 

Od lat do przeróbek używam klejów dostępnych w sklepach modelarskich. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszy jest Chematic. Niestety w wielu sklepach typowo modelarskich go nie ma, ale od czego są moje letnie przejażdżki rowerowe po Warszawie. Klej kosztuje raptem 3 złote i można go kupić np. w składnicy harcerskiej na ul. Targowej. W drodze z pracy podjechałem więc tam, bo w sklepie modelarskim na Świętokrzyskiej go nie było. Decyzja zakupu nowego kleju okazała się słuszna, bo kolejna operacja wymagała użycia naprawdę dobrego kleju. Na przedłużonej plandece trzeba było jeszcze dorobić imitację sznurów mocujących plandekę do bocznych burt:  

Kolejna operacja jaką wykonałem przy plandece była naprawdę upierdliwa.  Z pokazanej na zdjęciach powyżej czarnej plastikowej płytki odcinałem nożykiem-piłką cieniutkie paseczki i przyklejałem do dolnej krawędzi przedłużonej plandeki. Po odcięciu wystających elementów, całość wymagała jeszcze dość precyzyjnego dopiłowania imitacji sznurów. Wykonanie tej ostatniej operacji zajęło mi kilka wieczorów. 

Kiedy modelik był prawie gotowy, a plandekę uznałem za skończoną, pomalowałem ją całą matową farbką Humbrol 115 i dokładne 1 lutego pokazałem na forum

Na forum zupełnie nieoczekiwanie wywiązała się ciekawa skądinąd dyskusja na temat szerokości kabiny modelika.  Na skutek nieprzemyślanego i w końcu dość obraźliwego dla mnie komentarza jednego z kolegów,  ciekawa skądinąd na początku dyskusja zakończyła się okropną (jak na to forum) awanturą. Po owym obraźliwym dla mnie komentarzu czekałem specjalnie kilka dni, czy ktoś napisze coś sensownego. Jednak na forum w temacie była zupełna cisza. Zastanawiałem się nawet, czy jest sens dyskutować z ” jakimiś pętakami” (W końcu w branży pracuję od ponad 30 lat, a od 19 jako poważy doradca techniczny w naprawdę poważnym koncernie, w trakcie kariery zawodowej pracowałem też jako konstruktor elementów nadwozi samochodowych). W końcu jednak odpowiedziałem niezbyt chyba zbytnio rozgarniętemu koledze, na wstępie w równie obraźliwym tonie, po czym wyjaśniłem dlaczego nie ma racji. Do komentarza dołączyłem zdjęcie z pomiaru szerokości kabiny modelika:

Na zadane prze ze mnie na końcu komentarza złośliwe pytanie: „Jaka jest dokładność pomiaru przy pomocy pokazanej na zdjęciu suwmiarki” koledzy odpowiedzieć nie potrafili. Pytanie to zresztą zostało z mojego komentarza usunięte, po awanturze jaka wybuchła później. 

Jak niektórzy moi czytelnicy pamiętają, forum motoshowminiatura odwiedzam, cytuję i wspieram od połowy 2010 roku, a przecież ten blog istnieje o kilka lat dłużej. Na początku przez pierwsze trzy lata cytowałem i wspierałem tutaj inne forum. Miniautoforum, bo o nim mowa, powstało na długo przed pojawieniem się w kioskach „Kultowych Aut PRL”. Było fajne, ciekawe i bardzo zasłużone dla środowiska kolekcjonerów miniaturowych autek. Niestety od dobrych kilku lat nikt już na nie nie zaglądał. Kiedy dziś próbowałem na nie wejść, okazało się, że forum już w ogóle nie ma.

Awanturę, o której tu mowa wywołał kolega, który był ostatnim moderatorem wspomnianego wyżej forum i który kilka lat temu skutecznie je rozłożył, po czym przeniósł się na motoshowminiatura i swą działalność kontynuuje w dokładnie ten sam sposób w jaki robił to na poprzednim forum. Włączył się do dyskusji o szerokości kabiny w bardzo nieelegancki dla mnie sposób. Ja z kolei przypomniałem mu jego „zasługi” dla rozwoju kolekcjonerstwa w Polsce. Odpowiedział komentarzem nie tylko dla mnie obraźliwym, ale przy okazji wkur… też chyba solidnie moderatorów i zarówno jego komentarze, jak i moja odpowiedź zostały z forum usunięte, dlatego wspomnianej tu awantury nie można już na forum zobaczyć.    

Swoją drogą może i szkoda, że tak się stało, bo czasem zwłaszcza młodszym kolegom przydała by się wiedza, kto jest kto i co sobą reprezentuje. Kilka lat temu pisałem już na forum na ten temat, w innym niewidocznym publicznie, a widocznym tylko po zalogowaniu się wątku.

Wspominam, o tym nie ze złośliwości, ale z troski o przyszłość i poziom forum.

Forum jest z całą pewnością potrzebne jako źródło ciekawych informacji, niekoniecznie o samych modelikach. Jeśli jednak na forum zaczynają pojawiać się pyskówki i obraźliwe i zupełnie niemerytoryczne komentarze, takim źródłem informacji być przestaje. Dziesięć lat temu nie było praktycznie polskich stron o modelach w skali 1:43, nie było tego bloga, ani innych. Było tylko wspomniane tu forum MINIATOFORUM. Dlatego wyboru wielkiego nie było, bo to ono nadawało ton. A swoją drogą mimo braku konkurencji poziom tego forum był naprawdę wysoki.

Dziś mamy do wyboru strony kolekcjonerów oraz blogi (Pod poprzednim wpisem komentarze zostawili tu praktycznie tylko inni blogerzy. Naprawdę dobrych blogów o modelach jest w polskiej sieci całkiem sporo i wciąż ich przybywa). Są też w końcu inne fora i forum motoshowminiatura nie jest w sieci jedynym źródłem ciekawej informacji o modelach. Poza tym to, o czym tu, czy na forum się pisze, to jest hobby i z założenia ma być źródłem frajdy i stysfakcji, a nie powodem do narzekań, obraźliwych wpisów, czy nerwów związanych z pyskówkami.

W trakcie opisanej powyżej historii miało miejsce inne istotne dla mnie wydarzenie, które postanowiłem na blogu upamiętnić okolicznościowym wpisem. Żuka i forum miałem na kilka tygodni dość. W międzyczasie kupiłem kilka nowych modeli, a Żuka odstawiłem na półkę. 

Dokładnie tydzień temu wyciągnąłem go i postanowiłem dokończyć. W trakcie przeróbki skrzyni najpierw ułamało się całkowicie przednie „ucho” w burcie prawej. W trakcie dopasowywania plandeki obłamało się też przednie „ucho” ale w burcie lewej. Kończąc przeróbkę postanowiłem to naprawić.  

Nowe „uszy” wykonałem z miękkiego drucika o grubości 0,6 mm.  

Wczoraj postanowiłem wreszcie przeróbkę zakończyć. W trakcie jej wykonywania poszczególne problemy udawało się szybciej lub wolniej rozwiązać. Jednak nieoczekiwanym i chyba najtrudniejszym okazało się pomalowanie dorobionych narożników skrzyni.  Jeszcze w grudniu narożniki pomalowałem farbą Humbrol numer 47. Niestety farba okazała się troszkę zbyt „szara” i narożniki nie wyglądały najlepiej. Po dorobieniu uszu narożniki ponownie pomalowałem tą samą farbą, ale efekt okazał się jeszcze gorszy. Wczoraj postanowiłem pomalować narożniki farbą numer 48, która na pierwszy rzut oka wydawał się zbyt ciemna, ale po pomalowaniu choć wyglądało to lepiej, rewelacji też nie było. 

W końcu musiałem zrobić to, czego naprawdę nie lubię – rozrobić farbę z trzech różnych kolorów. Tym razem efekt okazał się zadowalający i oto Żuk A11B po ostatecznych poprawkach:

  

Tak jako modelik prezentuje się ulubione auto polskiego rolnika. Chciałem je mieć w miniaturze, bo tu i tam wciąż można je na polskich drogach spotkać.

A  gwoli przypomnienia moje wszystkie pozostałe Żuki prezentują się tak: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam