Kategoria: Historia motoryzacji

291. Wspomnienie lata i giełdowe zakupy

Oj, długa była ostatnia przerwa na blogu. Oj,  bardzo długa.

Dlaczego, tak się stało? Powodów było niewątpliwie kilka. Pierwszym i chyba najważniejszym było osłabienie, a właściwie zanik mojego zainteresowania  kolekcją. Na skutek nawału różnych prac i problemów związanych z porządkowaniem spraw po śmierci mamy nie miałem zupełnie głowy do modelików. W ubiegłym roku kupiłem ich właściwie tylko kilka. (opisałem to zresztą na początku roku). W pewnym sensie po trosze „zacząłem zjadać własny ogon” i wśród tych kilku modeli, które kupiłem znalazły się 2 modele aut, które w kolekcji miałem od wielu lat.

Drugim powodem przerwy we wpisach, było pewne rozgoryczenie i zniechęcenie związane z zamknięciem „starego bloga”, sposób w jaki się to odbyło, a także konieczność żmudnego przeglądania wszystkich starych wpisów i uzupełnianie brakujących zdjęć. Kiedy w końcu na początku maja udało się uzupełnić wszystkie brakujące zdjęcia w starych wpisach, szkoda mi było czasu na ślęczenie przy komputerze.

I tu pojawia się trzeci powód długiej przerwy – lato. W Warszawie piękna pogoda zaczęła się już w połowie kwietnia i z niewielkimi kilkudniowymi tylko przerwami trwała do końca drugiej dekady września. A jak lato , to wiadomo rower.

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się z żoną 15 kwietnia. Pojechaliśmy na nowe pobliskie osiedle Zacisze-Wilno. Była piękna, słoneczna pogoda i nie wiedzieć czemu wstąpiliśmy na stację kolejową, gdzie ja zacząłem bawić się biletomatem. Kiedy okazało się, że bilety do Zielonki kosztują ok 8 złotych kupiliśmy je, windą wwieźliśmy rowery na drugi peron i po 10 minutach oczekiwania ruszyliśmy w podróż. W Zielonce pojechaliśmy przez park nad opisywane na tym blogu glinianki. Na drzewach nie było jeszcze liści i glinianki wyglądały jeszcze dość smutno. Znad glinianek w Zielonce wróciliśmy do domu rowerami, przez las, Ząbki oraz „właściwe” Zacisze.  Cała trasa miała ok 17 km,  jak dla mnie akurat i choć żona pod koniec już dość mocno narzekała  wycieczka ta bardzo zaważyła na moich późniejszych wypadach za miasto.

Na stacji kolejowej okazało się, po 60 roku życia osobom podróżującym Kolejami Mazowieckimi przysługuje 35% zniżki o czym nie wiedziałem, a teraz zacząłem z niej skwapliwie korzystać. Koleją do Zielonki wybraliśmy się zresztą tego lata jeszcze 2 razy, za każdym razem wracając nieco inną trasą.ZielonkaLato było w tym roku naprawę wspaniałe, więc nad glinianki jeździliśmy zresztą dość często samochodem. Jeszcze 1 września pływałem w nich, a po raz ostatni byliśmy na gliniankach 9 września.

Zresztą poza wypadami na rower i glinianki w Zielonce było przez minionych kilka miesięcy cały szereg innych wydarzeń, które absorbowały mnie bardziej niż pokazywana tu zazwyczaj kolekcja miniaturowych autek.

W kwietniu, a dokładnie w sobotę 14 kwietnia wybrałem się na targi Auto Nostalgia. Odbywały się one tym razem na Stadionie Narodowym, co niekoniecznie było dobrym pomysłem. Auta stały właściwie na jego koronie i bardzo trudno robiło się zdjęcia.

Zrobiłem ich kilkadziesiąt, ale na ich publikację i nowy wpis na blogu zapału mi zabrakło.

W długi majowy weekend miała być wycieczka. Byliśmy już nieco zmęczeni pracą i różnymi domowymi sprawami. Żona wzięła wolne 2 maja, ale na wycieczkę nie pamiętam czemu nie pojechaliśmy. Była obrażona, nie pamiętam od kiedy była na mnie tak zła za jakąś nieodbytą wycieczkę. Zrzędziła i narzekała. Ale co się nieco odwlecze, czasem nawet lepiej się uda. Nie pojechaliśmy 2 maja to pojechaliśmy 4.

Była to wycieczka połączona z wizytą na grobie mamy: Nieborów – Miedniewice – Żyrardów.

W czerwcu, nie byłem na giełdzie, bo wyjechałem na firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Tydzień później 16 czerwca byłem na dwóch imprezach:

Pierwsza to targi Ekoflota, na których byłem rano. Były bardzo ciekawe. Udało mi się przejechać po kilka kilometrów jako kierowca dwoma autami elektrycznymi. Pierwsze to Nissan Leaf a drugie to Volkswagen Golf. Po południu pojechaliśmy całą rodziną na piknik rodzinny, który moja firma po kilku latach zorganizowała w Ryni (nad Zalewem Zegrzyńskim.

W lipcu wziąłem „obowiązkowy” dwutygodniowy urlop. Nie wyjechałem co prawda poza Mazowsze, a co w tym czasie robiłem, pokażę w osobnym wpisie.

Sierpień upłynął właściwie pod jednym stary znajomym hasłem : Zalew Tatar – Rawa Mazowiecka.

zalew-tatar-18b

Nad nasz ulubiony i pokazywany tu już na blogu zalew wybraliśmy się wybraliśmy się 3 razy: 13 i 19 sierpnia. Za każdym razem najpierw wypożyczaliśmy kajak i opływaliśmy nim cały zalew. Taka przyjemność trwa nieco ponad godzinę (zalew ma ok 1,3 km długości) i kosztuje w dzień powszedni 8 a w weekend 10 zł. Na ostatnią letnią wycieczkę wybraliśmy się z córką. Pierwsze 45 minut pływałem z żoną a drugie z córką. Córka chyba pierwszy raz płynęła kajakiem, ale bardzo jej się to podobało.

Tydzień później pogoda nie była już tak piękna, a Rawie kajaki zostały schowane na zimę, dlatego bez żalu w końcu udałem się na „modelikową” giełdę. Od ubiegłego roku giełda odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie. Od czasu likwidacji giełdy w Starej Gazowni, jest to już 4 kolejna lokalizacja „nowej giełdy” i do tego najlepsza, nie tylko z uwagi na ściśle związaną z motoryzacją siedzibę, ale również na warunki w jakich się ona odbywa. Naprawdę duża, przestronna a przy tym widna sala, sprzyja ciekawym transakcjom.

Pomimo znikomego zainteresowania kolejnymi nabytkami i kolekcją w ogóle, wybrałem się na giełdę w marcu. Nie kupiłem na niej co prawda nic, ale za to sprzedałem zbędny modelik i to za 80 zł.

Tym razem kupiłem 3 nowe nabytki, po prawie roku przerwy. (Poprzedni model do kolekcji kupiłem w Media Markt na początku października 2017 roku)

Zakupy 2018 1b

Są to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S.

Jesiennymi wieczorami postaram się je tu opisać. A za to niejako „na pocieszenie” pokaże, jak wyglądała giełda dokładnie rok temu:

pozdrawiam

 

P.S.

21 października

Zaktualizowałem filmiki, teraz zawierają dużo więcej zdjęć

Zainwestowałem jeszcze trochę czasu w ten wpis. Filmiki, a właściwie prezentacje stworzyłem całkiem przypadkowo na iphonie podczas przeglądania zdjęć. Jednak okazało się, że przesyłanie ich na e-mail jest możliwe tylko w ograniczonym zakresie. (Jeśli zawieraja 7-8 zdjęć jest OK, jeśli więcej nie da się ich przesłać) . jakiś czas temu córka poleciła mi aplikację weTransfer. W sobotę zainstalowałem ją na iphonie, a w niedzielę zaktualizowałem pokazane tu wcześniej przezentacje i przesłałem na Youtube.

Zapraszam do ich oglądania

 

 

 

 

 

 

Reklamy

285. Niekoniecznie miła, 66. rocznica rozpoczęcia produkcji w FSO

Tak byłem, widziałem:

SONY DSC

O imprezie dowiedziałem się przypadkiem z sieci, ze strony Krytyki Politycznej, kiedy zauważyłem na niej plakat „Fabryka Sensów Osobistych”.

Od kilku dobrych lat zawsze w listopadzie wybieram się na „obchody” rocznicy uruchomienia produkcji w FSO. Byłem na spotkaniach z okazji 62. rocznicy i na wszystkich kolejnych. (opisywałem je zresztą na tym blogu)
Na spotkaniach tych, 2 lata temu była możliwość „zwiedzenia” fabryki, ale niestety się nie „załapałem”.

Tym razem się udało. Na zlot udałem się wcześniej niż na wszystkie poprzednie. Wpisałem się na listę chętnych i o godz 10 wraz z grupą kilkuset innych osób wszedłem na teren byłej już fabryki.

„Spacer akustyczny” bardzo mi się podobał, bo po raz ostatni byłem w fabryce chyba w 2007 roku, a niektórych jej „zakątków” nie widziałem od ponad 20 lat.

Droga, którą „Spacer akustyczny” ruszył spod bramy głównej FSO w kierunku tłoczni.  (Po prawej budynek nowej lakierni)

Widok (sprzed bramy głównej) na ulicę (drogę wewnętrzną) w kierunku ronda Starzyńskiego. Po lewej budynek nowej lakierni w oddali po prawej  budynek w którym miały siedzibę związki zawodowe OPZZ i Solidarność 80.

Widok w kierunku przeciwnym. Przez kilkanaście lat moja codzienna droga do pracy.  

Po prawej stronie pusty teren po zakładzie 5 – narzędziowni (gdzie w metalu były wykonywane przyrządy, które rysowałem jako konstruktor-technolog w trakcie mojej pracy w FSO) Dalej był również nieistniejący już zakład 6 (produkcji silnika), gdzie mieściło się również biuro, w którym pracowałem)

W drodze na tłocznię po prawej stronie mijaliśmy budynek biurowy usytuowany z tyłu nowej lakierni. To tu przeniesiono biura technologów z zakładu 6. W 2007 roku byłem w nim odwiedzić kolegów, którymi przed laty pracowałem.

Zakład 2 – montaż , a właściwie ruiny hali jakie z niego pozostały.

I w końcu przed nami ukazał się cel „spaceru akustycznego” budynek tłoczni.

Uczestnicy spaceru kierują się w kierunku estakady prowadzącej do hali.

Po wejściu do hali zrobiłem zdjęcie pustej, pierwszej nawy. W hali tłoczni byłem ostatni raz grubo ponad 20 lat temu. Z całego wyposażenia zostały już tylko suwnice. W czasach kiedy pracowałem w FSO, w tej nawie stały tłoczniki , na których produkowane były elementy nadwozi samochodów. (Tłoczniki to przyrządy do produkcji części nadwozi wykonywane z blachy. Przyrządy te były montowane na ogromnych prasach, w które wyposażone były kolejne nawy hali tłoczni)  

W kolejnej nawie pozostały tylko „ślady” po prasach. Pras już tu nie ma. 

Owe „ślady” to wielkie dziury w stropie hali w miejscach gdzie kiedyś stały ogromne prasy do tłoczenia blach karoseryjnych. 

Poniżej filmowa relacja ze spaceru po resztkach fabryki. O dziwo w tłumie zwiedzających zobaczyłem nawet siebie: 

Tu: RELACJA ZE SPACERU AKUSTYCZNEGO na stronie organizatora

Uważam, że inicjatywa Krytyki Politycznej to świetny pomysł. 

Na zloty przyjeżdża zawsze około 100 pojazdów (przeważnie zabytkowych produkcji FSO) a wraz z nimi całe rzesze młodych entuzjastów historii rodzimej, polskiej motoryzacji.
Warto im pokazać i przybliżyć historię fabryki, bo z wielu rozmów jakie odbyłem z uczestnikami zlotu i właścicielami fiatów i polonezów, pojęcie o fabryce mają raczej blade. 

Po powrocie ze spaceru po miejscach, w których dawno temu byłem codziennym gościem, udałem się na parking przed budynkiem dyrekcji zrobić (jak co roku) kilka zdjęć zgromadzonych tam aut:

Parking na zlocie był całkowicie zapełniony, a że wiele aut przyjeżdża na zlot regularnie, wiele z nich już tu pokazywałem (przy okazji moich poprzednich relacji ) 

Polonez MR’89

Karetka, która była na zlocie rok temu. 

Polonez Caro Plus jeszcze kilka lat temu był częstym gościem na naszych ulicach. Dziś coraz trudniej go na nich zobaczyć.

Warszawy 223 

I dwie kolejne

Rajdowy Polonez

Typowe „akwarium” z lat 1987 -1989 

A to ładnie odrestaurowany rajdowy „Borewicz”

Właściciel, który stał przy samochodzie pokazywał auto i opowiadał ile czasu i pieniędzy włożył w odrestaurowanie auta.  

Pod maską silnik z dwoma wałkami rozrządu znany z rajdowej legendy jaką niewątpliwie był Fiat Abarth 124 Rally 

Chyba najbardziej pasujący wyglądem do „spaceru akustycznego” samochód : Warszawa M20 w stanie oryginalnym.

Po kilku godzinach pobytu przed FSO i spacerze po resztkach fabryki, byłem już trochę zmęczony i udałem się w stronę dawnego parkingu dla pracowników, gdzie zostawiłem mój samochód.

Tam zrobiłem jeszcze kilka zdjęć i miałem zamiar wracać do domu.

Moją uwagę przykuła najpopularniejsza kiedyś na polskich drogach sanitarka FSO 1500. 

Jak widać na zdjęciu powyżej, wciąż gotowa do akcji.

Na brzegu parkingu dla pracowników stał też taki oto Mercedes-Benz 350 (W 126), przez znawców uważany za najpiękniejsze i najlepsze auto w historii tej renomowanej marki.

Obok bardzo rzadki Triumph 1300.

Samochód jest zadziwiająco podobny do innego, chyba bardziej znanego auta tej marki jaką był Triumph Dolomite Sprint. Ten drugi powstał prawdopodobnie właśnie na bazie pokazanego na tym zdjęciu auta.

Z parkingu gdzie zostawiłem samochód jednak zawróciłem. Właśnie o godzinie 12 zaczęły się „oficjalne” obchody 66. rocznicy uruchomienia produkcji w FSO. Tak jak w poprzednich lata ich organizator – Stowarzyszenie FSO AUTOKLUB zaprosiło żyjących jeszcze byłych dyrektorów Fabryki Samochodów Osobowych.  

Dwa lata temu zrobiłem na zlocie z okazji 64.rocznicy podobne zdjęcie, na którym było jeszcze o kilku „jubilatów” więcej. Cóż niestety „szacowne grono’ z biegiem lat coraz bardziej się kurczy.

A skoro już zawróciłem, zrobiłem jeszcze kilka zdjęć: 

Syrena 102

Przed laty też wyjechała z FSO.

Naprawdę bardzo ładnie i starannie odrestaurowana. Oryginalne zderzaki z kłami, starszego typu lampy tylne i wiele innych detali. Choć pamiętam te auta z dzieciństwa bardzo dobrze, nie przypominam sobie syren w takim kolorze, ale cóż możliwe, że nie widziałem aut we wszystkich kolorach produkowanych w FSO.

A nieopodal jeszcze inny samochód z zapomnianym już silnikiem dwusuwowym

O ile dobrze pamiętam, jego właściciel podał, że auto pochodzi z roku 1971.

Równie starannie, jak Syrena 102 odrestaurowany Wartburg 353.

Na zlot (jak widać z tablic rejestracyjnych) przyjechały auta niemal z całej Polski.

Maluch też na zlocie się pojawił. W końcu historia FSO to przecież głównie PRL, a to auto jak najbardziej się z okresem PRL kojarzy.

Warszawa M20, czy może już 201 ?

Warszawa M20, a może jednak 202? Kiedyś, (a było to blisko 50 lat temu) rozpoznawałem po drobnych szczegółach każdy model auta rodem z FSO. Dziś mam z tym już trochę kłopot. 

Po blisko 4 godzinach byłem już naprawdę zmęczony i udałem się do samochodu., aby wrócić do domu. Na parkingu, gdzie go zostawiłem też spotkałem jeszcze kilka innych, ciekawych aut:   

Mercedes-Benz 200 (W115)

Fiat 126p , dokładnie taki sam, jak ten, którego razem z moim ojcem odbieraliśmy z Polmozbytu w 1979 roku. 

I kiedy już miałem wsiąść do auta i odjechać, tuż obok pojawiło się piękne BMW 2002.  Dokładnie 30 lat temu, kiedy odbudowywałem poskładany z części, kupionych na pchlim targu modelik jego następcy, objechałem rowerem calutkie, nie tak małe znowu Bonn, aby gdzieś spotkać BMW właśnie w takim „kanarkowym” kolorze.

Przez ostatnie miesiące jestem bardzo zajęty, znalazłem jednak kilka godzin na wypad 4 listopada przed FSO, a dziś też kilka na złożenie obszernej relacji z mojego tam pobytu.

Wszystkich zaś zainteresowanych tematyką związaną z opisaną tu rocznicą, zapraszam do przeczytania kilku moich wcześniejszych wpisów poświęconych Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu:

273. Niekoniecznie miła rocznica (65.)

257. Niekoniecznie miła rocznica (64.)

235. Niekoniecznie miła rocznica (63.)

211. Niekoniecznie miła rocznica (62.)

oraz

155. FSO – smutny koniec historii (cz.3) – Czy to musiało się tak skończyć ?

Dla przypomnienia: 23 lutego 2011 roku z taśmy montażowej fabryki na Żeraniu zjechał najprawdopodobniej ostatni samochód osobowy w jej historii.

284. Podziękowanie i Opel Astra J sedan

DRODZY CZYTELNICY !   

Przed miesiącem, dziewiątego września, minęło 11 lat od założenia tego bloga. Nie bije on już rekordów popularności, bo i też nie zawsze mam czas się nim zajmować. Tak było zwłaszcza w okresie ostatnich miesięcy. 11 lat to kawał czasu, ale i liczba miliona i ćwierć miliona odsłon  jaką udało się w tym czasie osiągnąć, też jest imponującą. Późnym wieczorem, 18 października w trakcie porządkowania bloga i wklejania zdjęć umieszczonych na Google udało mi się ją zarejestrować!

1250000 odsłon 1b Dlatego przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 11 LAT  ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.
Od początku tego roku opisałem i pokazałem na blogu tylko 5 modeli, z czego tylko 1 z kupowanych na bieżąco. Powody takiego stanu podałem dokładnie miesiąc temu, nie będę ich zatem powtarzał. W tym czasie w kolekcji, pomimo permanentnego braku czasu do zajmowania się nią, pojawiło się 14 modeli. Dwa z nich to modele „odziedziczone”, które kupiłem kiedyś na prośbę mojej mamy, zaś jeden to model, który przeleżał w pawlaczu ponad 15 lat, a którego konwersję „mechaniczną” zrobiłem w styczniu, dokończyłem zaś pod koniec lata. 
Dziś pokażę modelik który kupiłem jeszcze w połowie lutego. 
Tak się jakoś złożyło, że późną jesienią ubiegłego roku zwróciłem uwagę na samochód, który pojawił się na rynku dobrych kilku lat temu, ale pomimo oferowania od 2 lat jego następcy, wciąż jest w sprzedaży. Zalety takiego auta są z reguły dwie: Sprawdzona konstrukcja, w której poprawiono wszystkie niedoróbki „wieku dziecięcego” oraz cena, z reguły sporo niższa niż aktualnie oferowanego modelu. Tak też jest w przypadku Astry J sedan, która od nowej Astry K jest sporo tańsza. 
W pod koniec listopada ubiegłego roku, w wielu galeriach handlowych zapowiadano „czarny piątek”. Jest to „nowa świecka tradycja” handlowa, która w końcu przywędrowała również do Polski. Ja nie wybrałem się jednak do żadnej z galerii, a do dealera marki Opel, salonu przy ul. Rudnickiego, który do akcji też się przyłączył. 26 listopada salon był otwarty do godz 1 w nocy. W salonie było trochę osób oglądających auta, ale wielkich tłumów nie było, udało mi się więc odbyć jazdę próbną.
Trasa była dokładnie taka sama jak ta, którą jechałem dokładnie 10 lat wcześniej, przed zakupem mojej drugiej (obecnej astry). Samochód Opel Astra J sedan, który oglądałem w kilku salonach (a to przy okazji wymiany oleju w moim aucie, a to w trakcie wizyty związanej z jego zakupem „na dolewki”) zrobił na mnie duże wrażenie. Eleganckie, nowoczesne wnętrze, wielofunkcyjna kierownica i parę innych bajerów zawsze robi wrażenie. Jednak w trakcie jazdy próbnej, już po przejechaniu kilku kilometrów przekonałem się, że nie prowadzę żadnego tam „cudu techniki” a dobrze znaną od lat typową Astrę. Odgłos silnika, praca zawieszenia i ogólne wrażenie wątpliwości nie pozostawiały: Astra to Astra, człowiek który nią jeździ ma wrażenie, że nawet nowy model to w jakiś sposób ” stary dobry znajomy”.
Auto podobało mi się, zwłaszcza wizualnie i z całą pewnością czułbym się w nim dobrze, ale cóż teraz nie mam ani głowy, ani pieniędzy do zmiany samochodu. Poza tym, samochód, jak na potrzeby częstego poruszania się po zatłoczonych warszawskich ulicach, a zawłaszcza parkingach, jest dla mnie po prostu za duży.        
Kiedy jednak na Allegro zaczęły się pojawiać jego modeliki,  ich aukcje obserwowałem z dużym zainteresowaniem. W połowie lutego w jednej z nich wziąłem udział i nawet udało mi się ją wygrać. 
Astra J 1b
Mogę nawet powiedzieć, że modelik kupiłem „okazyjnie”.  Model firmy Minichamps, z edycji dla salonów marki Opel, w oryginalnym opakowaniu wraz z przesyłką kosztował mnie niecałe 53 złote. I choć wylicytowałem go w Warszawie, nie pojechałem po niego do sprzedającego, a zdecydowałem się na przesyłkę do paczkomatu InPost. 
Astra J 2b
Zaraz po zakupie, modelik zabrałem ze sobą do pracy i pokazałem kolegom, pokazałem go też mamie, która jeszcze w owym czasie całkiem nieźle się czuła. Jej też bardzo się spodobał. 
Astra J 3b
Prawdziwa Asta J w wersji sedan to naprawdę bardzo ładny samochód. W żadnym wypadku nie wygląda na przeróbkę bazowej wersji hatchback, do której doklejono powiększony bagażnik. Takim właśnie równie ładnym autem była pierwsza Astra sedan (wersja F), która od wersji  hatchback wyglądała (moim zdaniem) o niebo lepiej.
Kolejne wersje sedana niestety do udanych nie należały. Astra G w wersji sedan wyglądała niemal tak samo jak hatchback, tylko z wydłużonym kufrem. Do tego miała tylną szybę pochyloną pod innym kątem, co powodowało, że sylwetka auta wyglądał nie najlepiej.  Kolejny sedan – Astra H, podobnie jak auto, którego modelik tu prezentuję, ukazała się chyba 3 lata po premierze hatchback’a. Choć od poprzedniczki wyglądała lepiej i linia auta była całkiem poprawna, bo z tyłu zastosowano inne niż w hatchback’u drzwi tylne, to jednak przy projektowaniu ściany tylnej, projektantom zupełnie zabrakło polotu.
Astra J 5bTym razem projektanci przyłożyli się do zadania naprawdę solidnie i dobrze wykorzystali 2 lata jakie dzieliły premierę sedana od premiery hatchback’a. Stworzyli naprawdę ładne auto, które tego ostatniego przeżyło i wg zapewnień sprzedawców będzie w ofercie do końca tego roku. 
Astra J 4b
Po tych rozważaniach o urodzie auta, pora na kilka słów o samym modeliku. Z modelikiem było trochę tak, jak z opisaną powyżej jazdą próbą. Kiedy był zapakowany w pudełko i witrynkę, byłem nim zachwycony. Pięknie odwzorowuje samochód, jest pięknie pomalowany, ma chromowane ramki okien i niemal doskonale spasowane elementy, no po prostu „cud, miód”. 
Kiedy jednak odkręciłem go od podstawki, zauważyłem, że gdy biorę go do ręki, coś w nim trzeszczy. Nie bardzo wiedziałem co i nie byłbym sobą, gdybym tego nie sprawdził. Postanowiłem modelik rozkręcić. Na pierwszy rzut oka, nie powinno być z tym problemu. Odkręciłem śrubki z przodu i z tyłu podwozia i zacząłem się mocować z tym ostatnim. Dopiero po kilku próbach, podważania śrubokrętem tu i tam udało się modelik rozebrać. 
Wtedy, ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu, okazało się, że naprawdę pięknie wykonane nadwozie modelika nie jest z metalu, a tworzywa sztucznego, zaś z przodu i z tyłu podwozia, znajdują się pakiety metalowych płytek, które modelik „dociążają” tak, aby w ręku „leżał’ jak każdy inny typowy model kolekcjonerski wykonany z metalu.  
A na koniec, zapomniana już trochę reklama, która do auta mojej uwagi nie przykuła, ale za to bardzo mi się spodobała. 
pozdrawiam

281. Auto Nostalgia 2017 (cz. 1)

Od dobrych kilku tygodni, a właściwie od kilku miesięcy, nie mam czasu na zajmowanie się kolekcją i modelikami. Na blogu niczego od dawna nie prezentowałem, bo nie mam w tej chwili głowy do takich rzeczy. Owszem, byłem na początku marca na „modelikowej” giełdzie, która teraz odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski i nawet kupiłem na niej dwa modele, nie znalazłem jednak czasu by je tu opisać.

Pod koniec lutego, mama była bardzo słaba. Kiedy wiozłem ją na badania krwi, byłem przekonany, że podobnie jak w grudniu trafi do szpitala. Nie sądziłem jednak, że trafi tam zanim z wynikami pojedziemy do hematologa. Jeszcze w dniu, w którym mamie pobrano krew, z przychodni na Koszykowej (gdzie się leczyła) zadzwoniono do niej z informacją, że wyniki są bardzo złe. Następnego dnia załatwiłem skierowanie i odwiozłem mamę do szpitala MSW przy Wołoskiej, w którym przez kilka dni (tuż przed świętami) leżała w grudniu. Pod koniec lutego, kiedy na blogu opisywałem moje ubiegłoroczne zdobycze, sytuacja nie wyglądała na krytyczną i wyglądało na to, że po podaniu krwi mama po kilku dniach ze szpitala wyjdzie. Tym razem mama trafiła jednak na inny, przepełniony oddział. Po kilku dniach pobytu na kilkuosobowej sali zaraziła się grypą i została przeniesiona do oddzielnej sali. Jej stan cały czas się pogarszał, a że na oddziale panowała infekcja, po opanowaniu grypy i trzytygodniowym pobycie, w piątek późnym wieczorem 17 marca karetka odwiozła mamę do domu. W domu opiekowaliśmy się nią z żoną, a że stan jej był ciężki jeszcze w sobotę przed południem wezwałem karetkę. Niestety do kolejnego szpitala jej nie zabrano i w nocy z soboty na niedzielę 19 marca mama zmarła.

Wszystkie te okoliczności, zwłaszcza ostatni pobyt mamy w szpitalu, codzienne tam wizyty, jej powrót do domu, śmierć, przygotowania i sam pogrzeb, spowodowały, że właściwie do tej pory nie ze wszystkimi sprawami się uporałem i na hobby wciąż brakuje mi czasu.

Ostatni majowy weekend był bardzo intensywny. W piątek po pracy pojechałem zajrzeć do domu mamy, a później na szybkie zakupy. Wieczorem, a właściwie w nocy „grzebałem” w Internecie i czekałem na telefon od córki, która wcześniej poprosiła, abym około 1 w nocy odebrał ją z Woli. Na telefon się nie doczekałem i poszedłem spać dość późno. Córka z imprezy wróciła sama nad ranem. W sobotę, po południu  pojechaliśmy na piknik rodzinny u dealera samochodowego w Aninie. Pogoda ładna i na pikniku „zjedliśmy obiad” (kiełbaski, karkówkę i inne drobiazgi). Ja spotkałem kilku kolegów z pracy, a żona pogadała sobie z żoną jednego z nich i generalnie z pikniku wróciła zadowolona.

Pierwotnie rozważałem opcję odwiedzenia w sobotę zarówno dealera w Aninie, jak i targów Auto Nostalgia, bo w drodze do dealera, przejeżdżam zawsze obok hali targowej, jednak w praktyce okazało się to niewykonalne i na targi wybraliśmy się w niedzielę. Podobnie jak w roku ubiegłym żona zgodziła się mi towarzyszyć.

Do targów tym razem się właściwie nie przygotowywałem. Na wszystkich poprzednich imprezach byłem zaopatrzony w aparat  i komórkę. Z pierwszych trzech targów zamieściłem dość obszerne relacje na blogu. W ubiegłym roku, pomimo, że nie miałem zamiaru robić wielu zdjęć, wyszło ich na tyle dużo, że relację musiałem podzielić na dwa wpisy. W tym roku też właściwie nie planowałem robienia zdjęć, bo w końcu ile razy można pokazywać te same samochody. Dlatego tym razem, na targi Auto Nostalgia nie zabrałem ze sobą aparatu, ja wziąłem komórkę, zaś żona Iphona.

Na miejscu, jednak postanowiłem kilka aut uwiecznić i jak na poprzednich imprezach, jeszcze przed wejściem do hali zrobiłem kilka zdjęć:

 Tak, tak dokładnie tego samego Wartburga już tu pokazywałem. (Pięć lat temu)

Możliwe, że i to auto też już tu pokazywałem, ale tego auta nie sposób pomylić z żadnym innym: Jaguar MK II

To też bardzo charakterystyczny samochód: Alfa Romeo Giulia

Giulia to jedna z moich ulubionych alf, więc nie mogłem powstrzymać się przed jej uwiecznieniem.

I ostatni rzut oka na auta przed halą: Triumph Spitfire i Alfa Romeo Spider. 

Po obejrzeniu aut przed halą, których było zdecydowanie mniej niż w latach poprzednich, zadzwoniłem do kolegi, który z wystawy wyszedł do holu i wręczył nam wejściówki.  Weszliśmy przez bramki do drugiej, „mniej prestiżowej” części hali wystawowej.

W tym roku auta nie były tak stłoczone, jak na poprzednich wystawach. Jednak aby zrobić dobre zdjęcia, też czasem trzeba było trochę poczekać, aby oglądający odeszli od fotografowanego eksponatu.

Po wejściu do hali „przejąłem” od żony Iphona i zacząłem robić zdjęcia. Nie wszystkie się udały, bo sama wciąż nie mam smartfona i krótkie przeszkolenie, jakie tuż przed wyjazdem na targi, przeszedłem u mojej córki, która owego Iphona używała przez 4 lata, okazało się niewystarczające. Niemniej jednak kilka zdjęć udało mi się zrobić:  

W tej części było stoisko na którym stało kilka fiatów 125p:

 Polski Fiat 125p to w Polsce samochód „absolutnie kultowy”

Bez niego, żaden zlot pojazdów zabytkowych odbyć się nie może. 

Kiedyś można go było spotkać na każdym rogu. Na tle znacznie nowocześniejszych aut zachodnich wyglądał staro i nieciekawie. Dziś, ładnie odrestaurowany egzemplarz, sprzed ponad 40 lat, naprawdę „cieszy oko”.

Fiat 132 1800 GLS . Tak, ten sam, który pojawił się w mojej relacji z obchodów 65. rocznicy rozpoczęcia produkcji w FSO

A to prawdziwy moto-rower. Takie pojazdy doskonale pamiętam z czasów mojego dzieciństwa.  

W tym roku na targach jednośladów było naprawdę niewiele. 

 BMW ? Oj chyba nie, ale podobny, a właściwie motocykl o rodowodzie BMW, ale chyba nie z Monachium. Prawdopodobnie radziecki motocykl wojskowy M-72, swego czasu spotykany również w Polsce.

No, jeszcze nie aż taki stary, ale już absolutny klasyk: Jaguar XJ6 MK III 

 I jego, o kilka lat starszy brat Jaguar XJ6 MK II

Ferrari Testarossa wciąż świetnie wygląda, a ma przecież ponad 30 lat.

Ford Mustang z 1967 roku to jedno z najpiękniejszych amerykańskich aut w historii. 

I nieco młodszy Mustang Mach I

A obok ogromny „skrzydlaty” Cadillac z 1955 roku

Ferrari 308 GTB

Na targach już od kilku lat jest pawilon z modelikami

Modeliki budziły zainteresowanie nie tylko panów.

 

A tu naprawdę duży wybór i to w mojej ukochanej skali 1:43

 Naprzeciwko stoiska z modelikami stał Polonez „borewicz”

Nieco dalej scenka rodzajowa z lat 80-tych z „maluchem” w roli głównej. 

 Dla mnie jednak niewątpliwą gwiazdą targów było takie oto auto.

Piękna Skoda 110R . Jej modelik ukazał się 2 lata temu w serii „Kultowe Auta PRL” i oczywiście go kupiłem.

W latach jej świetności nie widziałem auta nigdy na żywo, ani w NRD, ani w Czechosłowacji. W Polsce samochód był praktycznie zupełnie niespotykany.

Obok stał  Volkswagen T2a jakieś niemieckiej ochotniczej straży pożarne .

To zdjęcie musiałem zrobić: Volkswagen Polo Coupe z 1990 roku (już po faceliftingu) . To w pewnym sensie ciekawostka na targach zabytkowej motoryzacji, bo przecież ten samochód wciąż można spotkać na warszawskich osiedlowych parkingach, a tu proszę już „zabytek”.

W sobotę (dzień przed wycieczką na Auto Nostalgię) u dealera w Aninie wraz z żoną z zaciekawieniem oglądaliśmy współczesny samochód kampingowy zbudowany przez firmę Westfalia na bazie furgonetki. Toteż kiedy na wystawie zobaczyliśmy to auto, postanowiliśmy zajrzeć do środka, zwłaszcza, że drzwi były szeroko otwarte. 

Chevrolet Van ma swoich fanów i wciąż jeszcze można go na naszych ulicach spotkać.

A w środku zupełnie nie motoryzacyjna atmosfera:

Fotele i „otomana” jak u babci

Po obejrzeniu aut wystawionych w „mniej prestiżowej” części hali wystawowej, przeszliśmy do części „bardziej prestiżowej”:

Volvo PV 544  

Austin Healey 100, którego modelik był tu kilka lat temu prezentowany.

A tu na pierwszym planie jeden z moich ulubionych „anglików” MGB GT. W tle MGA.

Niestety z tej części wystawy udało się zrobić tylko kilka zdjęć, bo stary „odziedziczony” po córce Iphone żony, mimo wymiany baterii (kilka miesięcy temu) nie dał rady i prawdopodobnie się rozładował. Na wystawę wziąłem też ze sobą również moją „leciwą” komórkę. Jednak tuż przed wyjazdem z domu okazało się, że po podłączeniu jej do komputera, ten ostatni jej „nie widzi”. Ale cóż było robić. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i dalej fotografowałem już nią.  

Relację z bardziej „bardziej prestiżowej” części wystawy zamieszczę tu za kilka dni, bo po powrocie do domu jednak udało mi się „zrzucić” na komputer również zdjęcia z komórki. Na przygotowanie każdego wpisu na blogu potrzeba zawsze trochę czasu, a zdjęcia z komórki nie są jeszcze „obrobione”.  

W następnej relacji napiszę też dlaczego moim zdeniem tegoroczna Auto Nostalgia nie była tak ciekawa i oblegana jak poprzednie.

pozdrawiam

cdn. 

278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”. Owszem od kilku tygodni o tym myślę, ale niestety pogoda w tym roku, jest jaka jest. Ktoś mógłby jednak zadać przekorne pytanie, a cóż do prezentacji modelików ma pogoda ? Otóż wyjaśnię, że ma. Na razie, przy panujących mrozach, nie mam zamiaru wychodzić na balkon, gdzie mogę robić dobre zdjęcia. W mieszkaniu o tej o porze roku  światło jest niestety trochę za słabe. Poza tym, zarówno na blogu, jak i w gablotce nagromadziły się „pewne zaległości” i przy okazji robienia porządków, postanowiłem je „odrobić”.  

W październiku ubiegłego roku zaprezentowałem tu kolejny już wpis z cyklu „warsztatowe przygody”. Opisałem w nim kilka zrobionych jesienią ubiegłego roku przeróbek i napraw modeli. Pierwotnie miałem zamiar pokazać też model, który naprawiłem na początku tegoż roku, ale uznałem, że:  

„Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)”.

Teraz nadarzyła się okazja niejako „dokończenia” tego wpisu, a przy okazji pokazania jeszcze drugiego modelika, z którym obydwa tworzą w kolekcji „trochę niechcianą parę”. Ale zacznijmy rzecz od początku:  

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Równolegle do wspomnianych aut produkowany był mniejszy i tańszy Mercedes-Benz 190 SL (W121 B II). W 1963 roku zakończono produkcję zarówno  300 SL Roadster, jak i 190 SL i pojawił się model 230 SL (W113), który formalnie zastępował drugi ze wspomnianych tu modeli. W 1971 roku pojawił się uznawany obecnie za najbardziej klasycznwgo „esela” model  R107 (od 280 SL do 500 a nawet 560 SL). Samochód ten był jednym z najdłużej produkowanych aut w historii marki. Co ciekawe, wytwarzany był praktycznie bez większych zmian zarówno samej karoserii, jak i detali zewnętrznych. Następcy doczekał się dopiero w roku 1989, kiedy to pojawił się model R129 (od SL 320 po SL 600). Kolejne odmiany to R230 (2001 -2011) i oferowany obecnie R231 (od 2012 roku). Wszystkie wymienione samochody łączyło właściwie jedno. Zimą były użytkowane przeważnie jako coupe (z „twardym” przeszklonym dachem, a właściwie kawałkiem kabiny obejmującym dach, szybę tylną i boczne szyby tylne). Latem auta przeistaczały się zaś w „przyjazne słońcu” kabriolety. Od modelu R230 dach „coupe” jest składany elektrycznie i mieści się pod pokrywą bagażnika.   

W mojej kolekcji mam właściwie całą gamę miniaturowych modeli SL (od W194 po R230). Jako pierwszy trafił do niej plastikowy modelik do sklejania Mercedes-Benz 450 SL (R107) firmy Heller, kupiony w Niemczech za 7 marek, w roku 1987, a więc blisko 30 lat temu. Modelik przedstawia kabriolet, bo do tej pory nie znalazłem czasu, aby zdejmowany w nim „dach- coupe” wykończyć nażycie i dobrze pomalować. Modelik trafił do kolekcji, bo wtedy, każdy niezbyt drogi model auta, które można było zobaczyć na co dzień na ulicy, był naprawdę cenny, nawet jeśli trzeba było poświęcić kilka wieczorów na jego pomalowanie i sklejenie.  

Później do kolekcji dochodziły kolejne modele. Jednak zawsze moim największym „kolekcjonerskim” marzeniem było posiadanie ładnego modelika Mercedes-Bemz 230 SL (W113). Dla mnie, to do dziś najładniejszy SL w historii. Tak naprawdę „zakochałem” się w nim w połowie lat 80-tych w Niemczech.

Naprzeciw okien mieszkania, po drugiej stronie głównej ulicy miasta, przy której w trakcie mojego pierwszego tam pobytu mieszkałem, często parkował biały Mercedes 230 SL. Jesienią i zimą miał nałożony granatowy dach, latem przyjeżdżał jako odkryty kabriolet. Po drugiej stronie ulicy był pub, do którego tym autem przyjeżdżała zadbana i dobrze ubrana młoda kobieta. Owa „dziunia”, bo tak nazywał ją jeden z pracujących ze mną kolegów, była Polką, a także „przyjaciółką” właściciela pubu. Samochód, który w połowie lat 80-tych miał już w końcu kilkanaście lat, wciąż robił wrażenie i „zadawał szyku”. Uzbrojony w „twardy” dach, właśnie od jego kształtu, miał ksywkę „pagoda”. To właśnie wtedy, zachorowałem na jego modelik. Ale cóż, w owym czasie na rynku modelarskim praktycznie żadnej „pagody” nie było.  

Pierwszy modelik 230 SL kupiłem za 8 złotych w jakimś sklepie z zabawkami dopiero w roku 1997. Był to modelik, a właściwie wykonana w skali 1:43 zabawka firmy New-Rey. Był to odkryty kabriolet, w którym, aby wyglądał musiałem dorobić przednie lampy, bo oryginalne do niczego się nie nadawały. Po przeróbce wyglądał całkiem fajnie i służył mi klika lat, aż w końcu odkupił go ode mnie kolega, który jest wielkim fanem marki Mercedes-Benz, nie przepada zaś za modelikami kabrioletów.

W 2001 roku trafił mi się modelik firmy Minichamps w dokładnie tym samym, co poprzednik kolorze:      

Pamiętać trzeba, że w owym czasie (na długo przed pojawieniem się w kioskach właściwych serii kolekcjonerskich, takich jak Kultowe Auta PRL) ceny tego rodzaju modeli oscylowały w granicach 100 złotych. 

A zatem, zakup przecenionego na 53 złote modelika uznałem za prawdziwą okazję. Był rzecz jasna znacznie lepiej wykonany niż New-Ray, poza tym miał dach, co akurat nawet w przypadku kabrioletów uważam za sporą zaletę. 

Entuzjazmu mojego jednak nie wzbudził, bo cóż to za „pagoda” bez „twardego” dachu.

Modelik chyba zaraz po zakupie trafił do pudła numer 4, bo chociaż w owym czasie miałem już witrynę, w której prezentowałem modele, to w tamtych latach kupowałem od 40 do 50 modeli rocznie i nie wszystkie „załapywały” się od razu do witryny.  Właściwie dopiero wczoraj, w trakcie oglądania go przed ponownym schowaniem, zauważyłem w nim pewną wadę, która przez lata zupełnie nie rzuciła mi się w oczy.

Klika lat później trafił mi się kolejny „okazyjny” model. Lekko uszkodzony SL, już z „twardym” dachem. I choć „grosze” nie kosztował, (wg. danych z mojego spisu modeli) w 2004 roku zapłaciłem za niego 41,5 zł, kupiłem go bez większego namysłu.

W przeciwieństwie do pokazanego powyżej kabrioletu, pudełko z witrynką od modelika trafiło do pudła numer 6, a sam model trafił od razu do witryny. Nie trafił tam jednak na jedną z głównych półek, na których stoją prezentowane aktualnie modele, ale na półkę „remontową”, na której stoi kilka modeli wymagających przeważnie nieco większych napraw, czy przeróbek.

Modelik nie miał jakichś dużych uszkodzeń. Miał pourywane bolce mocujące dach do nadwozia oraz ułamane lusterko, którego niestety brakowało. Początkowo miałem zamiar rozebrać modeliki i zamienić w nich dachy, tak aby pokazany powyżej model stał się pełnowartościową „pagodą”. Drugi model zamierzałem przy jakiejś okazji sprzedać. Jednak od zamiaru tego w końcu odstąpiłem z dwóch powodów:

Kupiony w 2004 roku model, przedstawia historyczny samochód rajdowy. Któż zatem połasiłby się na „rajdowego składaka” z miękkim dachem. Po drugie operacja przerzucenia dachów w przypadku modeli Minichamps byłaby nie tylko bardzo pracochłonna i trudna, ale w praktyce mogła okazać się niewykonalna. W modelach firmy Minichamps, aby były one wykonane naprawdę solidnie (w końcu w porównaniu z modelami innych firm, trochę zawsze kosztują) wiele elementów plastikowych, w miejscach łączenia ich z innymi (np z karoserią), jest dodatkowo klejonych mocnymi, prawdopodobnie cyjanopanowymi  klejami. W praktyce, w przypadku prób demontażu taki elementów, może zakończyć się ich poważnym uszkodzeniem lub wręcz zniszczeniem.   

Dokładnie tak było w przypadku pokazanego tu poniżej modelika. Dach był co prawda z tyłu oderwany do karoserii, ale został mocno przyklejony do górnej krawędzi szyby przedniej i próba rozłączenia tych elementów mogła zakończyć się zniszczeniem jednego z nich. Wtedy modelik nadawałby się właściwie tylko do kosza, a zdemontować i wukorzastać z niego można by było co najwyżej koła.

I tak modelik stał w witrynie czekając na naprawę prawie 12 lat. 

Nie oznacza to, że nic w tym czasie się z nim nie działo. Kiedy modelik był już bardzo zakurzony wyjmowałem go z witryny, odkurzałem i kombinowałem, co z nim zrobić. Kilka lat temu, kiedy już ostatecznie zrezygnowałem z zamiany dachów w modelikach, odciąłem resztki pourywanych bolców przy szybie tylnej. Dorobiłem z przezroczystego tworzywa dwa wałeczki, wsunąłem je przez otwory w półce podokiennej, a następnie przykleiłem do miejsc po odciętych starych bolcach. w ten sposób zamocowałem na nowo urwany dach. (Efekt naprawy widać na zdjęciach poniżej, przez dolny narożnik szyby bocznej tylnej).

Nie miałem jednak pomysłu na dorobienie lusterka. Ani na giełdzie, ani na bazarze na Namysłowskiej, nie trafił mi się żaden „rupieć”, z którego mógłbym wykorzystać lusterko. Jakieś dwa lata temu odciąłem resztki „podstawy” ułamanego lusterka, a otworek w nadwoziu przewierciłem, usuwając resztki starego boleca mocującego lusterko. Modelik znów trafił na półkę w witrynie.

Rok temu, zachęcony udaną przeróbką opisywanej tu Wołgi, postanowiłem „pójść za ciosem”. Wykorzystując dokładnie to samo tworzywo z pokrywki od pudełka po lodach, dorobiłem płytkę lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie „wystrugałem” maleńką nabę, w którą wchodzi pręcik podstawy lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sam pręcik zrobiłem z drutu od zimnych ogni. Tym razem wykorzystałem grubszy drut. (Jak już chyba kiedyś tu pisałem, w moich rupieciach mam dwa pudełka zimnych ogni, jedno z drutem o grubości 0,7 mm, drugie z drutem o grubości 0,5 mm). Pręcik wygiąłem odpowiednio maleńkimi szczypcami. Płytkę lusterka (od strony szyby) przykleiłem  w trakcie obróbki do plastikowego pręcika (aby było za co chwycić). Kiedy płytkę obrobiłem, okleiłem ją poleconą mi kiedyś przez kolegę samoprzylepną folią aluminiową, wystające resztki folii odciąłem żyletką. W maleńkiej nabie (po zewnętrznej stronie lusterka nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm i całość skleiłem klejem Kropelka Żel :

W trakcie wykonywania przeróbki, a właściwie już po dorobieniu lusterka, ale przed zamontowaniem go do modelika, zrobiłem kilka zdjęć, które chyba lepiej niż zamieszczony tu opis, pokazują sposób wykonania lusterka. Skomponowałem z nich obrazek pokazany powyżej. Zdjęcia wykonałem 8 stycznia 2016 roku, a więc tuż po wykonaniu lamp do Wołgi. Do połączenia obu maleńkich elementów wykorzystałem obsadkę nożyka modelarskiego, która w moim warsztacie jest teraz „najważniejszym narzędziem”.

Efekt naprawy w dużym, dwukrotnym powiększeniu, wygląda tak:

Po sklejeniu całości, odciąłem od lusterka biały pręcik (do trzymania go w trakcie obróbki) i nakleiłem wyciętą z grubszej błyszczącej samoprzylepnej folii szybkę lusterka. Dorobione lusterko jest nieco tylko większe niż oryginalne (takie jak w modeliku z białym „miękkim” dachem pokazanym za zdjęciach powyżej). Ale cóż, mniejszego zrobić się po prostu nie dało.

Teraz naprawiony modelik prezentuje się w końcu całkiem dobrze:

Można by jednak zadać w tym miejscu pytanie: Czy modelik musiał czekać na ostateczną naprawę aż 12 lat?

Cóż, „better late than never„, jak w trakcie wspólnego koncertu, powiedział lider mojej ulubionej grupy Earth Wind & Fire do lidera równie legendarnego zespołu Chicago.  Do wykonania tej trudnej i wymagającej „niezłego kombinowania” naprawy musiałem najwidoczniej „dojrzeć”.

W trakcie dorabiania lusterka, z całą pewnością zaprocentowało moje wieloletnie już doświadczenie zdobyte przy naprawach i poprawkach innych modeli, takich jak choćby te z serii „Kultowe Auta PRL”. Pomogło też niewatpliwe moje obycie z różnego rodzaju materiałami, klejami, narzędziami i sposobami dorabiania bardzo drobnych elementów. Konsultacje z kolegą, z którym wymieniam się doświadczeniami, a także moje własne, nie zawsze udane eksperymenty z pozyskiwaniem i używaniem nowych, nie stosowanych wcześniej materiałów i technik. 

Po ostatecznej naprawie modelik trafił do oryginalnej gablotki i choć opuścił „remontową” półkę w witrynie, jednak wraz z drugim modelem „ugrzązł” tym razem w gablotce. Dopiero wczoraj w trakcie „przeglądu” gablotki, która już „pęka w szwach” od kolejnych zakupów, wyciągnąłem obydwa, zrobiłem te zdjęcia i postanowiłem pokazać je na blogu. Teraz w końcu będę mógł schować obydwa modele do pudeł numer 6 i 4 w szafie, w przedpokoju.

Cóż, nie tylko normalne życie, ale i to „kolekcjonerskie” płata nam czasami figle.

Mercedes-Benz 230 SL w mojej kolekcji, zamiast jednej, ładnej „pagody” reprezentują 2 modele: Cywilny kabriolet z „miękkim” dachem oraz właściwa „pagoda”, ale w wersji rajdowej, bez kołpaków na kołach, z oklejonymi „siateczką” lampami przednimi i halogenem w miejscu gwiazdy w atrapie. No, ale tak po prostu wyszło.

W 1963 roku koncern Daimler-Benz wprowadzając na rynek zupełnie nowy model, który zastępował wszystkie wcześniejsze wersje SL (również te drogie i już wtedy w pewnym sensie legendarne), aby pokazać, że nowe auto jest godnym następcą poprzedników, wystawił świeżutki model do morderczego rajdowego maratonu Liège–Sofia–Liege. Samochód nie tylko rajd ukończył, ale i wygrał, co niewątpliwie było jego doskonałą reklamą i przyczyniło się do jego rynkowego sukcesu.

pozdrawiam