Kategoria: Ubiegłoroczne zdobycze

292. Ubiegłoroczne zdobycze (2018) i wspomnienie lata

 

172. Taksówki 1

Najbardziej oczekiwany wpis w roku postanowiłem umieścić tu jako pierwszy po kolejnej dość długiej przerwie i pierwszy w tym nowym już roku.   

choinka-2018-3b

W poprzednich latach zawsze udawało mi się przed Bożym Narodzeniem złożyć moim czytelnikom życzenia. W tym roku będą to niestety życzenia „poświąteczne”. Ale za to zdjęcie powyżej nie jest „przedrukiem” z poprzednich lat, ale przedstawia aktualną, żywą choinkę, która stoi nad barkiem obok witryny z modelikami.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po trzynasty. Moje wszystkie poprzednie  podsumowania można zobaczyć klikając w bocznym pasku w grupie Kategorie na zakładkę „Ubiegłoroczne zdobycze”  

Rok 2018 był dla mnie w pewnym sensie rokiem, w którym postanowiłem trochę „wyluzować” i odpocząć. Zaczął się dość spokojnie, ale w końcówce, zarówno dla mnie jak i  mojej rodziny, okazał się kolejnym trudnym rokiem.

Szczęśliwie porządkowanie spraw po zmarłej w 2017 roku mamie udało się zakończyć wraz z końcem tegoż roku, ale rok 2018 przyniósł nowe wydarzenia i wyzwania. Na początku roku postanowiłem trochę odpocząć. Nie do końca się to udało, bo najpierw atrakcji dostarczył mi portal Onet.pl, który z końcem stycznia 2018 roku postanowił zamknąć platformę, na której przez ponad 11 lat prowadziłem tego bloga.

Dlatego przez pierwsze dwa miesiące zajęty byłem przenoszeniem treści i zdjęć na now,ą platformę. Ostatecznie „stary” blog został zlikwidowany z miesięcznym opóźnieniem (1. marca), ale nawet po jego przeniesieniu jeszcze przez długi czas miałem zajęcie przy „odbudowywaniu” bloga.  Nie będę też udawał, że cała ta sprawa nie wpłynęła na moją słabą aktywność na blogu, na nowej platformie. Byłem zmęczony i jednak trochę rozgoryczony całą tą sytuacją. Dlatego w ramach „odpoczynku” odpoczywałem nie tylko od kolekcji, ale od bloga również.

W marcu i kwietniu zajęty byłem sprawami, które były niejako konsekwencją porządkowanie spraw po zmarłej mamie. A, że sprawy spadkowe, notarialne i majątkowe nie są ani łatwe, ani przyjemne, a zawsze stresujące (zwłaszcza, kiedy  prowadzi się normalne życie zawodowe) na hobby czasem nie ma już po prostu czasu.

Jak na początku napisałem, w roku ubiegłym postanowiłem więc trochę odpocząć, bo wiem, że nowy 2019 rok też łatwy nie będzie. Każdą więc wolną chwilę postanowiłem wykorzystać na relaks, a że pogoda od początku kwietnia, do połowy października była w ubiegłym roku po prostu wspaniała, nie ślęczałem nad modelikami, blogiem i kolekcją, a starałem się spędzać możliwie dużo czasu na łonie natury.

W czerwcu pojechałem na dwudniowy firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Wyjazd, jak wyjazd (służbowy) specjalnie mnie nie zrelaksował, a największe, bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie spływ kajakiem mazurską rzeką. Nigdy przedtem nie byłem na takim spływie i sam byłem bardzo zaskoczony tym, że spływ kajakiem  rzeką może być taki fajny. W ostatnich latach często korzystałem z kajaków, ale były to „rejsy” tylko po zalewach.

Inne moje „letnie” aktywności opisałem w poprzednim wpisie, więc skupię się na tym czego w nim nie opisałem.   

W ubiegłym już roku urlop  przypadł na drugą połowę lipca. Ponieważ w pracy byłem przed urlopem dość mocno zajęty, nie zaplanowałem dokładnie, co będę w jego trakcie robił. Ponieważ w tym roku musieliśmy zabrać ze sobą na urlop leciwego już niestety właściwego Artemisa (który we wrześniu skończył 14 lat) pierwszy tydzień spędziłem właściwie w domu przed komputerem. Akurat w połowie lipca pogoda się popsuła, siedziałem i szukałem możliwości wyjazdu na kilka dni i spędzenia urlopu z psem.

Wybór padł na Mazury. Tak chciała żona. Niestety kilkudniowe poszukiwania kwatery, czy hotelu w internecie nie dawały rezultatu. Ato gdzieś na odludziu, a to dopłata za psa 50 zł za dobę, a to nie wym terminie itd. itd. Czwartego dnia poszukiwań, kiedy pogoda zaczęła się poprawiać, a do wyjazdu zostało kilka dni, daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy w końcu pojechać do Hotelu Molo w Smardzewicach nad zalewem Sulejowskim, w którym w 2016 roku byliśmy na 3 dniowym wakacyjnym wyjeździe.

Wybór okazał się jak najbardziej trafny. Na dwa dni przed wyjazdem zatkało mi się ucho. Jedyną możliwością odetkania go okazała się wizyta u laryngologa i to w dniu wyjazdu na urlop. Wizyta była możliwa tylko w tym dniu i tylko w podwarszawskim Piasecznie ok godz. 14. Na miejscu okazało się, że w przychodni Luxmed było kilka osób prze de mną, co opóźniało wyjazd. Po wizycie, już z przepłukanymi uszami, z Piaseczna wyjechałem dobrze po 14. Ruszyłem prosto do Mszczonowa (polecam tę drogę, okazała pusta i bardzo ładna). Stamtąd pojechałem już szybką trasą do Tomaszowa Mazowieckiego i przed hotelem (już na właściwym urlopie) byłem o 15.15. (Doba w tym hotelu zaczyna się o 14) .

Pobyt mieliśmy zaplanowany na 5 noclegów (przybycie w poniedziałek , wyjazd w sobotę) tak więc niemęcząca, krótka podróż jest sporą zaletą zwłaszcza, kiedy na pokładzie (a właściwie w bagażniku) jedzie i patrzy w szybę klapy tylnej sporych rozmiarów labrador.

W trakcie urlopu pogoda była zmienna, ale cóż dobre planowanie to podstawa. W trakcie pobytu miałem w Iphonie ustawione 2 serwisy pogodowe, a położenie hotelu (ok 1 km od zapory i najdłuższe w Polsce śródlądowe molo) pozwalało szybko weryfikować „na gorąco” to, co podawały serwisy i podejmować właściwe decyzje czy spacer, czy kajak czy wycieczka rowerowa:

Zanim się na nią wybraliśmy, trzeciego dnia pobytu pojechaliśmy samochodem za wieś Karolinów na długi spacer z psem, lasem wzdłuż jeziora i jakieś dwa kilometry za wsią odkryliśmy przepiękne miejsce, gdzie duży sosnowy las dochodzi do samego jeziora. Miejsce to, to pokazana na obydwu filmikach Binduga Zielona.  Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się kajakiem na trzygodzinny rejs na drugą stronę jeziora, gdzie spotkaliśmy czaplę. Czwartego dnia pobytu wybraliśmy się na pożyczonych z hotelu rowerach na wycieczkę własnie nad ową bindugę.

Wycieczka okazała się trochę męcząca (zwłaszcza dla żony), bo ja postanowiłem pojechać na skrót przez las i ominąć niezbyt uroczą wieś Karolinów. Oczywiście pojechałem „na czuja” i w efekcie wylądowaliśmy gdzieś „w polu”, a nad jezioro doprowadziła nas dopiero nawigacja w telefonie.

Kiedy tam już dość zmęczeni dotarliśmy, w trakcie odpoczynku przypadkiem udało się zarejestrować takie oto zdarzenie:

Nie wiem , czy to ta sama czapla, którą widzieliśmy wcześniej podczas rejsu kajakowego, czy nie, ważne, że udało się ją sfilmować.

Pomimo, że pogoda była dość dynamiczna i trzeba ją było non stop monitorować, (w trakcie jednego z rejsów kajakowych złapała nas solidna ulewa, którą udało się szczęśliwie przeczekać pod zadaszeniem na zaniedbanej przystani dla żeglarzy) urlop był wyjątkowo udany. Wcześniej nie przypuszczałem, że nieco ponad 100 km od Warszawy można tak fajnie spędzić kilkudniowy urlop. Ostatniego dnia, po opuszczeniu hotelu pojechaliśmy nad naszą ulubioną bindugę, gdzie spędziliśmy jeszcze kilka godzin i dopiero wieczorem wróciliśmy do Warszawy.

W sierpniu (po urlopie) wybraliśmy się jeszcze kilka razy nad Zalew Tatar w Rawie Mazowieckiej i na również opisywane tu poprzednio glinianki w Zielonce.

Prawdziwe jednak turystyczne eskapady odbyłem jednak jesienią.

Otóż jesienią postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Wziąłem dzień urlopu (środa), sprawdziłem w moim służbowym Iphonie pogodę. Pomyślałem, że 24 lata mieszkam na warszawskiej Pradze, a właściwie ciągle jeżdżę w te same znane od lat miejsca, a nad Bugiem w okolicach Wyszkowa nigdy nie byłem.
Poprzedniego dnia zacząłem przeglądać w sieci mapy w Google, aby ustalić trasę. Okazało się, że cześć dróg, którymi mógłbym pojechać jest sfilmowana i można dokładnie sprawdzić, za którą chałupą, w którą drogę trzeba skręcić, aby dojechać do pięknego zakola rzeki, którego zdjęcie ktoś wstawił w Google i wyświetla się ono przy przeglądaniu map.
Wybór padł na Łochów jako początek trasy. Z domu wyjechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Łochowa i z powrotem.  Po obejrzeniu dworca w Łochowie, wpadłem do baru Smak (czyli budy przy peronie), która akurat w sieci miała najlepsze notowania. Zamówiłem kebab. Po zjedzeniu dziecinnej porcji “junior” za 12 zł (notabene większej niż drugie danie w mojej firmowej kantynie) ruszyłem w trasę. Najpierw pojechałem ok. 4 km wzdłuż DK 62 – trochę po ścieżce, trochę po chodniku, aż dojechałem do wsi Gwizdały, w której zjechałem na lokalną drogę do Kamieńczyka (która podobnie jak DK 62 też jest w Google sfilmowana). Po kolejnych 4 kilometrach dojechałem do wsi Nadliwie, gdzie rzeka Liwiec dochodzi do drogi i jest fajne miejsce na odpoczynek. Dzięki obejrzeniu filmu w sieci, zapamiętaniu trasy, a także aplikacji Google maps w telefonie, już drogą leśną dotarłem nad piękne zakole Bugu odległe od wsi Nadkole o ok 3 km. Spędziłem tam godzinę odpoczywając, robiąc zdjęcia i napawając się przepięknym widokiem.

Z tego miejsca wróciłem na asfaltową drogę lokalną w kierunku Kamieńczyka. Drogą tą przejechałem na drugą stronę rzeki Liwiec i na pół godziny zatrzymałem się na dość wysokim moście, z którego rozciąga się wspaniały widok na łąki i lasy (miejsce gdzie Liwiec wpada do Bugu).

Stamtąd, przez lasy wróciłem lokalną asfaltową drogą do stacji kolejowej Urle oddalonej od Kamieńczyka o 12 km.  Po drodze zahaczyłem jeszcze o kompleks Loretto – sanktuarium, dom opieki i ładny rozległy teren położony w lasach nad Liwcem.

Do Warszawy wracałem pociągiem.

Tyle moich reminiscencji z wypadów rowerowych nad Bug w okolicach Wyszkowa i wycieczek Łochów- Kamieńczyk Urle odbytych w środy 12 września, 19 września i czwartek 11 października (po tym samym terenie, nieco tylko innymi trasami) oraz niejako ich “pokłosiem” czyli wycieczkami z żoną, odbytymi już samochodem w niedziele 7 i 14 października (z konsumpcją pierogów w ośrodku Nadliwie).

W listopadzie jak zwykle wybrałem się na spotkanie z okazji 67. rocznicy rozpoczęcia produkcji w warszawskiej FSO.  Relacje z takich zlotów umieszczałem w poprzednich latach jako osobny wpis na blogu. Tym razem zabrakło mi „weny”, ale na telefonie pozostała mi z tego spotkania taka oto fotorelacja:

Tyle o ciekawych i przyjemnych wydarzeniach, jakie spotkały mnie w ubiegłym roku.

Ale nie tylko takie miały miejsce. Miałem też jeszcze jedną „okazję” zwiedzenia nieznanych mi, innych niż opisane powyżej, zakątków Mazowsza.

1 listopada , jak od lat, wybraliśmy się z żoną na cmentarz w Żyrardowie, aby odwiedzić grób mamy. Następnego dnia pojechaliśmy na groby do Mińska Mazowieckiego. Na cmentarz pojechała z nami teściowa. Mieliśmy pierwotnie odwiedzić kilka grobów najbliższych i wracać, bo pogoda nie zachęcała do spacerów. Teściowa (nazywana przez nas babcią Sławcią) czuła się dobrze i „obleciała” z nami calutki cmentarz, a nie tylko groby najbliższych. „Obchód” trwał półtorej godziny i wróciliśmy trochę zziębnięci,

Jakieś dwa tygodnie później teściowa, która już od jakiegoś czasu narzekała na dziwne zasłabnięcia i zawroty głowy źle się poczuła i trafiła do szpitala w Mińsku. Ze szpitala wróciła na kilka dni do domu, ale została skierowana do specjalistycznego szpitala w Rudce koło Mrozów na dokładne badania.

W szpitalu nie czuła się dobrze. Odwiedziłem ją wraz z żona 3 razy. Z pracy zwalniałem się po obiedzie. Jechałem po żonę, która kończyła pracę o 16. Razem już przebijaliśmy się przez stojącą o tej porze w korkach Warszawę. Do Rudki dojeżdżaliśmy ok 18 i z babcią Sławcią byliśmy do 21. Potem wpadaliśmy na szybkie zakupy do Topazu w Kałuszynie i z powrotem do Warszawy. Poza tym żona odwiedzała swoją mamę również w weekendy.

Przy pierwszej i drugiej wizycie babcia Sławcia czuła się w miarę możliwie. W trakcie drugiej wizyty długo pokazywałem jej zdjęcia z opisanych tu jesiennych wycieczek nad Bug i Liwiec, a babcię Sławcię bardzo ich oglądanie ożywiło i odprężyło. Kiedy po raz trzeci pojechaliśmy do niej 5 grudnia, była już bardzo słaba. Leżała i mamrotała, mieliśmy nadzieję, że to skutek męczącego badania jakie przeszła poprzedniego dnia. Przezornie, mając w pamięci moją mamę, kiedy wyszedłem z sali, w której przy swojej mamie została zapłakana żona, zadzwoniłem do córki i drugiej wnuczki babci Sławci z informacją, że babcia nie jest w dobrej formie.

W szpitalu w Rudce spędziliśmy tego dnia 3 godziny. Rozmawialiśmy też z lekarzem. Kiedy poszedłem się pożegnać z pół śpiącą i w pół przytomną Sławcią zapytałem, czy mnie poznaje. Odpowiedziała: Paweł

W mikołajki, 6 grudnia jak zwykle byłem w pracy. Ok 11 kończyła się aukcja na której bardzo mi zależało i którą udało mi się wygrać,  po czym szybko wróciłem do normalnej pracy.  Ok 16. zadzwoniła komórka. Marek, brat mojej żony poinformował mnie, że przed godziną Sławcia zmarła.

Następnego dnia znów ruszyliśmy z żoną do Mińska. Z Markiem miałem możliwość obejrzenia Mrozów (tym razem za dnia) , dokąd musieliśmy pojechać po akt zgonu. Tydzień po naszej ostatniej wizycie w szpitalu w Rudce odbył się pogrzeb.

Babcia Sławcia była dla nas osobą ważną i bliską. Kiedy w czerwcu 1996 roku urodziła się moja córka, przez pół roku Sławcia właściwie z nami mieszkała i pomagała żonie opiekować się maleńką Agnieszką. Do swojego domu w Mińsku jeździła tylko w weekendy.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 20178 był trzecim rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym nie ukazywała się już żadna z serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa” ochłonąłem już kilka lat wcześniej i ze wspomnianej serii nie dokupiłem już żadnego modelika.

W marcu wybrałem się na giełdę, na której sprzedałem dość korzystnie jeden model , ale niczego nie kupiłem. W maju, w trakcie wizyty w przychodni na Wiatracznej, kupiłem za całe 10 zł „startowy” model z kolekcji „Kultowe Autobusy PRL”, który jakimś cudem „przeleżał się” w kiosku na bazarku obok przychodni dobrych kilka tygodni, ale jest on w skali  1:72 nie będę wiec go tu prezentował, bo do właściwej kolekcji nie wchodzi.

W czerwcu, na giełdzie nie byłem, bo akurat pojechałem na wyjazd integracyjny.

W międzyczasie, zajęty różnymi sprawami niespecjalnie też zaglądałem na Allegro. W efekcie tego w mojej kolekcjonerskiej karierze nastąpiła 11 miesięczna przerwa w jakichkolwiek zakupach (od października 2017 do września 2018).

Na wrześniową giełdę wybrałem się trochę towarzysko, trochę z przyzwyczajenia, ale tym razem przywiozłem z niej aż 3 modele.

Zakupy 2018 1bSą to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S. Na początku października wylicytowałem na Allegro modelik Ford Anglia.

Zakupy 2018 2bTym samym z mojej „listy poszukiwanych” wreszcie, po kilkunastu latach od jej założenia zniknęły (prawie za jednym zamachem) aż 2 modele: Hillman i Ford. Na liście pozostały już tylko 4 pozycje, które niekoniecznie muszę mieć.

W październiku też postanowiłem kupić od kolekcjonera, od którego kilkanaście lat temu kupiłem kilka modeli modelik Fiata 1100 TV niejako w celu uzupełnienia serii aut tej marki. Transakcja okazała się jednak trudna do zrealizowania. Początkowo wszystko wyglądało dobrze. Później zaczęły się podchody, nieodebrane telefony, itd. Po trzech tygodniach wreszcie dopiąłem swego. Udało się umówić i odebrać modelik.

Zakupy 2018 3b

Miesiąc później na Allgro kupiłem okazyjnie model Peugeot 504 coupe, o którym od jakiegoś czasu myślałem. Zakup ten nieoczekiwanie zaowocował wykonaniem dość dużej i nieco pracochłonnej przeróbki innego modelika tego samochodu. Kupionego 21 lat temu starego modelika Solido. W mikołajki 6 grudnia wylicytowałem na Allegro modelik Skody 110 L firmy Abrex, która zastąpi niezbyt udany model z serii „Kultowe Auta PRL”.

Zakupy 2018 4b

Na grudniowej giełdzie nabyłem też model Porsche 911 turbo, o którym myślałem od kilku lat. Chciałem w końcu uzupełnić moją „mini kolekcję” dziewięćset jedenastek właśnie o model tej wersji. Miałem zamiar to zrobić już jakiś czas temu, przymierzałem się jednak do jakiegoś dobrego modelika, niekoniecznie z serii gazetowej. Na giełdzie trafiło mi się akurat białe Kyosho.

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 1995. W całym roku zamknęły się kwotą 298 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Zakupy 2018 5b

Kolekcja i tak jest już bardzo duża i w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca. Dlatego też każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) powinien być dokładnie przemyślany.

Ale czy do końca tak było?

Pomimo naprawdę niewielkich zakupów i tak po trosze już chyba kolejny rokz rzędu „zacząłem zjadać własny ogon” kupując 2 modele aut, które właściwie w kolekcji już od dawna mam(tylko w nieco innej wersji).

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda pod sam koniec roku,  spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu i wykonałem wspomnianą tu kompleksową przeróbkę starego modelika Solido.  Jednak w skali całego roku nie miałem zupełnie czasu na wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć żadnej z planowanej od kilku lat innych poważniejszych przeróbek.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się opisać żadnej moich nowych zdobyczy. Niestety odbudowa bloga po przymusowych przenosinach z platformy Blog.pl (co było widoczne w bieżących wpisach z pierwszej połowy ubiegłego roku) kosztowała mnie tyle czasu i po trosze nerwów, że na opisywanie kolejnych modelików zabrakło mi po prostu zdrowia. 

Może ten, nowy rok przyniesie jakąś zmianę w tym względzie. Kolekcja jak widać nie będzie się już rozwijać tak, jak w poprzednich latach, bo zgromadziłem już prawie wszystko, co chciałem mieć. Ale za to opisywać jest naprawdę co, bo przecież bardzo wielu ciekawych modeli, które kupiłem zwłaszcza w ostatnich latach jeszcze tu nie pokazałem.

pozdrawiam

 

P.S.

3 stycznia 2018

POŻEGNANIE 

We wrześniu ubiegłego roku Artemis skończył 14 lat i kiedy po raz pierwszy od wielu lat zabieraliśmy go na urlop, mieliśmy poważne obawy, jak to zniesie. Był w poważnym jak na dużego psa wieku i miał już szereg związanych z tym dolegliwości.

Nie sprawił nam jednak żadnego problemu.

wakacje 2018 2

Rano szliśmy z nim na godzinny spacer do lasu (za ośrodkiem) , wieczorem szliśmy na drugi godzinny spacer. Cały zaś dzień spędzał na zacienionym balkonie (pokój dostaliśmy na parterze, a balkon od przyległej do ośrodka ściany lasu oddzielał tylko kilkumetrowy trawnik). Byłem też bardzo zaskoczony jego zachowaniem nad wodą. Myślałem, że w podeszłym wieku będzie spokojnie leżał na kocu i nie w głowie mu będą jakiekolwiek harce. Jednak gdy zaraz po przyjeździe poszliśmy z nim nad jezioro, kiedy spuściłem go ze smyczy od razu wskoczył do wody i przez dobre pół godziny trzeba mu było rzucać patyki i gałęzie, po które pływał i przynosił na brzeg. Zachowywał się dokładnie tak samo, jak dobrych 10 lat wcześniej.

wakacje 2018 1

Jesienią jednak jego stan coraz bardziej się pogarszał. Najpierw żona przestała mu dawać suchą karmę i zaczęła dawać karmę z puszek, a przez ostatni miesiąc gotowała mu podroby i mieszała z ryżem. Ponadto od jakiegoś już czasu, kiedy pił wodę rozchlapywał ją bardzo wokół miski. Na spacery wciąż chodził chętnie, ale czasami wracał z nich zmęczony i ociężały.

Kilka dni temu zauważyliśmy, że chyba nie bardzo się czuje. Czasem nie kładł się, a stał z opuszczonym ogonem zupełnie osowiały. W ostatnim czasie jadł sporo, chodził tylko na krótkie spacery, a mimo to bardzo schudł. Wczoraj cały czas chodził za mną po mieszkaniu, jakby chciał być tuż obok bliskiej osoby. Byliśmy jego stanem zaniepokojeni i już dobrze po pierwszej w nocy, pomimo zimna i wiatru, na prośbę żony wyszedłem z nim na krótki spacer. Zachowywał się w miarę normalnie. Dzisiaj rano, przed wyjściem do pracy, żona wyszła z nim na spacer dwukrotnie.

Wracając z pracy miałem obawy w jakiej formie go zastanę. Postanowiłem nigdzie nie wstępować i jechać prosto do domu.  Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem zobaczyłem, że pies leży w końcu korytarza. Miałem zamiar od razu go wyprowadzić na spacer. Jednak Artemis nie był w stanie się już podnieść. Obok stała nietknięta, pełna miska naszykowanego przez żonę jedzenia. Na przystanek po żonę wyszedłem więc sam. Artemis cały czas leżał i nie był w stanie wstać. Wzięliśmy duży stary  koc, położyliśmy go na nim i tak we dwójkę, robiąc co kilkanaście metrów przerwy na odpoczynek,  zanieśliśmy go do lecznicy nieopodal naszego bloku.

Młoda i miła pani weterynarz przyjęła nas poza kolejką. Kiedy opowiedzieliśmy jej co i jak się stało, obejrzała psa, który leżał i prawie się nie ruszał. Zajrzała do komputera, gdzie była długa historia jego wizyt w lecznicy. Wklepała do komputera „artemis”, a ja zauważyłem kartę psa i wpis „wiek – 14 lat, 3 miesiące”. Po chwili weterynarz zapytała: „Czy jesteście państwo zdecydowani ?”

Byliśmy zgodni, a weterynarz nie była zaskoczona naszą decyzją, o której już od jakiegoś czasu, wcześniej rozmawialiśmy w domu.  W zaistniałej sytuacji wykazała pełne zrozumienie. Podzieliła naszą opinię, że dopóki komfort życia zwierzaka był akceptowalny (mógł jeść, chodzić na spacery i cieszyć się nimi) dopóty można go było leczyć, ale kiedy nie był wstanie ani jeść, ani utrzymać się na nogach, przedłużanie jego agonii nie miało sensu. Dostał najpierw zastrzyk uspokajający, po którym usnął, po czym  weterynarz poinformowała nas, że lepiej byłoby abyśmy nie byli obecni przy dalszych czynnościach i poczekali  na korytarzu.

Tak trochę jednak nieoczekiwanie pożegnaliśmy Artemisa. Był wspaniałym psem. Zawsze będę miał go w pamięci. Jako „kuleczkę”, maleńkiego szczeniaka, który kiedy tylko otworzyło się drzwi do ubikacji, podrywał się z legowiska i zanim drzwi się zamknęły, błyskawicznie wpadał do ubikacji i wywlekał na korytarz stojącą w koncie dużą szczotkę. Będę pamiętał gdy po 6 tygodniowej kwarantannie, dumna, 8 letnia wówczas nasza córka prowadziła go na pierwszy spacer. Będę pamiętał dzikie harce w Lasku Młocińskim w czasie wycieczki „na sanki” utrwalonej na zdjęciach z 2005 roku opisanych w naszych zbiorach jako „pierwsza zima Artemisa” :

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Reklamy

287. Ubiegłoroczne zdobycze (2017)

Najbardziej oczekiwany wpis w roku, ukazuje się na tym blogu jako wpis ostatni ! 

Za dwa tygodnie platforma Blog.pl zostanie zamknięta, a wszystko co tu widzicie zniknie z sieci.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po dwunasty.  Poprzednie moje coroczne podsumowania można zobaczyć tu:  2016, 2015, 2014, 201320122011, 2010, 2009200820072006.

Rok 2017 był dla mnie i mojej rodziny rokiem wyjątkowo trudnym. Dlatego podobnie jak w latach ubiegłych, znów nie wszystkie modele jakie w ubiegłym roku kupiłem udało mi się na tym blogu zaprezentować. A szczerze mówiąc udało się zaprezentować tylko kilka znich.

W listopadzie 2016 moja mama skończyła 89 lat i od poprzednich dwóch lat ma już niestety dość poważne problemy ze zdrowiem. Pod koniec lutego stan  jej krwi pogorszył się. (Mama od kilku lat chorowała na czerwienicę, która pod koniec 2016 roku ustąpiła, ale przeszła w niedokrwistość) Pod koniec lutego przytomna i chodząca o własnych siłach mama znów trafiła do szpitala, tego samego co w grudniu 2016 roku. Jednak tym razem jej pobyt w nim zakończył się tragicznie.

W szpitalu, sale były przepełnione i mam trafiła na salę, na której leżało razem 5 osób. Po podaniu kolejnej porcji krwi (podobny zabieg mama przeszła w grudniu 2016 roku), mam była osłabiona i zaraziła się grypą. Ja też się od niej zaraziłem, a grypa była na tyle silna, że pierwszego dnia choroby mnie zwaliło z nóg i do lekarza byłem  stanie pojechać dopiero drugiego dnia. Dostałem lek blokujący wirusa i po trzech dniach stanąłem na nogi.

Niestety stan mojej mamy cały czas się pogarszał. Wyniki ponoć miała dobre, ale z dnia nadzień stawała się coraz mniej sprana i mimo starań lekarzy było z nią coraz gorzej.  Po trzech tygodniach pobytu, szpitalne sale zaczęły pustoszeć (prawdopodobnie z powodu konieczności wygaszenia infekcji jaka panowała na oddziale). Moja mam też została ze szpitala wypisana. W piątek 17 marca, późnym wieczorem siedzącą na inwalidzkim wózku mamę do domu w Piastowie przywiozła karetka. Ułożyłem ją na przygotowanym wcześniej łóżku, a w pracy od poniedziałku  wziąłem 3 dni urlopu. W sobotę stan mamy był zły i kiedy zorientowałem się, że  infekcja, jaką zraziła się w szpitalu nie ,ustąpiła, wezwałem karetkę. Ratownicy przeczytali opis, podali mamie kroplówkę, polecili skontaktować się z lekarzem rodzinnym (z przychodni). Po południu w sobotę, do Piastowa przyjechała moja żona i wraz z nią (a także panią Krysią, która mamie od kilku miesięcy pomagała) zajmowaliśmy się mamą. Ok 1 w nocy podaliśmy jej ostatnie leki, nakarmiliśmy ją łyżeczką, którą też podawaliśmy jej wodę i położyliśmy się spać w drugim pokoju.

W niedzielę rano 19 marca, żona wstała do ubikacji i przy okazji zajrzała do mamy. Szybko wróciła jednak do naszego pokoju i obudziła mnie: Paweł „babcia” chyba umarła. Poszedłem szybko do pokoju mamy i przekonałem się, że mama nie żyje.

W poniedziałek załatwiłem wszystkie formalności związane z pogrzebem, a we wtorek wróciłem do pracy. Trzy dni urlopu, które w piatek wypisałem „na opiekę nad mamą” okazały się już niepotrzebne.

Tydzień po feralnym powrocie mamy ze szpitala, w Żyrardowie odbył się jej pogrzeb.

Niedługo po nim zmuszony byłem rozpocząć trwające dobrych kilka miesięcy porządkowanie spraw po mamie. W maju, po raz trzeci w ubiegłym roku z Francji przyjechała moja siostra i załatwiliśmy formalności spadkowe. Niestety porządkowanie, a właściwie uprzątnięcie domu po mamie spadło na mnie.

W ubiegłym roku już nie, w związku z koniecznością częstych odwiedzin u mamy, ale uprzątaniem tego co po niej zostało, nie wyjechałem na urlop. Owszem wziąłem na przełomie lipca i sierpnia dwutygodniowy urlop, jednak cały spędziliśmy w Piastowie przerzucając kilogramy nikomu do niczego niepotrzebnych starych rzeczy, wywożąc je na wysypisko itd. itd.  Pogoda była bardzo zmienna i niepewna.  Do Zielonki latem nie jeździliśmy w ogóle. W trakcie tego pełnego pracy urlopu odbyłem tylko 2 całodniowe wycieczki nad oddalony od Warszawy o 80 km Zalew Tatar (pod Rawą Mazowiecką).

Zalew Tatar blog2Tym razem, inaczej niż w poprzednim roku, kiedy to odwiedzaliśmy ten uroczy zakątek „południowego Mazowsza”, wspominaliśmy trzy wycieczki odbyte rok wcześniej, w trakcie których  zabieraliśmy ze sobą moją mamę. My wypożyczyliśmy kajak, a mama leżała na trawniku tuż nad wodą, na przenośnym łóżku, w cieniu brzóz i była wycieczkami zachwycona. Teraz najpierw braliśmy kajak i przez godzinę opływaliśmy to całkiem miłe jezioro, a później zabieraliśmy z samochodu koc i szliśmy na łączki, na które przed rokiem zabieraliśmy mamę. Takich wycieczek odbyłem latem 3 . Tę ostatnią już po właściwym urlopie.

Zalew Tatar 12bZ uwagi na opisane tutaj okoliczności, na blogu, w roku ubiegłym pokazałem na bieżąco tylko część moich świeżych zdobyczy. ”Modelikowo” mogę jednak rok 2017 uznać za nie do końca udany.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 2017 był drugim rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym nie ukazywała się żadna z serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa”ochłonąłem już kilka lat wcześniej i z dwóch różnych serii dokupiłem okazyjnie już tylko 2 modele, 2 zaś inne „odziedziczyłem” .

Zakupy 2017 0b

Modele „odziedziczone” to Trabant 601 kombi i żółty Fiat 126p z serii „Kultowe Auta PRL” Obydwa kupiłem kilka lat temu na prośbę mamy i obydwa stały cały czas u niej i przypominały jej prawdziwe auta jakimi moi rodzice kiedyś jeździli. Po śmierci mamy zabrałem je i włączyłem do mojej kolekcji.   Na przełomie stycznia i lutego udało mi się wykonać jedną z przeróbek, do której bardzo długo się przymierzałem. Do modelika-zabawki Burago zamontowałem gumowe koła z innego, kupionego za 2 zł na bazarze na Namysłowskiej modelika-zabawki i w ten sposób do kolekcji dołączył (prezentowany w albumie obok) Suzuki Vitara, który w jakimś pudle w pawlaczu przeleżał dobrych kilkanaście lat. W połowie lutego wygrałem na Allegro opisanego dopiero pod koniec października Opla Astrę J. W październiku też dokupiłem w Media Markt białego Opla Rekorda C z serii „Kultowe Auta PRL” (za całe 15 złotych).

287. Zdobycze 4

Pod koniec stycznia wygrałem na Allegro, przerobiłem i opisałem na blogu Dodge WC 63. Pozostałe pokazane tu modele pochodzą z giełd.

Chevroleta 3100 kupiłem w czerwcu, zaś Mercedesa i Fiata 1100 we wrześniu. Ten ostatni kosztował mnie całych 10 zł. Chevrolet zastąpi  modelik-zabawkę z napędem firmy Maisto, którą mam od wielu lat, a która jest w skali 1:45. Mercedesa mam zamiar przerobić na model 350 Mannheim. Mam już od lat właściwie taki sam model w kolekcji, ale ten ma inne (właściwe dla epoki) koła i z uwagi na to, że kosztował  25 zł postanowiłem dokupić, bo od lat „chodził mi po głowie” .

Zakupy 2017 2b

Na podobnej zasadzie na marcowej giełdzie kupiłem model, który też od lat w kolekcji mam. Lotus Esprit firmy Corgi po prostu urzekł mnie otwieranymi i chowanymi reflektorami. Na tej samej giełdzie kupiłem też jeden z ostatnich modeli na mojej „liście poszukiwanych” – Fiata 128. Forda Crown Victoria z serii „Kultowe Wozy Policyjne” oraz Bittera CD kupiłem na Allegro. Zaś na wrześniowej giełdzie wreszcie zdobyłem model, krtóry co prawda na „liście poszukiwanych” nie figurował, ale szukałem go od wielu wielu lat: Ford Sierra RS500, legenda wyścigów DTM z czasów kiedy pracowałem dla Forda w Niemczech. Szczególnie cieszą mnie czarny kolor, pomarańczowe napisy „Texaco”, numer startowy „7” i kierowca Klaus Ludwig, bo takie auto widziałem w 1988 roku w trakcie „dni otwartych” ośrodka badawczo rozwojowego Forda w Kolonii.

Większość zakupionych w ubiegłym roku modeli została pokazana kilka miesięcy temu w albumach (obok).

Jak już tu napisałem, rok 2017 nie był dla mojej kolekcji szczególnie udany, nie był to rok obfity. W kolekcji pojawiło się zaledwie 14 nowych modeli, a właściwie nawet mniej, o wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupiłem tylko w 1994 roku. Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 1995 i poziomu z roku 2016 nie osiągnęły. W całym roku zamknęły się kwotą 316 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Kolekcja i tak jest już bardzo duża i w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca. Dlatego też każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) powinien być dokładnie przemyślany.

Ale czy do końca tak było?

Pomimo naprawdę niewielkich zakupów, (bo tak naprawdę kupiłem nie 14, a 11 modeli), to i tak po trosze „zacząłem zjadać własny ogon” kupując 2 modele aut, które właściwie w kolekcji już od dawna mam (tylko w nieco innej wersji).

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”. Dokonywałem w nim tylko bieżących, doraźnych napraw i przeróbek. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda na samym początku roku, (kiedy problemy ze zdrowiem mamy udało się opanować) spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu. Jednak w skali całego roku nie miałem zupełnie czasu na wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć żadnej z planowanej od kilku lat poważniejszych przeróbek. 

Mimo ponawiania prób i podchodów na giełdach i Allegro, nie udało się też w mijającym roku kupić więcej niż 1 model z mojej ”listy poszukiwanych”. 

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się regularnie opisywać moich nowych zdobyczy. Właściwie opisałem tylko 2 nowe nabytki. 

Ale cóż, może i dobrze, że nie zajmowałem się zbytnio blogiem, bo za dwa tygodnie platforma Blog.pl zostanie zamknięta, a wszystko co tu widzicie nieodwołalnie zniknie z sieci.

Tym niemniej,  

JUŻ PO RAZ NAPRAWDĘ OSTATNI, 

PRAGNĘ NAPRAWDĘ SERDECZNIE I SZCZERZE PODZIĘKOWAĆ TYM WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ PONAD 11 LAT  ODWIEDZALI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

 pozdrawiam Artemis

279. Ubiegłoroczne zdobycze (2016)

Najbardziej oczekiwany wpis w roku, ukazuje się z jeszcze większym opóźnieniem niż ubiegłoroczny. Nie jak zwykle pod koniec stycznia, ale dopiero pod koniec lutego. Cóż, tak bywa . Nie było w ciągu ostatnich miesięcy jakichś spektakularnych wydarzeń, które moje podsumowanie roku by opóźniały. Ot po prostu nie mogłem się jakoś zebrać.  W końcu, w blogosferze jestem już ponad 10 lat. Większość blogów, które odwiedzałem od początku mojej „blogowej” kariery, od dawna „zamilkło” lub w ogóle zniknęło. Odeszło też kilku blogerów. Ten blog wciąż istnieje i choć niezbyt często, to jednak co jakiś czas, coś nowego się na nim ukazuje.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po raz jedenasty.  Poprzednie moje coroczne podsumowania można zobaczyć tu: 2015, 2014, 201320122011, 2010, 2009200820072006.

Rok 2016 był dla mnie i mojej rodziny pod wieloma wzgędani podobny do poprzedniego. Dlatego podobnie jak w latach ubiegłych, znów nie wszystkie modele jakie w ubiegłym roku kupiłem udało mi się na tym blogu zaprezentować.

W listopadzie moja mama skończyła 89 lat i od dwóch lat ma już niestety dość poważne problemy ze zdrowiem. Pod koniec lutego jej prawa noga znów (jak rok wcześniej) zaczęła puchnąć i choć ranka, którą miała w poprzednim roku zagoiła się, na dużym palcu pękła jej skóra i utworzyło się kilka ran podobnych do tej zaleczonej. W marcu od razu pojechałem z nią do chirurga naczyniowego do Luxmedu. Ten sam, bardzo dobry lekarz od razu skierował ją do szpitala w Międzylesiu, gdzie w maju przeszła zabieg udrożnienia tętnicy w chorej nodze. (dokładnie taki sam jak rok wcześniej). Mama długo wracała do zdrowia, wymagała opieki i częstych wizyt. Właściwie dopiero od jesieni nastąpiła wyraźna poprawia.  Teraz mama już lepiej chodzi, a dzięki robieniu właściwych opatrunków, które musiałem jej robić, rany na nodze zupełnie się zagoiły.

W maju córka zdawała maturę. Przeżywała to okropnie, do połowy lipca chodziła i panikowała, że nie wie czy zda. Na początku lipca kiedy ogłoszono wyniki, okazało się, że maturę zdała naprawdę dobrze. Całe szczęście, że rok wcześniej w konkursie plastycznym zdobyła indeks, więc zaoszczędziło to nam emocji związanych z egzaminami wstępnymi. W październiku rozpoczęła studia ma Wydziale Grafiki ASP.

W ubiegłym roku, podobnie jak w roku poprzednim, w związku z koniecznością częstych odwiedzin u mamy, właściwie nie wyjechałem na urlop.  Owszem wziąłem na początku lipca dwutygodniowy urlop, ale pogoda była bardzo zmienna i niepewna. Jeszcze w niedzielę (przed rozpoczęciem właściwego urlopu) wyrwaliśmy się z żoną, na trzy dni do miłego hotelu Molo nad Zalewem Sulejowskim. Po powrocie robiłem w domu różne naprawy i drobne remonty, na które wciągu roku brakuje zazwyczaj czasu.

Poza tym 15 sierpnia byliśmy z żoną na dawno nie odbywanej „pielgrzymce”. Tym razem nie tylko (jak zazwyczaj) do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, ale najpierw do Nałęczowa.  Po koniec  sierpnia i we wrześniu, kiedy pogoda po kapryśnym lecie wreszcie się ustabilizowała, odbyłem  3 całodniowe, niedzielne wycieczki nad oddalony od Warszawy o 80 km Zalew Tatar (pod Rawą Mazowiecką).

Tym razem, inaczej niż w poprzednim roku, kiedy to właściwie „odkrywaliśmy” ten uroczy zakątek „południowego Mazowsza”, zabieraliśmy ze sobą moją mamę. My dwa razy wypożyczyliśmy kajak, a mama leżała na trawniku tuż nad wodą, na przenośnym łóżku, w cieniu brzóz i była wycieczkami zachwycona.

Brak urlopu w pewnym sensie zrekompensowała mi też firma, w której pracuję. Z okazji 20. rocznicy jej utworzenia, 4 czerwca odbyłem krótką, aczkolwiek bardzo udaną wycieczkę integracyjną do Iławy:

Z uwagi na opisane tutaj okoliczności, na blogu, w roku ubiegłym pokazałem na bieżąco tylko część moich świeżych zdobyczy. ”Modelikowo” mogę jednak rok 2016 uznać za naprawdę udany.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 2016 był pierwszym od lat rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym chyba definitywnie zakończyło się wydawanie wszystkich serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa”ochłonąłem już kilka lat wcześniej i z serii kupiłem już tylko jeden model wydany „na pożegnanie” – Fiata 1500.   Kolekcja wzbogaciła się jeszcze o kilka modeli popularnych aut, z okresu mojego dzieciństwa i młodości. Jednak modele te kupiłem „okazyjnie” lub „bardzo okazyjnie”, długo po ukazaniu się ich w kioskach, właściwie po bardzo długim namyśle, celem uzupełnienia dotychczasowych zbiorów serii „Kultowe auta PRL”.  

Kolekcja wzbogaciła się za to o kilka modeli, na które długi czas „chorowałem”:  

Na początku stycznia udało mi się wreszcie zdobyć model legendarnego londyńskiego autobusu AEC Regent III. Bardzo się z niego cieszę, bo swego czasu zacząłem nawet rozmawiać z siostrą, która mieszka we Francji na temat zakupu tego modelu we Francji, bo nie sądziłem, że w Polsce uda mi się go kiedykolwiek zdobyć. Bardzo udaną transakcją był też grudniowy zakup modeli Mercedes 170V i Fiat Tipo 2. Modele nie budzą może moich specjalnych emocji, jednak cieszą. 

Po latach poszukiwań udało się też zdobyć kilka modeli klasycznych aut sportowych, istotnych w historii motoryzacji.  I tak, z mojej listy „poszukiwanych” wypadły wreszcie Volovo P 1800 oraz Bugatti T35, którego niestety na blogu nie udało się opisać.  Bardzo cieszy mnie też zdobycie Nissana Fairlady oraz Mazdy RX7

Poza tym do kolekcji doszło kilka modeli aut bardziej współczesnych. Szczególnie zadowolony jestem z zakupu (pod koniec sierpnia na Allegro) Mercedesa klasy E (W213), którego nie udało mi się upolować w trakcie kilkudniowej, służbowej wycieczki do Stuttgatru (odbytej rok wcześniej). Bardzo cieszą mnie także modele Audi A5  oraz Chevrolet Bel Air z serii „Kultowe Wozy Policyjne” która też w ubiegłym roku dość nieoczekiwanie przestała się ukazywać, a z której kupiłem w sumie 2 modele. (Drugi to pokazana na pierwszym zdjęciu niebieska Toyota Land Cruiser FJ40).  

Jak tu już napisałem, rok 2015 był dla mojej kolekcji naprawdę udany, aczkolwiek pod względem zakupów nowości, nie był to rok obfity. W kolekcji pojawiło się 20 nowych modi, o kilka mniej niż w roku 2015. Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 2013 i poziomu rekordowych z lat 2001 – 2004, jak i poniesionych w roku 2015 nie osiągnęły. W całym roku zamknęły się kwotą 569 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest raczej kwotą niewygórowaną.

Kolekcja i tak jest już bardzo duża, w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca, dlatego każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) musiał być dokładnie przemyślany. 

 

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku, relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”. Dokonywałem w nim tylko bieżących, doraźnych napraw i przeróbek. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda na samym początku roku, (kiedy problemy ze zdrowiem mamy udało się opanować) spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu. Udało mi się wtedy zrobić jedną z większych przeróbek w historii mojej kolekcji ( była nią przeróbka skrzyni Żuka A11B, którą tu opisałem). Jednak w skali całego roku nie miałem za bardzo czasu na dłuższe wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć planowanej od początku przeróbki polegającej na obniżeniu okien i dachu, kupionego w styczniu modelika AWZ P70 kombi (pokazanego na pierwszym zdjęciu).  

Mimo ponawiania prób i podchodów na giełdach i Allegro, nie udało się też w mijającym roku kupić więcej niż 2 modele z mojej ”listy poszukiwanych”. 

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się regularnie opisywać moich nowych zdobyczy. Właściwie opisałem tylko część nowych nabytków i na blogu powstały kolejne zaległości. Podobnie jak w latach poprzednich, mam jednak cichą nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się przynajmniej w jakiejś części je nadrobić, zwłaszcza, że w tym roku nie planuję zakupu większej liczby nowych modeli, mam zaś za to trochę ciekawych materiałów i zdjęć, które nadają się do zaprezentowania.

 pozdrawiam

 

P.S. 

Ubiegły rok, był też rokiem ogromnych zmian otoczenia mojego miejsca zamieszkania. W marcu został zamknięty „kultowy kiosk”, w którym kupowałem większość prezentowanych tu w ubiegłych latach modeli z serii „Kultowe Auta PRL”. 

Zaraz po „długim majowym weekendzie” teren bazarku, na którym był ów kiosk, został ogrodzony zielonym płotem. Zrobiono to tak szybko, że pewnej soboty, mój zaparkowany przy bazarku samochód za owym płotem został i choć na bieżące, od rana śledziłem jego budowę, miałem problem w wyjechaniem i z pułapki wydostałem się w końcu przez prowizoryczne przejście dla pieszych. Niestety otarłem przy tym nieco lakier tylnych drzwi.

Po tygodniu zniknął również cały bazarek, który odbudowano „na polu” pod moim balkonem.

Teraz z klatki schodowej w moim bloku roztacza się taki oto widok:

Tam gdzie stał „kultowy kiosk” operują teraz inne „potwory”. To nie żurawie, to „samojezdne” pompy do betonu na podwoziach Mercedes-Benz Actros MP2.

A oto i widok w stronę, gdzie była druga część bazarku, a gdzie jeszcze niedawno kupowaliśmy owoce i warzywa:  

Teraz jeżdżą tam betoniarki, prawie takie same, jak ta pokazana w albumie obok – po prawej stronie „gwiazdy  do jazdy – użytkowe”. 

Ten księżycowy krajobraz to widok na budowę ostatniej stacji drugiej linii metra. 

263. Ubiegłoroczne zdobycze (2015)

Najbardziej oczekiwany wpis w roku, ukazuje się w tym roku ze sporym opóźnieniem. Nie jak zwykle pod koniec stycznia, ale wyjątkowo dopiero w połowie lutego. 

Powód ? Wyjątkowo obfite jak na tę porę roku zakupy nowych modeli (dwa z nich tu już pokazałem), studniówka córki i związane z nią wizyty w sklepach oraz ciągłe zabieganie (to oczywiście też).

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” ukazuje się na tym blogu już  po raz dziesiąty. 

Poprzednie moje coroczne podsumowania można zobaczyć tu: 2014, 201320122011, 2010, 2009200820072006.

Rok 2015 był dla mnie i mojej rodziny niestety znów rokiem trudnym. Dlatego podobnie jak w latach ubiegłych, nie wszystkie modele jakie w ubiegłym roku kupiłem udało mi się na tym blogu zaprezentować.

Rok nie zaczął się najlepiej. W połowie stycznia, moja mama, która w listopadzie skończyła 88 lat, zaczęła chorować. Czuła się źle, na domiar złego na czwartym palcu u nogi zrobiła jej się „dziura” po odcisku, która nie chciała się goić. W lutym i w marcu jeździłem z nią 2 razy w tygodniu na opatrunki do szpitala w Pruszkowie, ale poprawy nie było. Nic też nie dawały dość drogie prywatne wizyty u dermatologa. W połowie kwietnia mama trafiła do innego szpitala (też w Pruszkowie) gdzie wykryto u niej groźną chorobę, czerwienicę. Pod koniec maja nagle mamie chora noga zaczęła puchnąć i pojechałem z nią do chirurga naczyniowego do Luxmedu. Tam, bardzo dobry lekarz od razu skierował ją do szpitala w Międzylesiu, gdzie przeszła zabieg udrożnienia tętnicy w chorej nodze. Mama długo wracała do zdrowia, wymagała opieki i częstych wizyt. Właściwie dopiero od jesieni nastąpiła wyraźna poprawia.  Teraz mama już lepiej chodzi, a „dziura” w palcu praktycznie zarosła. 

W czerwcu ja „dorobiłem” się nerwicy żołądka, bo na całą historię z opieką nad mamą i częstych wizyt u lekarzy, nałożyła się sprawa spadkowa, którą trzeba było zacząć załatwiać w związku ze śmiercią sąsiadki. Mieszkała ona w domu przylegającym do domu moich rodziców. Oba domy stoją na działce, która była współwłasnoscią moich rodziców i sąsiadów. Tak nieruchomości zostały kupione ponad 40 lat temu i aby spadkobiercy sąsiadów mogli swoją część sprzedać trzeba było ze  współwłasnosci wyjść. Cała sprawa wiązała się z koniecznością załatwiania różnych formalności, począwszy od wykonania planów przez geodetę, a skończywszy na rozdzieleniu działek i sprzedaży części należącej do sąsiadów. Ponieważ moja siostra na stałe mieszka za granicą, wszystkie sprawy (z naszej strony) musiałem załatwiać ja. Na szczęście wszystko dobrnęło do szczęśliwego finału na początku listopada i wraz z tym ustąpiły moje problemy trawienne.    

W ubiegłym roku, inaczej niż w latach ubiegłych, w związku z koniecznością częstych odwiedzin u mamy, jak i załatwianiem spraw spadkowych, nie wyjechałem na urlop.  Owszem wziąłem na początku sierpnia dwutygodniowy urlop, ale nie robiłem w tym czasie żadnych remontów, (jak w latach poprzednich), bo w Warszawie panowały iście „afrykańskie” upały. Co drugi dzień wraz z żoną rano odwiedzaliśmy mamę, a przy okazji załatwialiśmy w urzędach, albo u notariusza różne sprawy związane ze spadkiem po ojcu. Po południu i w dni kiedy zostawaliśmy w domu, jeździliśmy na glinianki w Zielonce. Już właściwie po urlopie odbyłem tylko 2 całodniowe, niedzielne wycieczki nad oddalony od Warszawy o 80 km Zalew Tatar (pod Rawą Mazowiecką), który bardzo mi się spodobał.

263.Zalew Tatar 5bBrak urlopu w pewnym sensie zrekompensowała mi firma, w której pracuję. Na początku października trafiła mi się ciekawa, kilkudniowa, służbowa wycieczka do Niemiec   

Z uwagi na opisane tutaj okoliczności, na blogu, w roku ubiegłym pokazałem na bieżąco tylko połowę moich świeżych zdobyczy. Jednak”modelikowo” roku ubiegły mogę za to uznać za bardzo udany.  

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 2015 był ósmym z rzędu, ale już raczej rokiem ostatnim, który upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Ja z „kultowego szaleństwa” już dobre trzy lata temu prawie zupełnie ochłonąłem i z serii kupowałem tylko wybrane modele. Takie, które uznałem za naprawdę ciekawe i warte uwagi. Kolekcja wzbogaciła się o kolejne modele popularnych aut, z okresu mojego dzieciństwa i młodości. Jednak inaczej niż w latach poprzednich w kolekcji pojawiły się tylko 3 modele pojazdów polskich: Polonez Caro, Jelcz 315 śmieciarka i Żuk A11B . 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W kolekcji przybyło również kilka modeli aut nie produkowanych co prawda w Polsce, ale w czasach PRL bardzo u nas  popularnych. Modele te to przede wszystkim Skody, które w ostatnim roku ukazywania się serii, znów się w niej pojawiły: 110 R, 1201, 105S i 100. Na blogu pokazałem tylko jedną. Ostatnia z wymienionych nie należy niestety do modeli udanych i będę próbował zastąpić ją jakimś innym modelem.

Okazyjnie (i właściwie dla kółek) kupiłem też kolejną Pobiedę M20, która pochodzi z rosyjskiej serii „Avtolegendy CCCP”. Na początku miałem mieszane uczucia jeśli chodzi o ten model, teraz jednak również bardzo mnie cieszy. Tuż przed świętami, w trakcie wizyty w galerii handlowej (do której wybraliśmy się po prezenty), w księgarni, oglądając album ze zdjęciami powojennej Warszawy, trafiłem na zdjęcie, na którym widoczna była warszawska taksówka (z lat 50-tych) w dokładnie takim samym malowaniu jak kupiony w marcu modelik.

Z serii „Kultowe auta PRL” kupiłem też okazyjnie 2 modele długo po ich „kioskowych” premierach: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Żuka A11b kupiłem trzy i pół roku po „kioskowej” premierze, w sklepie ze sprzętem  elektronicznym Media Markt, gdzie na początku grudnia, „za pół ceny” pojawiły się modele z „kultowej” serii, które prawdopodobnie nie sprzedały się w kioskach. Zaś modelik  Renault 10 kupiłem na Allegro (prawie półtora roku po premierze). Żuka na przełomie roku przerobiłem. Wymaga już tylko „dopieszczenia” i mam nadzieję wkrótce go tu zaprezentować.

W marcu „za jednym zamachem” kupiłem 2 modele: Tarta 148S , choć pochodzi z niemieckiej serii wydawnictwa Atlas, idealnie uzupełnia kolekcję modeli aut z czasów PRL. Pochodzący z tego samego wydawnictwa Mercedes-Benz L406D w skali 1:43, od lat był przeze mnie poszukiwany.

Kolekcja wzbogaciła się też o 2 modele aut w historii motoryzacji absolutnie „kultowych”. Zastąpiły one inne mini-autka kupione przed laty. Citroen 2CV (na zdjęciu powyżej) zastąpił plastikowy model do sklejania, na złożenie którego nie znalazłem czasu przez kilkanaście lat. Fiat 500L  (na zdjęciu poniżej) zastąpił zaś modelik, który po prostu przestał mi się podobać.  

Na grudniowej giełdzie kupiłem też model auta nie tak popularnego jak tu wymienione, ale w historii motoryzacji również bardzo istotnego. Ferrari 250 SWB Berlinetta (na zdjęciu powyżej) nie figurował co prawda na mojej „liście poszukiwanych”, ale jako model auta, które znalazło się wśród 27 samochodów nominowanych do finału konkursu na „samochód stulecia” (Car of the Century), był prze ze mnie od dawna poszukiwany.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jako jedyny model, w roku ubiegłym z listy „poszukiwanych” wypadł Rolls Royce Silver Claud. Zniecierpliwiony wieloletnimi, bezowocnymi poszukiwaniami jego miniaturki (w skali 1:43), 1 czerwca wylicytowałem na Allegro modelik Bentleya S2, który od wspominanego Rolls Royce’a różni się tylko kształtem atrapy chłodnicy. Za to po 12 latach poszukiwań wreszcie udało mi się kupić model Rover’a P5.  

Poza tym w kolekcji pojawiło się kilka nie opisanych na blogu modeli, które mam nadzieję za jakiś czas też tu zaprezentować.

W ubiegłym roku w kolekcji pojawiło się wyjątkowo dużo modeli „sprzętu wojskowego”:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na rok 2015 przypadała okrągła 70. rocznica zakończenia II wojny światowej.  Na blogu powstała seria wpisów przypominająca tę rocznicę. Jednak zakupy modeli pojazdów wojskowych z okresu wojny, w żadnym wypadku nie były nią inspirowane. Po prostu tak się złożyło. W kolekcji najpierw pojawił się (kupiony na marcowej giełdzie) najpopularniejszy czołg Wermachtu Panzerkampfwagen IV. W połowie kwietnia (w zamian za reklamę na blogu) do kolekcji dołaczyły aż 3 kolejne modele: Niemiecki Sd.Kfz 251/1 (Hanomag), brytyjski czołg pościgowy Crusader MK6 i amerykański transporter M16 MGMC. Na dwa dni przed kolejną, 76. rocznicą wybuchu wojny, na Allegro udało mi się wylicytować kolejny model z nią związany: Dodge’a WC54, który od lat był przedmiotem mojego „kolekcjonerskiego pożądania”.  

Jak tu już napisałem, rok 2015 był dla mojej kolekcji naprawdę bardzo udany, aczkolwiek pod względem zakupów nowości, nie był to rok rekordowy. W kolekcji pojawiły się 24 nowe mode, o kilka więcej niż w roku 2014. Wydatki były też znacznie wyższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 2009, jednak poziomu rekordowych z lat 2001 – 2004 oraz poniesionych w roku 2010 nie osiągnęły. W całym roku zamknęły się kwotą 758 złotych, co zważywszy na ralną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest raczej kwotą niewygórowaną.

Kolekcja i tak jest już bardzo duża, w mieszkaniu zaczyna brakować na nią miejsca, dlatego każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) musiał być dość dokładnie przemyślany. Właściwie powoli należałoby kolekcję zamykać i pójść w kierunku „wyczyszczenia” jej z modeli zbędnych, dokonczenia dawno temu rozpoczętych przeróbek, jak również zrobienia poprawek starszych modeli, które dziś nie zawsze dobrze się prezentują. Takie własnie działania udało mi się w ubiegłym roku zapoczątkować.  

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku, relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”. Dokonywałem w nim tylko bieżących, doraźnych napraw i przeróbek. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach. Co prawda w grudniu udało się trochę tę tendencję przełamać i zrobić kilka większych przeróbek (jedną z nich niedawno tu opisałem), ale w trakcie całego roku nie miałem za bardzo czasu na dłuższe wizyty w moim „warsztacie”. 

Mimo ponawiania prób i podchodów na giełdach i Allegro, nie udało się w mijającym roku kupić więcej niż 1 model z mojej ”listy poszukiwanych”. O drugi, co prawda „otarłem” się na grudniowej giełdzie, ale w trakcie oglądania wspomnianego tu modelika Ferrari, ktoś „sprzątnął mi go sprzed nosa” i  kupił  odłożonego na chwilę na bok „poszukiwanego” 

Blogowi znów poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się regularnie opisywać moich nowych zdobyczy. Właściwie opisałem tylko połowę nowych nabytków i na blogu znów powstały kolejne zaległości.

Podobnie jak w latach poprzednich, mam jednak cichą nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się przynajmniej w jakiejś części je nadrobić, zwłaszcza, że w tym roku nie planuję zakupu większej liczby nowych modeli, mam zaś za to sporo ciekawych materiałów i zdjęć, które nadają się do zaprezentowania. 

pozdrawiam

241. Ubiegłoroczne zdobycze (2014)

Najbardziej oczekiwany wpis w roku, ukazuje się tu jak zwykle pod koniec stycznia.

Już po raz dziewiąty prezentuję wszystkie moje ubiegłoroczne zdobycze.  Poprzednie moje coroczne podsumowania można zobaczyć tu: 201320122011, 2010, 2009200820072006.

Rok 2014 był dla mnie i mojej rodziny rokiem chyba jeszcze spokojniejszym niż poprzedni. Jednak również w ubiegłym roku byłem dość zajęty i dlatego podobnie jak w roku ubiegłym i  2012, inaczej jednak niż latach w poprzednich, nie wszystkie modele, które kupiłem, udało mi się tu zaprezentować. Właściwie na blogu, w roku ubiegłym pokazałem na bieżąco tylko połowę moich świeżych zdobyczy.

„Modelikowo” roku ubiegły był dość udany, aczkolwiek pod względem zakupów nowości raczej skromny. Kupiłem 20 modeli, co jest porównywalne tylko z rokiem 2007.

241. Zdobycze 1

Pod innymi względami też był to rok dobry. Nie obfitował może w jakieś spektakularne wydarzenia, jednak kilka kolejnych rzeczy udało się w nim uporządkować. Jednym z wielkich pozytywów ubiegłego roku było to, że moja córka już chyba całkiem nieźle poradziła sobie z chorobą, z którą borykała się od maja 2012 roku. Wciąż jeszcze była pod opieką specjalistycznej przychodni, ale przychodnię odwiedza już tylko sporadycznie. Odzyskała też dawną energię i zainteresowanie życiem towarzyskim, które już od ponad roku prowadzi dość intensywnie.

Drugim wydarzeniem, które niewątpliwie było sprawą istotną, a skutkowało ponad dwumiesięcznym brakiem możliwości zajmowania się blogiem czy kolekcją w ogóle, było przeprowadzenie w sierpniu (podobnie jak w roku 2013) kolejnego dużego remontu: Kompleksowego remontu dużego pokoju wraz z wymianą podłogi. Co prawda mój letni, dwutygodniowy urlop wypoczynkowy, po raz kolejny (dokładnie tak samo jak w roku 2013) był jak najbardziej urlopem remontowo-budowlanym, ale tym razem (inaczej niż w przypadku poprzedniego remontu) właściwe prace udało się zakończyć w sierpniu.

We wrześniu, zaraz po zakończeniu prac remontowych, udało się nam wyjechać na bardzo udane tygodniowe wakacje na Korfu. Z wyjazdem na właściwe wakacje było co prawda trochę problemów, bo przez pierwszy tydzień września trwało intensywne „polowanie” na niezbyt drogą ofertę, które na początku nie dawało żadnego rezultatu, ale w momencie kiedy już byliśmy tym „polowaniem” naprawdę zmęczeni i trochę zrezygnowani, jakimś cudem trafiła się całkiem fajna oferta w dogodnym terminie. Na wakacje pojechaliśmy z żoną, po raz pierwszy zresztą od wielu, wielu lat sami. Nasza dorosła już prawie córka została na tydzień sama w domu i o dziwo świetnie sobie poradziła, choć przecież we wrześniu już chodziła do szkoły.

Z powodu opisanych powyżej wydarzeń, ani w sierpniu, ani w wrześniu nie umieściłem na blogu żadnych wpisów, bo jego działalność została „zawieszona”. Nie tyko nie miałem czasu zajmować się blogiem, ale i moja kolekcjonerska działalność też „poszła w kąt” i przez ten okres nawet nie zaglądałem nawet na Allegro.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 2013 był siódmym już z rzędu rokiem, który upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Ja z „kultowego szaleństwa” już dwa lata temu prawie zupełnie ochłonąłem i z serii kupowałem tylko wybrane modele, takie, które uznałem za naprawdę ciekawe i warte uwagi.

Kolekcja wzbogaciła się o kolejne modele popularnych aut, z okresu mojego dzieciństwa i młodości. Jednak inaczej niż w latach poprzednich w kolekcji pojawiły się tylko 3 modele pojazdów polskich: Ursus C330, Jelcz 315M i  w końcu Tarpan 233. Tego ostatniego kupiłem okazyjne na grudniowej giełdzie, półtora roku po jego „kioskowej” premierze.

241. Zdobycze 2

W kolekcji przybyło również kilka modeli aut nie produkowanych co prawda w Polsce, ale w czasach PRL popularnych u nas i u naszych sąsiadów. Modele tych samochodów nie pochodzą co prawda z polskiej serii „Kultowe Auta PRL”, a z jej rosyjskiego odpowiednika – serii „Avtolegendy CCCP”. Wołgę M21R i Ładę 2106, które w polskiej serii się nie ukazały, kupiłem na czerwcowej giełdzie. Modele wymagają niestety kłopotliwych przeróbek dlatego nie pokazałem ich na blogu. Zaporożca 965, który w pokazanej powyżej najstarszej wersji też pojawił się tylko w serii rosyjskiej, kupiłem na giełdzie grudniowej i na razie nie zdążyłem go dokładnie opisać.

Kupiłem za to 4 modele, które ukazały się w serii „Kultowe Auta PRL”, ale nie są to modele aut z „bloku wschodniego”, a typowe auta „zachodnie”, jakich modele stanowią lwią część mojej kolekcji.

241. Zdobycze 3

Modele te to Volvo 343, Volvo 144, Ford Taunus TC3 oraz Opel Kadett D. Szczególnie cieszą minie dwa pierwsze modele. Volvo 343 zawsze chciałem mieć jako miniaturkę, ale nie spodziewałem się, że ktokolwiek, kiedykolwiek je zrobi. Volvo 144 figurowało zaś przez długie lata na mojej „liście poszukiwanych”. Dlatego bardzo ucieszyłem się, kiedy w kiosku pod domem mogłem je sobie kupić. Pozostałe dwa modele, kupiłem po sporo dłuższym namyśle, ale za to taniej niż w kiosku. Taunusa na Allegro, a Kadetta na ostatniej giełdzie.

Rok ubiegły był zresztą kolejnym już rokiem, kiedy kolekcja po „kultowym szaleństwie” wracała na swoje pierwotne tory. W ubiegłym roku też kupiłem więcej modeli aut nie związanych z historią motoryzacji PRL, niż z nią związanych. Do udanych zakupów, zwłaszcza jeśli chodzi o cenę, mogę zaliczyć Simcę 1100. Nabyty na początku roku, w salonie, Renault 19 cieszy mnie, bo „polowałem” na niego od kilku lat, jednak nie mogę powiedzieć abym był nim zachwycony. W bardzo ciemnym kolorze nie prezentuje się najlepiej.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kolejne dwa modele aut „zachodnich” z serii „Kultowe Auta PRL” to Fiat Uno i Mercedes-Benz W123 potocznie zwany „beczką”.

Fiata od początku miałem zamiar kupić i to zrobiłem. Też jestem z niego zadowolony, bo na Uno także „polowałem” od wielu lat. Na zakup drugiego modelika zdecydowałem się za namową kolegi i kupiłem go tydzień po premierze. Niestety początkowy zachwyt ustąpił kiedy okazało się, że modelik wymaga dość kłopotliwej i pracochłonnej przeróbki obrzeża tylnej szyby. A że jednak „co się odwlecze, to uciecze” i nie zabrałem się za nią od razu, modelik poszedł trochę „w kąt”, na blogu nie był prezentowany i czeka na swoją kolej. Z pozostałych trzech pokazanych tu modeli, na blogu obszerniej był opisany Mercedes-Benz 540K, którym jestem naprawdę zachwycony. Maserati Quattroporte kupiłem na marcowej giełdzie, jednak wymaga on przeróbek, na które niestety nie mam na razie dobrego pomysłu, dlatego na blogu się nie pojawił. Czerwony Ford Thunderbird to właściwie model niechciany. Efekt dość przypadkowej wymiany kolekcjonerskiej na ostatniej giełdzie. Na razie zastanawiam się, czy w ogóle go sobie zostawić.

241. Zdobycze 5

Niewątpliwie najlepszym i najciekawszym nabytkiem ubiegłego roku, rzecz by można nazwać „złotym strzałem”, było „upolowanie” na Allegro, w całkiem niewiarygodnej cenie zwykłego „kultowego” modelika, starej radzieckiej miniaturki samobieżnego działa pancernego SU 100. Nabytek ten bardzo mnie cieszy, bo modele pojazdów z okresu Drugiej Wojny Światowej w skali 1:43 są na naszym rynku wciąż rzadkością.

W ostatnią niedzielę maja (jak często latem) wybrałem się na sobotni bazar przy ul. Namysłowskiej. Na jednym z rozłożonych tam kocyków zauważyłem całkiem fajną zieloną, plastikową zabawkę. Kupiłem ją za całe 4 zł. Na początku nie wiedziałem co to w ogóle jest. Wiedziałem, że urozmaici moją kolekcję jako dodatek do jednego z modeli ciągników. Dopiero w domu, po dłuższym poszukiwaniu zdjęć w Internecie okazało się, że jest to (może troszkę za mały) modelik kombajnu do kopania ziemniaków.

Liczba nowych modeli, jakie w 2014 roku do kolekcji doszły, była mniejsza niż w latach poprzednich. Wydatki zaś udało się po raz kolejny obniżyć i to nie tylko z podanego powyżej powodu. Były one na najniższym poziomie od lat i w całym roku zamknęły się kwotą 288 złotych.  Mniej wydałem na modeliki tylko w roku 2006 (230 zł). Ktoś mógłby zapytać : Jak to było możliwe, skoro suma wydana tylko na modeliki pokazane na blogu jest wyższa? Otóż w połowie listopada zacząłem wystawiać na Allegro modele i kilka innych rzeczy, które od lat zalegały w szufladach. Część z nich udało mi się sprzedać.

Kolekcja i tak jest już duża, zajmuje w mieszkaniu sporo miejsca i każdy zakup musiał być dość dokładnie przemyślany.

 

Co się ubiegłym roku nie udało?

Jeśli ktoś zada sobie trochę trudu i policzy pokazane na zdjęciach modele, to nijak nie doliczy się liczby 20, którą podałem na początku tego wpisu. I wszystko się zgadza. Oprócz pokazanych tu modeli kupiłem jeszcze jeden: Syrenę 104 z nowej serii „Auta PRL-u złota kolekcja”. Niestety pomimo, że zakupu dokonałem w październiku, do tej pory modelika nie rozpakowałem.

W ostatnim roku, relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warstacie”. Dokonywałem w nim tylko bieżących, doraźnych napraw i przeróbek. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych” Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Pod koniec lipca, z uwagi na remont dużego pokoju byłem zmuszony pochować na czas remontu większość modeli do pudeł w szafach, zaś witrynę przenieść do sypialni. Niestety do tej pory nie udało mi się z powrotem zapełnić ani witryny, ani gablotki, a witryna (skoro nie przeszkadza) wciąż stoi jeszcze w sypialni.

Mimo ponawiania prób i podchodów na Allegro, nie udało się w mijającym roku kupić więcej niż 1 modelika z mojej ”listy poszukiwanych”. 

Kolekcji i blogowi znów poświęcałem zdecydowanie mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się regularnie opisywać moich nowych zdobyczy. Właściwie opisałem tylko połowę nowo nabywanych modeli i na blogu powstały kolejne zaległości. Mam jednak cichą nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się przynajmniej w jakiejś części je nadrobić, zwłaszcza, że w tym roku nie planuję zakupu większej liczby nowych modeli niż w roku minionym.

pozdrawiam