Kategoria: Classic sport cars

294. Odrabianie zaległości – Mercedes-Benz 300 SL Roadster

Kiedy w lutym 2017 roku tworzyłem wpis 278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL , miałem zamiar pokazania w nim trzech, a nie dwu modeli mercedesów serii SL. Z uwagi na to, że opis dorabianego „od zera” chromowanego lusterka zajął trochę miejsca uznałem, że jeśli do wpisu wstawię jeszcze jeden model, będzie on zbyt długi i pierwotny pomysł zarzuciłem.  We wstępie napisałem wtedy:

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Dziś kiedy w „odziedziczonym” po córce komputerze szukałem zdjęć i niczego ciekawego nie znalazłem, sięgnąłem do witryny po przenośna pamięć, na której mam zapisane różne ważne dla mnie dane (w tym również zdjęcia modeli) . W folderze ze zdjęciami z ostatnich wpisów,  zamieszczonych jeszcze na „starym” nieistniejącym już blogu,  znalazłem gotowe zdjęcia przygotowane wówczas do wstawienia we wpisie 278.

Nadarzyła się więc okazja pokazania zapomnianego nieco modelika wspomnianego tu „protoplasty” wszystkich późniejszych wersji samochodów Mercedes-Benz SL.   

Podobnie jak pokazany we wpisie 112. Mercedes-Benz Vario , to również prezent od kolegów, pozyskany dokładnie tak samo. Modelik nigdy nie budził mojego pożądania, ani nie miałem nigdy zamiaru „zdobycia go”. Po prostu „trafił się” więc jest.

Pomimo, że został wykonany przez renomowaną firmę modelarską Minichamps, nad której wyrobami na forach i innych blogach kolekcjonerzy wypisują z reguły same peany,  zachwytu mojego nie wzbudził. Musiałem poświęcić mu trochę czasu i przeszedł trochę drobnych, aczkolwiek kłopotliwych poprawek w „moim warsztacie” , po których wygląda nieco lepiej niż pierwotnie.

Modelik był już pokazywany na blogu. Po raz pierwszy jego zdjęcie pojawiło się w opisie „zdobyczy” z 2016. A kilka miesięcy temu dodałem jego zdjęcie do albumów „odbudowywanych” mozolnie po „wymuszonej” przeprowadzce z serwisu Blog.pl.   Dokładniej prezentowany jednak nie był.

Kiedy go dostałem, po wyjęciu z witrynki (do modelika mam oryginalne opakowanie) i odkręceniu od podstawki, ustawiłem go na stole i od razu „coś mi w nim nie grało”. Oryginalny modelik renomowane w końcu firmy „leżał” a nie stał.  Był po prostu „za nisko zawieszony” . Jest to niestety wada nie tylko tego modelika wspomnianej firmy, ale pomyślałem, że „da się zrobić”. I tu „zaczęły się schody”. Od razu sięgnąłem po „modelarskie” śrubokręty i wykręciłem śrubki mocujące podwozie do nadwozia. Niestety pomimo wielu prób podwozia nie udawało się nijak wyjąć. Przy tej całej  „szarpaninie” z nadwozia wypadły dolne chromowane listwy progów, a podwozie dalej twardo siedziało w nadwoziu. W końcu „dałem za wygraną” i wstawiłem modelik do witrynki taki jak był .

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Dopiero po kilku chyba miesiącach postanowiłem podjąć kolejna próbę. Mozolnie zacząłem wbijać nożyk modelarski między podwozie a tylną część nadwozia (w obrębie tylnych błotników i pasa tyłu). W końcu połączenie „puściło”. Okazało się, że pod końcówką rury wydechowej podwozie zostało przyklejone do nadwozia (grom wie po co) mocnym klejem kontaktowym (prawdopodobnie cyjanopanowym).

Po wyjęciu podwozia postanowiłem nie ściągać kółek z osiek (aby podnieść nieco zawieszenie , jak robiłem to zazwyczaj w „kultowych” modelikach). W modelach Minichamps ośki są dość cienkie, są prawdopodobnie również wklejone w naby kółek, zaś kółka są „ażurowe” – posiadają maleńkie otworki imitujące otwory wentylacyjne w prawdziwych kołach i przy próbie „wykręcenia” kółka z ośki „taka zabawa” może się źle skończyć (zniszczeniem kółek). Podwozie postanowiłem zatem podnieść metodą podobną do opisywanej już tutaj kilkukrotnie. Między ośki a otwory w nadkolach wsunąłem wykonane z elastycznego plastiku (chyba wyciętego ze starch kart magnetycznych) wkładki o grubości ok 0,5 mm

Mercedes 300 SL 6b

Po tej operacji nadwozie w stosunku do pierwotnego położenia uniosło się do góry o ok 0,6 mm (wprawdzie niby niewiele) , ale modelik od razu zaczął lepiej wyglądać i zdecydowanie poprawiły się jego proporcje

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kolejną sprawą, która w modeliku mi się nie spodobała to położenie przedniego zderzaka. Z analizy zdjęć samochodu znalezionych w internecie wynikało, że zderzak w modeliku zamocowany został nieco za nisko. Po dokładnych oględzinach modelika okazało się, że nie wiedzieć czemu, zapakowany oryginalnie modelik ma uszkodzone mocowanie zderzaka i trzyma się on w nadwoziu tylko na jednym (lewym) bolcu , prawy był odłamany.

Postanowiłem zatem „naprawić ” zderzak, a przy okazji zamocować go nieco wyżej.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W miejscu, gdzie ułamany był prawy bolec nawierciłem otworek i wkleiłem metalowy drucik. W nadwoziu, w miejscu gdzie siedział odłamany bolec nawierciłem drugi otworek nieco powyżej osi bolca. Drugi (cały bolec) udało się wraz ze zderzakiem wypchnąć szczęśliwie z  nadwozia. Otworek po nim nieco rozwierciłem i przy wciskaniu zderzaka w nadwozie, podłożyłem pod bolec spłaszczoną nieco żyletką końcówkę wykałaczki. Po czym gdy bolec siedział już nadwoziu resztę wykałaczki po prosty odłamałem. Takie mocowanie jest pewne i szybkie w montażu, a jak pokazuje moje doświadczenie dość dobrze się sprawdza. Poza tym zderzak można zawsze w razie potrzeby bezproblemowo zdemontować, czego przy wklejaniu nie da się łatwo uzyskać. SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie pamiętam, czy pokazane powyżej zdjęcia zostały wykonane przed czy po naprawie zderzaka. Operacja nie poprawiła znacząco wyglądu modelika, ale tragedii nie ma.

I na tym zakończę ten wpis, który jest po trosze „odgrzewanym nieco kotletem”, bo modelik stoi w witrynie już 3 lata , ale cóż jego stare zdjęcia „były po prostu pod ręką”.

Wciąż jestem dość mocno zajęty, ale niestety prawda jest też taka , że po „wymuszonej” przeprowadzce bloga z serwisu Blog.pl. na obecną platformę, straciłem nieco chęć do jego pisania.

pozdrawiam

 

P.S.

Właściwie pisząc o poprawkach nie podsumowałem całego modelika. O ile jego dolna część, a zwłaszcza detale takie jak zderzaki, atrapa,  klamki, światła, koła i wszystko, co znajduje się poniżej linii okien jest wykonane naprawdę znakomicie (jak na firmę Minichamps przystało) O tyle górna część, a jest nią właściwie tylko szyba przednia jest niestety z zupełnie innej bajki (jak nie od tego modelika, a od taniego autka np. Cararamy) . Przednia szyba została bowiem wykonana z jednego kawałka przezroczystego plastiku a jej ramka pomalowana zwykłą dość matową srebrną farbką. Razi to nieco w zestawieniu z „ociekającym chromem”  pięknie błyszczącym nadwoziem.

Poprawka byłaby możliwa, bo można by pomalować uszczelkę czarną farbą, zaś ramkę okleić błyszczącą folią aluminiową, którą w niektórych „kultowych” modelikach oklejałem kołpaki kół. (Nawet o tym myślałem) Niestety szyba siedzi w nadwoziu na dwóch nieroznitowanych rurkowych bolcach, na które (jak na Minichampsa przystało) została solidnie wklejona mocnym klejem (prawdopodobnie cyjanopanowym) i zdemontowanie jej w całości (bez użycia specjalnego rozpuszczalnika) graniczyło by z cudem.

 

Reklamy

278. Warsztatowe przygody – Mercedes-Benz 230 SL

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”. Owszem od kilku tygodni o tym myślę, ale niestety pogoda w tym roku, jest jaka jest. Ktoś mógłby jednak zadać przekorne pytanie, a cóż do prezentacji modelików ma pogoda ? Otóż wyjaśnię, że ma. Na razie, przy panujących mrozach, nie mam zamiaru wychodzić na balkon, gdzie mogę robić dobre zdjęcia. W mieszkaniu o tej o porze roku  światło jest niestety trochę za słabe. Poza tym, zarówno na blogu, jak i w gablotce nagromadziły się „pewne zaległości” i przy okazji robienia porządków, postanowiłem je „odrobić”.  

W październiku ubiegłego roku zaprezentowałem tu kolejny już wpis z cyklu „warsztatowe przygody”. Opisałem w nim kilka zrobionych jesienią ubiegłego roku przeróbek i napraw modeli. Pierwotnie miałem zamiar pokazać też model, który naprawiłem na początku tegoż roku, ale uznałem, że:  

„Opis dorabiania „od zera” chromowanego lusterka do pokazanego w albumie (po prawej stronie) rajdowego Mercedesa 230 SL zamieszczę tu przy innej okazji. (Jak już wspomniałem, ten wpis byłby po prosty zbyt długi)”.

Teraz nadarzyła się okazja niejako „dokończenia” tego wpisu, a przy okazji pokazania jeszcze drugiego modelika, z którym obydwa tworzą w kolekcji „trochę niechcianą parę”. Ale zacznijmy rzecz od początku:  

Mercedes-Benz SL to chyba najlepiej kojarzony i najbardziej popularny „sportowy” samochód tej marki.  Oryginalny, pierwszy Mercedes-Benz 300 SL (W194) pojawił się w roku 1952 jako samochód wyścigowy, kiedy koncern po spowodowanej wojną przerwie postanowił powrócić do rywalizacji na torach.  Po serii nieoczekiwanych sukcesów Daimler-Benz postanowił w 1954 roku wprowadzić na rynek pojazd „cywilną” wersję tego auta, którą był słynny „skrzydlaty” model W198 z charakterystycznymi  drzwiami otwieranymi do góry. Choć samochód był drogi i w latach 1954-1957 wyprodukowano go w liczbie ok 3 tyś egzemplarzy, wg relacji pracowników Mercedes-Benz Classic Center, które miałem okazję odwiedzić w 2002 roku, w tymże roku około 2 tyś aut (a więc dobrych kilkadziesiąt lat później) było jeszcze „na chodzie”.  W 1957 roku „skrzydlate” coupe, zastąpił  Mercedes-Benz 300 SL Roadster i to właściwie on stał się „protoplastą” wszystkich późniejszych wersji.  

Równolegle do wspomnianych aut produkowany był mniejszy i tańszy Mercedes-Benz 190 SL (W121 B II). W 1963 roku zakończono produkcję zarówno  300 SL Roadster, jak i 190 SL i pojawił się model 230 SL (W113), który formalnie zastępował drugi ze wspomnianych tu modeli. W 1971 roku pojawił się uznawany obecnie za najbardziej klasycznwgo „esela” model  R107 (od 280 SL do 500 a nawet 560 SL). Samochód ten był jednym z najdłużej produkowanych aut w historii marki. Co ciekawe, wytwarzany był praktycznie bez większych zmian zarówno samej karoserii, jak i detali zewnętrznych. Następcy doczekał się dopiero w roku 1989, kiedy to pojawił się model R129 (od SL 320 po SL 600). Kolejne odmiany to R230 (2001 -2011) i oferowany obecnie R231 (od 2012 roku). Wszystkie wymienione samochody łączyło właściwie jedno. Zimą były użytkowane przeważnie jako coupe (z „twardym” przeszklonym dachem, a właściwie kawałkiem kabiny obejmującym dach, szybę tylną i boczne szyby tylne). Latem auta przeistaczały się zaś w „przyjazne słońcu” kabriolety. Od modelu R230 dach „coupe” jest składany elektrycznie i mieści się pod pokrywą bagażnika.   

W mojej kolekcji mam właściwie całą gamę miniaturowych modeli SL (od W194 po R230). Jako pierwszy trafił do niej plastikowy modelik do sklejania Mercedes-Benz 450 SL (R107) firmy Heller, kupiony w Niemczech za 7 marek, w roku 1987, a więc blisko 30 lat temu. Modelik przedstawia kabriolet, bo do tej pory nie znalazłem czasu, aby zdejmowany w nim „dach- coupe” wykończyć nażycie i dobrze pomalować. Modelik trafił do kolekcji, bo wtedy, każdy niezbyt drogi model auta, które można było zobaczyć na co dzień na ulicy, był naprawdę cenny, nawet jeśli trzeba było poświęcić kilka wieczorów na jego pomalowanie i sklejenie.  

Później do kolekcji dochodziły kolejne modele. Jednak zawsze moim największym „kolekcjonerskim” marzeniem było posiadanie ładnego modelika Mercedes-Bemz 230 SL (W113). Dla mnie, to do dziś najładniejszy SL w historii. Tak naprawdę „zakochałem” się w nim w połowie lat 80-tych w Niemczech.

Naprzeciw okien mieszkania, po drugiej stronie głównej ulicy miasta, przy której w trakcie mojego pierwszego tam pobytu mieszkałem, często parkował biały Mercedes 230 SL. Jesienią i zimą miał nałożony granatowy dach, latem przyjeżdżał jako odkryty kabriolet. Po drugiej stronie ulicy był pub, do którego tym autem przyjeżdżała zadbana i dobrze ubrana młoda kobieta. Owa „dziunia”, bo tak nazywał ją jeden z pracujących ze mną kolegów, była Polką, a także „przyjaciółką” właściciela pubu. Samochód, który w połowie lat 80-tych miał już w końcu kilkanaście lat, wciąż robił wrażenie i „zadawał szyku”. Uzbrojony w „twardy” dach, właśnie od jego kształtu, miał ksywkę „pagoda”. To właśnie wtedy, zachorowałem na jego modelik. Ale cóż, w owym czasie na rynku modelarskim praktycznie żadnej „pagody” nie było.  

Pierwszy modelik 230 SL kupiłem za 8 złotych w jakimś sklepie z zabawkami dopiero w roku 1997. Był to modelik, a właściwie wykonana w skali 1:43 zabawka firmy New-Rey. Był to odkryty kabriolet, w którym, aby wyglądał musiałem dorobić przednie lampy, bo oryginalne do niczego się nie nadawały. Po przeróbce wyglądał całkiem fajnie i służył mi klika lat, aż w końcu odkupił go ode mnie kolega, który jest wielkim fanem marki Mercedes-Benz, nie przepada zaś za modelikami kabrioletów.

W 2001 roku trafił mi się modelik firmy Minichamps w dokładnie tym samym, co poprzednik kolorze:      

Pamiętać trzeba, że w owym czasie (na długo przed pojawieniem się w kioskach właściwych serii kolekcjonerskich, takich jak Kultowe Auta PRL) ceny tego rodzaju modeli oscylowały w granicach 100 złotych. 

A zatem, zakup przecenionego na 53 złote modelika uznałem za prawdziwą okazję. Był rzecz jasna znacznie lepiej wykonany niż New-Ray, poza tym miał dach, co akurat nawet w przypadku kabrioletów uważam za sporą zaletę. 

Entuzjazmu mojego jednak nie wzbudził, bo cóż to za „pagoda” bez „twardego” dachu.

Modelik chyba zaraz po zakupie trafił do pudła numer 4, bo chociaż w owym czasie miałem już witrynę, w której prezentowałem modele, to w tamtych latach kupowałem od 40 do 50 modeli rocznie i nie wszystkie „załapywały” się od razu do witryny.  Właściwie dopiero wczoraj, w trakcie oglądania go przed ponownym schowaniem, zauważyłem w nim pewną wadę, która przez lata zupełnie nie rzuciła mi się w oczy.

Klika lat później trafił mi się kolejny „okazyjny” model. Lekko uszkodzony SL, już z „twardym” dachem. I choć „grosze” nie kosztował, (wg. danych z mojego spisu modeli) w 2004 roku zapłaciłem za niego 41,5 zł, kupiłem go bez większego namysłu.

W przeciwieństwie do pokazanego powyżej kabrioletu, pudełko z witrynką od modelika trafiło do pudła numer 6, a sam model trafił od razu do witryny. Nie trafił tam jednak na jedną z głównych półek, na których stoją prezentowane aktualnie modele, ale na półkę „remontową”, na której stoi kilka modeli wymagających przeważnie nieco większych napraw, czy przeróbek.

Modelik nie miał jakichś dużych uszkodzeń. Miał pourywane bolce mocujące dach do nadwozia oraz ułamane lusterko, którego niestety brakowało. Początkowo miałem zamiar rozebrać modeliki i zamienić w nich dachy, tak aby pokazany powyżej model stał się pełnowartościową „pagodą”. Drugi model zamierzałem przy jakiejś okazji sprzedać. Jednak od zamiaru tego w końcu odstąpiłem z dwóch powodów:

Kupiony w 2004 roku model, przedstawia historyczny samochód rajdowy. Któż zatem połasiłby się na „rajdowego składaka” z miękkim dachem. Po drugie operacja przerzucenia dachów w przypadku modeli Minichamps byłaby nie tylko bardzo pracochłonna i trudna, ale w praktyce mogła okazać się niewykonalna. W modelach firmy Minichamps, aby były one wykonane naprawdę solidnie (w końcu w porównaniu z modelami innych firm, trochę zawsze kosztują) wiele elementów plastikowych, w miejscach łączenia ich z innymi (np z karoserią), jest dodatkowo klejonych mocnymi, prawdopodobnie cyjanopanowymi  klejami. W praktyce, w przypadku prób demontażu taki elementów, może zakończyć się ich poważnym uszkodzeniem lub wręcz zniszczeniem.   

Dokładnie tak było w przypadku pokazanego tu poniżej modelika. Dach był co prawda z tyłu oderwany do karoserii, ale został mocno przyklejony do górnej krawędzi szyby przedniej i próba rozłączenia tych elementów mogła zakończyć się zniszczeniem jednego z nich. Wtedy modelik nadawałby się właściwie tylko do kosza, a zdemontować i wukorzastać z niego można by było co najwyżej koła.

I tak modelik stał w witrynie czekając na naprawę prawie 12 lat. 

Nie oznacza to, że nic w tym czasie się z nim nie działo. Kiedy modelik był już bardzo zakurzony wyjmowałem go z witryny, odkurzałem i kombinowałem, co z nim zrobić. Kilka lat temu, kiedy już ostatecznie zrezygnowałem z zamiany dachów w modelikach, odciąłem resztki pourywanych bolców przy szybie tylnej. Dorobiłem z przezroczystego tworzywa dwa wałeczki, wsunąłem je przez otwory w półce podokiennej, a następnie przykleiłem do miejsc po odciętych starych bolcach. w ten sposób zamocowałem na nowo urwany dach. (Efekt naprawy widać na zdjęciach poniżej, przez dolny narożnik szyby bocznej tylnej).

Nie miałem jednak pomysłu na dorobienie lusterka. Ani na giełdzie, ani na bazarze na Namysłowskiej, nie trafił mi się żaden „rupieć”, z którego mógłbym wykorzystać lusterko. Jakieś dwa lata temu odciąłem resztki „podstawy” ułamanego lusterka, a otworek w nadwoziu przewierciłem, usuwając resztki starego boleca mocującego lusterko. Modelik znów trafił na półkę w witrynie.

Rok temu, zachęcony udaną przeróbką opisywanej tu Wołgi, postanowiłem „pójść za ciosem”. Wykorzystując dokładnie to samo tworzywo z pokrywki od pudełka po lodach, dorobiłem płytkę lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie „wystrugałem” maleńką nabę, w którą wchodzi pręcik podstawy lusterka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sam pręcik zrobiłem z drutu od zimnych ogni. Tym razem wykorzystałem grubszy drut. (Jak już chyba kiedyś tu pisałem, w moich rupieciach mam dwa pudełka zimnych ogni, jedno z drutem o grubości 0,7 mm, drugie z drutem o grubości 0,5 mm). Pręcik wygiąłem odpowiednio maleńkimi szczypcami. Płytkę lusterka (od strony szyby) przykleiłem  w trakcie obróbki do plastikowego pręcika (aby było za co chwycić). Kiedy płytkę obrobiłem, okleiłem ją poleconą mi kiedyś przez kolegę samoprzylepną folią aluminiową, wystające resztki folii odciąłem żyletką. W maleńkiej nabie (po zewnętrznej stronie lusterka nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm i całość skleiłem klejem Kropelka Żel :

W trakcie wykonywania przeróbki, a właściwie już po dorobieniu lusterka, ale przed zamontowaniem go do modelika, zrobiłem kilka zdjęć, które chyba lepiej niż zamieszczony tu opis, pokazują sposób wykonania lusterka. Skomponowałem z nich obrazek pokazany powyżej. Zdjęcia wykonałem 8 stycznia 2016 roku, a więc tuż po wykonaniu lamp do Wołgi. Do połączenia obu maleńkich elementów wykorzystałem obsadkę nożyka modelarskiego, która w moim warsztacie jest teraz „najważniejszym narzędziem”.

Efekt naprawy w dużym, dwukrotnym powiększeniu, wygląda tak:

Po sklejeniu całości, odciąłem od lusterka biały pręcik (do trzymania go w trakcie obróbki) i nakleiłem wyciętą z grubszej błyszczącej samoprzylepnej folii szybkę lusterka. Dorobione lusterko jest nieco tylko większe niż oryginalne (takie jak w modeliku z białym „miękkim” dachem pokazanym za zdjęciach powyżej). Ale cóż, mniejszego zrobić się po prostu nie dało.

Teraz naprawiony modelik prezentuje się w końcu całkiem dobrze:

Można by jednak zadać w tym miejscu pytanie: Czy modelik musiał czekać na ostateczną naprawę aż 12 lat?

Cóż, „better late than never„, jak w trakcie wspólnego koncertu, powiedział lider mojej ulubionej grupy Earth Wind & Fire do lidera równie legendarnego zespołu Chicago.  Do wykonania tej trudnej i wymagającej „niezłego kombinowania” naprawy musiałem najwidoczniej „dojrzeć”.

W trakcie dorabiania lusterka, z całą pewnością zaprocentowało moje wieloletnie już doświadczenie zdobyte przy naprawach i poprawkach innych modeli, takich jak choćby te z serii „Kultowe Auta PRL”. Pomogło też niewatpliwe moje obycie z różnego rodzaju materiałami, klejami, narzędziami i sposobami dorabiania bardzo drobnych elementów. Konsultacje z kolegą, z którym wymieniam się doświadczeniami, a także moje własne, nie zawsze udane eksperymenty z pozyskiwaniem i używaniem nowych, nie stosowanych wcześniej materiałów i technik. 

Po ostatecznej naprawie modelik trafił do oryginalnej gablotki i choć opuścił „remontową” półkę w witrynie, jednak wraz z drugim modelem „ugrzązł” tym razem w gablotce. Dopiero wczoraj w trakcie „przeglądu” gablotki, która już „pęka w szwach” od kolejnych zakupów, wyciągnąłem obydwa, zrobiłem te zdjęcia i postanowiłem pokazać je na blogu. Teraz w końcu będę mógł schować obydwa modele do pudeł numer 6 i 4 w szafie, w przedpokoju.

Cóż, nie tylko normalne życie, ale i to „kolekcjonerskie” płata nam czasami figle.

Mercedes-Benz 230 SL w mojej kolekcji, zamiast jednej, ładnej „pagody” reprezentują 2 modele: Cywilny kabriolet z „miękkim” dachem oraz właściwa „pagoda”, ale w wersji rajdowej, bez kołpaków na kołach, z oklejonymi „siateczką” lampami przednimi i halogenem w miejscu gwiazdy w atrapie. No, ale tak po prostu wyszło.

W 1963 roku koncern Daimler-Benz wprowadzając na rynek zupełnie nowy model, który zastępował wszystkie wcześniejsze wersje SL (również te drogie i już wtedy w pewnym sensie legendarne), aby pokazać, że nowe auto jest godnym następcą poprzedników, wystawił świeżutki model do morderczego rajdowego maratonu Liège–Sofia–Liege. Samochód nie tylko rajd ukończył, ale i wygrał, co niewątpliwie było jego doskonałą reklamą i przyczyniło się do jego rynkowego sukcesu.

pozdrawiam

276. Okazyjna zdobycz – Audi A5

                               

    NO, TO GRAMY ! 

orkiestra-logo-2b

W ciągu kilku ostatnich lat też dawałem parę złotych, kiedy woluntariusze mnie dopadli. Miałem trochę wątpliwości, czy akcja nie jest czasem „medialną wydmuszką” i czy Polacy za kilka złotych wrzuconych do puszki nie kupują sobie „spokoju sumienia” na cały rok, co sugerowali nawet poważni blogerzy. (I bynajmniej nie mam tu na myśli „matki kurka”, który Owsiaka zwalcza od lat.)

W tym roku postanowiłem nie dać się dopaść, ale „dzieci z puszką”poszukać sam. Dość długo spacerowałem po Targówku (z psem), aż końcu, od jakiejś starszej kobiety z „serduszkiem” na kurtce dowiedziałem się, że takowe dają w Lidlu, jeśli się zrobi zakupy.  

Pomimo śnieżycy poszliśmy więc (z prawdziwym Artemisem) na drugą stronę osiedla, do Lidla. Przed nim spotkałem trzy dziewczynki z puszką (chyba dwa razy młodsze od mojej córki). Podszedłem i wrzuciłem do puszki znacznie więcej, niż zazwyczaj. Dziewczynki zapytały o psa i pogłaskały go. Ja zaś bardzo się ucieszyłem, że nie muszą go wiązać do stojaka na rowery, wchodzić do sklepu i tłumaczyć kasjerce, że przyszedłem tylko po „serduszko”.

 

……………………

Kiedy dobre dziesięć lat temu, w Internecie zobaczyłem pierwsze zdjęcia samochodu Audi A5, pomyślałem „O! jakie ładne coupe”.

Kiedy auto zobaczyłem, „na żywo” nie byłem już nim aż tak bardzo zachwycony. Duże, dość „klapiaste”, typowe Audi, tyle, że dwudrzwiowe. Na temat modeli Audi z mojej kolekcji pisałem już 10 lat temu tak:  

„Przez lata uzbierałem wiele modeli. Jednak niedawno zacząłem się zastanawiać, dlaczego mam tak mało modeli Audi? Pierwsze dwa kupiłem dokładnie dwadzieścia lat temu, a później zaledwie kilka.

Wydaje mi się, że samochody tej marki od dwudziestu lat są do siebie bardzo podobne. Od Audi 100 (cygara) do aktualnego A6 wygląd nadwozia ewoluuje stopniowo (ale bez wielkich przełomów) i w skali 1:43 różnice sylwetki są mało widoczne. W przypadku modeli 80 i A4 różnice te są jeszcze mniejsze i właściwie wszystkie modele tej serii to wariacje na temat Adi 80 z 1986 roku. Oglądając samochody tej serii, w niektórych przypadkach trudno się zorientować, czy kolejny model to  model zupełnie nowy, czy tylko gruntowny facelifting.”

Krótką historię marki Audi opisałem tu kilka lat później, zaś po roku opisałem moje prywatne historyjki związane z kilkoma istotnymi dla historii marki modelami aut i pokazałem ich miniaturki (z mojej kolekcji)  

O ile przytoczony tu powyżej fragment mojego starego wpisu, w odniesieniu do mojej kolekcji wciąż jest raczej aktualny, o tyle w odniesieniu do prawdziwych aut, już się trochę zdezaktualizował, bo w ciągu ostatnich 10 lat trochę się jednak zmieniło. Do produkowanych od dekad modeli A4, A6 czy A8 doszła seria pojazdów typu SUV, a także pojawiły się nowe modele A5 (w dwóch wersjach nadwoziowych) i sportowe R8, które oglądane w salonie „na żywo” naprawdę robiło wrażenie.

Samochody Audi o charakterze sportowym to jakby pewna osobna kategoria. Pierwszym, jakiego model kupiłem jeszcze w 1986 roku było słynne,  Audi Quattro (na bazie Coupe B2).  Samochód, który chyba jako pierwsze auto z napędem na obie osie (4×4) święcił tryumfy w wielu rajdach, zrewolucjonizował je i był prekursorem współczesnych maszyn WRC. 

Kolejnym sportowym modelem, jaki w 1990 roku zdobyłem było Audi Coupe B3. Samochód od początku mi się podobał i w trakcie jednej z podróży kupiłem jego modelik w muzeum Volkswagena w Wolfsburgu. Marzył mi się model w kolorze złoty metalik, jednak kupiłem modelik czarny, bo tylko taki był do kupienia w muzeum. 

W roku 1998 ukazało się Audi TT. W przeciwieństwie do opisanych powyżej modeli, które były właściwie odmianami Coupe produkowanych równolegle modeli Audi 80 (B2, B3 i B4), Audi TT zupełnie nie nawiązywał do „cywilnych” modeli marki. Sportowy samochód, w którym przód i tył wyglądały niemalże tak samo, nie przypadł mi do gustu. (Kształt lamp przednich i tylnych był praktycznie identyczny, różniły się one tylko kolorem). Dwa lata po premierze auta, w małym sklepiku w Mińsku Mazowieckim, kupiłem za 10 zł modelik-zabawkę z napędem, wykonany dokładnie w skali 1:43, bo Audi TT kiedy się ukazał, był jednak swego rodzaju sensacją. Trzy lata później, na jednej z giełd kupiłem (za 60 zł) znacznie lepiej wykonany, model firmy Minichamps (prezentowany w jednym z albumów), zaś modelik-zabawkę sprzedałem.  Nie pamiętam skąd, mam jeszcze jeden taki modelik-zabawkę, w innym kolorze, a leży on w moim pudle numer 4. Tę drugą zabawkę zostawiłem sobie jako ciekawostkę – wykonaną w dokładnie tej samej skali „podróbkę” właściwego modelika.

W 2007 roku ukazało się Audi A5. Tak jak napisałem na wstępie, „duże” coupe Audi na zdjęciach od razu mi się spodobało. Samochód mimo, że ma nadwozie zaprojektowane w sposób bardzo „klasyczny” (proporcje, linie, detale) na ulicy wygląda nieco inaczej niż na zdjęciach, co nie znaczy, że to sportowe, niskie, szerokie i dość duże auto nie wygląda wystarczająco „agresywnie”, wręcz przeciwnie. Poza tym chyba przypadło do gustu również nabywcom. Na warszawskich ulicach wcale nie trudno jest je zobaczyć.  

Kiedy w połowie listopada ubiegłego roku modelik A5 pojawił się na Allegro,  postanowiłem spróbować i nieco urozmaicić moją dość skromną kolekcję modelików Audi:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Licytacja się udała. byłem jedynym jej uczestnikiem, więc ją wygrałem. Modelik odebrałem na początku grudnia, w małym sklepiku w galerii Złote Tarasy, tym samym, co w przypadku opisywanego rok temu londyńskiego autobusu.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zapakowany w oryginalne „salonowe” opakowanie z hologramem Audi, a wyprodukowany przez firmę Schuco, kosztował mnie „całe” 39 zł.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na modeliku dokładnie widać, zamierzenie projektanta nadwozia: Poprowadzoną w typowo „klasyczny” sposób linię przełamania górnej części błotników i drzwi, w kształcie „łagodnej fali”  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik ma pewne drobne wady. Jak widać na zdjęciu koła przednie trochę za bardzo wystają poza obrys nadwozia (zwłaszcza z prawej strony). Wada nie jest jednak aż tak rażąca i na razie nie mam zamiaru jej poprawiać, bo nie bardzo wiem, jak modelik rozebrać, a poza tym: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik został wyposażone w świetnie wyglądające, foto-trawione, ażurowe tarcze hamulcowe, które obracają się wraz z kołami, zaś maleńkie imitacje zacisków hamulcowych pozostają nieruchome. Nie chciałbym tej naprawdę „misternej” konstrukcji popsuć, w trakcie ewentualnej poprawki rozstawu kół.

Do zakupu modelika podchodziłem bez specjalnych emocji: Uda się, to dobrze, nie uda się, to trudno. Kiedy jednak wyjąłem go z pudełka i obejrzałem, bardzo mnie ucieszył i naprawdę mi się spodobał.

W kolekcji mam ponad 60 modeli osobowych aut Mercedes-Benz, 50 Fiatów, prawie 40 modeli aut Renault i tyle samo Volkswagen, 30 BMW i tylko 15 Audi (wraz z pokazanym tu świeżym nabytkiem)

pozdrawiam

 

P.S. 16 stycznia 2017 

Dziś, przeglądając Internet, zorientowałem się dlaczego, samochód na zdjęciach „w sici” od razu mi się spodobał. Z Wikipedii dowiedziałem się, że projektantem nadwozia A5 był znany włoski stylista Walter de Silva . W kolekcji mam kilka modeli zaprojekotwanych przez niego samochodów, a kilka innych aut, które też zaprojektował, naprawdę mi się podoba.

270. Nowa giełda i nowa zdobycz – Mazda RX7

W poprzednią niedzielę, 12 czerwca, w zupełnie nowym miejscu odbyła się „nowa”, bo przeniesiona z gimnazjum przy ul. Conrada w Warszawie Ogólnopolska Giełda Modeli Samochodów im. Sławoja Gwiazdowskiego. O nowej lokalizacji giełdy informowałem tutaj jeszcze w marcu. Giełda miała miejsce w Zespole Szkół Samochodowych przy ul. Włościańskiej w Warszawie. Oczywistą jest rzeczą, że się na  nią wybrałem. Chciałem zobaczyć, czy zmiana lokalizacji wpłynie na ruch na giełdzie.

Giełda była zdecydowanie mniejsza niż ostatnia (marcowa) w gimnazjum przy ul. Conrada. Sala, w której odbywała się giełda jest mniejsza niż ta, w której kiedyś odbywała się giełda na Conrada. Tylko należy pamiętać,  że kilka ostatnich giełd odbywało się tam już nie w sali, ale w ciemnych zakamarkach korytarzy, co przy oglądaniu modeli przed ich ewentualnym zakupem, było jednak sporym mankamentem. 

„Nowa” sala choć mniejsza, pomieściła prawie wszystkich sprzedawców, (na korytarzu stały tylko 2 niewielkie stoliki). Było co prawda ciasno i nie wszystkie wystawione na giełdzie modele dało się wygodnie obejrzeć, ale za to było widno, bo sala wyposażona jest w naprawdę duże okna. 

Z wizyty na giełdzie jestem bardzo zadowolony, bo choć w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, z uwagi na konieczność opieki nad chorą mamą, zupełnie nie miałem głowy do modelików i niczego nie kupowałem, z giełdy „z gołą ręką” nie wróciłem. Kupiłem model auta, które opisywałem i pokazałem w mojej w pierwszej relacji z targów Auto Nostalgia. Na dodatek miałem jeszcze rzadką możliwość wyboru wersji auta, której modelik wzbogacił moją kolekcję. 

Kiedy miesiąc temu prezentowałem tu zdjęcia obydwu samochodów napisałem: „Starsza Mazda RX7 to niewątpliwie auto kultowe. Może to jej model urozmaicił by kolekcję, a może?  Nowsza Mazda RX7 (nie tak kultowa jak starsza wersja, ale za to zdecydowanie ładniejsza)”. 

Na giełdzie, po obejrzeniu całej, mimo wszystko dość pokaźnej oferty różnych modeli, moją uwagę przykuły właśnie 2 modele Mazdy RX7: Najpierw nowszej, drugiej generacji (FC3S), później starszej, pierwszej generacji (SA22C). To, co napisałem o samych samochodach, jest prawdą i moja opinia w odniesieniu do obu modeli aut nie jest chyba odosobniona, w odniesieniu do ich modeli okazała się jednak zupełnie nieprzydatna, pomimo tego, że obydwa modeliki były tego samego producenta.

Czerwony modelik nowszej wersji auta (FC3S), którego zakup rozważałem już od dłuższego czasu (właśnie  z uwagi na urodę samochodu, skądinąd inspirowaną rasowym wyglądam Porsche 924), w porównaniu z modelikiem starszej wersji (SA22C), okazał się znacznie mniej ciekawy. Po prostu, na żywo modelik starszej wersji prezentował się naprawdę dużo lepiej. Na dodatek w zakupie okazał się też tańszy.

Obrotem sprawy, szczerze mówiąc sam byłem zaskoczony, ale z nowego nabytku jestem niejako podwójnie zadowolony, bo w kolekcji dokumentującej historię motoryzacji, od początku bardziej wypadało mieć modelik pierwszej, a nie drugiej generacji auta, bo to własnie pierwsza generacja uznana została za auto naprawdę kultowe. 

Mazda RX7 (SA22C) ukazała się na rynku w roku 1978 w chwili, kiedy po niezbyt udanym eksperymencie, jakim było montowanie silników z wirującym tłokiem (zwanych silnikami Wankla) w samochodach seryjnych, niemal wszyscy uznali historię silników Wankla za zamknięty rozdział. (Wraz z zakończeniem produkcji legendarnego NSU Ro80 wiosną 1977 roku). Mazda właśnie wprowadzając do produkcji model RX7, nie tylko zapobiegła zamknięciu historii silnika Wankla, ale dopisała do niej zupełnie nowy, trwający jeszcze przez ponad trzy kolejne dekady, rozdział. 

Choć w przypadku modelika, widać tylko niezbyt fascynującą (również jak na tamte czasy) karoserię , najistotniejsze dla samego auta było to, co pod tą karoserią się kryło.  

Samochód wszedł na rynek, w niezbyt sprzyjającym momencie, bo zaledwie 5 lat po gigantycznym kryzysie paliwowym z 1973 roku, który znacząco wpłynął na rozwój motoryzacji. Dekadę później każda firma motoryzacyjną, miała w ofercie nawet małe samochody wyposażone w bardzo oszczędne, choć niezbyt dynamiczne silniki Diesla. (Silnik taki, o pojemności 1600 ccm, miałem w moim pierwszym, własnym samochodzie, jakim był Escort 1,6D. Zrobiła go dla Forda firma KHD z Kolonii w 1984 roku, zaś inne firmy miały w ofercie takie silniki znacznie wcześniej).

A jednak, pomimo znacznie wyższego zużycia paliwa, jakie w stosunku do tradycyjnych (tłokowych) silników benzynowych, wykazywał zainstalowany w RX7 silnik Wankla,  okazał się on podstawą sukcesu auta.

Niewielkich rozmiarów, o nisko umieszczonym środku ciężkości silnik pozwolił na uzyskanie konstruktorom auta niemal idealnego rozkładu mas na oś przednią i tylną, który wynosił 52:48. Owszem, na rynku były już popularne auta, które miały ten współczynnik jeszcze lepszy, ale takowe były tylko 2: Porsche 924  i nieco starsza Alfa Romeo Alfetta. Były to jednak samochody o układzie napędowym typu Transaxle, w którym silnik umieszczony był z przodu, zaś skrzynia biegów zintegrowana z mechanizmem różnicowym z tyłu, co komplikowało nie tylko budowę auta, a zwłaszcza jego tylnego zawieszenia, co nie pozostawało bez wpływu na cenę samochodu. W latach 70-tych, w bardzo wielu autach popularnych był (z uwagi na koszty) stosowany najprostszy w budowie, klasyczny układ napędowy: Z przodu silnik ze  skrzynią biegów, a z tyłu sztywny tylny most (jak w Fiacie 125p). Taki właśnie prosty układ napędowy miała Mazda RX7.    

Silnik Wankla miał jeszcze inną zaletę.  Ważący 1050 kg samochód rozpędzał się do 100 km/godz. w 10 sekund, co w tamtych czasach było wynikiem bardzo dobrym.  Zaś „rozkręcenie” pracującego bez jakichkolwiek wibracji silnika do 7000 obrotów/minutę było naprawdę przyjemne, bo silnik nie huczał, co w normalnych tłokowych silnikach przy tak wysokich obrotach było nieosiągalne.  

Wymienione powyżej zalety sprawiły, że ten sportowy samochód odniósł spektakularny sukces. Jak podaje niemiecka Wikipedia, która niestety w odniesieniu do informacji o samochodzie jest znacznie bardziej miarodajna niż polska, auta pierwszej generacji wyprodukowano ponad 471 tyś. egzemplarzy, co jak na auto sportowe jest liczbą naprawdę imponującą. Trudno się dziwić zatem, że w prestiżowym konkursie na samochód stulecia (Car of the Century), Mazda RX7 znalazła się wśród 100 najistotniejszych aut z XX wieku nominowanych do tego prestiżowego tytułu.  

Po ostatniej giełdzie trochę się pokręciłem. Obejrzałem to i owo, zastanawiałem się nad kilkoma innymi modelami i w pewnym momencie byłem nawet bliski udania się do domu, bez dokonania jakichkolwiek zakupów. Już właściwie pożegnałem się i miałem wracać, kiedy postanowiłem jeszcze raz, już pod sam koniec giełdy spojrzeć na modele którymi byłem ewentualnie zainteresowany. Wziąłem do ręki pudełko z modelikiem i zacząłem negocjacje. Sprzedający opuścił 5 zł i Mazdę kupiłem. 

Modelik japońskiego samochodu najlepiej, gdy jest produkcji japońskiej firmy. Mazda firmy Kyosho (tej samej, co kupiony na marcowej giełdzie Nissan) prezentuje się znakomicie. Kosztowała 55 zł, co jak na kolekcjonerski model, renomowanej firmy można uznać, za bardzo okazyjną cenę.

Klika miesięcy temu, zaraz po zakupie Nissana, wszedłem na stronę modeliki.pl. Była tam w promocji Mazda RX7, nie pamiętam już czy w żółtym, czy czerwonym kolorze. Nie pamiętam też, czy kosztowała 40, czy 60 zł i nawet zastanawiałem się, czy jej nie kupić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Oglądałem zdjęcia w Internecie i wydawało mi się, że to jakaś „dziwna” japońska wersja z niebyt piękną ścianą tylną z dużą i niezbyt ładną wnęką na tablicę rejestracyjną. Po obejrzeniu modelika „na żywo” zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało.    

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

 

P.S. 

Kiedy wczoraj wieczorem skończyłem ten wpis, myślałem, że na temat Mazdy RX7 napisałem już wszystko. Dziś rano miałem zrobić tylko zdjęcia modelika i wstawić do wpisu. Wtedy przypomniałem sobie, że w pawlaczu, w starym pudle, leży dowód na to, że Mazdy RX7 pierwszej generacji, choć nigdy mi się specjalnie nie podobała, była autem absolutnie kultowym i to w czasach kiedy była jeszcze produkowana:

Stary modelik Matchbox, kupiony w niemieckim hipermarkecie gdzieś w 1987 lub 1988 roku, a może nawet wcześniej, za 2,5 marki (a więc równowartość dzisiejszych 5 złotych).

Tak, to prawda, że w tamtych latach (a dokładnie do 1990 roku) jeśli nie mogłem kupić modelika w skali 1:43, kupowałem również tanie, jednak mniejsze i znacznie mniej dokładne modele w skalach do 1:69 do 1:50 takich firm jak: Norev, Majorette czy Matchbox. Modeli takich mam około 30. Większość z nich udało mi się zastąpić dobrymi kolekcjonerskimi modelami już w skali 1:43, dopiero wiele lat później. O Mazdzie niemal zupełnie zapomniałem.

Teraz postanowiłem ją pokazać. Modelik sygnowany datą 1982, w skali 1:56, przedstawia nieco późniejszą wersję auta pierwszej generacji (po faceliftingu) a dokładnie model FB2. Nie pamiętam już dlaczego modelik kupiłem. Zapewne przyczyną było to, że choć samochód (jak już napisałem) nigdy specjalnie mi się nie podobał, był już wtedy autem absolutnie kultowym i zapewne dlatego go nabyłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Teraz nadarzyła się okazja, aby o całej historii sobie przypomnieć. Swoją drogą trzydziestoletni Matchbox na tle nowego nabytku, może nie prezentuję się rewelacyjnie, ale jak mawiają znawcy „ma klimat”.

267. Długo „poszukiwany” – Volvo P1800

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” 

Podczas prezentacji moich ubiegłorocznych zdobyczy, w akapicie „Co się ubiegłym roku nie udało?” napisałem:

…nie udało się w mijającym roku kupić więcej niż 1 model z mojej ”listy poszukiwanych”. O drugi, co prawda „otarłem” się na grudniowej giełdzie, ale w trakcie oglądania wspomnianego tu modelika Ferrari, ktoś „sprzątnął mi go sprzed nosa” i  kupił  odłożonego na chwilę na bok „poszukiwanego”

Cóż, bywa. Nie wkurzyłem się tym nawet specjalnie, bo za Ferrari zapłaciłem 35 zł, a „poszukiwany” kosztował 60, martwiło mnie trochę tylko to, iż dopadnięcie pożądanego od wielu, wielu lat modelka może jeszcze trochę potrwać. Nie sądziłem, że dokładnie ten sam modelik dopadnę zaledwie trzy miesiące później i do tego nawet troszkę taniej.

Okazje do zakupu modelika zaczęły się nadarzać już miesiąc po giełdzie. Na Allegro zaczęły się pojawiać aukcje z modelikiem. Pierwszych Kilku pierwszym przyglądałem się, bo ceny, za jakie sprzedawano modelik, nie były dla mnie do zaakceptowania. W jednej brałem chyba nawet udział, ale szybko ją sobie odpuściłem, aż na początku marca pojawiła się kolejna aukcja z takim oto opisem:

Volvo P1800 – klasyczny samochód sportowy produkowany przez firmę Volvo. Pracę nad autem rozpoczęto w roku 1957 aby nadrobić zaległości na rynku samochodów sportowych spowodowane nieudanym modelem Volvo P1900, którego sprzedano jedynie 68 sztuk. Opiekunem nowego projektu został Helmer Petterson, który w latach 40. był odpowiedzialny za Volvo PV444. Auto wykonał jego syn Pelle Petterson. W 1962 w serialu Święty za kierownicą P1800 zasiadł bohater filmu Simon Templar. Całkowita produkcja modelu 1800 od 1961 do 1973 wyniosła 47 492 sztuk. Produkcję zakończono w 1973 roku.Volvo P1800 wyposażony był w rzędowy czterocylindrowy silnik B18 o pojemności 1,8 l (1778 cm³) i mocy 100KM (75 kW), produkowany przez koncern Volvo i montowany w modelach Volvo PV544, Volvo 120 (Amazon) oraz Volvo 140. W miarę rozwoju produkcji silniki udoskonalano, stosując między innymi silniki B18 oraz B20. Po przeniesieniu produkcji do Göteborga zaczęto usprawniać jednostkę napędową. Najwyższą moc, bo aż 130 KM, osiągał silnik B20E o pojemności 2000cm³.Najwyższa osiągnięta prędkość to około 190 km/h, a przyspieszenie 0-100 km wynosiło 9,5 s.Irv Gordon przejechał (do 2013) swoim zakupionym w 1966 roku Volvo P1800S ponad 3 000 000 mil (4,8 mln kilometrów). Jest to oficjalny rekord świata w odległości, przejechanej jednym samochodem.

W aukcji nie było podane, czy modelik jest w opakowaniu, ani z jakiej serii pochodzi. Zacząłem licytację obserwować, a pod koniec włączyłem się do niej i wygrałem.

Volvo P1800 na mojej „liście poszukiwanych” figurował od samego początku. Nie pamiętam już, dlaczego właściwie się na niej znalazł. Samochód zapadł w mojej pamięci dość głęboko, a przecież w czasach głębokiego PRL raczej trudno go było spotkać nawet na warszawskich ulicach. Możliwe, że auto widziałem „na żywo” gdzieś w latach siedemdziesiątych, kiedy Volvo swoją młodość miało już za sobą, a jego linia mocno „traciła już myszką” i mówiąc oględnie była „mocno nieświeża”. Samochód podobał mi się jednak bardzo, bo był zupełnie inny niż wszystkie znane mi inne modele tej marki.

Możliwe, również, że zapamiętałem go także zupełnie innego powodu:  

Tak, tak, serial był emitowany w naszej telewizji. Było to jednak tak dawno temu, że bardzo słabo go pamiętam.

O serialu pierwszy raz przypomniałem sobie zaraz na początku mojej kolekcjonerskiej kariery. Jeszcze w 1984 roku na pchlim targu, a właściwie na wielkim weekendowym bazarze przy stadionie Spójni, wpadł mi w ręce biały modelik Volvo P1800 z „patyczkowatym” wizerunkiem „świętego” na masce. Był to chyba stary modelik Dinky, jeszcze z kołami z metalowymi felgami. Pochodził chyba z lat 70-tych i już wtedy  trochę „trącił myszką”. Sprzedający chciał jednak za niego jakąś (na owe czasy) koszmarną kwotę i na tym samym stoisku zamiast Volvo kupiłem wtedy pomarańczową radziecką Ładę, która w mojej kolekcji przez długie lata „robiła” za Fiata 124.

Poszukiwania modelika Volvo P1800 przez wiele lat nie dawały rezultatu. Model tego auta wypuściła na rynek wiele już lat temu firma Minichamps i to właściwie na ten model polowałem.  Na giełdach się praktycznie nie pojawiał, a na Allegro jeśli trafił się raz w roku, jego cena raczej odstraszała gdyż przekraczała grubo 100 zł.  Poszukiwania zakończyły się sukcesem w połowie marca:  

 

Nie jest to co prawda modelik Minichamps, ale razem z przesyłką kosztował 56 zł, a więc nawet troszkę taniej niż modelik, który na grudniowej giełdzie ktoś „wyjął mi spod ręki”.

Modelik przyszedł w kompletnym (nieco sfatygowanym) opakowaniu. Wymagał jednak drobnych poprawek. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Poprawki te to:

Wymontowanie i wklejenie na nowo zderzaka przedniego, celem jego wypoziomowania.

Wycięcie i wklejenie raz jeszcze szyb z bocznych z prawej strony, tak aby nie wystawały poza obrys dachu i tylnego słupka. 

Wypoziomowania wymagało też tylne lewe światło, które fabrycznie było krzywo wklejone. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik jest naprawdę ładny, choć pochodzi z gazetowej serii Atlas. O ile dobrze pamiętam w Niemczech jako „startowy” model serii Volvo kosztował całe 4 euro. Trudno zatem wymagać od niego cudów. Cóż, kiedy jednak się na coś „choruje” i kiedy chce się to koniecznie mieć, trzeba czasem trochę przepłacić.

pozdrawiam