Tag: Austin

172. Taksówki Świata i Iphone

172. Taksówki 1

Już myślałem, że po skończeniu gablotki i złożeniu nowej kanapy wreszcie trochę sobie odpocznę. Ale gdzież tam.

W sobotę 3 grudnia po południu udało się kanapę zmontować. Nie sprawiło to zbytnich kłopotów, bo choć okazało się, że w najważniejszej paczce nie ma instrukcji montażu, po wykonaniu jednego telefonu do Ikei, dostałem ją e-mailem i wszystko się udało złożyć dość szybko i sprawnie. W niedzielę wybrałem się na spacer na pchli targ na Namysłowskiej (w nadziei złowienia tam jakiegoś starego modelika, bądź choćby złomu na części). Kiedy wróciłem do domu i do pokoju, który po montażu mebli nie jest jeszcze do końca posprzątany, zaraz po obiedzie córka zaczęła jęczeć. Najpierw trochę narzekała i napomykała, że pojechałaby do Arkadii, później już coraz bardziej natarczywie zaczęła się o wypad do Arkadii dopominać. Nie miałem zamiaru nigdzie jechać bo po kolejnym całym tygodniu bieganiny chciałem trochę odpocząć. Jednak po kilku godzinach szarpania się z nią zgodziłem się i dla świętego spokoju pojechaliśmy do Arkadii. I to bynajmniej tym razem nie po ciuchy ani buty.
Córka niczym świeżego powietrza zapragnęła Iphona. Wyjazd poprzedziły negocjacje i pytanie ile byłbym się gotów do tego dołożyć. Tłumaczenia, że po zakupie kanapy i foteli jestem spłukany, że idą święta a one z reguły pociągają za sobą dodatkowe wydatki , a w ogóle wszyscy trąbią, że nadciąga kryzys, córki nie przekonywały. Dodatkowy argument, że powinna się skoncentrować na nauce i przygotowaniu do próbnych testów gimnazjalnych, a tak w ogóle zakup takiego gadżetu w tym momencie jest po prostu niewychowawczy, też nie dawał rezultatu. W końcu córka zgodziła się, że właściwie kupi smartfona za własne, zarobione w czasie wakacji pieniądze. Zapytałem, czy jej nie szkoda pieniędzy i próbowałem ją przekonać do zakupu tańszego telefonu np. Samsunga Galaxy.  Ja nie lubię robić szybko, bez namysłu i rozeznania żadnych zakupów, zwłaszcza tak drogich.
Do Arkadii pojechaliśmy więc z różnymi zamiarami. Córka liczyła, że kupi upragniony gadżet, ja że sobie wszystko dokładnie obejrzę, porównam i ewentualnie spróbuję jej ten zakup wyperswadować lub chociaż trochę się nad nim zastanowić. Znów miałem szczęście. Poszliśmy do sklepu I Store gdzie Iphone okazał się o 300 zł droższy niż na stronie firmy Apple. Zacząłem więc córkę przekonywać, że lepiej kupić go przez Internet, a poza tym zawlokłem moje dziewczyny jeszcze do marketu Saturn zobaczyć ile Iphone tam kosztuje i przynajmniej na oko porównać go z Samsungiem Galxy. Przed wyjazdem do Arkadii obejrzałem w Internecie kilka filmików o obydwu telefonach i chciałem oba zobaczyć na żywo. Tym razem wygrała córka. Iphone również na mnie zrobił znacznie lepsze wrażenie. Jest nieco mniejszy, ale z zewnątrz robi wrażenie aparatu solidniejszego i bardziej odpornego na uszkodzenia.
Wróciliśmy do domu i złożyliśmy zamówienie na stronie Aple. Nie przelałem jednak pieniędzy, bo czas realizacji zamówienia nie był do końca określony, ponadto miałem kłopot z wypełnieniem formularza przelewu (właściwie nie wiedziałem jaki adres odbiorcy mam wpisać, bo w danych odbiorcą był firma zagraniczna, operatorem jakiś nieznany mi polski bank, a adres był z kolei jakiegoś parku biznesu, w którym ów nieznany mi bank zapewne się mieści). Postanowiłem zadzwonić w poniedziałek do Aple i poprosić o pomoc w wypełnieniu przelewu.
W międzyczasie poszukiwałem oferty Iphona w Internecie. A kto szuka ten znajdzie i ja też znalazłem. Nie obeszło się jednak bez straty kilku kolejnych wieczorów.
Okazało się, że dotychczasowy operator komórki córki – T-Mobile oferuje telefon w taryfie Mix. Przy zobowiązaniu się do doładowywania telefonu 24 razy po 25 zł (minimum raz w miesiącu) telefon kosztuje o 150 zł taniej niż w Apple. Ofertą nie byłem zachwycony, bo wiąże ona użytkownika z operatorem na dłuższy okres czasu, co nie zawsze jest korzystne. Upust niewielki, a zobowiązanie długotrwałe, kłopotliwe i wcale nie takie groszowe.
Można jednak je było rozważyć.
W poniedziałek w pracy byłem bardzo zajęty. Kiedy po 16 zacząłem dzwonić do Aple nie dodzwoniłem się. Zalogowałem się za to do mojego zamówienia, i okazało się, że przewidywany czas dostawy telefonu to okres między 22 a 30 grudnia (a więc już po świętach). Przelew jeszcze nie poszedł a na realizację zamówienia już trzeba było czekać ok 3 tygodni. Pojechałem więc do punktu T-Mobile w Arkadii. W puncie tym (jak w przychodni lekarskiej) obowiązują numerki drukowane ze specjalnego urządzenia, więc sobie trochę poczekałem. Kiedy doszedłem do stoiska  pani, która w nim obsługiwała wyjaśniła mi szybciutko, że aby kupić telefon w ofercie Mix muszę zarejestrować dotychczasowy nr. i podać do niego kod Puk, którego przy sobie nie miałem. Wyjaśniła, że z przejściem z dotychczasowej taryfy Tak Tak na taryfę Mix z zachowaniem numeru nie będzie kłopotu. Co do Iphona zapytała tylko, czy mam jakiś inny telefon np. na abonament lub kartę kredytową, na co odparłem, że telefon mam w Erze (obecnie też T-Mobile), ale jest to telefon służbowy, a karty kredytowej nie mam. Pani napomknęła coś o akceptacji umowy przez operatora, ale nie wyjaśniła o co chodzi. Wyszedłem z punktu, w marketach obok kupiłem kilka rzeczy i znów wydrukowałem numerek. Chciałem wyjaśnić jeszcze kilka szczegółów zwłaszcza sprawę potrzebnej do Iphona karty microsim. Ta sama pani sprawdziła w systemie, że telefon z którego korzysta córka działa od 2002 roku i wycinanie z karty sim mniejszej karty (microsim) nie jest wskazane, nowa krata mikro sim kosztuje 30 zł i jeśli kupię telefon w Aple, muszę za nią zapłacić. Znów wyszedłem się chwilę zastanowić, skontaktować z żoną, (która przeważnie w takich wypadkach mówi: „rób jak uważasz”). W końcu gdzieś za 15 minut dziewiąta wszedłem do punktu po raz trzeci i oznajmiłem, że jestem gotów podpisać umowę. Tym razem pan oświadczył, że chociaż punkt jest otwarty do 22 drugiej, umowa wymaga akceptacji centrali T-Mobile i jest już za późno (można to zrobić do 21), a tak w ogóle to białego Iphona nie mają i polecił przyjechać we środę.
We wtorek zadzwoniłem do córki, która dzwoniąc na wskazany w Arkadii nr zdobyła kod Puk do swojego numeru telefonu. W poniedziałek wieczorem poczytałem też trochę o promocjach związanych z przejściem z taryfy Tak Tak na Mix i zaopatrzony w kod Puk i kilka wydruków ze strony T-Mobile pojechałem do sklepu T-Mobile w Tesco w Morach. Na miejscu najpierw zapytałem o białego Iphona, mieli. Następnie dowiedziałem się wszystkiego na temat kosztów telefonu w taryfie Mix i wszystkich możliwych promocjach. Później wyszedłem na chwilę i zadzwoniłem do żony aby skonsultować czy weźmiemy telefon w ofercie na 24, 30 czy 36 doładowań. Po namyśle wróciłem i oznajmiłem, że jestem gotów podpisać umowę. Wtedy okazało się, że nie mogę tego zrobić i kupić telefonu z kilkuprocentowym upustem, a jednocześnie wziąć na siebie zobowiązanie do kilkudziesięciu doładowań przynajmniej raz w miesiącu, bo nie mam karty kredytowej ani abonamentu na inny telefon. „Miły” pan oznajmił, że do podpisania umowy potrzebne będzie zaświadczenie z pracy o zatrudnieniu i najlepiej jeszcze 3 ostatnie potwierdzenia opłacenia faktur za usługi telekomunikacyjne np. z Telekomunikacji Polskiej SA. Pan wskazał punkt TP po przeciwnej stronie korytarza.
W punkcie TP SA (w Tesco w Morach) okazało się, że jest to tylko mały punkt i żadnej faktury ani potwierdzenia z systemu wydrukować nie mogą. Pan z punktu odesłał mnie do większego punktu – Telepunktu w Tesco na ul. Górczewskiej i stwierdził, że tam takie potwierdzone faktury otrzymam. Ponieważ jest to po drodze do domu pojechałem tam. W Telepunkcie okazało się, że oni też nic z sytemu wydrukować nie mogą i kazali zadzwonić na błękitną linię TP i zamówić potwierdzone faktury, które po kilku dniach otrzymam pocztą. Swoją drogą kiedy spóźnię się klika dni z opłaceniem 150 zł za abonament telefoniczny, internet oraz pakiet telewizyjny, który w aktualnej ofercie jest już bezpłatny, a ja płacę za niego z racji podpisania umowy rok temu, Telekomunikacja Polska dzwoni i przypomina o niezapłaconej fakturze. Kiedy zaś ja potrzebuję od Telekomunikacji Polskiej potwierdzenia, że trzy ostatnie faktury zapłaciłem, nikt nic od reki załatwić nie może. I tak we wtorek niczego już nie załatwiłem i późnym wieczorem wróciłem do domu (znów bez Iphona).
We środę zadzwoniłem do centrali i poprosiłem o zaświadczenie o zatrudnieniu. Dostałem je po południu. Z domu zabrałem 2 faktury z TP SA i wydrukowałem potwierdzenia przelewów z konta. Tak zaopatrzony ruszyłem do sklepu T-Mobile. Po drodze doszedłem jednak do wniosku, że obsługi punktu T-Mobile w Tesco w Morach nie mam już ochoty więcej oglądać, pojechałem więc do Arkadii, bo tam właśnie w środę mieli dostać białego Iphona. Na miejscu wyciągnąłem nr telefonu córki, kod Puk i pani z obsługi zaczęła procedurę rejestracji numeru telefonu. Po chwili zaczęliśmy załatwiać sprawę umowy i pani znów zapytała o krtę kredytową, lub inny telefon na abonament. Odparłem, że takowych nie mam. Pani odparła, że w takim razie na Iphona zostanie ustanowiona kaucja. Zapytałem więc, dlaczego w poniedziałek, kiedy w tym punkcie byłem trzy razy nikt o tym nie wspomniał i zapytałem dlaczego obsługa jest albo niedoinformowana, albo niekompetentna. Udałem głupa i zapytałem co jest potrzebne, aby kaucji uniknąć. Wystraszona trochę pani bąknęła, że albo zaświadczenie z pracy albo trzy opłacone faktury np. od innego operatora. Po raz kolejny zapytałem dlaczego w poniedziałek nikt mi o tym też nie powiedział (a kolega pani, z którym wtedy rozmawiałem schował się szybko na zaplecze). Spokojnie wyjąłem z teczki kopertę, wyciągnąłem z niej zaświadczenie i podałem je pani z pytaniem „czy to wystarczy?”. Pani popatrzyła na zaświadczenie i odparła że tak, faktur z TP SA już nie chciała. Dokończyliśmy transakcję i dopiero w środę wróciłem do domu z Iphonem. Córka bardzo się ucieszyła, zaś Iphonem był zachwycona. Ja już niekoniecznie.
Pomijając fakt, że załatwienie sprawy trwało trzy popołudnia, i konieczne okazało się jeżdżenie po różnych punktach sprzedaży, Iphona nabyliśmy z upustem raptem 8% w stosunku do ceny w sklepie internetowym Apple. W zamian za ten upust ja zobowiązałem się do wykupienia w sieci T-Mobile doładowań za kwotę 3 krotnej wartości owego 8% upustu (30 doładowań po 25 zł minimum raz w miesiącu). Sieci T-Mobile nie wystarczyła rejestracja nr telefonu na podstawie mojego dowodu osobistego. Nr telefonu, który był aktywny, a więc regularnie opłacany od 2002 roku, żądano zaś ode mnie jeszcze zaświadczeń, faktur, kart kredytowych itp. (dobrze, że nie musiałem podawać rozmiaru majtek i butów) Służbowy telefon z którego korzystam jest też zarejestrowany w tejże sieci, ale to nie ma znaczenia. Umowa jaką podpisałem jest obwarowana karami jakbym Iphopna dostał za darmo, a przecież za niego zapłaciłem i to nie mało. Zastanawiam się dlaczego T-mobile traktuje swojego wieloletniego klienta jak potencjalnego złodzieja i czy umowa jaką z siecią T-Mobile zawarłem jest z kupieckiego punktu widzenia w ogóle uczciwa. Zastanawiam się też czy nie napomknąć dyrektorowi IT w mojej firmie, z którym na początku mojej w niej kariery siedziałem w jednym pokoju, aby rozważył np. zmianę operatora telefonów służbowych.
Tyle na temat wydarzeń z początku grudnia, które spisałem w weekend 10 grudnia, ale nie miałem czasu wpisu dokończyć. Teraz o właściwym temacie tego wpisu.
Dziewiątego września tego roku ruszyła kolejna seria wydawnictwa Amercom – Taksówki Świata. Ładnych parę lat temu – w marcu 2004 krótką serią takich taksówek wypuściło wydawnictwo DeAgostini. W serii było najpierw 6, później 7 modeli. Modeliki były tanie kosztowały po 10 zł, a seria pokazywała się w kioskach kilka razy i mam z niej właściwie wszystkie modele oprócz garbusa, który ukazał się wtedy jako ostatni. W serii wyszedł także Austin FX4 i kupiłem go w kiosku za 10 zł, chociaż kilka tygodni wcześniej na Allegro wylicytowałem niemal identyczny model z jakiejś zagranicznej serii gazetowej i zapłaciłem z niego chyba ok 70 zł. To okazało się największą ” kolekcjonerską wpadką” ostatnich lat, o ile nie największą w 25 letniej historii całej kolekcji. Modelik z kiosku był nawet lepiej i staranniej wykonany niż ten z Allegro, jednak obydwa modele wyprodukowane przez firmę IXO okazały się za duże i miały złe proporcje.
Na posiadaniu w kolekcji dobrego modelika londyńskiej taksówki bardzo mi zawsze zależało. Kilka lat temu wypatrzyłem w Internecie inny modelik Austina FX4, modelik firmy zabawkarskiej Welly, która właściwie nigdy modeli wykonanych dokładnie w skali 1:43 nie produkowała. Modelik jak wypatrzyłem na różnych stronkach tym razem był w skali 1:43, prezentował się dobrze, jednak na polskim rynku był praktycznie nieosiągalny. Pokazał się co prawda kilka razy na Allegro, ale albo kosztował ok 40 zł albo był np. czerwony więc go nie kupiłem, nie będąc pewny do końca co to właściwie jest i chcąc uniknąć kolejnego nieudanego zakupu Austina FX4. Kiedy więc w zapowiedziach nowej serii wydawnictwa Amercom pokazał się modelik londyńskiej taksówki, a ze zdjęć wynikało iż będzie to raczej Welly niż IXO postanowiłem modelik kupić.
172. Taksówki 2
Tym razem się udało i zakupu jestem bardzo zadowolony. Modelik (wykonany najprawdopodobniej przez firmę Welly) jest w skali, ma ładne proporcje, a pod kilkoma względami również wykonaniem wnętrza przewyższa wyjątkowo nieudany modelik IXO.
172. Taksówki 3
Modelik nie wymagał praktycznie żadnych przeróbek, chociaż niezbyt podobają mi się w nim koła. Zamontowałem „na próbę” koła z taksówki IXO, ale wtedy modelik wyglądał raczej na pogrzebowy karawan niż na taksówkę, wróciłem więc do kół oryginalnych i tylko kołpaki okleiłem samoprzylepną folią aluminiową i wypolerowałem. (operację taką opisywałem w listopadzie). Modelik Austina kupiłem 8 października, jednak ze względu na wydarzenia, jakie nastąpiły później, a o których wspominałem kilkakrotnie na tym blogu, nie znalazłem czasu aby go wcześniej opisać.
W sobotę 3 grudnia (zanim pojechałem do Ikei po raz drugi po kanapę) wpadłem do mojego „kultowego” kiosku i nabyłem kolejny modelik z serii Amercom:
172. Taksówki 4
Tajlandzki Tuk Tuk jest zupełnie inny niż większość moich modeli. Jest kolorowy, oryginalny i bardzo kolekcję urozmaica. Jak przystało na azjatyckiego trójkołowca jest maleńki, ale naprawdę „słodki”.
172. Taksówki 5
Z nowej serii wydawnictwa Amercom kupiłem też startowego Forda, bo chociaż jest sporo za mały, kosztował 6 zł i może przydać się np. na części.
Miałem też szczery zamiar nabyć czerwono srebrną Toyotę z Hong Kongu, na pamiątkę mojej kilkudniowej służbowej podróży do tego ciekawego miasta, jaką odbyłem (pracując jeszcze w FSO) w 1994 roku. Jednak do „kultowego” kiosku zabrałem ze sobą (wyciągniętą z pudła nr 6) żółtą Toyotę Crown Comfort (taksówkę z Tokio ze starszej serii DeAgostini), którą kupiłem za 10 zł jeszcze w 2004 roku. Na miejscu okazało się , iż ta ostatnia jest o wiele ładniejsza od nowej taksówki z Hong Kongu (z serii Amercom) i szkodami się zrobiło, że tak to wygląda, ale postanowiłem zachować sobie 20 zł i zakup kolejnego modelika sobie odpuściłem.
Na koniec pragnę złożyć wszystkim Bywalcom i Obserwatorom tego bloga wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2012. Kolekcjonerom nowych wspaniały nabytków, a wszystkim pozostałym i sobie również, przede wszystkim ZDROWIA. Bo jak ono jest to i kryzys nie straszny.
pozdrawiam

167. Zapomniana legenda – Austin-Healey

Jeden z najbardziej charakterystycznych i najbardziej klasycznych angielskich samochodów sportowych stworzył Donald Healey i zaprezentował pod własną marką na Londyńskim Salonie Samochodowym w 1952 roku. Samochód zrobił tak ogromne wrażenie na Leonardzie Lordzie dyrektorze koncernu British Motor Corporation (w skład którego wchodziła marka Austin), że ten postanowił projekt Healeya odkupić i wdrożyć do produkcji większą liczbę egzemlarzy. Tak powstała zupełnie nowa marka Austin-Healey. Produkcję nowego samochodu Austin-Healey 100, którego oznaczenie pochodziło od założonej w projekcie Healeya maksymalnej prędkości 100 mil na godzinę, rozpoczęto w zakładach Austina w 1953 roku. Samochód, który przetrwał aż do roku 1968, przez wszystkie lata produkcji zachował charakterystyczny kształt nadwozia i wizualnie niewiele się zmienił.

Modelik Austina-Healeya zawsze był przez kolekcjonerów pożądany. Jednak do jego zakupu przynajmniej ja musiałem dojrzeć. Na początku lat 90-tych, kiedy moja kolekcja liczyła jakieś 150 modeli i zaczęła się układać w ciągi historyczne poszczególnych modeli aut, zacząłem kupować książki przedstawiające historię motoryzacji i kolejne następujące po sobie modele aut poszczególnych marek. Właśnie dzięki lekturze takich książek zapragnąłem mieć w kolekcji modeliki samochodów, których nigdy „na żywo” nie widziałem, a które były w swoim czasie autami bardzo istotnymi dla rozwoju motoryzacji, a później uznano je za prawdziwe ikony. Tak też było w przypadku Austina-Healeya.

Gdzieś w roku 2002 lub 2003, na giełdę w Starej Gazowni ktoś przywiózł całą serię modeli wydawnictwa del Prado. Modele sprzedawał po ok. 40 zł i wszystkie bardzo szybko się rozeszły. Nie miałem możliwości obejrzenia ich dokładnie, a tylko jeden z kolekcjonerów pokazał mi przelotnie modele, które kupił. Wśród nich był modelik Austina-Healeya 100. Widziałem go zaledwie przez kilka sekund, ale ten widok bardzo zapadł mi w pamięci.

W lutym 2004 roku zanim kupiłem komputer zarejestrowałem się na Allegro. Zostawałem w pracy czasem kilka godzin, aby wylicytować modelik i w ten sposób kupiłem kilka ciekawych modeli. Kilka miesięcy później kupiłem komputer i wtedy już mogłem licytować z domu. Jednym z pierwszych modeli, jakie wtedy na Allegro kupiłem był modelik Austina-Hileya. Nie był to jednak modelik, który zapamiętałem z giełdy, ale modelik nowszej wersji samochodu – Austina-Healeya 3000 MK I.

Jednak przez cały czas miałem w pamięci widziany na giełdzie modelik Austina-Hileya 100 z charakterystyczną atrapę w kształcie latawca.  Nie chorowałem na niego, ale cały czas chodził mi on po głowie. Po cichu liczyłem, że modelik ukaże się w serii Legendarne Samochody wydawnictwa Amercom, jednak tak się nie stało. W ostatnim czasie modelik pokazał się kilka razy na Allegro jednak albo nie miałem czasu, bo licytowałem inne model, albo byłem zaaferowany kolejnymi „kultowymi” modelikami. Kiedy w ubiegłym tygodniu modelik znowu się pojawił uznałem, że cena 15 zł za jaką został wystawiony, pomimo tego, że był bez opakowania, jest naprawdę atrakcyjna i zalicytowałem. Innych chętnych na modelik nie było i w końcu go kupiłem. Wraz z przesyłką kosztował mnie całe 21 zł:

167. Austin H 1

Kiedy we wtorek dotarł do mnie, od razu go rozebrałem. Zamontowałem światła jeszcze raz (nieco wyżej). Pozamieniałem miejscami koła, tak aby najsłabiej wykonane znalazło się z prawej strony z tyłu. Pomalowałem też tylne światła czerwoną farbą (w oryginale były srebrne) oraz kierownicę.

167. Austin H 2

Modelik del Prado jak na serię gazetową, będącą odpowiednikiem naszej serii Legendarne Samochody wydawnictwa Amercom jest dość starannie wykonany. Zastrzeżenia można mieć jedynie do kół, które zostały niezbyt precyzyjnie pomalowane wewnątrz czarną farbą, a przy okazji zostało na nich kilka drobnych czarnych kropek w miejscach, gdzie ich być nie powinno. Nie da się ich niestety zmyć spirytusem, bo farba, co prawda po dłuższym pocieraniu nasączoną zapałką schodzi, ale przy okazji schodzi też również chrom na krawędziach i w efekcie zamiast wygląd kół poprawić można go jeszcze bardziej popsuć.

Kiedy już modelik zmontowałem, postanowiłem go porównać z kupionym kilka lat wcześniej kolekcjonerskim modelikiem Austina-Healeya 3000 z serii Vanguars firmy Lledo (aktualnie z powrotem Corgi).

167. Austin H 3

Kupiony w 2004 roku, za ok. 50 zł modelik Lledo to właściwie zapakowany w zupełnie nowe pudełko, stary modelik z serii Corgi Classic, jaka ukazała się na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Modelik nieco odświeżony, inaczej pomalowany, wyposażony i w lampy z cyrkoniami, a nie jak pierwowzór w chromowane (ślepe) imitacje lamp bez przezroczystych odbłyśników.

167. Austin H 4

Modelik Lledo to typowy model kolekcjonerski: opakowany w piękne, kolekcjonerskie, kolorowe pudełko ze zdjęciem modelika, ma certyfikat i osobną wkładkę z lusterkami, które trzeba samodzielnie zamontować. Miał jednak od początku wadę, którą postanowiłem usunąć. Lampy przednie wykonane w sposób charakterystyczny dla modeli Corgi i Lledo przy użyciu cyrkonii, były nieco za małe i zamontowane nieco za nisko. Nie dało się ich właściwie zapozycjonować,  postanowiłem więc dorobić całkiem nowe lampy, a wymontowane lampy z cyrkoniami wykorzystałem najpierw do modelika Cadillaca. W ubiegłym roku na jesieni lampy (od Austina) zostały z Cadillaca wymontowane i tym razem (chyba już na stałe) wylądowały w Ifie F8.

Kiedy kupiłem modelik Austina-Heleya 100 zastanawiałem się czy dobrze zrobiłem. Myślałem, że modeliki różnią się głównie atrapą i nie byłem do zakupu do końca przekonany. Modelik Lledo leżał od kilku lat schowany w pudle i nie pamiętałem do końca jak wygląda. Kiedy dla porównania ze świeżym nabytkiem wyciągnąłem go z pudła, okazało się, że różnic jest więcej:

167. Austin H 5

Nowy nabytek – Austin-Healey 100 jest 2 miejscowym typowym roadsterem. Zaś modelik Lledo –  Austin-Healey 3000 przedstawia samochód w wersji 2+2:

167. Austin H 6

Na dodatek okazało się, że nowy modelik jest o 2 mm krótszy. Zacząłem modeliki mierzyć, i okazało się, że różnią się one rozstawem osi. Z pomiarów i ich porównania z danymi z jednej z książek o samochodach klasycznych wynikało, że prawidłowy rozstaw osi ma oczywiście kolekcjonerski modelik Lledo. Ten sam wymiar co w książce podawała także Wikipedia. Czyżby więc nowy nabytek „nie trzymał” skali ?

Zrobiłem krótkie dochodzenie w Internecie. Na jednej ze stron (akurat w języku polskim) było napisane, że po rozpoczęciu produkcji Austina-Healeya 100, Donald Healey myślał nad zmianami i kolejnymi wersjami samochodu. Rozważał też możliwość zwiększenia rozstawu osi. To dało mi do myślenia. Jeszcze raz sięgnąłem po książkę, z której wziąłem wymiary i przeczytałem cały opis samochodu. Z opisu wynikało, że Donald Healey nie tylko rozważał zmianę rozstawu osi, ale przy opracowywaniu wersji auta 2+2 oznaczonej 100/6, w1956 roku, aby zapewnić miejsce dla 2 dodatkowych pasażerów z tyłu, w samochodzie rozstaw osi zwiększono. Austin-Healey 3000 powstał właśnie na bazie Austina-Healeya 100/6, a od poprzednika różnił się pojemnością silnika i to od niej (pojemności 3 litrów czyli 3000 centymetrów sześciennych) pochodziło oznaczenie nowej wprowadzonej na rynek w 1959 roku wersji samochodu, i to jej wymiary podawała książka.

Kiedy w Google wpisze się hasło „Austin-Healey” jako pierwszy wyskoczy oczywiście najbardziej znany i najpopularniejszy model 3000. Ale kiedy wpisze się je dokładniej  „Austin-Healey 100”, w Wikipedii pojawi się pierwsza wersja auta (z 1953 roku). Model 100 miał rozstaw osi 90 cali, zaś model 3000 (z roku 1959) miał już rozstaw osi  92 cale. Tak więc dzięki Internetowi w ciągu pół godziny udało się całą sprawę wyjaśnić. Nowy nabytek jest więc krótszy od modelika Lledo i nie jest to żaden błąd (jak w pierwszej chwili przypuszczałem). Z opisu w książce wynikało też, że pomimo podobieństwa zewnętrznego Austin-Healey 100 i 3000 to dwa zupełni inne samochody.

Tak więc ostatni zakup okazał się trafiony. Do kolekcji doszedł modelik nie tylko z „latawcopodobną” atrapą, ale w innej, nie tylko starszej, ale i krótszej wersji i  w żaden sposób nie „zdublowałem” posiadanego już modelika Austina-Healeya, czego się wcześniej obawiałem.

pozdrawiam

62. Bohaterowie znad zatoki Arcachan (cz.2)

Jak już pisałem kilka tygodni temu, urlop spędziłem za granicą. Raz na kilka lat wypada odwiedzić bliską rodzinę i w tym roku urlop spędziłem u rodziny.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

We Francji, na uroczym półwyspie Cap Ferret nad Atlantykiem (podobnym nieco do naszego Helu) nie trafiłem modelików ciekawych na tyle, aby je kupić. Spotkałem tam za to samochody, których z uwagi na ich wiek zupełnie nie spodziewałem się tam zobaczyć, a których modele mam w mojej kolekcji od dawna. Postanowiłem więc nieco o nich napisać i pokazać zdjecia moich modelików tych aut.

Bohaterem nr 1 półwyspu Cap Ferret okazał się Citroen Mehari. (modelik został opisany w porzedniej częsci mojej urlopowej relacji)

Bohaterem nr 2 półwyspu Cap Ferret okazał się Land Rover.

Samochody Land Rover serii 80, 109 i Defender można spotkać na półwyspie nader często. Kilka lat temu dostałem w prezencie modelik pick-up’a (w Polsce, auta praktycznie niespotykanego). Miałem nawet zamiar go sprzedać, jednak teraz go sobie zostawię. Kilkaset metrów od domu w którym mieszkaliśmy był zakład naprawy łodzi. W zkładzie tym przyczepy i wózki z dużymi 8 metrowymi łodziami przepychały właśnie 3 takie białe pick-up’y.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Bohaterem nr 3 półwyspu Cap Ferret okazał się Willys Jeep.

Na Cap Ferret  spotkałem 3 egzemplarze tego samochodu (używane w normalnej eksploatacji). Jest to niewątpliwy ewenement spotkać na ulicy samochód znany najbardziej z filmów o II Wojnie Światowej. Oto jeden z trzech moich modelików tego auta:

62. jeep

Bohaterem nr 4 półwyspu Cap Ferret okazał się Citroen 2CV.

Pomomo, że od zaprzestania produkcji 2CV minęło już 18 lat, samochód wciąż można spotkać niemal na każdym kroku. Poniżej modelik „cytrynki” z połowy lat siedemdziesiątych (z prostokatnymi lampami). W jednym z ogrodów na Cap Ferret stał dokładnie taki niebieski 2CV w idealnym stanie.

62. citroen

Bohaterem nr 5 półwyspu Cap Ferret okazał się Austin Mini.

Podobnie jak 2CV ten angielski samochód (i to w starszej wersji) wciąż można spotkać we Francji. Widziałem egzemplarze jeszcze na małych 10-calowych kołach z „balkonikami” na zderzakach.

12.blog_sd_3167381_3329636_tr_austin_mini_1b

12. AUSTIN MINI – samochód stulecia

Nareszcie się udało. Za pierwszym razem tylko się przyglądałem. Za drugim przegrałem. Tym razem się jednak udało. Cieszę się bardzo. Mam dwa inne, ale ten to oryginalny model Matchbox przedstawiający drugi, po Fordzie T najważniejszy samochód stulecia. Samochód, który zajął drugie miejsce w najważniejszym, najbardziej prestiżowym, zorganizowanym kilka lat temu z okazji przełomu wieku konkursie ” Car of the Century”. W finale pokonał Volkswagena 1200 (garbusa), Citroena DS19 i Porsche 911. Gdy widzę go czasem na ulicy uśmiecham się. Protoplasta i prekursor wszystkich małych współczesnych samochodów:

Austin Seven (Mini), pierwsza, pierwotna wersja z roku 1959:

12.blog_sd_3167381_3329636_tr_austin_mini_1b

Austina stworzył Allec Issigonis jeden z wielkich wizjonerów motoryzacji XX wieku. Samochód był bardzo udany. Produkowano go, nie tylko zresztą w Anglii, przez ponad 40 lat, od 1959 do 2000 roku.