Kategoria: Inne tematy

298. Rowerowe przygody i Star 25

W ubiegłym tygodniu, w środę i w czwartek byłem na służbowym spotkaniu w dość „luksusowym miejscu odosobnienia”. Nie tak całkiem daleko, bo na Mazowszu (nieco ponad godzinę jazdy samochodem od mojej pracy).  Takie spotkania odbywają się już od kilku lat (z reguły w centrum Polski), a są na nich przedstawiciele firm (z którymi współpracuję) z różnych miast. Z reguły wracam z nich przeważnie z miłymi wrażeniami i niczym więcej.

Wyjątkiem było dotychczas tylko ubiegłoroczne spotkanie w Łodzi, gdzie w trakcie dłuższej przerwy postanowiłem zwiedzić obszerny park, położony naprzeciw hotelu, a którego nie udało mi się zwiedzić rok wcześniej. Kiedy obszedłem park, a właściwie wyszedłem na jego drugą stronę, trafiłem na typową starą łódzka ulicę (klimatem przypominającą mi trochę Żyrardów) i postanowiłem nią pójść i zobaczyć jak normalni ludzie „żyją w Łodzi”. Na końcu ulicy trafiłem na centrum handlowe Auchan, więc do niego wszedłem. Na likwidowanym jesienią stoisku rowerowym trafiłem na koszyczek (przeceniony z 40 na 20 zł) i szybko pobiegłem z nim do kasy. W kasie okazało się, że koszyczek kosztuje 10 zł, więc się jeszcze bardziej ucieszyłem i szybkim krokiem wróciłem przez park do hotelu. Do dziś żałuję, że nie wziąłem dwóch.

Nowy koszyczek, już w Warszawie, uzbroiłem w wymontowany ze starego koszyczka zaczep i założyłem na kierownik do „odziedziczonego” po córce ogromnego miejskiego roweru Sprick. Koszyczek w tym rowerze miał pękniętą górną część, ale nie miałem innego, więc zamontowałem go do „odziedziczonego” po żonie roweru Romet.

Romet Trekking

Okazało się jednak, że stary koszyczek z roweru „po córce” nie miał (tak jak wszystkie poprzednie koszyczki oraz ten kupiony w Łodzi, przeznaczone właściwie do montażu na kierownik) wspawanej w dno blaszki z otworami pod śrubki, pozwalającej  na pewne przykręcenie go do bagażnika. Przymocowałem go więc drucikami w czterech miejscach. Przez jakiś czas problemów nie było, aż do września kiedy to w trakcie krótkiej przejażdżki po okolicy postanowiłem przedostać się „na skrót” z Zacisza na położone po drugiej stronie torów osiedle Wilno, (na którym mieszka teraz moja córka).

Przy tym nowym, jednym z najładniejszych osiedli w Polsce, deweloper (Dom Development) wybudował przystanek kolejowy, (z którego zawsze odjeżdżam na moje jesienne rowerowe wypady nad Bug i Liwiec – do Urli lub Łochowa). Niestety od 6 lat przystanek ten jest dostępny tylko od strony osiedla. Od strony starego Zacisza trzeba się do niego przedzierać dziką ścieżką biegnąca wzdłuż torów, bo przystanek od ulicy na Zaciszu oddziela wąski co prawda ale długi, bo ponad kilometrowy pas starych pracowniczych działek.

W trakcie pojazdu na nasyp kolejowy rower zatrzymał się, a ja straciłem równowagę i „zaliczyłem glebę”. Kiedy podniosłem się z gęstych zarośli, w które wpadłem, obejrzałem dodatkową dziurę w starych używanych tylko do jazdy na rowerze spodniach, byłem w szoku, nie mogłem zrozumieć „jak to się mogło stać”.

Przed laty (dobrych 10 lat temu ) klika razy (za namową kolegi) uczestniczyłem w odbywającej się zawsze w ostatni piątek miesiąca „masie krytycznej” . Niewtajemniczonym zdradzę, że był to przejazd (z reguły) kilku tysięcy rowerzystów przez Warszawę, mający na celu „wymuszenie” na jej władzach budowy ścieżek rowerowych. O „masie” było swego czasu głośno i w radiu, czy też na jakimś portalu znalazłem wywiad z jej organizatorem, studentem, który rowerem przemieszczał się po mieście przez cały okrągły rok. Organizator „masy” ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu zdradził też, że jeździ „damką”. Ja odkąd pamiętam, zawsze właściwie jeździłem  rowerem „męskim”. Dopiero od kliku lat, kiedy mój „męski” rower po 26 latach eksploatacji „trochę” się zużył, a wsiadanie na niego zaczęło wymagać o de mnie stawania na wysokim krawężniku (i przestało być bezproblemowe, jak za młodych lat) przesiałem się na „damki”, bo skoro „rasowy” rowerzysta jeździ „damką”, to ja też mogę.

Notabene „damka” ma jedną wielką zaletę. Kiedy w jakieś sytuacji rower zatrzyma się (czy to na stromym podjeździe, czy przed światłami, czy też zwyczajnie zagrzebie się w piachu) i tracimy na nim równowagę, z „damki”  zeskakuje się na ziemię, na szeroko rozstawione nogi, a „damkę” kładzie się między nimi. Kilka razy w roku coś takiego i mi się przydarza i z opresji wychodzę bez szwanku. W opisanej sytuacji w przypadku jazdy na rowerze „męskim”  obowiązkowo „zalicza się glebę” wraz z rowerem.

Podczas feralnej, wrześniowej opisywanej tu przejażdżki, kiedy rower zatrzymał się na nasypie, też zeskoczyłem z niego, ale za siodełkiem miałem zamocowany „stary” koszyczek z pękniętą górną ramką (akurat od strony siodełka). Rozerwany koszyczek prawdopodobnie zaczepił o moje uranie i „pociągnął mnie na glebę” za upadającym rowerem. Kiedy stałem i otrzepałem się , pozbierałem z chaszczy rzeczy które wysypały się z niego. Na domiar złego koszyczek się urwał. Nie mogłem już dalej jechać, więc doprowadziłem rower z koszyczkiem w ręku do skraju peronu i zacząłem się zastanawiać co zrobić w zaistniałej sytuacji.

Do domu miałem jakieś 3 kilometry i nie uśmiechało mi się prowadzić rower. Od mieszkania córki byłem jakieś 500 metrów ale musiałbym przejść przez tory z rowerem w jednej i urwanym koszyczkiem w drugiej ręce. Peron jest ogrodzony i dostanie się na niego to też niezła gimnastyka. Ale w końcu po dokładnym rozejrzeniu się wszedłem na tory. Wstawiłem na peron najpierw koszyczek, później rower i w końcu sam wszedłem na peron po jego zewnętrznej krawędzi trzymając się ogrodzenia (jak robią to zapewne mieszkańcy Zacisza kiedy chcą pojechać do Warszawy, a którzy wydeptali ową pechową trzystu metrową ścieżkę).

I tak w końcu peronem dotarłem do windy, zjechałem nią na dół i poprowadziłem rower do mieszkania córki, w którym akurat w trakcie montażu jakiegoś wyposażenia było trochę moich narzędzi. Zaraz po upadku pozbierałem z ziemi i zabezpieczyłem druciki mocujące koszyczek. W mieszkaniu córki znów kombinerkami i drucikami przymocowałem koszyczek do bagażnika i już rowerem wróciłem na Targówek.

Naprawa była trochę prowizoryczna, ale na jakiś czas starczyła. Tegorocznej jesieni 3 razy wybrałem się w pokazane tu przy okazji opisu Fiata 1100 okolice na Liwcem i Bugiem. Moją drugą wycieczkę 14 października, jak zwykle rozpocząłem na wspomnianym tu przystanku kolejowym Zacisze-Wilno.  Wsiadłem do pociągu , wyciągnąłem z koszyczka wypakowaną prowiantem, napojami i ubraniem na chłodny powrotny wieczór torbę.  Rower powiesiłem ponowo na haku, w przedziale na rowery (w jakie wyposażane są pociągi podmiejskie Kolei Mazowieckich). Chwilę później niechcący potrąciłem wiszący rower. Pech chciał , że lekko potrąciłem właśnie koszyczek, który od razu odpadł. Przewidując taki obrót sprawy miałem ze sobą oprócz obowiązkowej pompki również moje modelarskie szczypce. Niestety druciki były już mocno zużyte. Postanowiłem, że w Łochowie (dokąd jechałem) poszukam jakiegoś  kawałka drutu lub przynajmniej sznurka.

Kiedy wysiadłem z pociągu, na peronie zacząłem kombinować, co zrobić. Miałem przed sobą jakieś 25 km do przejechania ( i to niekoniecznie po asfalcie) i nie bardzo miałem ochotę szarpać się znów z urwanym koszyczkiem . I tu „życie uratowała mi” mocna płócienna torba, w którą zapakowałem rzeczy. Miała ona mocne i dość długie uszy. Jedno zaczepiłem za sztycę siodełka, a drugie o wewnętrzną ramkę bagażnika. Było OK. I tak feralny koszyczek zakończył swój „rowerowy żywot” obok kosza na śmieci na peronie w Łochowie.

W trakcie mojej pierwszej wycieczki 13 września spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła przygoda, która wiąże się ze wspomnianymi tu: koszyczkiem, torbą i stacją Zacisze-Wilno. Opisze ją jednak innym razem.

Tak więc gdybym w trakcie ubiegłorocznego służbowego spotkania w Łodzi miał trochę więcej czasu i w Auchan kupił 2 nowe koszyczki, wspomnianych tu  wyżej przygód zapewne bym uniknął.  

Tegoroczne jesienne spotkanie odbywało się podobnie jak kilka poprzednich „w samym sercu Polski”

kawalloevent4-kopia 1b

W położonym w środku lasu gdzieś między Sochaczewem a Płockiem hotelu Kawallo

Ze spotkania nie przywiozłem tylko miłych wspomnień ale również prezenty i to dwa.

Pierwszym był słoiczek miodu spadziowego z pobliskiej pasieki, który czekał na każdego z  uczestników spotkania na stole w trakcie uroczystej kolacji.

miód 1b

Miód bardzo mnie ucieszył, bo choć ostatnio dość mocno podrożał, to w moim domu co jak co, ale słoiczek miodu zawsze znaleźć się musi. (Teram mam nawet 2) .

Drugim prezentem ze spotkania okazał się ten oto modelik, który w ostatnim czasie znów, jak w czasach „Kultowych aut PRL” rozpala żądze wszystkich kolekcjonerów modelików w skali 1:43  w całej Polsce.

Star 25 1b -zestaw

Pod koniec października , a właściwie kilka dni po ukazaniu się modelika, zajrzałem na forum motoshowminiatura, na które od czasu zakończenia (już prawie 4 lata temu) serii „Kultowe Auta PRL” zaglądałem raczej rzadko. Chciałem sprawdzić, co dzieje się w temacie giełdy i dowiedzieć też o targach Hobby 2019, które w ubiegły weekend odbywały się w Poznaniu, a na które miałem ochotę się wybrać.  I właśnie wtedy na niemrawym ostatnio forum dostrzegłem no.wy wątek : Kultowe ciężarówki z okesu PRL-u – Deagostini .

Kiedy przeczytałem wątek i zorientowałem się, że nowa „testowa” seria modeli (tym razem w słusznej skali 1:43) ukazała się tylko w kilku miastach w Polsce, postanowiłem „zawalczyć” o startowy modelik. Zwłaszcza , że na znalezionych w sieci zdjęciach wyglądał znakomicie.

Star 25 1b

Z forum dowiedziałem się, że modelik można kupić miedzy innymi w Lublinie w kioskach firmy Kolporter. Zadzwoniłem więc do kolegi z Lublina (z którym mam dobry kontakt służbowy) z prośbą aby mi go kupił, jeśli oczywiście takowy dostanie.

Po kilku dniach, znów zadzwoniłem i wtedy dowiedziałem się, że kolega był w kiosku, w którym widziano modele, ale pani ekspedientka powiedziała mu, że do kiosku przyszedł jakiś gość i od razu kupił wszystkie na raz.

Star 25 3b

Na forum,  które bardzo się ożywiło, poprosiłem aby inni użytkownicy podali w jakich miastach były widziane modeliki. Na moją prośbę na forum zaczęły się pokazywać miejscowości w których widziano stara 25.  Wtedy postanowiłem zdzwonić do kolegi ze Słupska.

Star 25 4b

Znów odczekałem kilka dni i ponowiłem telefon. Kolega powiedział, że pytał w kilku kioskach niestety modelików już tam nie było. Z kolegą rozmawiałem 7 listopada już właściwie po pracy. Podziękowałem mu za poszukiwania i doszedłem do wniosku, że trudno, nie będę już dalej wydzwaniał po kolejnych miastach, a modelik kupię na nowej „odrodzonej” znów giełdzie, gdzie przedtem go sobie obejrzę.

Star 25 5b

Ku mojemu zaskoczeniu, jakieś pół godziny później zadzwonił telefon. Tak, to był kolega ze Słupska, a odezwał się do mnie tak:

„Panie Pawle, najciemniej jest pod latarnią. Wracałem właśnie z pracy i u mnie na bazarku pod blokiem leżały dwie sztuki. Przywiozę je panu na spotkanie” 

I tym sposobem wszedłem w posiadanie najbardziej chyba pożądanego w tym roku modelika w skali 1:43.   Do zestawu z modelikiem dołączona jet gazetka z opisami historii samochodu

Star 25 2b -zestaw

Oraz prospekt z zapowiedzią kilku następnych modeli :

Star 25 3b -zestaw

Materiałów reklamowo-ankietowych jest zresztą w zestawie więcej. Czas pokaże czy seria ukaże się w całej Polsce. Na razie jednak jestem szczęśliwy ze zdobycia stara. Czy kupię następne numery , nie wiem. Startowy numer kosztował tylko 20 zł . Kolejne wyjdą już w regularnej cenie 70 zł (w kiosku). Dobrze byłoby więc przed zakupem przynajmniej je obejrzeć.

pozdrawiam

297. Wspomnienie – Janusz Pawłowski

Jak co roku, w  Święto Zmarłych odwiedzamy wszyscy cmentarze. Ja też w tym roku odwiedzałem cmentarze i to każdy dwukrotnie. Dwa tygodnie temu korzystając z pięknej „letniej pogody” zamiast nad wspomniany tu w poprzednim wpisie Bug (choć miałem na to ogromną ochotę) pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta Żyrardowa , gdzie myliśmy i sprzątaliśmy dwa groby (moich rodziców i mojej babki). Tydzień później pojechaliśmy z dokładnie taką samą „misją” do rodzinnego miasta mojej żony Mińska Mazowieckiego.

W tym roku  Święto Zmarłych wypadło bardzo korzystnie, bo w piątek. Po uzgodnieniach rodzinnych pojechaliśmy więc na (wysprzątane w poprzednie weekendy ) groby do  Żyrardowa 1 listopada a do Mińska Mazowieckiego 2 listopada. Tym sposobem niedziela była dla nas prawdziwym dniem odpoczynku.

Postanowiłem wykorzystać okazję, bo żona po wizytach na cmentarzach, na których trochę przemarzła, nie miała ochoty ani na wycieczkę ani na spacer. Powziąłem więc zamiar odwiedzenia grobu człowieka, któremu wiele w życiu zawdzięczam, zwłaszcza w sferze zawodowej i wybrałem się na kolejny cmentarz, tym razem na dość odległe, wschodnie obrzeża Warszawy, do Falenicy.

Człowiek , któremu postanowiłem „zapalić lampkę” i poświęcić chwilę zadumy, odszedł już dość dawno temu, bo w marcu 1989 roku. Byłem wówczas na jego pogrzebie i chyba raz niedługo potem na jego grobie. Ale przez dobrych kilkanaście lat nie wybierałem się na jego grób, dość że zapomniałem nie tylko gdzie grób się znajduje, ale i gdzie właściwie znajduje się cmentarz, na którym został pochowany.

Pierwsze próby odnalezienia grobu podjąłem (o ile dobrze pamiętam) dobrych kilkanaście lat temu, a było to już również kilkanaście lat od pogrzebu. Święto Zmarłych wypadało podobnie jak w tym roku (też były to 3 dni wolne od pracy). Pamiętałem, że cmentarz, na który muszę trafić leży kilka kilometrów od stacji kolejowej przy linii Warszawa-Otwock, nie byłem jednak pewien od której. I tak pojechałem na cmentarz do Radości na który przypominał mi ten zapamiętany z pogrzebu, ale grobu na nim nie znalazłem.

Kilka lat później znów wybrałem się na poszukiwanie grobu (o ile dobrze pamiętam) najpierw pojechałem znów do Radości, ale potem coś zaświtało mi w głowie i z Radości pojechałem na cmentarz do Falenicy.  Próbowałem przypomnieć sobie jak wyglądał grób i gdzie był usytuowany , ale po prawie 20 latach wszytko wyglądało inaczej. Już prawie zrezygnowany, w końcu zacząłem przechadzać się alejkami cmentarza (trochę na chybił trafił)  i patrzeć na wyryte na pomnikach daty pochówków. W jednej z alejek znalazłem w końcu skromny grób rodzinny z poszukiwanym nazwiskiem, ale nie miałem pewności czy jest to grób właściwy (bo nazwisko jest dość popularne)

Janusz Pawłowski grób 1

Było już dość ciemno, jednak na grobie paliło się kilka lampek a na płycie leżała skromna chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Nie miałem już żadnych wątpliwości, po niemal 20 latch jakie minęły od pamiętnego dla mnie pogrzebu odnalazłem właściwy grób. Na grobie nie było tradycyjnych napisów z imieniem i nazwiskiem, ale samo imię i powstańczy pseudonim. Były też napisy przypominające o powstańczej przeszłości pochowanych w nim osób, na które nie zwróciłem specjalnej uwagi, bo przecież nie pojechałem szukać grobu byłego powstańca.

W ubiegłą niedzielę po dobrych kilku latach znów pojechałem do Falenicy. A że było jeszcze całkiem widno postanowiłem uwiecznić na zdjęciach grób i wspomniane napisy na nim:

Janusz Pawłowski grób 2

Wojenna historia Janusza Pawłowskiego nie jest mi znana. Był moim promotorem, u którego obroniłem dyplom magistra. 

Po powrocie do domu wklepałem w internet „Janusz Pawłowski Siódemka” i tym sposobem trafiłem do wirtualnej szkolnej izby pamięci przy Społecznym Liceum Ogólnokształcącym nr 4 im. Batalionu AK „Parasol” na której znalazłem takie oto zdjęcia:

Janusz Pawłowski 1

To poniżej, było już prezentowane na tym blogu (w nieco mniejszym formacie)

Janusz Pawłowski 2 Teraz dostrzegam podobieństwo młodego powstańca do znanego mi dobrze mężczyzny w średnim wieku z jakim miałem do czynienia.

Garść moich  osobistych wspomnienie o bohaterze tego wpisu zamieściłem przed laty tu:

154. FSO – smutny koniec historii (cz.2)

Z dr. inż Januszem Pawłowskim zetknąłem się w 1979 roku, kiedy wybrałem na studiach specjalizację z budowy nadwozi samochodowych. Studentów tej specjalizacji było tak naprawdę niewielu. W trakcie zajęć już na samym początku moją uwagę, przykuł wpięty w klapę jego marynarki maleńki znaczek parasola. Przypuszczałem, co może on oznaczać, ale ani my (studenci)  nie dociekaliśmy jak naprawdę jest,  ani nasz wykładowca nigdy nie wspominał o swojej powstańczej przeszłości. Dlatego napisałem tu, że jest mi ona zupełnie nieznana. A przecież okazji aby się o niej dowiedzieć było naprawdę sporo.

W 1980 roku  jakoś tak się złożyło, że nie zaliczyłem jakiegoś egzaminu, czy zaliczenia z nadwozi. Na zaliczenie to dr. inż Januszem Pawłowski zaprosił nas do swojego prywatnego mieszkania na warszawskim Żoliborzu i tam się ono odbyło.

Po studiach już jako młody inżynier, który właśnie niejako z polecenia dr. Pawłowskiego  trafił do FSO wielokrotnie bywałem na organizowanych przez niego spotkaniach dla absolwentów kierunku nadwozi.

W 1987 roku ja i inny wychowanek  dr. Pawłowskiego  (bo tak go nazywaliśmy) zajmowaliśmy (w trakcie naszej pracy w firmie Rücker w RFN ) około stumetrowe mieszkania w mieście Troisdorf koło Kolonii. Powracający z Anglii, gdzie prowadził wykłady  dr. Pawłowskiego odwiedził nas, a że mieszkanie było obszerne, przenocował u nas. Zaprosiliśmy go wtedy do śląskiej knajpy na kolację przy piwie, w trakcie której rozmawialiśmy o różnych nie tylko zawodowych sprawach. Pamiętam jak w pewnym momencie dr. Pawłowskiego zwrócił się do nas : „Chłopcy nie macie pojęcia jak się cieszę widząc was tutaj. Żadna praca w żadnym zakładzie w kraju nie da wam tyle ogólnego obycia technicznego, jak praca tutaj” .

Podczas kolacji opowiadał też o synu, który z kolegą wyjechali w tym czasie „na saksy” do Luksemburga. To właśnie w drodze z Luksemburga do Polski zajechał swoją granatową Zastawą 1100 do nas, do Troisdorfu. Swoją wizytę u syna skomentował tak: ” Gdybyśmy my w harcerstwie, mieli taką organizację jak Jacek i Stefan, żaden z nas wojny by nie przeżył” I to były właściwie jedyne słowa  dr. Pawłowskiego nawiązujące do jego akowskiej przeszłości jakie w ogóle zapamiętałem.

Dopiero w trakcie pogrzebu dr. Pawłowskiego dowiedziałem się, że był powstańcem, żołnierzem Batalionu „Parasol”, a w późniejszym okresie powstania żołnierzem Kompanii Ochrony Komendy Głównej Armii Krajowej. 

Kiedy w Google wpisze się „Janusz Pawłowski nadwozia” nie pokażą się żadne zdjęcia ani wspomnienia z Powstania Warszawskiego, za to pokaże się książka „Nadwozia samochodowe” której jest autorem. Można też trafić na stronę wydziału SiMR Politechniki Warszawskiej na której opisana jest powojenna kariera naszego bohatera i która wyjaśnia, dlaczego na jego grobie 30 lat po śmierci każdego 1 listopada, ktoś kładzie skromną chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj jej zawartość:

Janusz Pawłowski

Tak, to ostatnie zdanie jest z całą pewnością o mnie, ale też o innych rozsianych od Warszawy przez Mlada Bleslav, Ignostadt, Sindelfingen, Wolfsburg, Rüselsheim, aż po Detroit inżynierów samochodowych, którzy ukończyli specjalizację z nadwozi.

Informacje w Internecie są często fragmentaryczne. Możliwe, że osoby które je tam wrzucają nie zawsze chyba wiedzą, że powstaniec o pseudonimie „Śódemka” i twórca pierwszego polskiego „prawdziwego” autobusu jakim był San H01 to ta sama osoba. Dlatego postanowiłem te informacje połączyć i dedykować wpis człowiekowi, którego zawsze będę dobrze wspominał i bez którego zawodowo nie byłbym ani w przeszłości, ani obecnie tu gdzie jestem.

W przedostatnim wpisie pokazałem tu plakat i wspomniałem o giełdzie modeli . Giełda ma swojego patrona. Jest nim nieżyjący inny wieloletni pracownik Politechniki Warszawskiej i znany kolekcjoner modeli samochodów  Sławoj Gwiazdowski.  Na pewno dr. inż Janusz Pawłowski byłby godnym patronem mojej liczącej już ponad 800 modeli kolekcji, obrazującej przy pomocy miniatur może nawet nie tyle historię rozwoju motoryzacji, co właściwie historię rozwoju nawozi samochodowych.

Tylko czy postać Janusza Pawłowskiego nie zasługuje na to by być patronem jakiegoś znacznie większego przedsięwzięcia niż prywatny zbiór „samochodzików”

pozdrawiam

 

P.S.

Wczoraj po pracy pogrzebałem jeszcze trochę w Inetnecie i trafiłem na ciekawy i chyba najpełniejszy opis nieznanych mi wojennych losów dr. Pawłowskiego:

 

 

296. Jesienne reminiscencje i Fiat 1100

Po wpisie poświęconym ostatniej giełdowej zdobyczy, miałem szczery zamiar pokazać jeszcze jeden modelik kupiony na tej samej (jak na razie ostatniej) giełdzie – volkswagena T5, a przy okazji opisać nieco mój tegoroczny wakacyjny wypad do Olsztyna.  Niestety okazało się, że dość pospiesznie wykonane zdjęcia, choć technicznie całkiem poprawne, zupełnie nie oddają naprawdę ładnego, jednak dość ciemnego koloru modelika.  Dlatego tym razem opiszę dwa inne modele (jeden kupiony na wrześniowej giełdzie w 2017 roku, a drugi „zdobyty” w ubiegłym roku jesienią) i posłużę się zdjęciami wykonanymi również rok temu.

Ale zanim zajmę się modelikami kilka słów o minionym już lecie. 

Otóż (jak pisałem w podsumowaniu ubiegłorocznych zdobyczy) jesienią ubiegłego  postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Ubiegłoroczna „penetracja” sprawiła, że po prostu „zakochałem się ” w tych okolicach. I tak w tym roku latem (oczywiście przy ładnej pogodzie) jeździliśmy trochę na zmianę, albo „na kajaki” – do Rawy Mazowieckiej , a właściwie nad położony pod nią Zalew Tatar, albo nad Liwiec do wsi Świniotop do miejsca odkrytego prze ze mnie na ostatniej ubiegłorocznej jesiennej rowerowej eskapadzie. W Rawie byliśmy chyba 4 razy a nad Liwcem chyba 5 (oczywiście samochodem) .

Na pierwszą, tegoroczną już wycieczkę  wybraliśmy się 14 czerwca w dość upalną pogodę.

ŚwiniotopWoda w rzece była jednak już całkiem ciepła, a że jej poziom był niski , zrobiliśmy sobie spacer rzeką właśnie w miejscu pokazanym na przytoczonym tu filmiku .

Świniotop 1b

Miejsce jest bardzo ładne i przyjazne. Można posiedzieć lub rozłożyć się na słońcu (na łącze nad wodą,  lub schronić się w cieniu w okalającym rzekę lesie.

Świniotop 3

Można też pospacerować wodą wzdłuż i wszerz Liwca nie męcząc ani nie mocząc się zbytnio

Świniotop 2

Teraz kiedy za oknem pogoda nie zachęca już nawet do spacerów warto przypomnieć sobie lato i słońce, które wtedy trochę doskwierało a teraz przez pół roku będziemy za nim tęsknić.

Tyle (na razie ) wspomnień lata. Więcej i z innych miejsc pokażę przy innej okazji. A teraz czas na modeliki.

Fiat 1100, bo to on jest bohaterem tego wpisu, to samochód, a właściwie cała gama aut produkowanych przez koncern Fiat od końca lat trzydziestych do końca lat sześćdziesiątych  (ubiegłego wieku), a więc spory kawał nie tylko historii marki ale i historii motoryzacji w ogóle. Prekursorem serii był przedwojenny Fiat 508C Balilla 1100.  Samochód ten był na tyle popularny, że dobrze zapamiętałem go z dzieciństwa, bo jeszcze na początku lat siedemdziesiątych można go było spotkać na drogach lub częściej na podwórkach i obejściach gospodarskich, gdzie dokonywał swojego żywota. Modelik tego auta nabyłem jeszcze Niemczech ponad 30 lat temu (pokazany jest w albumach po prawej stronie). Powojennego nieco zmienionego Fiata 1100 z 1948 roku (z przodem takim jak pokazany w albumach czerwony furgon Fiat 1100 E) miał kolega, z którym pracowałem na początku lat dziewięćdziesiątych w biurze w FSO.

W 1953 roku koncern wypuścił zupełnie nowy model (z samonośnym , pontonowym nadwoziem) o oznaczeniu 103. Samochód ten nazywany też Millecento był produkowany przez kilkanaście lat (do 1970 roku). Jego historia jest bardzo ciekawa, bo kolejne odmiany były tworzone przez zmianę niektórych tylko elementów. I tak Fiat 1100 103 z 1953 roku kawałek po kawałku zamienił się w odmianę 1100 R  (znaną z kultowego serialu Dom). I właściwie nawet znawcy historii motoryzacji nie bardzo potrafią dokładnie sprecyzować jaką odmianę i z jakiego okresu przedstawia dane auto. Samochód kiedy się ukazał wyszedł od razu w dwu odmianach (standardowej 103 i bardziej luksusowej 103 TV) różniły się one kształtem tylnych błotników a także atrapą. Później krótsza nieco odmiana standardowa zanikła i to właściwie model bardziej „luksusowy” ewoluował dalej .

Historię poszczególnych odmian fiata 1100 najłatwiej chyba prześledzić na stronie CLASSIC  CAR CATALOGUE przeglądając zdjęcia aut rok po roku. Dopiero wtedy można określić czym modele się różniły, kiedy zmieniły się lampy , kiedy maska , kiedy dach a kiedy atrapa i czym różnił się np Fiat 1100 z 1960 roku od Fiata 1100 z roku 1962. Liczbę i różnorodność odmian pokazuje ten oto znaleziony na Youtube filmik

Możliwe, że właśnie dlatego przez wiele lat na rynku kolekcjonerskim modeliki fiata 1100 były praktycznie nieobecne. Ja specjalnie nie chorowałem na żaden, bo uganiałem się za późniejszymi modelami fiatów lub modelikami aut innych marek. Fiat 1100 w skali 1:43 uszedł więc jakoś mojej uwadze. Pierwszy, który zwrócił moją uwagę był modelik firmy Starline, który ukazał się na kilka chyba lat przed ukazaniem się serii „Kultowe Auta PRL”. Jednak na giełdzie i w sklepach modelarskich modelik był dość drogi (kilkanaście lat temu kosztował chyba ok 60 zł) więc owszem, był w sferze mojego zainteresowania, ale entuzjazmu nie budził , bo kiedy go sobie obejrzałem „na żywo” uznałem, że nie jest wart tych pieniędzy i odpuściłem go sobie.

Kiedy na wrześniowej giełdzie 2 lata temu, a było to już dobrze ponad rok po zakończeniu ukazywania się serii „Kultowe Auta PRL”, wpadł mi w ręce, obejrzałem go dokładnie jeszcze raz i bez wahania kupiłem .

Fiat 1100 Special 1b

Kilka modelików bez opakowania, niestety również bez lusterka, ale za to w całkiem niezłym stanie, poniewierało się w pudle pod stołami, na których na giełdzie wystawiał się sprzedawca z Czech. Kiedy z bodajże trzech wygrzebanych z pudła modeli wybrałem już jeden (który wydał mi się najlepszy) zapytałem Czecha o cenę.

Fiat 1100 Special 2b

Nie była ona zbyt wygórowana, bo choć modelik nie był kompletny to 10 zł jakie za niego zapłaciłem to naprawdę kwota śmieszna.

Trochę problemów nastręczyło jednak później dorobienie lusterka.

Fiat 1100 Special 3b

Kilka lat wcześniej , podczas jednego z moich opisywanych tutaj wypadów na bazarze na Namysłowskiej, nabyłem za 5 złotych modelik peugeota 203 „na części” (z jakieś serii gazetowej) . Wycieraczki szyb wymontowane z niego trafiły do modelika ZIS 101A . Odbłyśniki lamp do „garbusa” cabrio  Teraz przyszła pora na lusterka. Peugeot miał (co prawda obłamane) 2 lusterka i je wykorzystałem do naprawy fiata.

Musiałem je nieco przerobić, i dopasować do fiata i tu zaczęły się kłopoty. Pierwsze ładnie się „ułożyło” i wyglądało dobrze, ale zostało chyba za słabo przyklejone i po kilku dniach odpadło. Drugie przykleiło się dobrze (do dorobionego maleńkiego bolca, jaki wcisnąłem w dziurkę w nadwoziu) ale nie  „ułożyło” się najlepiej.  Po kilku próbach montażu jednego i drugiego dałem sobie spokój i zostawiłem to drugie.

Fiat 1100 Special 4b

Modelik przedstawia samochód Fiat 1100 Special z 1960 roku i jest w kolorze dokładnie takim samym jak pierwsze modeliki jakie wypuściła kilkanaście lat temu firma modelarska Starline. Modelik, który prawdopodobnie pochodzi z jakieś „zachodniej” serii gazetowej  ma zresztą na podwoziu napis Starline Models jest to zatem dokładnie ten sam model jaki kilkanaście lat temu  oglądałem na giełdzie i wtedy sobie odpuściłem.

Mniej więcej rok po zakupie po zakupie niebieskiego modelika, przeglądając Allegro zauważyłem szary modelik innego fiata 1100. Modelik oferował znany mi kolekcjoner i sprzedawca modelików 1:43 (od którego kilkanaście lat temu kilka takowych kupiłem).

Cena była rozsądna, widziałem również, że po modelik będę musiał pojechać do podwarszawskich Łomianek, bo tam w międzyczasie przeprowadził się sprzedający z warszawskiej, dobrze mi znanej Saskiej Kępy. Nie pamiętam już (a było to dokładnie jesienią rok temu)  czy aukcję wrzuciłem do obserwowanych czy zalicytowałem (chyba jednak tak). Skontaktowałem się ze sprzedającym i próbowałem się umówić na odbiór modelika.  Po kilku  telefonach i próbach ustalenia terminu kontakt się urwał. (nie mogłem się do do sprzedawcy dodzwonić). Już myślałem, że z transakcji będą nici. (Miałem już kiedyś taką sytuację kiedy po wylicytowaniu za 50 zł dość atrakcyjnego modelika BMW 528 dwa razy jeździłem rowerem po modelik na Pragę do innego sprzedającego i w końcu go nie odebrałem) Myślałem, że tym razem też tak może być, więc próby nawiązania kontaktu sobie odpuściłem.

Jednak po jakichś 2 tygodniach(o ile dobrze pamiętam) modelik znów pojawił się na Allego. Zadzwoniłem i  tym razem udało mi się ze sprzedającym dogadać. W piątek 19 października (ubiegłego roku) prosto z pracy pojechałem nie do domu ale do Łomianek.

Fiat 1100 103 TV 1b

Pierwotny, standardowy Fiat 1100 /103 z 1953 roku moich emocji ani zachwytu nigdy nie budził, Samochód pamiętałem z dzieciństwa i w przeciwieństwie do wszystkich późniejszych odmian ładny nie był. Jego modelik (jaki czasami można spotkać na Allegro) te z nie wygląda najlepiej. Jednak jak napisałem tu powyżej razem z modelem standardowym w 1953 roku wyszedł też Fiat 1100 /103 T.V. Był zdecydowanie ładniejszy (zarówno samochód jak i modelik) i to o ten ostatni  postanowiłem „zawalczyć”

Fiat 1100 103 TV 2b

Wyprodukowany nie bardzo wiadomo prze kogo ( ma na podwoziu napis MERTO zaś podana na podwoziu strona www. już nie istnieje) modelik jest bardzo ładny. Jest wykonany dokładniej i staranniej niż opisany tu powyżej Starline, chociaż też pochodzi również z jakiejś serii gazetowej.

Fiat 1100 103 TV 3b

Kiedy go wylicytowałem miałem dość dużo czasu aby obejrzeć w Internecie zdjęcia. Początkowo myślałem , że autorem miniatury jest włoska firma Rio, bo co prawda modelik RIO ma nieco inne koła, ale aby dostrzec inne istotne różnice, trzeba spędzić trochę czasu prze monitorem. Jedyną jaką mi udało się znaleźć to nieco inny kształt przebiegu rynienki dachowej na słupku C . Jest to jednak tak drobny szczegół, że na pierwszy rzut oka zupełnie go nie widać.

Dopiero po odebraniu modelika okazało się ,że na podwoziu jest też napis „Made in China”.

Fiat 1100 103 TV 4b

Zasadnicza różnica to jednak cena. Za modelik zapłaciłem 25 zł. (Musiałem po niego co prawda podjechać do Łomianek i „nadłożyć ok 10 km drogi do domu)  Modelik Rio oferowany jest w cenie ok 50 Euro.

Modelik (jak na serię gazetową) wykonany jest naprawdę znakomicie i bardzo mi się podoba. Nie musiałem przy nim niczego poprawiać ani dorabiać.  Jedyna wada jaką miał to to, że został fabrycznie przykręcony do podstawki z nieodpowiednim napisem (z innej serii gazetowej) i zafoliowany w zgrzewany blister.

(W trakcie przygotowywania tego wpisu okazało się, że pokazane tu zdjęcia wykonałem dzień po odebraniu modelika.)

I tak po latach moja kolekcja (a modele w skali 1:43) zbieram od ponad 35 lat w dość krótkim odstępie czasu  wzbogaciła się o parę modeli przedstawiających ciekawy i istotny w historii motoryzacji samochód, który przez wiele lat po zakończeniu produkcji we Włoszech był produkowany w Indiach jako auto marki Premier.

Fiat 1100

pozdrawiam

 

P.S.

W tym trochę przydługim wpisie nie wyjaśniłem dlaczego ma on tytuł „Jesienne reminiscencje”.

Otóż tej jesieni , podobnie jak w roku ubiegłym w opisane tu okolice wybrałem się również na 3 wycieczki rowerowe. (Jedną we wrześniu i dwie w październiku) Pogoda była piękna, Temperatury nieco ponad 20 stopni.

Szumin

Wycieczki odbyły się wg ubiegłorocznego „jesiennego” scenariusza. Z domu pojechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Urli lub Łochowa i z powrotem.  Pierwszą, wrześniową wycieczkę odbyłem z Urli do wsi  Świniotop i z powrotem. Jednak na początku października , kiedy po raz kolejny wybraliśmy się z żoną samochodem w opisaną okolicę postanowiłem „spenetrować” jeszcze jeden nieznany mi dotąd zakątek. Nie pojechaliśmy na Liwiec (jak zazwyczaj) ale nad Bug do położonej kilka kilometrów dalej miejscowości Szumin.

A ponieważ okolice Szumina bardzo mi się spodobały dwie kolejne październikowe wycieczki rowerowe odbyłem już (w tygodniowym odstępie) na trasie Łochów – Szumin -Kamieńczyk -Urle skąd wróciłem oczywiście pociągiem.

293. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

291. Wspomnienie lata i giełdowe zakupy

Oj, długa była ostatnia przerwa na blogu. Oj,  bardzo długa.

Dlaczego, tak się stało? Powodów było niewątpliwie kilka. Pierwszym i chyba najważniejszym było osłabienie, a właściwie zanik mojego zainteresowania  kolekcją. Na skutek nawału różnych prac i problemów związanych z porządkowaniem spraw po śmierci mamy nie miałem zupełnie głowy do modelików. W ubiegłym roku kupiłem ich właściwie tylko kilka. (opisałem to zresztą na początku roku). W pewnym sensie po trosze „zacząłem zjadać własny ogon” i wśród tych kilku modeli, które kupiłem znalazły się 2 modele aut, które w kolekcji miałem od wielu lat.

Drugim powodem przerwy we wpisach, było pewne rozgoryczenie i zniechęcenie związane z zamknięciem „starego bloga”, sposób w jaki się to odbyło, a także konieczność żmudnego przeglądania wszystkich starych wpisów i uzupełnianie brakujących zdjęć. Kiedy w końcu na początku maja udało się uzupełnić wszystkie brakujące zdjęcia w starych wpisach, szkoda mi było czasu na ślęczenie przy komputerze.

I tu pojawia się trzeci powód długiej przerwy – lato. W Warszawie piękna pogoda zaczęła się już w połowie kwietnia i z niewielkimi kilkudniowymi tylko przerwami trwała do końca drugiej dekady września. A jak lato , to wiadomo rower.

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się z żoną 15 kwietnia. Pojechaliśmy na nowe pobliskie osiedle Zacisze-Wilno. Była piękna, słoneczna pogoda i nie wiedzieć czemu wstąpiliśmy na stację kolejową, gdzie ja zacząłem bawić się biletomatem. Kiedy okazało się, że bilety do Zielonki kosztują ok 8 złotych kupiliśmy je, windą wwieźliśmy rowery na drugi peron i po 10 minutach oczekiwania ruszyliśmy w podróż. W Zielonce pojechaliśmy przez park nad opisywane na tym blogu glinianki. Na drzewach nie było jeszcze liści i glinianki wyglądały jeszcze dość smutno. Znad glinianek w Zielonce wróciliśmy do domu rowerami, przez las, Ząbki oraz „właściwe” Zacisze.  Cała trasa miała ok 17 km,  jak dla mnie akurat i choć żona pod koniec już dość mocno narzekała  wycieczka ta bardzo zaważyła na moich późniejszych wypadach za miasto.

Na stacji kolejowej okazało się, po 60 roku życia osobom podróżującym Kolejami Mazowieckimi przysługuje 35% zniżki o czym nie wiedziałem, a teraz zacząłem z niej skwapliwie korzystać. Koleją do Zielonki wybraliśmy się zresztą tego lata jeszcze 2 razy, za każdym razem wracając nieco inną trasą.ZielonkaLato było w tym roku naprawę wspaniałe, więc nad glinianki jeździliśmy zresztą dość często samochodem. Jeszcze 1 września pływałem w nich, a po raz ostatni byliśmy na gliniankach 9 września.

Zresztą poza wypadami na rower i glinianki w Zielonce było przez minionych kilka miesięcy cały szereg innych wydarzeń, które absorbowały mnie bardziej niż pokazywana tu zazwyczaj kolekcja miniaturowych autek.

W kwietniu, a dokładnie w sobotę 14 kwietnia wybrałem się na targi Auto Nostalgia. Odbywały się one tym razem na Stadionie Narodowym, co niekoniecznie było dobrym pomysłem. Auta stały właściwie na jego koronie i bardzo trudno robiło się zdjęcia.

Zrobiłem ich kilkadziesiąt, ale na ich publikację i nowy wpis na blogu zapału mi zabrakło.

W długi majowy weekend miała być wycieczka. Byliśmy już nieco zmęczeni pracą i różnymi domowymi sprawami. Żona wzięła wolne 2 maja, ale na wycieczkę nie pamiętam czemu nie pojechaliśmy. Była obrażona, nie pamiętam od kiedy była na mnie tak zła za jakąś nieodbytą wycieczkę. Zrzędziła i narzekała. Ale co się nieco odwlecze, czasem nawet lepiej się uda. Nie pojechaliśmy 2 maja to pojechaliśmy 4.

Była to wycieczka połączona z wizytą na grobie mamy: Nieborów – Miedniewice – Żyrardów.

W czerwcu, nie byłem na giełdzie, bo wyjechałem na firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Tydzień później 16 czerwca byłem na dwóch imprezach:

Pierwsza to targi Ekoflota, na których byłem rano. Były bardzo ciekawe. Udało mi się przejechać po kilka kilometrów jako kierowca dwoma autami elektrycznymi. Pierwsze to Nissan Leaf a drugie to Volkswagen Golf. Po południu pojechaliśmy całą rodziną na piknik rodzinny, który moja firma po kilku latach zorganizowała w Ryni (nad Zalewem Zegrzyńskim.

W lipcu wziąłem „obowiązkowy” dwutygodniowy urlop. Nie wyjechałem co prawda poza Mazowsze, a co w tym czasie robiłem, pokażę w osobnym wpisie.

Sierpień upłynął właściwie pod jednym stary znajomym hasłem : Zalew Tatar – Rawa Mazowiecka.

zalew-tatar-18b

Nad nasz ulubiony i pokazywany tu już na blogu zalew wybraliśmy się wybraliśmy się 3 razy: 13 i 19 sierpnia. Za każdym razem najpierw wypożyczaliśmy kajak i opływaliśmy nim cały zalew. Taka przyjemność trwa nieco ponad godzinę (zalew ma ok 1,3 km długości) i kosztuje w dzień powszedni 8 a w weekend 10 zł. Na ostatnią letnią wycieczkę wybraliśmy się z córką. Pierwsze 45 minut pływałem z żoną a drugie z córką. Córka chyba pierwszy raz płynęła kajakiem, ale bardzo jej się to podobało.

Tydzień później pogoda nie była już tak piękna, a Rawie kajaki zostały schowane na zimę, dlatego bez żalu w końcu udałem się na „modelikową” giełdę. Od ubiegłego roku giełda odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie. Od czasu likwidacji giełdy w Starej Gazowni, jest to już 4 kolejna lokalizacja „nowej giełdy” i do tego najlepsza, nie tylko z uwagi na ściśle związaną z motoryzacją siedzibę, ale również na warunki w jakich się ona odbywa. Naprawdę duża, przestronna a przy tym widna sala, sprzyja ciekawym transakcjom.

Pomimo znikomego zainteresowania kolejnymi nabytkami i kolekcją w ogóle, wybrałem się na giełdę w marcu. Nie kupiłem na niej co prawda nic, ale za to sprzedałem zbędny modelik i to za 80 zł.

Tym razem kupiłem 3 nowe nabytki, po prawie roku przerwy. (Poprzedni model do kolekcji kupiłem w Media Markt na początku października 2017 roku)

Zakupy 2018 1b

Są to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S.

Jesiennymi wieczorami postaram się je tu opisać. A za to niejako „na pocieszenie” pokaże, jak wyglądała giełda dokładnie rok temu:

pozdrawiam

 

P.S.

21 października

Zaktualizowałem filmiki, teraz zawierają dużo więcej zdjęć

Zainwestowałem jeszcze trochę czasu w ten wpis. Filmiki, a właściwie prezentacje stworzyłem całkiem przypadkowo na iphonie podczas przeglądania zdjęć. Jednak okazało się, że przesyłanie ich na e-mail jest możliwe tylko w ograniczonym zakresie. (Jeśli zawieraja 7-8 zdjęć jest OK, jeśli więcej nie da się ich przesłać) . jakiś czas temu córka poleciła mi aplikację weTransfer. W sobotę zainstalowałem ją na iphonie, a w niedzielę zaktualizowałem pokazane tu wcześniej przezentacje i przesłałem na Youtube.

Zapraszam do ich oglądania