Tag: Polonez

242. Kultowe Auta PRL – Polonez Caro, lepszy niż myślisz

Na ten model długo czekałem. Jest więc rzeczą jasną, że 4 lutego, kiedy się ukazał, z samego rana pobiegłem do mojego zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku. Polonez Caro to samochód, którego model po prostu musiał znaleźć się w mojej kolekcji. Nie tylko z uwagi na możliwie najpełniejszą dokumentację historii polskiej motoryzacji, ale i z powodów osobistych. A są ku temu przynajmniej 2:

Po pierwsze, jeśli chodzi o kolejne modernizacje samochodów Polonez, właśnie mój zawodowy wkład w prace nad modelem Caro był największy.  W 1989 roku kiedy akurat w przerwie między kontraktami w RFN pracowałem w FSO, skonstruowałem duży i dość trudny tłocznik do podstawy poduszki rozkładanego i dzielonego siedzenia, jakie wprowadzono właśnie w odmianie Caro. (Więcej na ten temat napisałem przy okazji prezentacji tutaj poprzednika Caro czyli modelika Poloneza MR’89).

Po drugie, właśnie Polonez Caro, pomimo, że nigdy nie byłem jego posiadaczem, okazał się jednym z samochodów, którymi przejechałem najwięcej kilometrów, pomijając oczywiście moje prywatne auta. Jeśli spoglądam w przeszłość wydaje mi się że Caro pod względem liczby przejechanych za jego kierownicą kilometrów w moim „rankingu”  jest na miejscu 5 tuż za „maluchem” moich rodziców, a może nawet na miejscu 4 ex aequo z „maluchem”.

Na jesieni 1993 roku zostałem wybrany do Prezydium Rady Pracowniczej FSO i zostałem na 2 lata oddelegowany do pracy w dyrekcji fabryki. W radzie były 2 służbowe auta. Jedno było do dyspozycji przewodniczącego, a drugie do dyspozycji pozostałych członków prezydium. Z tego samochodu dość chętnie korzystałem. W pewnym okresie w robocze dni tygodnia dojeżdżałem nim nawet do pracy w FSO z podwarszawskiego Piastowa. Poza tym w trakcie pracy radzie odbyłem wiele podróży służbowych po filach FSO rozsianych po Polsce od Kożuchowa (w Lubuskiem) po Ełk i od Nysy po Elbląg. A ponieważ niektóre z tych wizyt kończyły się kolacjami z „toastami” za pomyślność FSO, zdarzało się, że w drodze powrotnej do Warszawy wiozłem nie tylko przewodniczącego, ale i jego kierowcę.

Podróże i wyjazdy do wszystkich niemal filii FSO były poza tym bardzo ciekawe i pouczające. W różnych z nich produkowano różne elementy samochodu i miałem rzadką możliwość zobaczyć tę produkcję na własne oczy, co bardzo poszerzyło moje zawodowe i inżynierskie horyzonty. Miałem też przyjemność prowadzenia kilku odmian Caro. Kilkukrotnie oprócz zwykłego i najpopularniejszego modelu 1.6 GLE, prowadziłem też auta wyposażone w silniki 1,4 Rover i 1,9 Diesel firmy Citroen. O ile dobrze pamiętam, bo przecież od tamtego czasu minęło już 20 lat,  Polonez Caro z niewątpliwie oszczędnym, dieslowskim silnikiem Citroena z uwagi na duży moment obrotowy i naprawdę elastyczny silnik, był bardzo fajnym autem do niezbyt szybkiej jazdy po mieście. Rozczarowanie jednak przyszło, kiedy wybrałem się nim w podróż do Łodzi. Na trasie przy prędkości powyżej 100km/h auto stawało się nieznośnie głośne. Rover z kolei w żadnym wypadku nie był „rakietą”. Aby wycisnąć z niego odpowiednią dynamikę, jego 16 zaworowy 104 konny silnik musiał pracować w zakresie dość wysokich obrotów, co sprawiało, że samochód wewnątrz też stawał się nieprzyjemnie hałaśliwy.

Zdecydowanie więc najlepiej jeździło mi się Polonezem 1.6 GLE z typowym żerańskim silnikiem, do którego konstrukcja auta była najlepiej dopasowana. Na trasie samochód był wygodny, przy rozsądnych prędkościach w granicach 120 km/h dość cichy i wcale nie był aż tak paliwożerny.

W listopadzie 1994 roku wraz moją żoną, jej bratem i jego żoną wybraliśmy się na wesele kuzyna żony do Golubia Dobrzynia, seryjnym autem pożyczonym z Działu Reklamy FSO. Na ponad 300 kilometrowej trasie, której bynajmniej nie przejechałem z maksymalną prędkością 90km/h, a tu gdzie się dało o 30 km/h szybciej (a dało się tak przejechać większą część trasy), Polonez spalił 7,8 l/100 km. Kiedy oddawałem samochód, koledzy z działu reklamy miny mieli niewesołe, bo musieli dobrze kombinować jak teraz auto rozliczyć, gdyż o ile dobrze pamiętam w trakcie mojej podróży sporo przekroczyłem fabryczna normę zużycia paliwa i to nie „w górę”, ale co gorsza „w dół”.  (Bo samochód spalił znacznie mniej niż owa norma przewidywała).

Polonezami 1.6 GLE przejechałem w sumie dobrych kilka tysięcy kilometrów i na samochód ten nie mogę naprawdę złego słowa powiedzieć. Żadne z aut nie uległo żadnej poważnej awarii, a właściwie to nie przypominam sobie żadnej awarii w ogóle. Autem tym jeździło mi się naprawdę dobrze. A przecież miałem je z czym porównywać. Zaledwie 3 lata wcześniej, (w latach 1990-1992), w trakcie mojego pobytu w Niemczech, przeważnie 2 lub 3 razy w tygodniu odbywałem z firmy w której pracowałem 80-kilometrową podróż do ośrodka badawczo rozwojowego Forda w Kolonii, różnymi autami służbowymi. Były wśród nich: Opel Kadett E 1.4i, Ford Scorpio 2,4 V6 Ghia i BMW 320 (model E30).

Kiedy na początku grudnia ubiegłego roku, na oficjalnej stronie serii „Kultowe Auta PRL” w zapowiedziach, jako 168 numer w serii, pokazał się modelik Caro, bardzo się ucieszyłem i na forum Motoshowminiatura umieściłem taki oto komentarz:

„Wczoraj próbowałem wejść na stronę KaP i była niedostępna.  A dziś proszę, jest Caro!  

Wreszcie się doczekaliśmy. Ja liczyłem cały czas, że przed końcem serii się jednak pokaże. Bardzo się cieszę ! 

pozdrawiam

P.S,

Szkoda tylko, że FSO nie doczekała tych czasów. Po lewej stronie Jagiellońskiej (jadąć w kierunku dyrekcji ) już wszystko wyburzone . Po prawej już zaczynają wyburzać główne hale (zakład 2 montaż) Widać przez płot jak roboty się posuwają .”

Komentarz został od razu dostrzeżony i na forum od razu było kilka odpowiedzi niekoniecznie pozytywnych.

Swoją drogą czasem martwi mnie kondycja intelektualna naszego społeczeństwa, a zbieraczy modelików aut z czasów PRL i w końcu także miłośników historii polskiej motoryzacji w szczególności . 

Moja delikatna sugestia, że planowana pierwotnie na 50 numerów seria możliwe, że się kończy, została zauważona na forum od razu i od razu skomentowana. Drugiej części mojego komentarza, dotyczącej aktualnej kondycji FSO, czyli firmy, z której Caro wyjechało, nikt na forum nawet nie zauważył.

Za to kiedy modelik Caro ukazał się w kioskach, na forum (jak to zresztą słusznie określił jeden z jego moderatorów) rozpoczął się „festiwal narzekań”.  W pewnym momencie w trakcie dyskusji na forum ukazały się zdjęcia Caro w 2 albo i 2,5 krotnym powiększeniu ukazujące dokładnie wszystkie niedoróbki i wady modelika.

242. Polonez 1

Owszem modelik swoje wady ma, ale de facto, gołym okiem nie są one raczej widoczne.

Modelik w rzeczywistości jest mniejszy niż na pokazanych tu zdjęciach.

Ja od razu też miałem zamiar pewne rzeczy w nim poprawić. Niestety z drobnymi wadami (dokładnie opisanymi na forum) przyjdzie mi jednak żyć. Modelika niestety nie udało mi się rozebrać !

242. Polonez 2

Nie znaczy to jednak , iż przy modeliku troszkę nie „pogrzebałem”. Jedną z wad modelika, którą słusznie wytykali koledzy z forum było to, że nadwozie modelika nie był dobrze „wypoziomowane” i modelik wyglądał tak, jakby w bagażniku miał „ciężki worek kartofli”.

Wadę udało się szybko i skutecznie wyeliminować. Ku mojemu zaskoczeniu wymontowanie tylnych kół nie nastręczyło żadnych problemów (jak często mi się to zdarzało w innych modelach). Tym razem obeszło się zupełnie bez ściągania oponek i używania szczypiec. Wystarczyło lekko pokręcić kółkami osi tylnej w przeciwnych kierunkach i kółka bez problemu zeszły z osiek.

Podobnie jak w modelikach Polonezów MR’87 i MR’89 podniosłem też zawieszenie tylne o ok 0,5 mm metodą, którą dokładniej opisywałem tutaj. (Podkładkę nad ośką tylną wykonałem z tym razem z przeciętej wzdłuż zapałki).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Trójkątne szyby boczne-tylne, wystające nieco poza powierzchnię słupków, wepchnąłem nieco do środka, siedzą OK, już nie wystają i nawet nie popękały.

Co do zachodzących na rynienki dachowe malowanych na czarno imitacji ramek okien bocznych, poprawka była równie błyskawiczna. Zaostrzoną w łopatkę zapałkę zamoczyłem kilkakrotnie w spirytusie i po prostu starłem czarną farbę z rynienek. Właściwy lakier się nie uszkodził.

242. Polonez 4

Skłamałbym gdybym napisał, że modelik Caro cieszy mnie tak sobie.  Podoba mi się bardzo !

Modelik robi już na pierwszy rzut oka bardzo dobre wrażenie i kiedy się na niego patrzy, nie ma najmniejszej wątpliwości jaki samochód przedstawia. Modelik ma też bardzo ładny kolor.

Dlatego na tytuł tego wpisu wybrałem hasło, jakim był swego czasu reklamowany sam samochód.

A co do drobnych wad, nie ma chyba specjalnych powodów do narzekań. Modelik Caro ukazał się w „gablotkowej” serii IST kilka lat temu. Z relacji na forum wynika, że wersja „gablotkowa” wad też nie jest pozbawiona, a dostępna była  tylko co jakiś czas na Allegro w cenie ok 100 złotych. Opisywana szeroko na forum wada, w postaci widocznego w narożniku prawego błotnika śladu podziału form, jest gołym okiem prawie niewidoczna. Możliwe, że wynika ona z pewnego zużycia form, bo „kultowy” modelik jest chyba wytwarzany w oparciu o te same formy, co oferowany od kilku lat modelik „gablotkowy”. Cóż takie rzeczy w modelarstwie się zdarzają, dlatego w przypadku Poloneza Caro kupionego w kiosku pod domem za 27 zł. naprawdę nie można narzekać.

pozdrawiam

 

P.S.

Ten wpis wiąże się jeszcze z inną, już niekoniecznie miłą rocznicą.

Właśnie dziś 23 lutego mijają okrągłe 4 lata od momentu zakończenia produkcji samochodów w warszawskiej Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu.

Kilka lat temu napisałem tu cykl artykułów poświęconych tej sprawie: 

155. FSO – smutny koniec historii (cz.3) – Czy to musiało się tak skończyć ?

194. Kultowe Auta PRL – Polonez MR’89

WIEM, WIEM, wszyscy zapewne czekają na podsumowanie moich „ubiegłorocznych zdobyczy”, ale w środę, 9 stycznia w kioskach ukazał się kolejny modelik Poloneza „akwarium”, tym razem z roku 1989.

Kiedy jego zdjęcie pojawiło się kilka miesięcy temu na stronie wydawnictwa deAgostini modelik miałem zamiar kupić. „Akwarium” tym bardziej kolejne, nie było autem, na którego modelik czekałem, ale pomyślałem sobie: Trudno, chociaż od opisywanego tutaj w czerwcu, szarego modelika różni się tylko pasem tyłu, to jako były wieloletni pracownik FSO kupię go niejako „z obowiązku”.

W roku 1989 w przerwie między wyjazdami do RFN, kiedy powstawał ten model pracowałem akurat w FSO. Mimo trzyletniej ciekawej i różnorodnej praktyki zagranicznej, dobrej znajomości obcego języka wylądowałem przy tej samej desce kreślarskiej, przy której zaczynałem pracę w 1981 roku. Skonstruowałem kilka drobnych i jeden dość duży i trudny tłocznik do późniejszego Poloneza Caro. Tłocznik ten zaginał kołnierze wokół blachy pod poduszką siedzeń tylnych i jednocześnie rozcinał ją na dwie części. (W Caro siedzenie tylne było dzielone w proporcjach 1/3 i 2/3). Realizacji projektu w metalu się jednak nie doczekałem (w lutym 1990 roku znów wyjechałem do pracy do Niemiec). Jednak dwa lata później, kiedy ponownie wróciłem do FSO, od kolegów dowiedziałem się, że tłocznik bez problemów wykonano i uruchomienie produkcji na nim nie stworzyło żadnych problemów, w przeciwieństwie do analogicznego, choć prostszego tłocznika do blachy pod oparciem siedzenia, który projektowała inna sekcja biura, a który w trakcie uruchamiania trzeba było dość mocno przerabiać.

O ile dobrze pamiętam model Poloneza oznaczony MR’89 właściwie ukazał się dopiero w roku 1990. Jeszcze pod koniec 1989 roku samochodu tego w FSO seryjnie nie produkowano, a po fabryce jeździły jego prototypy ( z nową klapą tylną znaną z późniejszego modelu Caro).

Z zakupem modelika auta było podobnie jak w z zakupem szarego modelika MR’87.  Kiedy się ukazał, zapomniałem, że jest już w kioskach. Tego dnia musiałem zrobić badania okresowe. Rano pojechałem do przychodni na pobranie krwi, po czym wróciłem do domu na śniadanie. Wizytę u lekarza medycyny pracy miałem wyznaczoną na 10-tą i kiedy wyszedłem z domu aby się na nią udać, przypomniałem sobie o ukazaniu się modelika. Na chwilkę wpadłem do „kultowego” kiosku, obejrzałem jeden modelik, jednak nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Przez folię i blister wyglądał nie rewelacyjnie (zwłaszcza jego tył). Na stojaku przed kioskiem leżało 5 egzemplarzy, ja spieszyłem się już do lekarza, pomyślałem więc, że przyjdę po niego w sobotę. W sobotę wybrałem się do „kultowego” kiosku dopiero przed 14-tą. Ku mojemu zaskoczeniu na stojaku niestety nie było już żadnego modelika, a miły pan, u którego przeważnie kupuję „kultowe” modelki powiedział, że wszystkie jakie były już sprzedał. Poszedłem więc do kiosku obok i tam trafiłem na jeden egzemplarz. Niestety przy oględzinach stwierdziłem, że w opakowaniu „coś lata”. Po oględzinach okazało się, że jest to prawy fotel pasażera. Kolejny egzemplarz trafiłem w kiosku tuż obok „kultowego” i ten już kupiłem.

Modelik nie od razu wyglądał tak jak na zamieszczonych tu zdjęciach i muszę przyznać, że napracowałem się przy nim całkiem sporo. Rozebrałem go jeszcze w sobotę i trochę poprawiłem. Wymontowałem przedni zderzak, a z niego migacze i halogeny. Powierzchnię pod imitacją halogenów (tak samo jak w przypadku MR’87) pomalowałem  farbą srebrną. Jednak wnęki pod migacze (w zderzaku), inaczej niż w przypadku MR’87, postanowiłem pomalować farbą białą, a nie srebrną, po to aby były lepiej widoczne. Pomysł niestety okazał się nie najszczęśliwszy. W przypadku MR’87 ta operacja zajęła mi chwilę. Tym razem biała farba nie rozlała się ładnie, tak jak poprzednio srebrna, a wnęki pobrudziły się na bokach i trzeba było farbę zmywać mozolnie z zakamarków wnęk wykałaczką, co chwilę zanurzaną w rozcieńczalniku. Wizualnie, jeśli chodzi o przednie migacze, między modelikami różnicy nie ma, a w drugim przypadku (MR’89) pracy było dużo, dużo więcej. Podobnie jak przy MR’87 podniosłem też zawieszenie o dokładnie 0,6 mm (z przodu i z tyłu) metodą, którą dokładniej opisywałem tutaj. (Podkładki nad ośkami wykonałem z tym razem z wycofanej z użycia karty magnetycznej o grubości 0,6 mm) :W sobotę wymontowałem też atrapę przednią. Dopasowałem ją lepiej do nadwozia i zderzaka przedniego po czym wkleiłem w nadwozie z powrotem. Niestety zderzaka przedniego już nie zamontowałem i tę operację zostawiłem sobie na niedzielę, którą właściwie spędziłem przy kolejnych poprawkach.

Niedzielę zacząłem od zamocowania zderzaka przedniego. Postanowiłem jednak, że nie wkleję go tak jak atrapy, czy jak zazwyczaj robię w przypadku drobnych elementów mocowanych do nadwozia poprzez maleńkie bolce „na wikol”, ale posmaruję bolce rozpuszczonym w kleju styropianem, a następnie od tyłu na wystające kawałki bolców mocujących zderzak nakleję kolejne, nasączone nieco klejem kawałki styropianu (z tacek po kiełbaskach). W ten sposób mocowałem od lat wiele drobnych elementów w wielu innych modelach i wydawało się, że operację mam opanowaną „do perfekcji”.

Polonez MR’89 okazał się jednak pechowy. Możliwe, że chciałem wkleić zderzak zbyt pospiesznie i zacząłem rozgniatać styropian palcem. Niestety w którymś momencie chwyciłem karoserię modelika ubrudzonym rozpuszczonym styropianem palcem i na dolnej krawędzi lewych drzwi przednich (pod listwą) na lakierze zostawiłem „elegancki” odcisk tegoż palca i narobiłem sobie sporo dodatkowej roboty. O razu próbowałem klej z drzwi zetrzeć, niestety lakier się już uszkodził.  Sięgnąłem więc do szuflady i spolerowałem dolną część drzwi papierem ściernym 800. Lakier jednak nie tylko stracił połysk, ale w niektórych miejscach zaczął się też przecierać.

W niedzielę była w Warszawie piękna pogoda, więc o 12-tej poszliśmy z żoną na spacer z psem, aby złapać kilka promieni zimowego słońca. Do domu wróciliśmy przed 14-tą i ja mimo protestów żony, która chciała zabrać się za przygotowanie obiadu, rozłożyłem w kuchni farbki zacząłem dobierać kolor, aby uszkodzoną powierzchnię modelika pomalować. Dobieranie koloru, poprzez mieszanie farb jest operacją kłopotliwą, o czym zdążyłem się już niejednokrotnie przekonać. Ponadto trzeba to robić przy dobrym dziennym, a nie sztucznym świetle, a wtedy efekt jest najlepszy. Tym razem zacząłem mieszać w pustym listku po tabletkach dwie farby – niebieską i granatową. Modelik malowałem kilka razy i zmywałem zmieniając za każdym razem proporcje obu farb. Musiałem się przy tym spieszyć, bo jest zima i po 14-tej światło dnia jest z każdą chwilą coraz słabsze i coraz trudniej jest ocenić dopasowanie koloru malowanego elementu do reszty nadwozia modelika. Kiedy po po którejś próbie uznałem, że „może już być” odstawiłem modelik aby wysechł. O ile udało się dopasować jasność lakieru do reszty, o tyle malowany kawałek różni się nieco odcieniem od reszty, bo kolor modelika ma odcień lekko szary, a jednocześnie lekko „śliwkowy”, a ja mieszałem farby o niebieskoszarym odcieniu. Całe szczęście, że malowana powierzchnia nie jest na modeliku zbyt widoczna.

Po opóźnionym nieco obiedzie, kiedy drzwi trochę podeschły, zabrałem się pomalowanie lamp tylnych. Zanim to jednak zrobiłem, jeszcze w sobotę, zdemontowałem lampy i z powierzchni pod nimi zdrapałem z nadwozia lakier do „żywego” metalu. Lampy malowałem na początku zamontowane w nadwoziu. Lampy są maleńkie a cały modelik łatwiej jest chwytać. Migacze pomalowałem bez problemu. Niestety ze światłami cofania już zaczęły się problemy. Nijak nie udawało mi się namalować srebrną farbką maleńkich rombów o właściwych i w miarę symetrycznych kształtach. Lampy musiałem z modelika wymontować i dopiero po wyjęciu i złapaniu za bolce mocujące starymi, niedostępnymi już chyba w handlu ołówkami automatycznymi (które służą mi jako chwytaki do bardzo drobnych elementów) udało się lampy tylne pomalować przyzwoicie.

Malowanie było kłopotliwe, a operacja okazała się wyjątkowo upierdliwa. Spędziłem nad nią ze 2 godziny albo i lepiej.

Wieczorem, kiedy lampy schły, postanowiłem pomalować jeszcze wnętrze modelika. O ile dobrze pamiętam MR’89 miał jasnoszarą materiałową tapicerkę w pepitkę. Z szuflady z rupieciami wyciągnąłem puszkę ze starszymi farbkami i znalazłem w niej dość jasną szarą farbkę matową. Miała lekko niebieski odcień, postanowiłem ją nieco rozjaśnić zwykłą starą białą farbką. Mieszałem trochę obie farbki i w końcu pomalowałem półkę tylną, fotele oraz kanapę. Kiedy wnętrze trochę podeschło postanowiłem zajrzeć po coś do drugiej szuflady. Z niej wyciągnąłem kolejną puszkę, w której trzymam farby nowe lub nieużywane. I tu modelik znów okazał się pechowy. W drugiej puszcze znalazłem nie otwieraną jasnoszarą , a nie lekko niebieską farbkę z napisem „matt” na wieczku. Pomyślałem sobie „no to znowu się niepotrzebnie narobiłem” Nie pamiętam przy jakiej okazji tę farbkę kupiłem i kiedy, nie pamiętałem nawet, że ją w ogóle mam. Przez chwilę zastanawiałem się co zrobić. Zmywać pomalowane już fotele czy nie ? W końcu otworzyłem nową puszkę i pomalowałem fotele i kanapę jeszcze raz (bez zmywania poprzedniej warstwy). Półkę tylną zostawiłem pomalowaną starszą ciemniejszą farbką. W prawdziwym MR’89 półka była pokryta zupełnie innym, ciemniejszym i bardziej „włochatym” materiałem niż tapicerka.

Z tak „podrasowanego” modelika, nad którego zakupem mocno się zastanawiałem, jestem bardzo zadowolony.  Od szarego MR’87, który bardzo mi się do tej pory podobał, niewiele się różni. Jednak po poprawkach wygląda zdecydowanie lepiej i ciekawiej niż MR’87. Ładnie też uzupełnia sporą już kolekcję pozostałych moich Polonezów:

182. Polonez 3

Po podrasowaniu modelika wziąłem do ręki gazetkę.

Dołączane do „Kultowych Aut PRL” gazetki są przeważnie „cienkie” merytorycznie, opisy samochodów są dość krótkie, za to połowę gazetki zajmuje artykuł o mniej lub bardziej politycznym zabarwieniu na temat samego PRL. PRL jaki był pamiętam dobrze, w końcu urodziłem się w PRL, skończyłem studia w PRL i karierę inżyniera też zaczynałem w PRL. Dlatego drugiej części gazetki przeważnie nie czytam.

Tym razem było inaczej. Ciekawych informacji o samochodzie Polonez w gazetce nie znalazłem, ale niejako na kanwie tego, o czym za chwilę napiszę, przeczytałem drugą część gazetki. Tym razem nie dotyczy ona PRL, a Chińskiej Republiki Ludowej. Szkoda, że w części dotyczącej samochodu nie wspomniano, że Polonez był przez długie lata eksportowany do tego kraju.

Druga część gazetki dotyczy wydarzeń jakie rozegrały się w Chinach w tym samym czasie, co pierwsze wolne wybory w PRL, czyli 4 czerwca 1989 roku. Dobrze, że przypomina się o masakrze, jaka miała wówczas miejsce na Placu Tiananmen, bo w Polsce, w tym czasie wszyscy przeżywali pierwsze od II Wojny Światowej wolne wybory i to, co w tym samym czasie działo się w Chinach, w sposób niejako naturalny nie odbiło się u nas zbyt szerokim echem. Wiadomo mieliśmy wtedy inne sprawy na głowie.

Wydźwięk jednak tego, co w gazetce napisano, jest taki (przynajmniej ja to tak odebrałem), że autor stara się nas przekonać, że my mamy wolność i demokrację, wzrost gospodarczy, dokonaliśmy w porównaniu do PRL ogromnego postępu, a Chińczycy wciąż tkwią w starym, totalitarnym oraz dawno już upadłym u nas systemie, a i pewnie pracują dalej za „przysłowiową miskę ryżu”.

Nie chciałbym być źle zrozumiany, bo masakra to masakra, wiele osób straciło życie i ze wszech miar należy mieć szacunek i współczucie dla ofiar i ich bliskich. Ofiara ta poszła jednak niejako na marne, bo Chinami do dziś dnia dalej rządzi Komunistyczna Partia Chin. Bynajmniej jednak, nie można godzić się na taki sposób traktowania protestów własnych obywateli jak zrobiły to ówczesne władze tego państwa (i tu z autorem gazetki się zgadzam).

Jednak od tamtego czasu minęło lat blisko 24 i podobnie jak autor artykułu w gazetce dołączonej do modelika, pragnę przytoczyć tu kilka liczb i danych, innych jednak niż cytowane w gazetce wskaźniki giełdy w Szanghaju, które ułożyły się w przypadkową datę rocznicy masakry na placu na Placu Tiananmen.

Liczby te pochodzą z wiarygodnych źródeł, a ich analiza już w trochę innym świetle stawia dzisiejszą pozycję Chin niż ta, o której można by myśleć po przeczytaniu gazetki:

Chińska Republiki Ludowa liczy 1 347 mln ludności (źródło Wikipedia)

Rzeczpospolita Polska liczy 38,5 mln ludności  (źródło Wikipedia)

W 2012 roku w Chinach sprzedano 15,5 mln nowych samochodów osobowych (źródło Auto Motor und Sport – Gospodarka – najpoważniejszy tygodnik motoryzacyjny w Niemczech, a może i w Europie )

W 2012 roku w Polsce sprzedano 273,6 tyś nowych samochodów osobowych, a więc 0,2736 mln sztuk. (źródło Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego)

Co ciekawe, w Internecie trudno jest od razu znaleźć właściwe i pewne dane, bo odniosłem wrażenie, że aby ukryć niekwestionowaną i utrzymującą się stale od 2000 roku mizerię polskiego rynku motoryzacyjnego, analitycy podają przeważnie łączną liczbę sprzedanych nowych samochodów osobowych i dostawczych razem ! Co w oczywisty sposób statystyki zawyża.

Z liczb podanych powyżej wynika, że w 2012 roku kupiono nowych samochodów osobowych w przeliczeniu na 1000 mieszkańców :

w Polsce 7,1      w Chinach 11,5

Tak więc w ubiegłym roku w Chinach kupiono o 62% więcej nowych samochodów na głowę mieszkańca niż w Polsce !

SZOK ! Nieprawdaż ?

Jak to możliwe ? Przecież w naszej dość powszechnej świadomości, oni wciąż tkwią w komunizmie (którego przecież nie obalili) i pracują za miskę ryżu.

Może nasi wszechwiedzący eksperci ekonomiczni lub jeszcze bardziej wszechwiedzący redaktorzy zajmujący się gospodarką (z TVP, radia PIN lub Tok FM) znają odpowiedź na to pytanie.

pozdrawiam

182. Kultowe Auta PRL – MR’87: Polonez i Fiat 126p

W ostatnim czasie wszystkich opanował szał związany z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej. Mi też ten nastrój w pewnym sensie się udzielił i chociaż piłką (kopaną) się nie interesuję, z ciekawością obejrzałem wszystkie trzy mecze naszej drużyny oraz pojedynek Czechy – Rosja. O ile po dwóch pierwszych meczach (zwłaszcza po remisie z Rosją) byliśmy wszyscy podekscytowani i pełni nadziei, o tle to, co stało się we Wrocławiu  w późny sobotni wieczór nasze nadzieje zupełnie rozwiało. Już miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Nie tylko zresztą ja porzuciłem na chwilę dłubanie przy modelikach i zasiadałem przed telewizorem kiedy grali nasi, ale nawet blogerzy, których nie podejrzewałem o najmniejsze zainteresowanie piłką, na swoich blogach poruszyli temat Euro i sprawę niezakwalifikowania się naszej drużyny do dalszych rozgrywek. Pod jednym z takich tekstów zamieściłem taki oto komentarz :

EURO, EURO, NO I PO
Niestety złośliwe słowa Jana Tomaszewskiego okazały się prorocze. Ale tak naprawdę to czemu się dziwimy.
Nie interesuję się piłką i nie jestem kibicem, ale sprawa piłki urosła w Polsce do rangi narodowej, więc chcąc nie chcąc wpadają mi  w ucho czasem komentarze różnych „znawców”,  a czasem odgłosy jakiejś „awanturki”.
Cóż kiedy byłem w wieku mojej córki i zaraz po Olimpiadzie w 1972 roku (na której zdobyliśmy złoto) poszedłem do szkoły średniej. Koledzy przeżywali występy klubowe i nazwiska piłkarzy pierwszej „złotej drużyny” były mi znane zanim zdobyła ona na MŚ brązowy medal, a gdyby nie sławetny mecz w wodzie ( z Niemcami), który powinien zostać przerwany, bo piła w trakcie gry zatrzymywała się w kałużach na trawie, Polacy mieli duże szanse na lepszą pozycję.
Ale wtedy liga wyglądała inaczej. Jan Domarski, Grzegorz Lato i Henryk Kasperczak to było trio ze Stali Mielec. Górnik Zabrze, ŁKS, Legia (była wtedy jeszcze CWKS a nie ITI czy tam TVN) to były kluby, których grą młodzi ludzie się interesowali i to one dostarczały świetnych piłkarzy do drużyny narodowej. Kluby były wspierane przez zakłady pracy (a więc miały dużych solidnych sponsorów) wszystko się kręciło i mieliśmy naprawdę duże sukcesy. Apogeum był brąz na MŚ w Hiszpanii w 1982 roku  i na tym złoty okres się zakończył. W tamtym czasie trener reprezentacji nie musiał tak jak dziś Smuda tułać się po Europie i namawiać dzieci emigrantów, aby łaskawie zgodziły się zagrać w drużynie narodowej.
Dziś jaka jest liga, każdy widzi. Kluby walczą o sponsorów, a były i takie przypadki, jak ten, kiedy kilka lat temu łódzki klub zdobył bodajże Puchar Polski, a właściciel klubu (jakiś nie bardzo znany prywatny przedsiębiorca) nie dość, że nie wypłacił obiecanych nagród, to jeszcze zalegał z pensjami od kilku miesięcy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „cały ten smród”  wokół PZPN i mamy to co mamy. Ja, ponieważ pamiętam  czasy świetności polskiej piłki nie dziwię się, że stało się, jak się stało.
Jeśli prawie wszyscy piłkarze naszej reprezentacji grają w zagranicznych klubach i tam de facto żyją, to nie dziwmy się że trudno z nich sklecić „na zawołanie” świetny zespół. A przecież piłka to gra zespołowa.
pozdrawiam
artemis
Kiedy załączyłem tu ten komentarz, po rozmowie z kolegą myślałem, żę jest może trochę za ostry i zbyt pesymistyczny. Przed chwilą wszedłem na Onet i oto co na smej górze tam zobaczyłem:

A właśnie, że się stało! Alfabet polskiej katastrofy

Wszyscy śpiewają „nic się nie stało”. A właśnie, że nie. Stało się

Tyle na gorący ostatnio temat

Wróćmy zatem do modelików.
Zanim wszystkich opanował piłkarski szał związany z Euro, 16 maja, w kioskach  ukazał się modelik Poloneza „akwarium” z roku 1987. Kiedy zdjęcie modelika pojawiło się kilka miesięcy temu na stronie wydawnictwa deAgostini. Modelik miałem zamiar kupić. „Akwarium” nie było autem na którego modelik czekałem, ale pomyślałem sobie „tyle lat pracowałem przecież w FSO, 27 zł nie majątek, więc jako były pracownik kupię go, bo wypada”. Kiedy powstawało akwarium pracowałem już za granicą i w przygotowaniach do jego uruchomienia nie miałem udziału. Samochód miałem zamiar nawet kupić, ale jak ten zamiar się zakończył opisywałem już na tym blogu tutaj. (Pod sam koniec tamtego wpisu) Jedyne wspomnienie jakie łaczy mnie z „akwarium” to to, że samochód nie miał chyba najlepszej opinii wśród użytkowników, o czym mogłem się osobiście przekonać w roku 1989, kiedy to przez rok znów pracowałem w FSO.
W tym czasie jeden z kolegów z biura namawiał mnie abym sprzedał mojego świeżo nabytego Forda Escorta i kupił właśnie „akwarium” wyposażone w najnowsze zdobycze technologii: tłoczoną podsufitkę „poroso” i jasną tapicerkę „w pepitkę”. Któregoś dnia po pracy zaparkowałem na Saskiej Kępie przed samem przy skrzyżowaniu ulicy Saskiej z trasą AK obok szarego Poloneza „akwarium”. Z ciekawości zacząłem oglądać samochód. Po chwili przyszedł jego właściciel i zdziwił się, że tak oglądam jego auto. Wyjaśniłem, że oglądam ten nowy model, bo ponoć został ulepszony i to już całkiem inne auto. W pewnym momencie właściciel Poloneza zapytał „a pan czym przyjechał”, wtedy wskazałem na stojącego obok czerwonego i równie nowego Forda Escorta. Właściciel machnął ręką i odparł „panie, ja miałem Volkswagena, miałem Audi, a teraz tego skur…..a”

182. Polonez 1

Z zakupem modelika (chyba dokładnie w tym samym kolorze co Polonez opisany w historyjce powyżej) też nie obyło się bez perypetii. Kiedy się ukazał oglądałem go w kilku kioskach i nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Przez folię i blister wyglądał nie najlepiej, był zalany farbą, a w każdym z oglądanych egzemplarzy dostrzegałem jakieś drobne wady. Mijały dni, a ja modelika nie kupiłem, dopiero późnym popołudniem 28 maja, a więc na dzień przed wycofaniem resztek modeli „akwarium” z kiosków,  pojechałem rowerem po kilka rzeczy do Kauflandu na warszawskiej Pradze i w Empiku, który jest obok kupiłem modelik.

182. Polonez 2

Modelik od razu rozebrałem i trochę poprawiłem. Wymontowałem wkładki reflektorów i przednie migacze, a wnęki pod nie (w atrapie i zderzaku) pomalowałem srebrną farbą. Podniosłem też zawieszenie (z przodu i z tyłu) metodą, którą dokładniej opisywałem tutaj. Niestety nie udało się porządnie pomalować listew bocznych, bo farba się z nich łatwo ściera. Pomalowałem za to jeszcze raz na czarno listwę nad lampami tylnymi pod a’la spojlerem, czyli antyimportowym pomysłem racjonalizatorskim dyrektora technicznego FSO w latach 80-tych. A’la spojler kiedy pierwszy raz go zobaczyłem (jeszcze w fabryce) wydał mi się paskudztwem równym wyrobom czekoladopodobnym jakie w czasach niedoboru surowców do produkcji, po stanie wojennym oferowano w sklepach. A’la spojler o dziwo nie tylko przetrwał „akwarium” ale załapał się też do wydłużonej klapy tylnej od „Caro”. Możliwe, że dlatego, iż klapa ta powstała jeszcze w1989 roku do późniejszej wersji „akwarium”. Dopiero Koreańczycy uruchamiając w 1995 roku model „Atu” zasłonili poziomym, ładnie wkomponowanym w nadwozie spojlerem owo antyimportowe cudo, wynalazek racjonalizatorów z FSO.
Z modelika jestem jednak zadowolony, od starszych wersji różni się nie tylko kolorem i ładnie uzupełnia sporą już kolekcję moich Polonezów:
182. Polonez 3

Dwa dni po zakupie Poloneza w kioskach ukazała się kolejny model z serii – Polski Fiat 126p również z roku 1987. Modelika tego (odwrotnie niż w przypadku Poloneza) nie miałem zamiaru kupować. W kolekcji mam kilka maluchów, a w szufladach z rupieciami leży jeszcze gdzieś „Estetyka” z której zderzaki i koła trafiły do Fiata 126 firmy Polistil, którego kupiłem jeszcze w 1973 roku. W końcu kolejnego „kultowego malucha” kupiłem, jednak do mojej kolekcji nie trafił.
Otóż, od jakiegoś czasu moja mama, kiedy mnie odwiedzała napomykała, że chciała by mieć modeliki „malucha” i Trabanta, ale najlepiej w takich kolorach, w jakich moi rodzice mieli te samochody. Kiedy powiadomiłem ją, że po Polonezie wyjdzie żółty maluch powiedziała, żebym go jej kupił.
182. Polonez 5

Zanim go jednak kupiłem, z Empiku zadzwoniłem do mamy z pytaniem czy na pewno go chce. Moi rodzice mieli malucha w kolorze żółtym piaskowym, samochód był z roku 1979, miał więc chromowane zderzaki, starego typy koła, małe wloty w błotnikach i nie miał listew bocznych z boku. Mama jednak na żółtego malucha się zdecydowała i w niedzielę przyjechała złożyć życzenia z okazji Dnia Dziecka dorastającej wnuczce i odebrać malucha.
182. Polonez 6

Z modelika miałem szczery zamiar wymontować hak i przerzucić go do Poloneza, zwłaszcza, iż już wiadomo, że w kultowej serii ukaże się przyczepa N126 (nie wiadomo tylko kiedy). Sądziłem, że hak w modeliku i tak ktoś ułamie, a mi by się przydał. Jednak mama zażyczyła sobie, aby zapakować modelik z powrotem do blistra, bo tak nie będzie się kurzył, więc hak zostawiłem w spokoju. Przed oddaniem modelika wyjąłem go z blistra i zrobiłem kilka zdjęć:

182. Polonez 7

Kiedy je robiłem skonstatowałem, że najładniejszy maluch z serii nie wylądował w mojej nowej gablotce tylko stoi zapakowany w blister w Piastowie na stoliku pod telewizorem.
pozdrawiam

 


 

176. Po dłuższej przerwie – GIEŁDA, giełda, giełda !

Witam po dość długiej przewie. Pokrótce postaram się wyjaśnić czym została ona spowodowana. Miesiąc temu, kilka dni po opublikowaniu ostatniego wpisu na blogu, zabrałem się za tworzenie kolejnego, którego roboczy tytuł był „Szalony piątek”. Oto jego fragment:

„10 lutego moja firma zorganizowała dla pracowników kolację połączoną z balem w chińskiej restauracji -klubie na ul. Bielańskiej w Warszawie. Ponieważ z domu nie mam tam zbyt daleko, a szefowie i koledzy zachęcali, postanowiłem się na ową kolację wybrać i trochę przynajmniej się odprężyć i zapomnieć o codziennych kłopotach. Zanim jednak tam dotarłem miałem kilka spraw do załatwienia.

Mój ojciec, który jest poważnie chory na serce trzy tygodnie temu po raz kolejny wylądował w szpitalu. Staram się go niemal codziennie odwiedzać i zawsze zabieram ze sobą mamę, która o własnych siłach nie bardzo jest w stanie dotrzeć do szpitala (zwłaszcza przy takich mrozach jakie ostatnio panują)”.

W następnych dniach wpisu nie dałem rady dokończyć. Zresztą jest on już nieważny i nieaktualny. 14 lutego nad ranem mój ojciec niestety zmarł.

Nagle wszystko zmieniło się zupełnie. Musiałem zając się przygotowaniami do pogrzebu. Później załatwianiem wypłaty ubezpieczenia (swojego i mamy) zajmowałem się także załatwianiem mamie renty po ojcu i kilkoma innymi sprawami. W tym czasie nie miałem zupełnie głowy ani do modelików, ani tym bardziej do bloga. Na początku lutego wylicytowałem co prawda na Allegro dwa stare modele Solido, które dotarły do mnie dopiero po 2 tygodniach i jeden udało mi się trochę poprawić. Drugi, który wymaga pomalowania wnętrza, zderzaków i listew progowych, do tej pory leży w kuchni rozgrzebany i pomimo tego, że kupiłem nową farbę, nie mam jakoś serca i czasu go dokończyć, choć nie wymaga on jakiegoś wielkiego nakładu pracy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Właściwie dopiero w ubiegłą niedzielę postanowiłem poświęcić trochę czasu mojej kolekcji i wybrałem się na giełdę. Odbywa się ona już od kilku lat w gimnazjum przy ul. Conrada w Warszawie, w drugą niedzielę ostatniego miesiąca każdego kwartału. Na poprzednią grudniową giełdę właściwie tylko wpadłem. Przez godzinę „obleciałem” stoiska i zaraz potem musiałem pojechać do rodziców, aby być przy wizycie kardiologa, który właśnie w dniu giełdy przyszedł z domową wizytą do mojego poważnie chorego ojca.

Na ostatnią giełdę  jechałem z zamiarem pogadania sobie i pooglądania modeli, bo moje wypady na giełdę w ciągu kilku ostatnich lat tak zazwyczaj wyglądały. Kilka dni temu, w kioskach ukazał się modelik Forda Taunusa z serii „Kultowe Auta PRL”.  Modelik oglądałem w Empiku i zaprzyjaźnionym „kultowym” kiosku, jednak na jego zakup nie zdecydowałem się. Modelik wymaga poprawek, nie wygląda najlepiej i choć przeglądając wcześniej zapowiedzi postanowiłem go kupić, to powziąłem zamiar zrobić to zaraz po giełdzie. Nie sądziłem, że na giełdzie cokolwiek kupię i miałem zamiar z giełdy podjechać do Empiku i Taunusa kupić. Taunusa jednak nie kupiłem, bo tym razem na giełdzie po prostu „popłynąłem”. Kupiłem aż 4 modele i wydałem więcej niż  miałem zamiar ewentualnie wydać.  Na szczęście kwota jaką wydałem oszałamiająca nie była. Razem wyszło 68 zł. Kilkakrotnie opisywałem na tym blogu modele, za które płaciłem więcej z jedną sztukę.

Na giełdę dotarłem dość późno, bo w sobotę dość późno (mimo wcześniejszych zamiarów) położyłem się spać. Rano kiedy wstałem, było już dobrze po 9-tej i najpierw zabrałem się za smażenie kiełbaski, którą kupiłem w piątek na cotygodniowych zakupach. Włączyłem też radio i w trakcie przygotowywania śniadania, parzenia kawy, a później spokojnego jedzenia (już razem z żoną) wysłuchałem niemal do końca „Śniadania z Radiem Zet”. Potem szybko się ogoliłem, wziąłem prysznic, ubrałem się i wyszedłem. Wskoczyłem do samochodu i przed gimnazjum na Conrada zaparkowałem dopiero o 10.35.

Zanim wszedłem na dużą salę, jeszcze na korytarzu dostrzegłem na jednym z trzech stoisk, które tam były modelik Łady 2107 z „kultowej serii”, której kiedy się ukazała kilka miesięcy temu nie kupiłem, a do której zakupu z czasem dojrzałem. Po chwili rozpocząłem „obchód” po dużej sali. Na jednym ze stosik dostrzegłem 3 modeliki Opla Kadetta B z zagranicznej serii gazetowej. Sprzedający je kolega z Gdańska życzył sobie za nie po 25 zł. Poszedłem dalej i obejrzałem kolejne stoiska. Przywitałem się z kolegami, których znam z giełd od dobrych kilkunastu lat i trochę sobie z nimi pogadałem. Na stoiskach nie zauważyłem jednak niczego, co by mnie szczególnie zainteresowało.

Na giełdzie jak zwykle króluje skala 1:43. Jest także kilka stoisk dla miłośników mniejszych modeli (zwłaszcza firmy Matchbox). Jednak od kilku lat  tematem przewodnim giełdy są oczywiście modele z serii „Kultowe Auta PRL”. Modeli z tej serii jak i serii pokrewnych (zwłaszcza rosyjskich) jest tam całe mnóstwo. Poza tym koledzy, którzy na kanwie „kultowego szaleństwa” zajęli się budową konwersji i wytwarzaniem od podstaw modeli, których w „kultowej” serii z całą pewnością nie zobaczymy, wystawiają swoje dzieła. Wiele z nich jest na prawdę unikatowych i ciekawych. I tak na giełdzie można było zobaczyć wykonane w skali 1:43 modele różnych odmian samochodów Star (z okresu PRL). Na jednym ze stoisk można było podziwiać przepięknego strażackiego Stara 25. Były też autobusy Ikarus, i kilka wersji Jelcza „ogórka”. Dwa przegubowce (jakimi dojeżdżałem w czasach studenckich na zajęcia), jeden  zwykły autobus miejski (wszystkie oczywiście czerwono-kremowe). Był też na giełdzie niebieski Jelcz „ogórek” z przyczepą „ogórek” dokładnie taki jakiego pamiętam z dzieciństwa. Na dodatek modelik i przyczepa miały oznaczenia bazy PKS z mojego rodzinnego miasta – PKS Żyrardów, a z przodu tablicę linii Żyrardów -Sochaczew. Modelik był piękny. Miał tylko jedną wadę, zestaw kosztował 800 zł. Ogólnie rzecz biorąc na giełdzie panuje mocno „kultowa atmosfera” (o ile nie „kultowe szaleństwo”). Tym razem i mi ta atmosfera się udzieliła.

Po „obchodzie” wróciłem do stoiska na korytarzu. Obejrzałem Ładę (po którą tam poszedłem) i kilka innych modeli. Nie kupiłem jednak Łady, a do ręki wziąłem Poloneza Trucka. Kiedy zapytałem ile sprzedający za niego chce, odpowiedź trochę mnie zaskoczyła: 15 zł. Wyjąłem więc drobne z kieszeni i Trucka kupiłem.

176. Giełda 2

Pomysł zakupu kolejnego Trucka, chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Rok temu dość poważnie przerobiłem taki modelik, a że przeróbka się udała i jestem z niej bardzo zadowolony, chodzi mi po głowie pomysł wykonania kolejnego „skróconego” Trucka, którego mam zamiar sprzedać.

Z Truckiem w kieszeni powędrowałem do stoiska z modelikami Opla. Jak już wspomniałem, modeliki były trzy. Wszystkie były fabrycznie zapakowane w witrynki i blistry. W jednym z modelików coś jednak grzechotało, a sprzedający pokazał, że modelik ma też pękniętą podstawkę. Grzechoczącym elementem, który „latał” luzem w opakowaniu okazała się tylna boczna szybka. Kolega z Gdańska zgodził się sprzedać ten modelik za 20 zł, bo stwierdził, iż z uwagi na uszkodzoną podstawkę wolałby nie wieźć go z powrotem do domu.

176. Giełda 3

Po powrocie do domu i rozkręceniu modelika, okazało się, że podstawkę udało się skleić , zaś szybkę wcisnąć na miejsce z którego wypadła i bez żadnych dodatkowych przeróbek szybka dobrze się trzyma.

Po zakupie Opla, po raz kolejny poszedłem do stoiska na korytarzu, a ponieważ kupiłem tam Trucka, sprzedający zgodził się sprzedać mi Ładę za całe 18 zł, więc też ją wziąłem.

176. Giełda 4

Na koniec poszedłem pogadać sobie z kolegą Truckerem, który robi różne ciekawe dioramy i różne inne konwersje modeli. Pogadaliśmy trochę o technice tych przeróbek, farbkach i odlewaniu elementów z żywic. Był już właściwie koniec giełdy i wszyscy się pakowali. Na stoisku Truckera stało kilkanaście modeli, a wśród nich Czajka, którą w trakcie rozmowy wziąłem do ręki i od niechcenia zapytałem o cenę. Trucker wycenił ją na 15 zł, więc na pożegnanie też ją kupiłem.

176. Giełda 5

Z giełdy wracałem zadowolony i ani mi w głowie było szukać Empiku, a w nim modelika Taunusa. Miałem trochę wyrzutów sumienia, czy nie za dużo naraz nakupowałem. Najwięcej wątpliwości wzbudził we mnie pierwszy zakup. Wszystkie kupione na giełdzie „kultowe” modeliki są bez gazetek i opakowania, ale za to kosztowały niewiele. Za trzy zapłaciłem w sumie 48 zł, a więc mniej niż za 2 w kiosku. Ponadto takie modeliki można przed zakupem dokładnie obejrzeć. W przypadku zakupów w kiosku, przez folię i blister nie wszystko dobrze widać i często dopiero po rozpakowaniu modelika okazuje się, że ma on jakąś wadę, której wcześniej widać nie było.

Po ostatnich doświadczeniach, postanowiłem, że dalej będę jeździł na każdą giełdę, bo pomimo, iż większość modeli kupuję w kioskach i na Allegro, od dwóch lat niemal z każdej giełdy coś tam jednak przywożę. Jeśli nie cały modelik, to wrak do odbudowy, a czasm choćby tylko same kółka. Tym razem „połów” był nie tylko obfity, ale i naprawdę udany. 

pozdrawiam

159. Kultowe Auta PRL – Polonez Truck

Dwa tygodnie temu opisałem przeróbkę modelika samochodu Polonez Truck.

Pokazałem wtedy analizy, które skłoniły mnie do wykonania przeróbki i kilka zdjęć poprawionego modelika nie do końca jednak gotowego. Modelik przeleżał w kuchni cały ubiegły tydzień, aż w końcu dziś postanowiłem przeróbkę zakończyć. Ostatnią rzeczą którą zrobiłem to nowe mocowanie koła zapasowego. Właściwie powinienem jeszcze raz pomalować pas tyłu, ale malowałem go już trzy razy, po zamontowaniu lamp i tablicy tragicznie nie wygląda, a ja nie mam na razie ani czasu, ani zdrowia dłużej już przy tym modeliku grzebać. Oto modelik gotowy, jeśli będę miał czas i zapał jeszcze w nim parę rzeczy dopieszczę:

159. Polonez 1

157. Polonez 11

Podobne zdjęcie prezentowałem już wcześniej kilka razy, jednak na tym  widać wyraźnie nie tylko zmienione proporcje przerobionego modelika, ale także przedłużony próg za kabiną i wydłużone chlapacze:

 159. Polonez 2

Właśnie tył modelika wymaga jeszcze lekkiego dopieszczenia jednak na razie (tak jak już napisałem) nie mam do tego zdrowia:

159. Polonez 3

Wyciętego z podwozia na samym początku przeróbki koła zapasowego nie przykleiłem z powrotem na stałe:

 159. Polonez 4
 

Jest wciskane na biały pierścień i daje się z ramy modelika w każdej chwili ściągnąć. Po co? Otóż  zamierzam wykorzystać je jako wzorzec do wykonania nowego koła zapasowego w modeliku Polskiego Fiata 125 pickup. Koło mam zamiar (tak jak kiedyś tu pokazywałem) odcisnąć w plastelinie, a następnie odcisk zalać żywicą epoksydową i w ten sposób dorobić do Fiata właściwej wielkości koło zapasowe. (To oryginalne ma dekiel, a poza tym jest za małe).

pozdrawiam

 

P.S.  stycznia 2017 

Rok po przeróbce modelika, (latem 2012 roku) w trakcie sprzątania moich szpargałów natrafiłem na starą reklamówkę, a w niej kilka ciekawych rzeczy. W reklamówce znalazłem stare czasopismo, a w nim rysunek z wymiarami samochodu, który w trakcie przeróbki bardzo by się przydał :

A oto i źródło, z którego rysunek pochodzi: 

To wtedy zrobiłem pokazane tu zdjęcia. Nie wrzuciłem ich jednak wówczas na bloga i nie pamiętam właściwie dlaczego. (Prawdopodobnie chciałem zaoszczędzić miejsca na zdjęcia kolejnych modeli). 

Dziś przypadkowo znalazłem na blogu „dziurę”. We wpisie 160 były puste ramki po zdjęciach z gazetki pokazanego tam modelika. Postanowiłem je znaleźć w mojej bazie zdjęć w domowym komputerze. Przy okazji szukania zdjęć gazetki natrafiłem na zapomniane zdjęcia czasopisma z truckiem. Postanowiłem więc uzupełnić również ten wpis.