Tag: Volvo

267. Długo „poszukiwany” – Volvo P1800

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” 

Podczas prezentacji moich ubiegłorocznych zdobyczy, w akapicie „Co się ubiegłym roku nie udało?” napisałem:

…nie udało się w mijającym roku kupić więcej niż 1 model z mojej ”listy poszukiwanych”. O drugi, co prawda „otarłem” się na grudniowej giełdzie, ale w trakcie oglądania wspomnianego tu modelika Ferrari, ktoś „sprzątnął mi go sprzed nosa” i  kupił  odłożonego na chwilę na bok „poszukiwanego”

Cóż, bywa. Nie wkurzyłem się tym nawet specjalnie, bo za Ferrari zapłaciłem 35 zł, a „poszukiwany” kosztował 60, martwiło mnie trochę tylko to, iż dopadnięcie pożądanego od wielu, wielu lat modelka może jeszcze trochę potrwać. Nie sądziłem, że dokładnie ten sam modelik dopadnę zaledwie trzy miesiące później i do tego nawet troszkę taniej.

Okazje do zakupu modelika zaczęły się nadarzać już miesiąc po giełdzie. Na Allegro zaczęły się pojawiać aukcje z modelikiem. Pierwszych Kilku pierwszym przyglądałem się, bo ceny, za jakie sprzedawano modelik, nie były dla mnie do zaakceptowania. W jednej brałem chyba nawet udział, ale szybko ją sobie odpuściłem, aż na początku marca pojawiła się kolejna aukcja z takim oto opisem:

Volvo P1800 – klasyczny samochód sportowy produkowany przez firmę Volvo. Pracę nad autem rozpoczęto w roku 1957 aby nadrobić zaległości na rynku samochodów sportowych spowodowane nieudanym modelem Volvo P1900, którego sprzedano jedynie 68 sztuk. Opiekunem nowego projektu został Helmer Petterson, który w latach 40. był odpowiedzialny za Volvo PV444. Auto wykonał jego syn Pelle Petterson. W 1962 w serialu Święty za kierownicą P1800 zasiadł bohater filmu Simon Templar. Całkowita produkcja modelu 1800 od 1961 do 1973 wyniosła 47 492 sztuk. Produkcję zakończono w 1973 roku.Volvo P1800 wyposażony był w rzędowy czterocylindrowy silnik B18 o pojemności 1,8 l (1778 cm³) i mocy 100KM (75 kW), produkowany przez koncern Volvo i montowany w modelach Volvo PV544, Volvo 120 (Amazon) oraz Volvo 140. W miarę rozwoju produkcji silniki udoskonalano, stosując między innymi silniki B18 oraz B20. Po przeniesieniu produkcji do Göteborga zaczęto usprawniać jednostkę napędową. Najwyższą moc, bo aż 130 KM, osiągał silnik B20E o pojemności 2000cm³.Najwyższa osiągnięta prędkość to około 190 km/h, a przyspieszenie 0-100 km wynosiło 9,5 s.Irv Gordon przejechał (do 2013) swoim zakupionym w 1966 roku Volvo P1800S ponad 3 000 000 mil (4,8 mln kilometrów). Jest to oficjalny rekord świata w odległości, przejechanej jednym samochodem.

W aukcji nie było podane, czy modelik jest w opakowaniu, ani z jakiej serii pochodzi. Zacząłem licytację obserwować, a pod koniec włączyłem się do niej i wygrałem.

Volvo P1800 na mojej „liście poszukiwanych” figurował od samego początku. Nie pamiętam już, dlaczego właściwie się na niej znalazł. Samochód zapadł w mojej pamięci dość głęboko, a przecież w czasach głębokiego PRL raczej trudno go było spotkać nawet na warszawskich ulicach. Możliwe, że auto widziałem „na żywo” gdzieś w latach siedemdziesiątych, kiedy Volvo swoją młodość miało już za sobą, a jego linia mocno „traciła już myszką” i mówiąc oględnie była „mocno nieświeża”. Samochód podobał mi się jednak bardzo, bo był zupełnie inny niż wszystkie znane mi inne modele tej marki.

Możliwe, również, że zapamiętałem go także zupełnie innego powodu:  

Tak, tak, serial był emitowany w naszej telewizji. Było to jednak tak dawno temu, że bardzo słabo go pamiętam.

O serialu pierwszy raz przypomniałem sobie zaraz na początku mojej kolekcjonerskiej kariery. Jeszcze w 1984 roku na pchlim targu, a właściwie na wielkim weekendowym bazarze przy stadionie Spójni, wpadł mi w ręce biały modelik Volvo P1800 z „patyczkowatym” wizerunkiem „świętego” na masce. Był to chyba stary modelik Dinky, jeszcze z kołami z metalowymi felgami. Pochodził chyba z lat 70-tych i już wtedy  trochę „trącił myszką”. Sprzedający chciał jednak za niego jakąś (na owe czasy) koszmarną kwotę i na tym samym stoisku zamiast Volvo kupiłem wtedy pomarańczową radziecką Ładę, która w mojej kolekcji przez długie lata „robiła” za Fiata 124.

Poszukiwania modelika Volvo P1800 przez wiele lat nie dawały rezultatu. Model tego auta wypuściła na rynek wiele już lat temu firma Minichamps i to właściwie na ten model polowałem.  Na giełdach się praktycznie nie pojawiał, a na Allegro jeśli trafił się raz w roku, jego cena raczej odstraszała gdyż przekraczała grubo 100 zł.  Poszukiwania zakończyły się sukcesem w połowie marca:  

 

Nie jest to co prawda modelik Minichamps, ale razem z przesyłką kosztował 56 zł, a więc nawet troszkę taniej niż modelik, który na grudniowej giełdzie ktoś „wyjął mi spod ręki”.

Modelik przyszedł w kompletnym (nieco sfatygowanym) opakowaniu. Wymagał jednak drobnych poprawek. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Poprawki te to:

Wymontowanie i wklejenie na nowo zderzaka przedniego, celem jego wypoziomowania.

Wycięcie i wklejenie raz jeszcze szyb z bocznych z prawej strony, tak aby nie wystawały poza obrys dachu i tylnego słupka. 

Wypoziomowania wymagało też tylne lewe światło, które fabrycznie było krzywo wklejone. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik jest naprawdę ładny, choć pochodzi z gazetowej serii Atlas. O ile dobrze pamiętam w Niemczech jako „startowy” model serii Volvo kosztował całe 4 euro. Trudno zatem wymagać od niego cudów. Cóż, kiedy jednak się na coś „choruje” i kiedy chce się to koniecznie mieć, trzeba czasem trochę przepłacić.

pozdrawiam

264. „Złoty strzał ” – Volvo S40 i V50 „do pary”

Dwa lata temu napisałem, że w ostatnio wciąż „mam wrażenie, że czas mnie po prostu wyprzedza”. W roku ubiegłym miałem już jednak wrażenie, że „czas mnie po prostu wyprzedził i prawie go już nie widzę”. 

Od początku prowadzenia tego bloga przyjąłem zasadę, że w albumach pokazuję modele kupione przed jego założeniem, zaś na blogu opisuję tylko świeże zdobycze. Zasady tej, poza nielicznymi wyjątkami, właściwie cały czas się trzymałem. Niestety do końca nie udało się jej zrealizować (głównie z podanych na początku tego wpisu powodów).

Przy okazji „podsumowania roku” jakie również ukazało się ze sporym opóźnieniem, zrobiłem „blogowy rachunek sumienia” i podsumowałem liczbę modeli, które kupiłem już po uruchomieniu bloga, a których do tej pory tu nie pokazałem. Wyszło mi razem aż 53 modele. Pierwszych trzech (jeszcze w 2006 roku) nie opisałem, bo na samym początku formuła bloga nie do końca się „wykrystalizowała”.  W kolejnych latach, przyjętą zasadę udawało się jakoś realizować. Jednak od 2010 roku na blogu zaczęły gromadzić się „zaległości”. Czy model, który dziś pokażę do nich należy? Chyba tak, bo pokazuję go, aż 4 miesiące po zakupie.  

W niedzielę 25 października była dość ładna pogoda, a na balkonie wciąż jeszcze stały rowery. Zawsze uważałem, a na rowerze jeżdżę chętnie od dziecka (a więc już dobrych kilkadziesiąt lat), że w Polsce, a zwłaszcza na Mazowszu, „sezon rowerowy” trwa od 15 kwietnia do 15 października. I chociaż w listopadzie 2014 roku, a konkretnie 11-go, przekonałem się, że wcale tak rygorystycznie podanych terminów przestrzegać nie trzeba, to jednak przez wiele lat stosowałem się do nich.  We wspomnianą niedzielę również postanowiłem skorzystać z roweru i pojechać do nieodległego marketu Kaufland po kilka produktów spożywczych, a przy okazji trochę się przejechać.

Nie wiedzieć czemu, od razu ruszyłem w kierunku ronda Żaba. Kiedy już prawie minąłem Targówek, przypomniałem sobie o weekendowym bazarze na Namysłowskiej. Nie bardzo chciało mi się tam jechać,  bo w ciągu lata byłem na nim kilka razy, jednak niczego ciekawego na Namysłowskiej nie trafiłem. Pomyślałem, że i tym razem też tak będzie, bo w końcu szansa na trafienie jakichś modelików, zwłaszcza pod koniec października, jest prawie żadna.

Jednak byłem już niecały kilometr od bazaru, więc pomyślałem, że skoro już ruszyłem w jego kierunku to na niego zajrzę.
Ledwie wszedłem na bazar, zaraz na samym początku na jednym z rozłożonych na ziemi „stoisk” zauważyłem znaną mi doskonale kolekcjonerską witrynkę, a w niej modelik.

Modelik nie miał co prawda lewego lusterka, ale wyglądał dobrze. Kiedy zapytałem młodego człowieka, ile za niego chce, odpowiedź nie dość, że mnie zaskoczyła, to od razu wyciągnąłem z portfela 10 zł i zapłaciłem. W końcu tyle mniej więcej jest warta sama, pusta witrynka.  

Co roku, w trakcie „polowania” na kolejne zdobycze trafia się tak zwany „złoty strzał”. W 2014 roku był nim wylicytowany na Allegro za 15 zł i odebrany w Milanówku Mercedes 540K. W roku 2013 kupiony (również) na bazarze na Namysłowskiej plastikowy model-zabawka Fiat 125p. W roku 2012 właściwie taki status miały aż 2 modele: Volkswagen 1200 cabrio (kupiony na giełdzie) i Fiat 124 Spider (na Allegro).  

W ubiegłym roku (pominąwszy oczywiście modele, które dostałem w prezencie, a które w opisanych powyżej kategoriach, nie liczą się, bo na nie nie „polowałem”) za niekwestionowany „złoty strzał” mogę uznać bezsprzecznie, kupiony na bazarze na Namysłowskiej modelik Volvo S40.

Kilka tygodni po jego zakupie zabrałem się za dorobienie lusterka. Niby sprawa nie aż tak skomplikowana i opisywana na tym blogu dwukrotnie (Ford Fiesta i inne Volvo S40). Za pierwszym podejściem nie do końca się udała.

Lusterko dorobiłem, a kiedy już straciłem cierpliwość do dalszego piłowania, przykleiłem do nadwozia. Niestety lusterko okazało się odrobinkę za duże. We wskazanych tu wyżej modelikach, dorabiałem obydwa lusterka, więc mogłem je dobrze ze sobą porównać. Dorabianie jednego lusterka, na wzór drugiego, które w modeliku jest, zawsze bywa jednak trudniejsze. Takie rzeczy też robiłem, nawet w modelach na sprzedaż, ale było to dość dawno temu i możliwe, że miały one prostszy kształt. Tym razem po żmudnym piłowaniu, w pewnym momencie miałem dość.

Kilka dni później, próbowałem lusterko oderwać i nieco je poprawić, ale okazało się mocno przyklejone. Wyciągnąłem więć stare farbki Revel car-metallic, wybrałem jedną, która miała kolor najbardziej podobny do nadwozia i pomalowałem. Lusterko pomalowane wyglądało jednak jeszcze gorzej i było widać, że jest dorabiane. Ponadto po kilku dotknięciach powierzchni zewnętrznej okazało się, że farba z niego schodzi.

Po kilku tygodniach, w trakcie których robiłem poprawki w innych modelach, wziąłem do ręki modelik i postanowiłem poprawić dorobione lusterko „na modeliku”. Moją oprawkę od nożyka modelarskiego uzbroiłem w nowe ostrze i zacząłem rzeźbić. Starałem się nadać lusterku właściwy kształt porównując obie strony modelika. Lusterko oglądałem też co chwilę pod lupą. Kiedy uznałem, że już jest dobrze, postanowiłem je pomalować:   

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Tym razem jednak robiłem to za dnia i postanowiłem dobrać kolor jak najbardziej podobny do nadwozia, mieszając pokazane na zdjęciu farbki.  Aby dolna krawędź lusterka, gdzie styka się powierzchnia malowana z nie malowaną, wyszła równo, wzdłuż dolnej części lusterka wyrzeźbiłem maleńki rowek. Przed malowaniem odtłuściłem też lusterko spirytusem.

Farbki, którymi pomalowałem lusterko mają prawie 30 lat. O ile pamiętam, kupiłem je w Niemczech w 1986 lub 1987 roku. Mimo to kryją całkiem dobrze. Odtłuszczenie i pomalowanie cienką warstwą bardzo się później przydało. W trakcie poprawiania, strugania, wygładzania i nacinania rowka, lusterko przyklejone do karoserii klejem Kropelka żel, nie oderwało się. Po pomalowaniu wstawiłem modelik do gablotki. Kiedy tego samego dnia wieczorem wyjmowałem modelik z gablotki, zawadziłem nim o ściankę gablotki i niestety lusterko odpadło.

Zaszła potrzeba przyklejenia go do do modelika ponownie. Postanowiłem zrobić to jednak porządniej, niż za pierwszym razem.  

Tuż przed Bożym Narodzeniem robiłem zakupy w pobliskim sklepie Topaz. Kiedy już za nie zapłaciłem i pakowałem je do torby, dostrzegłem leżące przy kasie zimne ognie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA  

Zapytałem kasjerkę, czy mogę zobaczyć jak wyglądają w środku. Ta zdziwiła się nieco, bo zimne ognie kosztowały całe 59 groszy, ale wyraziła zgodę. Po obejrzeniu nabyłem je.  

W zimnych ogniach nie jest dla mnie istotne, czy palą się dobrze, czy nie. Dla mnie najcenniejszy jest w nich drucik. Drucik ten jest gładki, miękki, daje się łatwo ciąć i obrabiać. To właśnie z milimetrowego drucika z innych zimnych ogni, dorabiałem „żeberko” do atrapy w modeliku Simca 1100. Jednak te kupione ostatnio mają drucik jeszcze cieńszy – 0,6 mm.

Przyklejając lusterko po raz drugi, postanowiłem do pozycjonowania go w nadwoziu wykorzystać właśnie kawałek tego drucika. W czarnym plastikowym trójkąciku, który znajduje z przodu okna kierowcy, a do którego trzeba było przykleić dorobione lusterko, nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm. Taki sam otworek nawierciłem w podstawie lusterka.    

Volvo S40 6b

W podstawę lusterka wcisnąłem drucik. Następnie uciąłem go i przymierzyłem do nadwozia. W końcu posmarowałem podstawę lusterka Kropelką w żelu i przykleiłem do nadwozia. W trakcie całej operacji byłem zmuszony wielokrotnie brać  lusterko do ręki. Jednak tym razem z odtłuszczonej przed malowaniem powierzchni, farba nie starła się. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Naprawiony modelik nadawał się prezentacji na blogu już pod koniec grudnia. Jednak w tym czasie byłem zajęty różnymi pracami przy innych modelach, a później nastąpił cały szereg innych wydarzeń, dlatego prezentuję go dopiero teraz.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kupione okazyjnie na bazarze przy ulicy Namysłowskiej (na warszawskiej Pradze) Volvo S40 to oryginalny model firmy Minichamps. W sklepach modelarskich coś takiego kosztuje ponad 100 zł.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na Allegro można go kupić (w kompletnym opakowaniu) za ok. 60 zł, ale do ceny należy doliczyć przesyłkę, miej więcej w kwocie jaką dałem za mój model. Witrynka, w którą jest zapakowany, jest w stanie idealnym. Brakuje tylko kartonika.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ale cóż, za taką cenę nie ma co wybrzydzać. Dlatego też zakup modelika Volvo S40 uznałem za ubiegłoroczny „złoty strzał”.   

Cararama kontra Minichamps 

Na długo przed pojawieniem się w kioskach serii gazetowych z modelami w skali 1:43, kupowało się je w różnych miejscach. Ponieważ modele w sklepach modelarskich i salonach samochodowych były drogie, szukało się tańszych „alternatyw” np. w sklepach z zabawkami. 

Jednym z moich ulubionych tego typu sklepów był (niestety już dawno zlikwidowany) sklep Kuzyn Klown w C. H. Klif na warszawskiej Woli. W sklepie tym była dość szeroka gama niedrogich, a całkiem dobrych modeli z serii Cararama firmy Hongwel. Do sklepu tego często zaglądałem i kupiłem w nim kilka ciekawych pozycji do mojej kolekcji. 

W lutym 2005 roku właśnie w tym sklepie nabyłem za 19 zł model Volvo V50 ze wspomnianej serii. Bardzo mi się podobał i uważałem go, przez jakiś czas, za najlepiej wykonany model firmy Hongwel w mojej kolekcji.  

Kiedy pod koniec października ubiegłego roku zdobyłem Volvo S40, postanowiłem porównać je z Cararamą i tę ostatnią wyciągnąłem z pudła nr 5, które przechowuję w szafie w pokoju mojej córki:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W końcu to właściwie tylko odmiana kombi tego samego samochodu. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Model V50 tak bardzo mi się podobał, że kiedy w maju 2005 roku, w tym samym sklepie, w trakcie kolejnych „odwiedzin”, trafiłem taki sam model za 11, 99 zł, też go kupiłem. Z dwóch wybrałem sobie odrobinę lepiej wykonany, a drugi sprzedałem na  Allegro. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy Cararmie praktycznie „nie grzebałem”, bo poprawiać nie było właściwie czego. Ograniczyłem się tylko do wymontowania przednich lamp i pomalowania czarną matową farbą „obwódek” ich przezroczystych kloszy.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kiedy zacząłem porównywać obydwa modele zacząłem się zastanawiać, dlaczego atrapy w nich różnią się. Moje wątpliwości szybko „rozwiały się” w trakcie jednego z wieczornych spacerów z psem. W prawdziwych samochodach, sedanie S40 i kombi V50 atrapy też były inne.  

Przez te wszystkie lata, jakie minęły od zakupu modelika Cararamy, oliwkowe kombi V50 w pełni zaspokajało mój „kolekcjonerski apetyt”. Nie kosztowało drogo, było bardzo ładnie wykonane i naprawdę mi się podobało. Czasem tylko kiedy o nim sobie przypominałem, myślałem, że może dobrze byłoby uzupełnić kolekcję o wersję sedan tego samego auta. Jednak w przypadku aut marki Volvo, przez wiele lat od sedanów ważniejsze były odmiany kombi, bo te po prostu lepiej się sprzedawały.  Dlatego o zakupie modelika sedana S 40 nawet nie myślałem. Gdyby nie przypadek, zapewne bym go nie kupił.

Z okazyjnej zdobyczy jestem jednak bardzo zadowolony. Minichamps, to jednak Minichamps. I choć wymiarami i kształtem, Cararama specjalnie mu nie ustępuje, to jednak S40 ma wiele elementów wykonanych znacznie efektowniej i lepiej. Choć obydwa modeliki zostały pomalowane na prawie taki sam kolor, już na pierwszy rzut oka widać, że powłoka lakiernicza (jak się fachowo mówi) pokryta metaliczną farbą, jest w modeliku sedana znacznie lepszej jakości. W Cararamie farba jest w porównaniu do Michampsa po prostu bardziej „gruboziarnista”.

Nie zamierzam się jednak Cararamy pozbywać. Obydwa modele stanowią naprawdę fajną i ciekawą „parę”:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

 

P.S. 

Już po zakupie pokazanego tu modelika S40, w drodze powrotnej z bazaru przy Namysłowskiej „pokręciłem” się trochę po pobliskich uliczkach starej Pragi. Na ulicy 11 listopada, przy jednej z kamienic zauważyłem niemal identyczne auto jak to, które moi rodzice użytkowali w latach 1970-1979:

Takiej okazji nie można było „przepuścić”. Wyciągnąłem komórkę i zrobiłem kilka zdjęć:  

Kiedy tworzyłem ten wpis, po kilku miesiącach nie mogłem sobie zupełnie przypomnieć, którym rowerem w niedzielę 25 października pojechałem na Namysłowską. Przekonany byłem, że (jak zazwyczaj) był to dwudziestoletni Romet Trekking mojej żony. Jednak te zdjęcia temu przeczą:   

Na chodniku, obok Trabanta 601 Universal, stoi „miejski” Sprick mojej córki. W koszyczku widać jakieś zawiniątko. W jego środku było zapewne pudełko ze  świeżo zdobytym modelikiem Volvo S40.

Jak już tu napisałem, w ubiegłym roku „sezon rowerowy” trochę się przeciągnął. Rozpoczął się zresztą też wyjątkowo wcześnie.

Wiosną ubiegłego roku, moja córka zażyczyła sobie na 19. urodziny rower. Co prawda córka urodziny obchodzi na początku na początku czerwca, za prezentem zaczęliśmy się rozglądać już na początku marca. Pojechaliśmy wszyscy do kilku sklepów i marketów, w końcu w jednym z nich córce spodobał się „ogromny” i ciężki rower miejski wyposażony w koła 28″, aluminiową ramę,  7 biegową przerzutkę w piaście tylnej i dynamo w piaście przedniej. Roweru jednak od razu nie kupiliśmy.

Kosztował ponad 1000 zł i był oferowany w kredycie 0%. Postanowiłem więc wziąć go „w kredycie”. Poszliśmy zatem do punktu gdzie można ów kredyt dostać i tam zacząłem podawać dane potrzebne do jego uzyskania. W pewnym momencie pani poprosiła mnie o podanie zarobków. Podałem nieco zaniżoną kwotę, pani „zapuściła” system i …. dostałem odmowę.  Wróciliśmy zatem do domu z niczym.

Kilka dni później pojechałem do innego marketu, wybrałem z kilku najlepiej wyglądający egzemplarz i znów udałem się do punktu gdzie miałem nadzieję otrzymać wyjątkowy, promocyjny kredyt. (Oferowany był tylko na zakup kosiarki do trawy lub roweru).  Tym razem po pytaniu o zarobki, podałem kwotę o tysiąc złotych wyższą i …. znów dostałem odmowę.

Po krótkich wyjaśnieniach otrzymałem odpowiedź, że bank Credit Agricole nie przyznał mi kredytu, bo najprawdopodobniej nie ma historii moich poprzednich tego rodzaju pożyczek. Fakt, w życiu raz tylko wziąłem kredyt (też 0%) na zakup komputera, w czerwcu 2004 roku, a więc prawdopodobnie zbyt dawno temu.

Cóż nie, to nie, bez łaski.  Poprowadziłem wybraną kremową damkę do kasy, wyciągnąłem moją kartę płatniczą, po czym zacząłem się zastanawiać, jak świeży zakup zapakować do samochodu. Na parkingu jakoś sobie jednak z tym poradziłem. Kilka miesięcy później, znów miałem wątpliwą przyjemność pakowania roweru do auta.  

W czerwcu córka wybrała się z koleżanką do kawiarni w starym forcie, w parku przy placu Wilsona. Pojechała tam z koleżanką. Córka na swoim rowerze, koleżanka na wspomnianym treckingu mojej żony. „Dzieci” trochę się w kawiarni zasiedziały. Dzwoniłem kilka razy do córki i pytałem, jak mają zamiar wrócić do domu, a ta odpowiadała, że tak jak tam pojechały. Było dobrze po 22 drugiej, do domu było ok. 10 km, było już ciemno i chłodno (ok. 15 stopni), a na dodatek w treckingu i z przodu, i z tyłu były przepalone żarówki.

Nie mogąc dogadać się z córką, wsiadłem w samochód i pojechałem na Żoliborz. Opisywana już na tym blogu koleżanka (której portret, pędzla mojej córki, wisi teraz w „dużym” pokoju) wróciła do domu metrem, a Romet Trecking autem na Targówek. Córka nie chciała jednak jeszcze do domu wracać, ale kiedy trecking „wylądował” w końcu na balkonie, postanowiłem pojechać na Żoliborz po raz drugi.

W samochodzie miałem rozłożone siedzenia, fotel pasażera przesunąłem maksymalnie do przodu, a oparcie postawiłem pionowo. Córka w tym czasie „trochę zmiękła” i razem zapakowaliśmy „miejskiego grzmota” do samochodu.

Po październikowej wycieczce na Namysłowską, Sprick stał jeszcze przez kilka tygodni na balkonie, ale w końcu trzeba go było „odstawić na zimę”, na strych w domu moich rodziców w Piastowie. Pomny kłopotów jakie przysparza wkładanie i wyjmowanie tego roweru z samochodu, postanowiłem po prostu pojechać nim do Piastowa i wrócić komunikacją miejską. Do takiego manewru przekonała mnie też wspomniana wycieczka, jaką odbyłem przez całą Warszawę rok wcześniej (11 listopada 2014 roku), w trakcie której przekonałem się, że jazda na rowerze przy temperaturze ok 7 stopni, wcale nie musi być nieprzyjemna.   

Rower „odprowadzałem” do Piastowa dopiero w niedzielę 22 listopada. Tym razem jednak 25. kilometrowa trasa jaką miałem do przejechania, specjalnie przyjemna nie była. Było wilgotno i tylko 3 stopnie. Rowerem córki jeździ się znakomicie, zwłaszcza dzięki 7 biegowej przerzutce, ale przy tak niskiej temperaturze, frajdy to nie sprawia. Dlatego po drodze musiałem zrobić 2 przerwy, aby nieco się ogrzać. (Pierwszą w C.H. Arkada, drugą w C.H. Wola Park).  Kiedy dojechałem w końcu do Ursusa, zrobiła się szarówka i tu znakomicie sprawdziło się dynamo w piaście, które nie stawia dodatkowego oporu, a jednak halogenowa lampa dobrze oświetla drogę.

Przyjemny za to okazał się powrót. Po raz pierwszy miałem przyjemność podróżowania SKM. W porównaniu do zapamiętanych z przeszłości dojazdów zwykłym podmiejskim pociągiem, krótka podróż SKM była wręcz komfortowa. A kiedy o 19. dotarłem na przystanek MZA przy hotelu Novotel (dawniej Forum) znów wyciągnąłem komórkę i podparłszy ją na betonowym koszu na śmieci, zrobiłem to zdjęcie:

„Warsaw by night” Prawda, że pięknie ?

230. Kultowe Auta PRL – Kultowe, czy nie ? Volvo 144

Kiedy kilkanaście lat temu tworzyłem moją „listę poszukiwanych” modeli, nie przypuszczałem, że jeden z najbardziej pożądanych i wyczekiwanych przeze mnie modeli z listy kupię na bazarku, tuż pod moim blokiem.

Moją „listę poszukiwanych” stworzyłem w 1999 roku. Wtedy to (z okazji przełomu wieków) ogłoszony został przez środowisko dziennikarzy motoryzacyjnych międzynarodowy, prestiżowy konkurs na samochód stulecia – Car of the Century. Fakt ten, a także realna potrzeba staranniejszego i bardziej przemyślanego doboru modeli do kolekcji, liczącej wówczas grubo ponad 250 modeli, zainspirowały mnie do stworzenia własnej listy modeli samochodów z różnych okresów XX wieku, które bardzo chciałem mieć. W 1999 roku na liście było ok. 70 modeli, dzisiaj pozostało ich 10. (Oto fragment archiwalnej listy)

87. Land Rover 1

Większość modeli z pierwotnej listy od dawna jest w kolekcji. Zdjęcia wielu z nich znajdują się w albumach, a klika było dokładniej opisywanych na tym blogu. Jednym z modeli poszukiwanych od samego początku kolekcji, do środy 9 lipca było Volvo 144. Dlaczego?

Produkowany w latach 1966 – 1974 samochód był chyba najważniejszym modelem marki drugiego półwiecza XX wieku. Co prawda 8 lat produkcji, to nie był długi okres zwłaszcza w tamtych czasach, ale pamiętać należy, że samochód dał początek udanej i bardzo długo produkowanej serii 200. Modele 244 i 264, od protoplasty serii, czyli właśnie modelu 144, różniły się tylko przednią częścią nadwozia, przy czym cała reszta a więc drzwi, szyby, dach, czyli cała kabina pasażerska została przejęta w formie niezmienionej. Tył pojazdu uległ właściwie zmianom kosmetycznym i na początku produkcji serii 200 w nieznacznie zmodyfikowanym (w stosunku do 144) pasie tyłu, zamontowano tylko większe, poziome światła. Volvo 244 i 264 w przeciwieństwie do 144 produkowane było (co prawda głównie w wersji kombi) bardzo długo, bo aż do 1993 roku. Co prawda w literaturze motoryzacyjnej modele serii 140 i 240 uznawane są w historii marki za odrębne, jednak według współczesnych kryteriów można śmiało uznać model 240 raczej za obszerny facelifting modelu 140, niż za zupełnie nowy model.

Modelik Volvo 264 mam w kolekcji od 1990 roku, ale zawsze, z opisanych powyżej względów chciałem mieć w kolekcji właściwego protoplastę tej wyjątkowo udanej i bardzo charakterystycznej dla marki Volvo serii, a więc modelik Volvo 144. Kiedy 30 lat temu zaczynała się moja przygoda ze skalą 1:43, jedynym dostępnym na rynku modelem było właśnie Volvo 264. Jakieś 10 lat temu, jeszcze na giełdzie w Starej Gazowni zobaczyłem granatowy modelik Volvo 144 firmy IXO. Modelik nie był rewelacyjny, ale kosztował ok 90 zł, więc o jego zakupie nie było mowy. Kilka lat później ten sam modelik ukazał się w zagranicznych seriach gazetowych i to w dwóch wersjach: czarnej jednokolorowej (jako taksówka z Kopenhagi) i żółtej z czarnym pasem (jako taksówka ze Sztokholmu). Modelik żółty wyglądał dość kiepsko, zaś modelik czarny pokazywał się na Allegro dość rzadko, jego cena oscylowała w granicach 50 złotych i choć go kilka razy licytowałem, nie udało mi się go kupić.

Jakieś 2 lata temu trafiłem na giełdzie modelik żółtej taksówki z serii gazetowej. Miałem zamiar go kupić, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że modelik będzie wymagał sporych przeróbek, ale cena była dość przystępna (ok 30 złotych). Jednak na giełdzie był akurat kolega, z którym przyjaźnię się od lat i zakup modelika serdecznie mi odradzał. Posłuchałem go wtedy i teraz tego nie żałuję. W końcu po latach poszukiwań, doczekałem się modelika naprawdę godnego reprezentowania w kolekcji Volvo 144:

230. Volvo 2

Modelika nie musiałem szukać ani na giełdzie, ani w salonach, ani na Allegro. Modelik ukazał się w serii „Kultowe Auta PRL” i w środę 9 lipca, przed wyjazdem do pracy, po prostu pobiegłem do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku, wybrałem z 4 sztuk jakie tam były, najlepiej wykonany egzemplarz i zapłaciłem 27 złotych.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy modeliku praktycznie nie grzebałem. Jedyną rzeczą jaką zrobiłem, było pomalowanie pomarańczową farbką migaczy przednich, wymontowanie atrapy i pomalowanie opisywanym tutaj wcześniej pisakiem malującym srebrną farbą obwódki wokół wnęki atrapy w pasie przednim.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik z serii „Kultowe Auta PRL” to jeden z najlepiej wykonanych modeli jakie się w tej serii ukazały. Na szczęście nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi modelami Volvo 144 firmy IXO, o jakich napomknąłem na początku tego wpisu. Tym razem, wygląda na to, iż za jedyne 27 złotych otrzymaliśmy nieco tylko uproszczoną wersję modelika z serii Premium X, jaki w wersji kolekcjonerskiej kosztuje ponad 30 Euro.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

 Modelik bardzo mnie cieszy i jestem z niego naprawdę zadowolony.

Nieco mniej, a właściwie wcale, nie cieszy mnie sprawa kolejnego rekordu na moim blogu, a mianowicie osiągnięcia przez blog okrągłego miliona odsłon.

Otóż jakiś czas temu, a konkretnie 24 czerwca zauważyłem, wyjątkowo dużą liczbę odsłon na blogu w ciągu 24 godzin:

3000 odsłon na dobę

W ostatnim okresie nie miałem czasu zajmować się blogiem, wpisy nie były zbyt obszerne, a właściwie zrobione z „obowiązku”, a nie potrzeby podzielenia się informacją o nowych, ciekawych zdobyczach. Nie zauważyłem też aby np. serwis Onet.pl w jakiś sposób mojego bloga polecał. Nic więc nie uzasadniało tak dużej liczby odsłon w ciągu doby. Nie zmartwiłem się tym, a nawet trochę ucieszyłem, bo w mojej blogowej karierze kilka razy już takie sytuacje się zdarzyły. Kiedy jednak w ciągu kilku następnych dni sytuacja zaczęła się powtarzać i „dobowa” liczba odsłon zaczęła dochodzić do 4 tyś. przestało mnie to cieszyć. W ciągu kilku dni całkowita liczba odsłon skoczyła z 963 tys. do ponad 980 tyś. i stało się dla mnie jasne, że ktoś postanowił „dopomóc” blogowi w osiągnięciu okrągłego rekordu miliona odsłon, na jaki jeszcze kilka lat temu nie liczyłem. Od kilku miesięcy też było dla mnie jasne, że uda się na blogu prędzej, czy później taki rekord ustanowić, ale będzie trzeba włożyć w to trochę pracy i poczekać do jesieni. Ale cóż, rekord padł znacznie wcześniej, stało się to w okolicznościach, w jakich się stało i już 5 lipca licznik wyglądał tak :

1000181 - odsłon

Wypada ten fakt odnotować, jednak w życiu staram się stosować zasady „fair play” i wolałbym, aby na ten chyba najważniejszy od momentu założenia bloga rekord, przyszło mi jeszcze kilka miesięcy poczekać, ale aby został on ustanowiony w sposób uczciwy, bez operacji „podkręcania licznika”, nawet jeśli zrobił to któryś z fanów tego bloga.

pozdrawiam

 

229. Kultowe Auta PRL – Kultowe, czy nie ? Ford Taunus i Volvo 343

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na różnych porządkach. Jak ostatnio tu pisałem, moja córka postanowiła urządzić swoją „osiemnastkę” w domu. Decyzja po długich przepychankach zapadła ponad 2 tygodnie temu i od razu zabrałem się do przygotowywania mieszkania. Dlatego poprzedni mój wpis był dość krótki i właściwie nie zaprezentowałem moich nowych zdobyczy, a tylko o nich napomknąłem. Zaraz po powrocie z giełdy (z dwoma nowymi modelikami) zabrałem się za pakowanie kolejnych modeli z gablotki i witryny do pudełek. Kolekcja jest duża i duże pudełka, w których przechowuję modele zapełniły się już dobrych kilka lat temu. Dużych pudeł (w które wchodzi po kilkadziesiąt modeli) jest 8, do tego są jeszcze 2 mniejsze, ale te też już się zapełniły. Zacząłem więc pakować modele w mniejsze pudełka i upychać je w różnych wolnych miejscach w pawlaczu i szafach. Każdy wyjmowany z nowej gablotki modelik trzeba było najpierw włożyć do oryginalnego opakowania (blistra w przypadku modeli „kultowych” lub gablotki w przypadku „rasowych” modeli kolekcjonerskich), później musiałem znaleźć odpowiednie, płaskie pudełka, w które mieści się kilka sztuk, a następnie znaleźć miejsce na takie pudełko. Dlatego z pakowaniem modeli zeszło się kilka wieczorów.

We wtorek, udało się spakować wszystkie modle z gablotki, do których były oryginalne opakowania. Jednak w gablotce pozostało jeszcze około 20 modeli, które kupiłem bez opakowań. Nie miałem czasu na kombinowanie jak dorobić do nich pudełeczka, ale po prostu spakowałem kilkanaście modeli (głównie „kultowych”) z mojej starej witryny, która już od jakiegoś czasu stoi w bezpiecznym miejscu (w kącie zastawionym kanapą) i postanowiłem pozostałe modeliki z gablotki przestawić do witryny. We środę, kiedy miałem zamiar to zrobić, po powrocie do domu dowiedziałem się, że planowana na ubiegły weekend (14 czerwca) domowa „osiemnastka”, została przez córkę odwołana, z powodu niewystarczającego odzewu zaproszonych gości na Facebooku.

I tak gablotka przestała „pękać w szwach”, ale zaczęła „świecić pustkami”. Niestety pakowanie modelików zmęczyło mnie na tyle, że przez ostatni tydzień nie miałem zdrowia do wyciągania innych modeli z pudeł i przygotowania nowej wystawy. Cała „zadyma z osiemnastką” miała jednak pozytywne skutki: Udało się trochę uporządkować pudełka z modelikami, na co w ciągu ostatnich kilku lat nie miałem czasu, a także  pozbyć się jeszcze trochę niepotrzebnych rzeczy z mieszkania.

Na wiosnę posprzątaliśmy balkon, aby przygotować go na lato i przyjęcie rowerów. Na balkonie została tylko dwie skrzynki. Jedna z rupieciami przydatnymi i druga z rupieciami nieprzydatnymi, czyli złom, który uzbierał się po różnych remontach, naprawie samochodu itd.. Od dłuższego czasu miałem zamiar pozbyć się go i odwieźć do skupu. W ramach przygotowań do „osiemnastki” w sobotę, na tydzień przed planowaną imprezą, zniosłem drugą skrzynkę do samochodu i pojechałem do najbliższego skupu, do którego dwa lata temu odwieźliśmy pożyczonym z pracy wózkiem starą kuchenkę gazową. Na miejscu okazało się, że punkt właśnie jest likwidowany i ze skrzynką wróciłem do domu (całe szczęście, że to tylko kilkaset metrów). Skrzynkę woziłem więc kilka dni w samochodzie, bo do położonego nieco dalej skupu, koło praskiego Kirkutu, jakoś po drodze do pracy nie udało mi się wybrać i w końcu do skupu zawiozłem złom w czwartek, kiedy byłem na urlopie. W skupie nikt tego nie oglądał, wszystko razem zostało zważone i za 12 kilogramów zainkasowałem całe 6 złotych, co zważywszy na konieczność przejechania samochodem tam i z powrotem ok. 4 kilometrów, było sprawą zupełnie nieopłacalną. Doszedłem do wniosku, że następnym razem, jeśli będę miał do wyrzucenia metalowe przedmioty takie jak docisk sprzęgła, czajnik z nierdzewnej blachy, czy okucia z metali kolorowych, nie będę ich gromadził, tylko od razu wystawię je pod bramą od zsypu, obok klatki, aby zabrali je sobie „profesjonalni” zbieracze złomu, jakich często spotykam na moim osiedlu w trakcie spacerów z psem bardzo późnym wieczorem czy nocą.

To tyle o przygotowaniach do „osiemnastki”, która się nie odbyła, a teraz o ostatnich moich zdobyczach.

Modelik Forda Taunusa TC3 ukazał się w serii „Kultowe Auta PRLu” jako numer 92 już dobre 2 lata temu (wiosną 2012 roku). Kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego zachwytu. Dodatkowo, kolega, z którym wymieniam się informacjami o modelach, skrytykował modelik dość mocno i wręcz zaproponował, że okazyjnie odstąpi mi swój modelik, którego zamierza się pozbyć. Nie szukałem więc modelika, na rynku wtórnym, bo liczyłem na modelik od kolegi. Ponieważ z kolegą widujemy się nader rzadko, czas mijał, a  ja jakoś specjalnie nie przypominałem koledze o Taunusie. Po kilku miesiącach lub po roku, kolega zmienił zdanie i uznał, że modelik Taunusa TC3 nie jest najgorszy i zostawi go sobie. Zacząłem więc powoli rozglądać się za modelikiem Taunusa na giełdach i na Allegro, ale sprawa nie okazała się wcale taka prosta i dopiero pod koniec maja udało mi się wylicytować go na Allegro. Aukcję wygrałem choć na modelik było jeszcze 2 chętnych. Cena końcowa wyszła 19 zł, a więc całkiem rozsądna. Licytując specjalnie wybrałem aukcję z lokalizacją w Warszawie, przeszukując Allegro wg odległości 10 km od domu i jeszcze kilku innych lokalizacji (czyli kodów pocztowych).

Następnego dnia, po zakończeniu aukcji zadzwoniłem do sprzedającego i zaproponowałem, że odbiorę modelik osobiście na Kępie Potockiej. Po modelik miałem zamiar pojechać rowerem robiąc sobie całkiem sympatyczną wycieczkę. Niestety w trakcie rozmowy okazało się, że pod adresem przesłanym przez Allegro sprzedający od dawna już nie mieszka, zaś w aukcji nie była zaznaczona opcja „odbiór osobisty”. Trochę się zdenerwowałem, bo gdybym wiedział, że podana w aukcji lokalizacja – Warszawa jest nieaktualna, w ogóle bym go nie licytował. Wysłałem e-mail do serwisu Allegro z prośbą o anulowanie aukcji. Po dwóch dniach otrzymałem taką oto odpowiedź:

Witam.

Panie Pawle – nie mam możliwości technicznych, aby anulować Pana zakup. Jeśli chce Pan odstąpić od umowy, proszę ustalić tę kwestię ze Sprzedającym.
Pozdrawiam,

Z serwisu Allegro korzystam od ponad 10 lat, ale odpowiedź trochę mnie zaskoczyła. Teraz będę uważał i dokładnie sprawdzał każdą aukcję.

W trakcie wymiany korespondencji ze sprzedającym najpierw okazało się, że mieszka on w odległym od Warszawy o ponad 30 km Grodzisku Mazowieckim. Początkowo miałem zamiar poprosić mojego chrześniaka o odebranie modelika, jednak kiedy poprosiłem sprzedającego o dokładny adres okazało się, że modelik można odebrać nie w samym Grodzisku, a w miejscowości odległej o kilka kilometrów od położonego za Grodziskiem Jaktorowa. Całe szczęście, że jej nazwa wydała mi się znajoma. Zadzwoniłem do kolegi z centrali mojej firmy, który od niedawna mieszka w tej miejscowości i który stwierdził, że odbiór modelika nie będzie dla niego problemem.

Decyzja o odbiorze osobistym i nie płaceniu za przesyłkę okazała się słuszna. Kiedy odebrałem modelik od kolegi i rozpakowałem go, okazało się, że ma on pewną dość przykrą wadę: Krzywo wklejone lewe lusterko i jest to najprawdopodobniej modelik „po reklamacyjny”.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Taunus, może niekoniecznie w wersji TC3, a raczej we wcześniejszej wersji TC2, zawsze był samochodem który mi się podobał. Był to w latach 70-tych najbardziej rozpoznawalny i chyba jeden z najbardziej popularnych modeli Forda. Zawsze chciałem mieć jego modelik. Niestety przez długie lata, żadna firma modelarska nie produkowała modelika „kanciastego” Taunusa w skali 1:43. Jakichś 7, czy 8 lat temu na rynku pojawił się modelik Taunusa TC3 w kolorze błękitny metalik. Modelik wyszedł w zapomnianej już dzisiaj serii IXO-Junior i choć na pierwszy rzut oka widać było, że jego wykonanie szczytów kunsztu modelarskiego nie prezentuje, zacząłem na niego polować. Modelik pojawiał się od czasu do czasu na Allegro, jednak zawsze było na niego kilku chętnych i w rozsądnej cenie nie udało mi się go kupić. Dlatego, kiedy w naszej serii „Kultowe Auta PRLu” ukazał się dokładnie ten sam modelik tylko pomalowany na biało, postanowiłem go kupić.

Modelik kupiłem z zamiarem zwaloryzowania go. Od samego początku miałem zamiar pomalować w nim na czarno ramki wokół okien bocznych, czego producent modelika nie zrobił, a co w wypadku Taunusa jest niestety koniecznością, aby modelik przypominał prawdziwy samochód.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sama operacja jest w przypadku Taunusa dość kłopotliwa do wykonania. Wymaga wymontowania z modelika szyb bocznych, które są przynitowane od wewnątrz do dachu. Ponadto samo malowanie jest wyjątkowo „upierdliwe” bo Taunus ma  pomalowane srebrną farba ramki wokół okien bocznych i wnęki okien trzeba pomalować tak, aby tych ramek nie zamalować. Jest to kłopotliwe zwłaszcza na dolnych krawędziach okien. Wnęki malowałem dwukrotnie czarną farbą. Najpierw farbą połyskową, bo ta dobrze przylega do podłoża, a później jeszcze raz farbą matową, aby uzyskać właściwy efekt. Zanim jednak zabrałem się za malowanie musiałem się uporać z krzywo przyklejonym lusterkiem.

Lusterko zostało obsadzone w karoserii tak, jak w większości modeli, na maleńkim milimetrowym bolcu. Zazwyczaj lusterko udaje się „wypchnąć” od środka przy pomocy drutu, naciskając silnie na bolec od wewnątrz karoserii. W przypadku Taunusa sztuczka się jednak nie udała, gdyż bolec został w karoserię najprawdopodobniej wklejony klejem kontaktowym. Takie mocowanie jest dość kłopotliwe do rozłączenia, jednak i na to znajdzie się jakiś sposób. W Taunusie napuściłem w miejsce mocowania lusterka kropelkę spirytusu i chwilę odczekałem. Następnie zacząłem wypychać drutem bolec mocujący od środka i w końcu lusterko wyskoczyło z gniazda, jednak razem z lakierem, do którego było przyklejone, Przy tej operacji odprysk lakieru zahaczył o górną część płata drzwi i ubytek trzeba było wypełnić białą farbą. Po wypchnięciu cała powierzchnia lusterka jaka przyległa do karoserii, wymagała oczyszczenia z lakieru. Po zrobieniu tego, wkleiłem lusterko do karoserii jeszcze raz, ale już we właściwym ustawieniu. To samo zrobiłem z lusterkiem prawym, które co prawda nie było aż tak źle wklejone jak lewe, ale też trzeba było jego ustawienie poprawić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Doświadczenie z lusterkiem przydało się klika dni później, kiedy postanowiłem poprawić nieco tył modelika. Tym samym sposobem, co lusterka, wypchnąłem z karoserii zamocowane na dość długich i cienkich bolcach lampy tylne. Było to konieczne, gdyż dopiłowania wymagały narożniki tylnych błotników w miejscach przylegania do lamp. Przy okazji okazało się, że lampy tylne nie są wykonane z czerwonego tworzywa, ale malowane. Kropelka spirytusu wpuszczona od środka karoserii w miejsce mocowania zaczęła rozpuszczać czerwoną farbę, a ta zaczęła brudzić białą karoserię. Niestety próba zmycia farby z górnej części lamp się nie powiodła i migacze pomalowałem zwykłą pomarańczową farbą.

Taunus od początku okazał się w pewnym sensie pechowy. Nie tylko problemy z jego odbiorem przyprawiły mnie o ból głowy, ale w trakcie jego waloryzacji zdarzyło się też coś, z czym też się wcześniej nie spotkałem. Kiedy po wyjęciu z opakowania odkręciłem jego podwozie, okazało się, że nie da się go dobrze przykręcić. Śrubki odkręcałem i wkręcałem kilka razy, a podwozie dalej „kiwało się” w karoserii. Zacząłem więc śrubki „dociągać” czyli dokręcać mocniej. Z przodu się to udało, ale z tyłu w trakcie tej operacji w łbie śrubki ukręciło się nacięcie pod śrubokręt krzyżakowy, a podwozie dalej nie było właściwie przykręcone. Przypadek przykry, zwłaszcza, że mimo obcowania z modelami od wielu wielu lat, przytrafił mi się po raz pierwszy. Na początku nie bardzo wiedziałem co zrobić. Próbowałem wpić nieco większy płaski śrubokręt w łeb śrubki przy pomocy młotka, jednak śrubka wykręcić się nie dała. Ale od czego różne narzędzia w moim warsztacie. Po kilku nieudanych próbach wykręcenia śrubki postanowiłem ją z podwozia wyciąć. Wpijałem czubek nowego, szpiczastego nożyka modelarskiego w plastik tuż obok łba. W ten sposób udało mi się w końcu wykonać tyle nacięć, że w którymś momencie udało mi się wyrwać płytkę podwozia z zakleszczonego mocowania. Uszkodzoną śrubkę wykręciłem już potem bez problemu szczypcami i zastąpiłem nową. Odcięty okrągły kawałek plastiku, który znajdował się pod łbem śrubki wkleiłem z powrotem w płytę podwozia.

Już myślałem, że pechowych przygód z Taunusem wystarczy. Ale gdzież tam. Na koniec, już po wszystkich poprawkach okazało się, że zdjęcia, jakie robię zazwyczaj innym modelikom na parapecie okna, na balkonie, w przypadku Taunusa nie udały się i sesję zdjęciową musiałem powtórzyć.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa drugiego modelika z serii „Kultowe Auta PRLu”, który ostatnio kupiłem. Od samego początku miałem zamiar go kupić i kupiłem. Rano 14 maja, kiedy się ukazał, pomaszerowałem po prostu do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku, wybrałem jeden z kilku wystawionych tam modelików i zapłaciłem 27 złotych.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Volvo 343 nie każdemu się zapewne podoba, jednak ja zwróciłem uwagę na ten samochód i zapamiętałem go dobrze jeszcze w okresie studiów. Samochód w PRL nie był może zbyt popularny, ale w Warszawie można go było dość często spotkać. Samochód był o tyle ciekawy, że został zaprojektowany jako DAF, a sprzedawany jako Volvo. Karoseria samochodu pod koniec lat 70-tych była naprawdę nowoczesna i zawsze mi się podobała, zwłaszcza jej część tylna.

229. Kultowe 5

Przy modeliku Volvo właściwie nie grzebałem. Jedyną rzeczą, jaką zrobiłem, to wymontowałem reflektory, dopasowałem je nieco lepiej do wnęk w karoserii i osadziłem z powrotem nieco głębiej tak, aby ich chromowane ramki jak najmniej z karoserii wystawały.

229. Kultowe 6

Dzisiaj późnym popołudniem wybraliśmy się z żoną na spacer z Powiśla na Agrykolę. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok Zamku Ujazdowskiego, gdzie na parkingu z daleka dostrzegłem dawno nie widziane prze ze mnie auto – Forda Taunusa TC3 w stanie praktycznie oryginalnym. Po obejrzeniu oryginału stwierdziłem, że to co tutaj napisałem jest niestety prawdą. Z obydwu prezentowanych tu modeli zdecydowanie lepiej wykonane jest Volvo. Jednak mimo wad i konieczności przeróbek modelik Taunusa też mnie cieszy.

pozdrawiam

141. Rarytas na czwarte urodziny bloga – Volvo 850R

W tym roku z powodu zabiegania zupełnie zapomniałem o „urodzinach” mojego bloga. Nie zrobiłem okolicznościowego wpisu, ani nie przytoczyłem statystyk i podziękowań.

Pomimo dwumiesięcznej przerwy w trakcie której niczego nowego na blogu nie opisywałem, zainteresowanie blogiem ze strony czytelników i zwyczajnych „oglądaczy” było zaskakująco duże.

Rok temu wyglądało tak:                          a kilka dni temu tak:

141. Volvo 1

Dlatego, przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNIE 4 LATA ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

W ubiegłym tygodniu trochę „na kolanie” opisałem wakacje i Poloneza. Jednak dopiero dziś zorientowałem się, że modelik, który wylicytowałem na Allegro przed zakupem Poloneza można uznać za „urodzinowy prezent”, bo wylicytowałem go na trzy dni przed „urodzinami” bloga. I chociaż data zakupu Poloneza jest bliższa dacie „urodzin”, to przecież prezenty na takie okazje kupuje się przed, a nie po, a „zapomniane 4 urodziny” miały miejsce 9 września. Pierwszy kupiony, a właściwie tylko wylicytowany, po blisko dwumiesięcznej przerwie model, to naprawdę szczególny i wspaniały „urodzinowy prezent”.

Volvo 850, podobnie jak VW Golf III i Opel Astra F, miało swoją premierę na salonie samochodowym w Frankfurcie nad Menem w 1991 roku. Zapamiętałem te premierę dobrze, bo firma, w której wówczas w RFN pracowałem zorganizowała nam wycieczkę na salon do Frankfurtu. Łaziliśmy tam cały dzień, oglądaliśmy nowości, ale największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie premiera Volvo 850. Była bardzo ciekawa. Na podeście obracało się nowiutkie czerwone Volvo, a obok na stoisku odbywał się co jakiś czas specjalny pokaz. W jego trakcie karoseria drugiego czerwonego auta wędrowała do góry odsłaniając to, co zazwyczaj w samochodzie jest niewidoczne – całe nowo skonstruowane podwozie, czyli zespół napędowy oraz zawieszenie przednie i tylne. Zazwyczaj takie obrazki można zobaczyć tylko na prospektach.

Prezentacja samochodu była dla marki okazją szczególną i dlatego nadano jej bardzo ciekawą oprawę. Volvo 850 nie tylko zastępowało wysłużone i bardzo długo produkowane modele serii 240, będące właściwie rozwinięciem modelu 144 (zaprezentowanego jeszcze w latach 60-tych) ale 850 było też pierwszym dużym autem tej marki, w którym zastosowano  napęd przedni (o ile dobrze pamiętam produkowane wówczas największe modele Volvo – serii 740/940 miały jeszcze klasyczny układ napędowy). Na mnie szczególne wrażenie zrobiła konstrukcja tylnego zawieszenia zastosowanego w modelu 850. Zawieszenie było szczegółowo prezentowane i choć wyglądało na pierwszy rzut oka jak zwyczajna belka skrętna stosowana wówczas powszechnie, było jednak zawieszeniem niezależnym, bo składało się z dwóch zachodzących na siebie wahaczy w kształcie litery L i było jakby kompilacją dwóch obciętych z jednej strony belek skrętnych.

Po latach okazało się również, że 850 było w historii marki nie tylko kolejnym nowatorskim autem, ale również ostatnim typowym, „kanciastym” Volvo. Przez niemal 3 dekady symbolem marki były właśnie kanciaste „pudełkowate” nadwozia. Zawsze chciałem mieć w kolekcji kilka  modelików „kanciastych” Volvo, a skoro już Volvo, to wiadomo oczywiście kombi, bo właśnie auta w wersji kombi od lat były najbardziej popularnymi samochodami tej marki. Limuzyny były (i chyba są dalej) dodatkiem do podstawowej oferty jaką w Volvo są auta typu kombi.

Kwestia zdobycia odpowiedniego modelika Volvo nie okazała się wcale prosta. Kiedy w 1992 roku, po kilku latach pracy za granicą wróciłem do Polski, w liczącej wówczas ponad 150 modeli kolekcji, były zaledwie 2 modeliki Volvo (240 i 740 kombi). Toteż kiedy w 1999 roku w sklepiku z artykułami piśmiennymi przy placu Szembeka zobaczyłem modelik firmy Hongwell, kupiłem go bez wahania, bo choć nie wyglądał najlepiej nie był drogi (o ile dobrze pamietam kosztował niecałe 10 zł).

141. Volvo 2

Od samego początku zacząłem przerabiać modelik, który był dziwną fuzją modeli 850 i późniejszego V70. (zderzaki miał do 850, a lampy przednie i atrapę od V70) Na kserokopiarce odbiłem w zmniejszonej skali narysowaną na komputerze bardziej kanciastą atrapę i nakleiłem w miejsce drukowanej fabrycznie. Pomalowałem na czarno górną część zderzaków i listwy boczne. Skróciłem też zachodzące na boki migacze i zaślepiłem nieco prowizorycznie powstałe po przeróbce dziury w błotnikach.

Sporo czasu zajęła mi przeróbka ściany tylnej. Zmyłem spirytusem lampy, wytrasowałem ich nową krawędź (w miejscu gdzie łączą się z szybą) i pomalowałem na nowo. Pomalowałem też imitację czarnej folii maskującej, jaką widać zazwyczaj na szybach klejonych do nadwozia. Z efektów nie byłem jednak zadowolony i modelik nie wylądował w miejscu przeznaczenia (czyli odpowiednim pudle), ale stał na najwyższej, „remontowej” półce mojej witryny, gdzie mieści się „parking” modeli, przerabianych, rozgrzebanych, niedokończonych czy aktualnie naprawianych. Od samego początku planowałem jego „grubszą przeróbkę”: Obdarcie z farby, wygładzenie powierzchni, porządne załatanie błotników, korektę kształtu maski, lamp przednich i pasów pod nimi, a także dorobienie nowej ściany tylnej i na koniec pomalowanie modelika na inny kolor n. p. złoto-brązowy metalik.

141. Volvo 3

„Co się odwlecze to (z mojego doświadczenia) jednak uciecze”.  Ponieważ planowany zakres przeróbki był naprawdę duży, nie zabrałem się za nią od razu. I tak modelik przestał da półce „remontowej” 11 lat (a teraz nie ma już potrzeby jego przerabiania). Przez te wszystkie lata rozglądałem się również za modelikiem, który nieszczęsne Volvo firmy Hongwell mógłby zastąpić. Na giełdzie pojawiały się modeliki firmy Minichamps, ale były albo drogie (powyżej 80 zł) albo w późniejszej wersji V70, której nie chciałem. Na Allegro i w sklepach internetowych, można było kupić modele 850, ale nie tylko dość drogo, ale na dodatek tylko w wersji sedan, której też nie chciałem. Ponadto odkryłem, że modelik Minichampsa ma też nie najlepiej wykonany przód (lampy przednie nie dość, że w modeliku za prawie 100 zł są wykonane dość prymitywnie, to jeszcze bardziej przypominają starszą wersję 850-tki, a nie tę po faceliftingu, jaką chciałem zastąpić).

Jakieś 3 tygodnie temu, na Allegro pojawił się ładnie i prawidłowo wykonany model 850 kombi i od razu zacząłem jego aukcję obserwować. Modelik wypuściła na rynek (chyba niedawno) specjalizująca się w znacznie większych modelach sterowanych radiem, nieznana mi firma HPI-Racing. Modelik wyglądał bardzo dobrze, ale było na niego kilku chętnych i sądziłem, że skończy się na obserwowaniu. Miałem wątpliwości, czy go kupować, bo sadziłem, że pójdzie dość drogo, a przecież cały czas planowałem przeróbkę starego Hongwella. Kiedy jednak na kilka godzin przed końcem aukcji cena wciąż była całkiem rozsądna pomyślałem, że skoro przez 11 lat nie zabrałem się za przeróbkę Hongwella, to już się za nią nie zabiorę i włączyłem się do aukcji. Na modelik postawiłem niezbyt wygórowaną, ale dość dobrze skalkulowaną kwotę i okazało się, że aukcję wygrałem.

141. Volvo 4

Następnego dnia przelałem pieniądze i czekałem aż modelik dotrze. Dotarł dokładnie tydzień temu już po zakupie Poloneza i wizycie na giełdzie. Kiedy wyjąłem go z pudełka i obejrzałem zadałem sobie pytanie: Czy za rozsądną cenę można kupić modelik rzadszy i lepiej wykonany niż model firmy Minichamps? Okazuje się, że można. Modelik wraz z przesyłką kosztował 73 zł. Jak na tak wspaniały model to naprawdę niedrogo.

141. Volvo 5

Modelikiem, który dotarł do mnie w ubiegły poniedziałek nie zdążyłem się właściwie nacieszyć, bo w niedzielę 12 września byłem na giełdzie, gdzie wydałem niecałe 3 złote. Modelik, za który zapłaciłem, kupiłem na części. Drugi modelik, a właściwie wrak, dostałem za darmo. Nie miał opon, klapy tylnej, miał pękniętą szybę boczną, jest cały porysowany i wymaga przeróbki przodu. Od tygodnia go odbudowuję aby nie stało się tak, jak w opisanym powyżej przypadku. Dorobiłem już opony i klapę, naprawiłem zawieszenie i wstawiłem nową szybę. Drodzy czytelnicy ! Proszę uzbroić się w cierpliwość i wybaczyć mi, że z powodu zwyczajnego braku czasu nie będę w stanie od razu odpowiadać na wasze komentarze. 

pozdrawiam