Tag: wakacje

232. Wrześniowe wakacje

Mam nadzieję, że mój poprzedni wpis wyjaśnił w sposób wystarczający moją długą nieobecność na blogu.

Po powrocie do pracy z pracowitego urlopu remontowo – budowlanego, zarezerwowałem sobie kolejny tygodniowy urlop, tym razem już naprawdę miał być to urlop wypoczynkowy. Termin urlopu przypadł na drugi tydzień września, kiedy to pozostali koledzy z biura wrócili już z wakacji. Na nasze tegoroczne wakacje nie mieliśmy jednak z żoną żadnego pomysłu . Na początku miałem pomysł spędzenia kilku dni w Termach Uniejów. Pomysł jednak upadł, bo żona nie bardzo mogła by z nich korzystać. Później, przez dwa kolejne popołudnia przeglądałem oferty noclegów w górach. Nie chciałem jednak jechać w Sudety, bo to z Warszawy dość daleko, a co za tym idzie podróż jest długa i męcząca. Po obejrzeniu ofert noclegów w Bieszczadach, okazało się, że znalezienie podobnych warunków, w podobnej cenie, jak w ubiegłym roku w Krynicy, też jest praktycznie niemożliwe. Poza tym droga z Warszawy w Bieszczady jest chyba jeszcze bardziej męcząca niż w Sudety.

W połowie pierwszego tygodnia września zaczęliśmy się rozglądać za wyjazdem do nieco cieplejszej strefy. Ponieważ nie mamy paszportów w grę wchodziły Bułgaria, Chorwacja, Hiszpania lub Grecja.  Bodajże w piątek żona znalazła atrakcyjną ofertę „last minute” do Grecji. Kiedy  jednak po chwili namysłu, telefonie do mamy (czy na pewno przygarnie psa) i telefonie do córki, (czy na pewno da sobie radę w domu sama przez tydzień) zadzwoniłem do TUI, zdążyłem tylko podać imię, nazwisko i imię żony, kiedy pani z biura zakomunikowała mi, że właśnie oferta z niknęła i musi przerwać rezerwację. Termin urlopu się zbliżał, a my nie mieliśmy niczego zarezerwowanego. W weekend, kiedy spokojnie można byłoby coś jeszcze złowić, zostaliśmy zaproszeni do kuzynki do Żyrardowa, której nie wypadało już odmówić.

W poniedziałek 9 września, kiedy miałem już być na kolejnym urlopie znów pojechałem do pracy. Gorączkowe poszukiwania w Internecie oferty wyjazdu w rozsądnej cenie nie dawały rezultatu, więc po pracy wybrałem się do biura podróży w Arkadii (w którym 3 lata temu zarezerwowaliśmy wyjazd na Kretę). W biurze spędziłem cały wieczór wychodząc z niego i dzwoniąc do żony z prośbą aby proponowane oferty obejrzała w Internecie oraz wracając, aby jeszcze coś skonsultować. Do domu znów wróciłem z niczym na dodatek już po dwudziestej drugiej, kiedy biuro zamknięto, a na infolinie TUI czy Itaki nie można już było zadzwonić. Mieliśmy co prawda „na oku” upatrzoną i niezbyt drogą ofertę wyjazdu na grecką wyspę Samos, ale ja jakoś nie miałem do niej przekonania.

Następnego dnia znów udałem się do biura, bo w pracy nie miałem czasu zajrzeć nawet na chwilę do Internetu. Tym razem po obejrzeniu kilku ofert doszedłem do wniosku, że dam sobie spokój i będę polował w Internecie.  Jeśli coś ciekawego się trafi zarezerwuję i wyjedziemy, jeśli nie trudno. Poszukiwania wakacji przeciągały się i zwyczajnie się nie układały. Moja żona, która nie ma „modelarskiej” cierpliwości i na domiar złego dość szybko ją traci, poszukiwań tych miała serdecznie dość i kiedy chciałem jej coś pokazać lub zapytać o zdanie, zaczynała się złościć i zżymać.

We wtorek, po kolejnym powrocie z biura podróży z niczym, zjadłem kolację, po czym włączyłem komputer. Chociaż nie spodziewałem się już niczego ciekawego znaleźć w Internecie, przeglądając oferty biura ITAKA zauważyłem ofertę wyjazdu na Korfu, o której kilka dni wcześniej rozmawiałem z żoną. Była godzina 21. Kiedy dokładniej obejrzałem tę ofertę i skonsultowałem ją z żoną, zadzwoniłem na infolinię Itaki. Okazało się, że są jeszcze 2 ostatnie miejsca do wzięcia. Zarezerwowałem ten wyjazd. Musiałem się spieszyć. Na puszczenie przelewu i przesłanie jego kopii do Itaki zostało mi tylko 15 minut (o 22 infolinia kończyła pracę). Tym razem się jednak udało. W środę 10 września wypisałem w pracy tydzień urlopu.

W sobotę 13 września,  przed południem córka dostała ostatnie instrukcje co ma robić podczas nieobecności rodziców. Około południa już z walizkami na pokładzie odwieźliśmy psa na „wczasy” do mojej mamy do Piastowa, skąd pojechaliśmy odstawić samochód na parking w Raszynie. Taka przyjemność kosztuje tylko 60 zł za 8 dni przy czym z parkingu jest zapewniony transport na i odbiór z lotniska. Około 17-tej wylecieliśmy z Okęcia na Korfu i w hotelu Belvedere  byliśmy po 22-giej miejscowego czasu. Hotel nie zrobił na nas oszałamiającego wrażenia ale po raz pierwszy od 15 lat byliśmy z żoną na wakacjach sami (bez naszego dziecka, które w czerwcu skoczyło właśnie 18 lat i spokojnie mogło samo przez tydzień zostać w domu).

Pierwszego dnia postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy i poszliśmy na hotelową plażę:

Plaża okazał się wąska i kamienista.

Jednak do hotelowej plaży przylegała druga prawie nieoblegana plaża innego hotelu.

Weszliśmy po schodkach na górę. Okazało się, że hotel obok jest opuszczony, zaś z jego tarasu rozlegał się taki oto widok:

A to już (przesłonięty nieco) widok z naszego balkonu:

Po kilku dniach pobytu (we wtorek) wybraliśmy się po obiedzie do stolicy wyspy miasta Korfu:

Po spacerze uliczkami i nabrzeżem w końcu dobrze po 19-tej dotarliśmy pod bramę starej weneckiej twierdzy.

Kiedy doszliśmy do bramy w budce siedział wartownik a drogę zagradzał szlaban. Zapytałem ile kosztuje wstęp. Odparł, że wstęp jest wolny.

najpierw obeszliśmy główny dziedziniec. Później trafiliśmy na drogę prowadzącą do tunelu. Przed tunelem była brama, na której wisiała tabliczka inforumująca, że brama otwarta jest do godz. 20- tej. Mieliśmy więc 20 minut aby pójść dalej. Okazało się ,że droga prze tunel prowadzi na drugi dziedziniec twierdzy, a stamtąd na jedno z widocznych na poprzednich zdjęciach baszt twierdzy (tę z krzyżem). Z baszty, a właściwie sporych rozmiarów platformy widokowej  rozpościerają się wspaniałe widoki na miasto, wyspę, kontynentalną Grecję i góry leżące już w Albanii.

Robione już właściwie wieczorem, już po zachodzie słońca zdjęcia nie oddają w pełni tego co z twierdzy widać, ale dają wyobrażenie widocznej z twierdzy panoramy całej wyspy Korfu.

Zdjęcia poniżej zostały zmontowane z dwóch ujęć, aby pokazać nieco szerszą panoramę niż ją obejmuje moja stara „komunijna pstrykawka” odziedziczona po córce:

Następnego dnia we środę wybraliśmy się rano autobusem do miejscowości Agios Georgios (po drugiej stronie wyspy) gdzie miały być piaszczyste fajne plaże. Plaże owszem były ale 4 km od tej miejscowości na południe, w mieścince Santa Barbara. Tego dnia nie dość, że zleźliśmy się okropnie (przeszliśmy ok 10 km z czego ok 4 km plażą) to jeszcze przypiekliśmy się solidnie, bo na plażę wybraliśmy się przed południem.

Następnego dnia aby odpocząć trochę od słońca, wybraliśmy się na zacienioną plażę, do odległej od naszego hotelu o 2 km miejscowości Ioannis. Na plaże jednak nie doszliśmy bo postanowiliśmy zobaczyć co znajduje się nad tunelem, którym droga główna prowadzi przez tę miejscowość. Weszliśmy na górę i znaleźliśmy się na terenie pięknie położonego kompleksu hotelowego (chyba dla Francuzów):

Na szerokie jak w nadbałtyckiej Karwi czy Dąbkach plażę w Santa Barbara wybraliśmy się po raz drugi w piątek. Tym razem zaraz po obiedzie pojechaliśmy „zielonym” autobusem do miejscowości Marathias, skąd do plaży było ok 2,5 km drogą przez miejscowość i pola i ogrody:

Sobota 21 września był ostatnim dniem naszego pobytu na Korfu. Po śniadaniu poszliśmy na hotelową plażę, z której w trakcie naszego 7-dniowego pobytu korzystaliśmy zaledwie kilka razy.

W południe, już spakowani do podróży powrotnej, zwolniliśmy pokój, wypiliśmy przy hotelowym basenie po drinku, zjedliśmy obiad i po objedzie po raz drugi pojechaliśmy „niebieskim” podmiejskim autobusem do stolicy wyspy:

Po powrocie z miasta Korfu, zrobiłem na pamiątkę zdjęcie naszego hotelu:

Po wyspie podróżowaliśmy autobusami. Przy przejściu przez drogę, miedzy hotelem a plażą zatrzymywały się autobusy „zielone” – kursujące ze stolicy do miejscowości na krańcach wyspy. Jakieś 300 m od hotelu znajdował się też końcowy przystanek autobusu „niebieskiego”. Te autobusy to właściwie linie podmiejskie kursujące ze stolicy do pobliskich miejscowości. Z naszego hotelu zarówno do Korfu, jak i do miejscowości położonych w pobliżu pokazanej tu piaszczystej plaży (po drugiej stronie wyspy) było ok 15 km. Bilety w porównaniu z wynajęciem samochodu (ok 40 Euro za dzień) czy skutera (15 Euro za dzień) nie były drogie. Kosztowały 1,6 Euro w jedną stronę od osoby. Autobusy „niebieskie” były to normalne miejskie autobusy. Autobusy „zielone” były to typowe klimatyzowane autokary z wygodnymi lotniczymi siedzeniami i konduktorem sprzedającym bilety. Wyglądały mniej więcej tak:

129. Mercedes 1

pozdrawiam serdecznie

Reklamy

214. Giełda i wspomnienia z wakacji

Za kilka dni giełda. Jak wyglądała giełda w marcu napisałem i pokazałem TUTAJ.

Na ostatniej wrześniowej giełdzie nie byłem, bo byłem:

Pod Jaworzyną Krynicką, na krótkim, aczkolwiek ze wszech miar udanym urlopie:

Na początku września, ja i inni domownicy mieliśmy już serdecznie dość ciągnącego się tygodniami remontu kuchni i chociaż część mebli wciąż stała w dużym pokoju, postanowiliśmy wyjechać na wakacje. Poszukiwania jakiejś niedrogiej oferty w „ciepłych krajach” przeciągały się i nie dawały rezultatu.  Wreszcie po kilku dniach córka, po kolejnej naradzie powiedziała: „A może byśmy tak za rok pojechali w góry”.

Pomyślałem sobie: Dlaczego właściwie za rok, a nie już teraz? W czwartek żona zaczęła gorączkowo szukać w Internecie jakiegoś lokum. Były dwie opcje: Karpacz, albo Krynica. W piątek 6 września wypisałem w pracy wniosek o tydzień urlopu, na koniec dnia wykonałem kilka telefonów i w niedzielę 8 września zamiast na giełdę modelarską, wyruszyłem do miłego pensjonatu Orlik w Krynicy Zdrój.

A jeśli kogoś interesują fotorelacje z moich poprzednich wakacji zapraszam tu i tu.

pozdrawiam

192. Warsztatowe przygody – Wartburg 311 Coupe i M-B 320D

Wszystkim bywalcom tego bloga

W ubiegłą niedzielę ( 9 grudnia) postanowiłem poświęcić trochę więcej czasu mojemu hobby i wybrałem się na giełdę. Odbywa się ona już od kilku lat w gimnazjum przy ul. Conrada w Warszawie, w drugą niedzielę ostatniego miesiąca każdego kwartału.

Na giełdę dotarłem dość późno, bo w sobotę dość późno (mimo wcześniejszych zamiarów) położyłem się spać. Rano kiedy wstałem, było już po 9-tej i najpierw zabrałem się za przygotowanie śniadania. W domu od lat utarł się taki zwyczaj, że w weekendy śniadania przygotowuję ja. Włączyłem też radio i w trakcie przygotowywania śniadania, parzenia kawy, a później spokojnego jedzenia (już razem z żoną) wysłuchałem niemal do końca „Śniadania z Radiem Zet”. Potem szybko się ogoliłem, wziąłem prysznic, ubrałem się i wyszedłem. Wskoczyłem do samochodu i przed gimnazjum na Conrada zaparkowałem dopiero dobrze po 10-tej.

Na giełdzie króluje skala 1:43. Jest także kilka stoisk dla miłośników mniejszych modeli (zwłaszcza firmy Matchbox). Jednak od kilku lat  tematem przewodnim giełdy są oczywiście modele z serii „Kultowe Auta PRL”. Modeli z tej serii jak i serii pokrewnych (zwłaszcza rosyjskich) jest tam całe mnóstwo. Poza tym koledzy, którzy na kanwie „kultowego szaleństwa” zajęli się budową konwersji i wytwarzaniem od podstaw modeli, których w „kultowej” serii z całą pewnością nie zobaczymy, wystawiają swoje dzieła. Wiele z nich jest na prawdę unikatowych i ciekawych.

Zanim wszedłem na dużą salę, już na korytarzu przed nią pooglądałem wystawione tam modeliki. Na jednym z trzech stoisk, które tam zazwyczaj są, jeden z kolegów wystawia „Kultowe Auta PRL”, a że cen nie ma zaporowych, kilka modeli już od niego na poprzednich giełdach kupiłem. Po chwili rozpocząłem „obchód” po dużej sali. Przywitałem się z kolegami, których znam z giełd od dobrych kilkunastu lat i trochę sobie z nimi pogadałem. Na stoiskach nie zauważyłem jednak niczego, co by mnie szczególnie zainteresowało. Salę obchodziłem kilka razy i oglądałem to i owo. Pod koniec giełdy, kiedy już miałem dobre rozeznanie co ewentualnie mnie interesuje, wróciłem do stoisk na korytarzu.

Dwa miesiące temu, w kioskach ukazał się modelik Wartburga 311 Coupe z serii „Kultowe Auta PRL”.  Modelik oglądałem w Empiku i zaprzyjaźnionym „kultowym” kiosku, jednak na jego zakup nie zdecydowałem się. Modelik wymagał poprawek. Nie wyglądał najlepiej i choć przeglądając wcześniej zapowiedzi postanowiłem go kupić, to jego zakup we wrześniu sobie odpuściłem. Poza tym w połowie września byłem zajęty przygotowaniami do wyjazdu na „spóźnione” wakacje i nie chciałem sobie zawracać głowy kolejnym modelikiem.

Po „obchodzie”, przy stoisku na korytarzu obejrzałem modelik „kultowego” Wartburga, a że kolega opuścił nieco jego cenę, kupiłem go za całe 20 zł, pożegnałem się z kolegami i wróciłem do domu.

Kilkanaście dni temu, a także w okresie kiedy modelik się ukazał, w „kultowym” kiosku oglądałem modelik, który się tam „przeleżał” i wiedziałem, co trzeba w nim poprawić. Dlatego zaraz po powrocie z giełdy, zwłaszcza, że tej niedzieli akurat w trakcie trwania giełdy popsuła się pogoda i nie wybrałem się na niedzielny spacer, przystąpiłem do poprawek modelika. Kiedy wcześniej oglądałem modelik myślałem, że przeróbka nie będzie kłopotliwa i da się ją zrobić w miarę szybko. Jednak jak zwykle po dokładnym obejrzeniu wyjętego z opakowania i rozkręconego modelika okazało się, że sprawa nie jest już taka prosta i oczywista.

Nie tylko mój modelik ale i inne „kultowe” Wartburgi mają fabryczną wadę. Szyba przednia jest w nich nieco za wysoka, przez co dach w przedniej części jest za bardzo uniesiony. Nie tylko deformuje to linię tego jednego z najładniejszych pojazdów jakie ukazały się w krajach dawnego bloku wschodniego, ale jeszcze między dolną krawędzią szyby, a nadwoziem jest jakby szpara. Postanowiłem ją zlikwidować i wpuścić przednią szybę bardziej w głąb nadwozia, a przy okazji obniżyć nieco przednią część dachu. Początkowo, jeszcze przed zakupem modelika sądziłem, że wystarczy troszkę podciąć na dole przednie słupki i będzie po sprawie. Po rozebraniu modelika okazało się, że małe trójkątne szybki z przodu drzwi (zwane w fachowym slangu nadwoziarzy „fletnerkami”)  też opierają się o nadwozie, a poza tym mają dookoła delikatną ramkę, którą można by kiedyś pomalować np. srebrną farbką i najlepiej będzie fletnerki od dachu i słupków odciąć. W tym modeliku dach i szyby są wykonane z jednego elementu. Szyby są przezroczyste, a słupki i dach nie są metalowe, a zostały po prostu pomalowane białą farbą.

Operacja odcięcia fletnerków przy pomocy zwykłego nożyka modelarskiego okazała się jednak niemożliwa. Musiałem więc tak samo, jak w przypadku przeróbki podwozia Gaza 69, sięgnąć po opisywany ostatnio moje „narzędzie specjalne”:

Na tym zdjęciu widać nie tylko sposób w jaki, i czym odciąłem fletnerki, ale i brzydką (niepomalowaną) szczelinę między dolną krawędzią szyby (pomalowaną srebrną farbką delikatną ramką) a niebieskim nadwoziem.

Wbrew pozorom operacja odcinania wcale nie okazała się ani szybka, ani prosta. Najpierw trzeba było zwykłym nożykiem „wytrasować” szczelinę między słupkiem a drobniuśką ramką fletnerka. Dopiero gdy szczelina była wystarczająco głęboka przystąpiłem do właściwego piłowania. Odcięcie jednego fletnerka zajęło mi około godziny.  

192. Warsztat 5

Po odcięciu fletnerków, skróciłem nieco przednie słupki i wsunałem szybę ok 1mm w głąb nadwozia. Pod szybą są niewidoczne na zdjęciach zaczepy odlane razem z nią. Aby szyba nie wychodziła z nadwozia do góry, wepchnąłem między nie a nadwozie rozgniecione kawałki styropianu.

Po dopasowaniu górnej części nadwozia (szyb z dachem) do niebieskiej karoserii trzeba było jeszcze dopasować do przerobionego tak modelika odcięte wcześniej fletnerki i przykleić je z powrotem.  To też nie okazało się wcale takie proste. Elementy są naprawdę drobne i trzeba bardzo uważać przy nakładaniu kleju. Klej do tworzyw niszczy i matowi przezroczyste plastikowe szyby, jakie zazwyczaj są w modelikach. Jeśli nałoży się go zbyt mało, elementy nie skleją się. Jeśli zbyt dużo, klej łatwo rozpływa się po elementach i w efekcie szybki stają się matowe.

Po kilku próbach, i drobnej plamce po kleju na krawędzi szyby przedniej (przy lewym słupku), przyklejenie fletnerków w końcu się udało. Po poprawkach modelik wygląda nieco lepiej niż pierwotnie:

Opisywana szpara praktycznie zniknęła. a dach modelika trochę się wygiął, a z przodu obniżył się.

192. Warsztat 7

Dla porównania, poniżej zdjęcie oryginalnego modelika zaczerpnięte z Foto-bloga ZBIERANINA:

Przy tego rodzaju przeróbkach nie obejdzie się nigdy bez drobnych uszkodzeń przerabianych elementów. Nie da się uniknąć drobnych rys czy zadrapań lakieru. Tak było i tym razem. Oprócz wspomnianej plamki od kleju na szybie, z drugiej strony zarysowała ją moja „płka” kiedy w trakcie piłowania nagle wyskoczyła ze szczeliny. Również na słupkach jest kilka zadrapań jakie pozostały po operacji odcinania fletnerków. Na szczęście nie są one jednak aż tak bardzo widoczne. Modelik po poprawkach na kolana wciąż nie rzuca, wygląda jednak lepiej:

192. Warsztat 9

Przednia szyba nie jest w rażący sposób wyższa od tych w pozostałych moich „kutowych” Wartburgach:

Modelik nie jest może szczytem osiągnięć modelarstwa, ale podoba mi się. Nie mam co prawda do niego gazetki, ale w końcu kupiłem go po okazyjnej cenie, na wypadek, gdyby planowana od samego początku przeróbka nie wyszła.

A teraz jeszcze kilka słów o innej, nieco wcześniejszej przeróbce:

Wiosną tego roku nabyłem jeden z ostatnich modeli jakie ukazały się w serii „Legendarne samochody'”, modelik Mercedesa 320D. Modelik nieco podrasowałem i pół roku temu opisałem na blogu:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik jest ładny, jednak kiedy go przez tych kilka miesięcy od zakupu oglądałem, denerwowały mnie przednie reflektory, a zwłaszcza zamontowane w nich zbyt małe przezroczyste wkładki imitujące szkła. Do poprawki długo się przymierzałem jednak udało mi się ją zrobić dopiero pod koniec listopada.

Stare wkładki udało mi się z lamp wyciąnąć, bez uszkodzeń. Zostawiłem je sobie. W ich miejsce dorobiłem nowe (sporo większe) „podkleiłem” taśmą ozdobną imitującą chrom i za pomocą gumy do żucia przymocowałem je do lamp:

192. Warsztat 12

Przeróbka szybka, może nie do końca „dopieszczona”, ale modelik nie był drogi, a i tak trochę się przy nim już wcześniej napracowałem. Zależało mi aby jego przód lepiej oddawał charakterystyczny wygląd dużego, starego, przedwojennego Mercedesa.

192. Warsztat 13

Tyle o moich ostatnich warsztatowych poczynaniach.

W Warszawie od tygodnia jest już zima. Leży śnieg, a temperatura nocą kilka dni temu spadła nawet do -12 stopni.

W połowie ubiegłego roku moja córka kupiła sobie za własne (zarobione w serialu) pieniądze porządny aparat fotograficzny – lustrzankę. Próbowałem ją od tego pomysłu odwieść i walczyłem z nią całą sobotę, próbując wytłumaczyć, że na jej potrzeby za połowę ceny lustrzanki można kupić zupełnie dobry kompakt z zupełnie przyzwoitym obiektywem. Jednak uparła się i lustrzankę kupiła. Na ubiegłorocznych wakacjach na Krecie córka zrobiła lustrzanką trochę zdjęć. W tym roku lustrzanka „przeleciała” się na „kanary” w tą i z powrotem (oczywiście w bagażu podręcznym, co stanowiło dodatkowy kłopot), zaś na miejscu nikt jej ani razu nie użył. Ja robiłem zdjęcia jak zwykle starą „komunijną „pstrykawką” lub komórką, zaś córka swoim Iphnem.  Kilka dni temu namówiłem ją aby przegrała mi je w końcu na mojego laptopa. Miło na nie popatrzeć kiedy za oknem szaleje śnieżyca:

Wakacje-2012-6.jpg

Wydawać by się mogło, że pustynia to pustynia i nikt na niej nie mieszka, a tu niespodzianka. Przywleczone z kontynentalnej Afryki wiewiórki rozpleniły się na Fuerteventurze.

pozdrawiam

P.S.

Nie wiem dlaczego jedne komentarze widać od razu, a inne wymagają zatwierdzenia po zalogowaniu się do bloga. Spróbuję coś z tym zrobić. Dla mnie to też jest kłopot. Jeśli dodałeś komentarz, z go nie widać nie przejmuj się. Jak tylko go znajdę, zatwierdzę i opublikuję (niestety to taki „urok” bloga po przeprowadzce na nową platformę).

189. Zakręcona jesień i „warstatowe” poprawki DKW

Od połowy września nie miałem zupełnie czasu na zajmowanie się blogiem. Fakt, że od zakupu Gaza 69 nie kupiłem żadnego nowego modelika. Były jednak też inne powody. Po prostu od połowy września byłem niemal w każdy weekend bardzo zajęty.

W tym roku w lipcu wziąłem 2 tygodnie urlopu. Nigdzie jednak właściwie nie wyjechałem. Na początku urlopu odbyłem 2 jedno dniowe wycieczki. Jedną zupełnie fajną, ale przypadkową, w moje rodzinne strony do Puszczy Bolimowskiej koło Skierniewic, a drugą równie miłą do Płocka. W następnych dniach pogoda się popsuła i resztę urlopu spędzałem głównie na balkonie, gdzie szlifowałem, a później malowałem drzwi od kilku pomieszczeń mojego mieszkania.

Ponieważ odnawiałem 4 drzwi, po oszlifowaniu pierwszych ręcznie, postanowiłem nie męczyć się i nie zapylać pyłem ze starej farby połowy mieszkania, zainwestowałem więc parę groszy w szlifierkę oscylacyjną.

W tym roku, zakładaliśmy pierwotnie , że w lipcu córka pojedzie na obóz za granicę, a my z żoną w tym czasie wyskoczymy gdzieś w Polskę. Jednak pod koniec maja  córka zachorowała i nie mogła pojechać na obóz sama, a ja nie mogłem przełożyć już urlopu.  I tak w końcu wyszło na to, że na właściwy urlop możemy wyjechać dopiero pod koniec września.

Od połowy września zacząłem więc szukać możliwego do sfinansowania tygodniowego wyjazdu gdzieś do strefy śródziemnomorskiej. Kiedy już ustaliliśmy termin wyjazdu okazało się, iż z pracy muszę wyjechać na trzydniowe szkolenie. Było kilka terminów tego szkolenia, jednak wszystkie pokrywały się z planowanymi wcześniej  terminami  wyjazdu na wakacje. Chcąc nie chcąc, wybrałem pierwszy możliwy termin szkolenia (21 września – piątek) i tak przedostatni weekend września spędziłem w Berlinie.

Szkolenie było ciekawe, choć odbywało się w dokładnie tym samym miejscu co szkolenie, na którym byłem na początku sierpnia.

Na szkolenie pojechałem tak samo jak w sierpniu pociągiem i tak też miałem wracać. Jednak na miejscu okazało się, że koledzy z firmy po sąsiedzku wracają do Warszawy samochodem i mają wolne miejsca. Skorzystałem więc z okazji i zabrałem się z nimi. Podróż autostradą A2 z Berlina do Warszawy okazała się dla mnie bardzo przydatnym doświadczeniem trzy tygodnie później.

Dokładnie tydzień od powrotu z Berlina, w niedzielę 31 września odwieźliśmy do mojej mamy psa. Od mamy pojechaliśmy na Okęcię gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód i o godz 17 wystartowaliśmy w pięciogodzinną podróż samolotem na wyspę o nazwie Fuerteventura, położoną 12o km do wybrzeży Afryki, a należacą do archipelagu Wysp Kanaryjskich. Właśnuie tam spędzaliśmy w tym roku tygodniowe wakacje.

Jeszcze przed wyjazdem do Berlina zebrałem się w sobie, pojechałem do centrali mojej firmy i w końcu wymieniłem komórkę na nową. Oto kilka zdjęć które nią zrobiłem w trakcie pierwszego spaceru po okolicy:

Pod względem krajobrazu i widoków wyspa nie jest zbyt ciekawa. Dlatego w tym roku nie wypożyczaliśmy samochodu. Wystarczyło odejść od hotelu kilkaset metrów i wdrapać się na niewielki pagórek, aby zrobić zdjęcia surowego i pustynnego widoku jaki się stamtąd roztaczał:

Hotel w którym mieszkaliśmy był położony kilkaset metrów od brzegu morza, w jednym z osiedli miejscowości Caleta de Fustets. Poza tym wbrew temu co o wyspie jest pisane w przewodnikach w okolicy stolicy wyspy jak i miejscowości w której byliśmy, praktycznie nie ma pięknych piaszczystych plaż. Brzeg kilometrami wygląda tak jak na zdjęciach na samej górze. Jest bardzo kamienisty i bardzo słabo dostępny. Toteż na plażę musieliśmy dojeżdżać. Nie było to jednak w żadnym wypadku kłopotliwe. Sprzed hotelu, zaraz po obiadowyn posiłku podawanym w barze przy basenie, o 15. 20 odjeżdżał klimatyzowany i zupełnie darmowy autobus do odległego o 5 km niewielkiego centrum handlowego. Po przejściu przez galerię z kilkunastoma sklepami wychodziło się na jej tylną stronę, przyległą do nadmorskiego bulwaru.

Z tyłu centrum handlowego, przez bulwar wychodziło się na plażę, do której z centrum było zaledwie 150 metrów:

Na plażę jeździliśmy więc codziennie, a leżeliśmy na niej zazwyczaj do godziny 18. Ostatni powrotny autobus sprzed centrum handlowego do naszego hotelu wyruszał ok godz. 20. Kiedy zorientowaliśmy się przed jakimi hotelami w Caletta de Fustets autobus się zatrzymuje, z plaży przy centrum handlowym szliśmy kilka razy do centrum miejscowości nadmorskim bulwarem nad zatoką i dopiero stamtąd wracaliśmy do naszego hotelu:

Na Fuetrtewenturze ciemno robiło się dopiero ok godz. 20. Jednak kiedy zaszło słońce zmierzch zapadał dość szybko. W trakcie jednego ze spacerów właśnie wtrakcie zmierzchu zrobiłem kilka zdjęć zatoki w Caletta de Fustes:

Ostatniego dnia pobytu, w sobotę 6 października na Fuerteventurze było 31 stopni Celsiusza w cieniu.  Następnego dnia, w niedzielę, kiedy o 17-tej wylądowaliśmy w Warszawie, termometr pokazywał ok 8 stopni.

Następnego dnia po powrocie (w poniedziałek), pojechałem do mamy odebrać psa. Chwilę z nią też porozmawiałem. Mama wspominała swoje tegoroczne wakacje w Kołobrzegu, w trakcie których wraz ze swą młodszą siostrą odwiedziły mieszkającą niezbyt daleko najstarszą żyjącą jeszcze siostrę Wandę.  Jakież było moje zaskoczenie kiedy we wtorek w południe zadzwoniła do pracy moja mama z informacją , że niestety jej starsza siostra zmarła. Pogrzeb miał się odbyć w sobotę 14 października o godz 12 w Gryficach.

Na pogrzeb ten choć naprawdę bardzo daleko nie wypadało nie pojechać. I tu przydała się moja odbyta trzy tygodnie wcześniej podróż powrotna z Berlina. Choć z Warszawy do położonych między Szczecinem, a Kołobrzegiem Gryfic jest to droga dłuższa, na pogrzeb wyruszyłem wraz z mamą z podwarszawskiego Piastowa przed godz 5 rano, autostradą A2. Autostradą dojechałem za Poznań (do Trzciela). Stamtąd drogami już normalnymi do Międzyrzeca, a następnie Gorzowa Wielkopolskiego. Tam okazało się że droga S3, którą przejechaliśmy już ok 50 km, od Gorzowa do Szczecina niczym nie różni się od autostrady. Na normalną drogę dwukierunkową zjechałem więc dopiero w Goleniowie i na cmentarzu w Gryficach byliśmy kwadrans przed 12. Dystans 630 km udało mi się pokonać w ciągu dokładnie 7 godzin i to z przerwami na papierosa, kanapkę oraz tankowanie. Jak na podróż po Polsce wynik moim zdaniem rewelacyjny.

Po pogrzebie postanowiliśmy z mamą jednak nie wracać tego samego dnia i pojechaliśmy przenocować do córki zmarłej, a mojej siostry ciotecznej do Dziwnowa.

I tak dokładnie w tydzień po upalnej sobocie na Fuerteventurze znów wylądowałem nad morzem (tym razem jesiennym i nieco chłodniejszym Bałtykiem):

W kolejnym tygodniu  przyleciała z Francji odwiedzić mamę moja siostra  i odbierałem ją z lotniska w czwartek. W sobotę (tydzień po podróży do Gryfic) w Warszawie była piękną pogoda. Nie wybrałem się jednak na żadną wycieczkę. Balkon znów wyglądał jak na zdjęciu na samej górze. Postanowiłem wykorzystać pogodę i po raz drugi pomalować drzwi od łazienki, które nie do końca wyszły najlepiej. Decyzją okazał się bardzo słuszna. W kolejną sobotę (27 października) w Warszawie spadł pierwszy w tym roku śnieg i leżał przez kilka dni. O dokańczaniu prac malarsko-remontowych na balkonie nie było już mowy:

To na razie tyle o trzech różnych porach roku w ciągu jednego miesiąca.

A co w tym czasie z modelikami ?

Fakt, na przełomie września i października byłem tak zabiegany, że nie miałem czasu nie tylko zajmować się blogiem, ale  modelikami właściwie też. Niczego nowego także od dwóch miesięcy nie kupiłem. Zrobiłem za to 2 dość skuteczne i choć niezbyt pracochłonne przeróbki, o których od jakiegoś już czasu myślałem. Tym razem opiszę pierwszą z nich.

Na początku września, a dokładnie 9-tego w gimnazjum przy ulicy Conrada w Warszawie odbywała się cokwartalna giełda zbieraczy modelików. Na giełdę się oczywiście wybrałem. Nie kupiłem na niej żadnego nowego modelika do kolekcji, ale trafił mi się za całe 5 zł „rozbitek”, o którym od jakiegoś czasu myślałem: modelik VW Busa firmy Cararama. Modelik był mocno zdezelowany i miał pourywaną większość elementów, ale miał całe to czego szukałem. Miał kompletne, nieuszkodzone reflektory. Postanowiłem je zamontować do modelika, który prezentowałem tu 2 lata temu – DKW F91 firmy Schuco. Modelik ten, choć to model kolekcjonerski i wcale nie tani, miał jedną dość nieprzyjemną wadę, tę samą co opisywany kilka miesięcy temu czarny VW „garbus”. Producent modelika DKW niby dołożył wszelkich starań aby modelik był wierną kopią prawdziwego auta, ale reflektory mu najwyraźniej nie wyszły. Pomimo, że w przeciwieństwie do tych w „garbusie” ich mocowanie było zabezpieczone przed obrotem w trakcie montażu, zrobiono to nie wiadomo po co, bo reflektory w modeliku były okrągłe zamiast owalnych (typowych również dla innych aut z początku lat 50-tych). Kiedy modelik odkupiłem od innego kolekcjonera dobrych kilka lat temu, nie raziło mnie to zbytnio. Jednak kiedy 2 lata temu kupiłem modelik IFY F9 (a więc auta, które choć pochodziło z NRD, było mocno z DKW spokrewnione), postanowiłem modelik DKW jakoś poprawić.

189. DKW 1

Chyba jeszcze przed wyjazdem do Berlina wymontowałem z modelika stare lampy. rozpiłowałem na wylot pogłębienia po nich, a od strony maski, krawędzie otworów wypełniłem żywicą (a dokładnie starym klejem Distal) :

189. DKW 2

Kiedy klej wysechł, obsadziłem w otworach reflektory z „rozbitka” i odstawiłem modelik na półkę. Po powrocie z wakacji nie mogłem się nim zająć z braku czasu. Dopiero jakieś 2 tygodnie temu rozebrałem modelik, Białe nadlewki z kleju pomalowałem kremową farbką Hubroll i zmontowałem modelik. Przy okazji wysunąłem jeszcze o ok 0.5 mm przedni zderzak do przodu:

Z przeróbki jestem naprawdę zadowolony. Modelik lepiej przypomina pierwowzór i ma teraz ładne owalne, a nie okrągłe reflektory. (widoczne jest to zwłaszcza z przodu).

189. DKW 4

Co ciekawe lampy z busa „rozbitka” Cararamy pasowały do DKW wręcz idealnie. W tosunku do starych okrągłych lamp są dokładnie tej samej wysokości, ale są o pół milimetra węższe i dzięki temu mają prawidłowy kształt.

A oto powód dla którego zdecydowałem się na tę przeróbkę. Prawdziwy DKW F91, którego zdjęcie znalazłem kiedyś w sieci:

pozdrawiam

166. Wrześniowe wakacje i Fiat X1/9

W tym roku, 9 września minęło 5 lat od założenia przeze mnie tego bloga. Nie miałem jednak okazji uczcić tej rocznicy jakimś specjalnym okolicznościowym wpisem, bo  po prostu nie było mnie w tym czasie nie tylko w domu, ale i w kraju. Wróciłem przed tygodniem, ale dopiero dziś mogę zrobić kolejne podsumowanie:

166. Wakacje 1

Przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 5 LAT ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Nie samymi modelikami człowiek żyje i akurat na początku września pojechaliśmy całą rodziną na krótkie, ale długo wyczekiwane wakacje.

Kiedy miesiąc temu opisywałem na blogu milicyjnego Fiata 125p i moją kilkugodzinną wizytę w Centrum Handlowym Arkadia nadmieniłem tylko, iż w czasie kiedy moja córka wraz z kuzynką biegały po sklepach z ciuchami, ja oprócz oglądania modelików w Empiku wstąpiłem do biura podróży. W biurze dowiedziałem się o ofercie last minute, której nie znalazłem w Internecie. Następnego dnia (w niedzielę) pojechałem do biura Tui na Targówku. Tam dowiedziałem się, iż w dwóch czarterach, które 4 wrześnią lecą do Grecji zostało tylko 9 miejsc. Po rodzinnej naradzie, w poniedziałek 25 lipca pojechałem do biura podróży w Arkadii i wykupiłem tygodniowe wczasy. Wybór był dość przypadkowy, uzależniony przede wszystkim od moich możliwości finansowych. I tak, 4 września z pewnymi przygodami wylądowaliśmy w hotelu Golden Star, w miejscowości Analipsi na Krecie.

Pierwszego dnia opalaliśmy się i kąpaliśmy się w hotelowym basenie. Drugiego dnia, po południu poszliśmy na spacer w stronę oddalonego od hotelu o 7km miasta Hersonissou. Po drodze wstąpiliśmy do kilku sklepów z pamiątkami i ciuchami tak, że po dobrej godzinie spaceru i przejściu zaledwie ok. 2 km zadałem moim dziewczynom pytanie czy idą ze mną dalej, czy wracają. Żona z córką oczywiście wybrały powrót do hotelu, a ja dalej ruszyłem sam. Po przejściu jakichś 4 km dotarłem na cypel, z którego roztaczał się taki oto widok na zatokę Malion i miasto Hersonissou:

Na cypel, za którym rozpościerał się widok na zatokę Malion dotarłem ok. 7 wieczorem, postanowiłem więc nie iść dalej tylko wrócić. Nie chciałem iść z powrotem plażą i po skałach tylko uliczkami, ale kiedy zorientowałem się, że idę wzdłuż morza postanowiłem przejść z powrotem nad nie przez teren jakiegoś hotelu i przy okazji zrobiłem to zdjęcie:

Na cypel dotarłem w całkiem dobrej kondycji, za to w drodze powrotnej rozbolały mnie nogi.  Z cypla na obrzeżach Hersonissou wracałem do hotelu nieco ponad godzinę. Nogi bolały mnie jednak okropnie i kilka razy musiałem się na chwilę zatrzymywać. (Czasem chodzę na dłuższe spacery z psem jednak dystansu ponad 12 km na piechotę nie pokonywałem chyba od kilkunastu lat). W trakcie jednego z krótkich postojów pstryknąłem to zdjęcie:
Po trzech dniach pobytu w hotelu, wygrzewaniu się w gorącym południowym słońcu, aby zrobić sobie przerwę od opalania pożyczyliśmy samochód i wybraliśmy się na wycieczkę. Postanowiliśmy zwiedzić kreteńskie „Saint Tropez” czyli Agios Nikolaos. W drodze do tego miasta, przed miejscowością Malia droga, którą jechaliśmy miała łączyć się z główną drogą Krety (tak wynikało z mapy). W miejscu, w którym przypuszczałem, że drogi się łączą było rondo, na którym skręciłem w prawo chcąc wjechać na główną drogę. Po przejechaniu kilkuset metrów drogi głównej nie było, za to samochód zaczął piąć się w górę i zaczęły się serpentyny. W tej sytuacji nie było żadnej możliwości zawrócenia na górskiej drodze i chcąc nie chcąc musiałem wjechać aż na położoną dobrych kilkaset metrów nad poziomem morza przełęcz. Nie żałuję jednak mojej pomyłki:
Górska droga w okolicach miejscowości Malia, na którą wjechałem całkiem przypadkiem.
Kiedy 4 lata temu opisywałem na blogu modelik Citroena C3, nie przypuszczałem, że kiedyś będę miał okazję i to w nader ciekawych okolicznościach, odbyć 200 kilometrową wycieczkę samochodem niemal identycznym jak prezentowany wówczas modelik.
Po drugiej stronie przełęczy było senne miasteczko Mohos, a zaraz za nim dolina i jakby całkiem znajomy widok, niemal jak w polskich Karkonoszach:
Po przygodzie z zabłądzeniem postanowiłem jednak do doliny nie zjeżdżać, a zawrócić nieco inną (mniej stromą) górską drogą z powrotem do miejscowości Malia.
Około 14 dotarliśmy do celu. Zostawiliśmy samochód na obrzeżach miasta i do centrum poszliśmy na piechotę. Po przejściu wąskimi uliczkami około kilometra wylądowaliśmy na małym placyku, z którego roztaczał się taki oto widok:
Agios Nikolaos z tej perspektywy wygląda moim zdaniem zdecydowanie atrakcyjniej niż właściwe Saint Tropez, w którym byłem dokładnie 20 lat temu.
Oto jeszcze kilka innych zdjęć:
Nad położonym w samym centrum miasta basenem, a właściwie jeziorem rozpościerają się miłe kafejki. Mrożona duża kawa kosztuje 3 Euro (nie drożej niż w Warszawie).
Z Agios mieliśmy pierwotnie zamiar pojechać na północ i przedostać się na małą wyspę Spinalonga, na którą biura podróży organizują wycieczki. Jednak droga w kierunku północnym, widziana z oddali, z portu w mieście wydała mi się niezbyt atrakcyjna i z Agios postanowiłem pojechać dalej na wschód wzdłuż brzegów zatoki Mirambellou (ponoć najpiękniejszej zatoki na Krecie):
Wspaniały widok na południową odnogę zatoki Mirambellou. Kreta jest w tym miejscu najwęższa (ok 15 km), pojechaliśmy więc na drugą jej stronę, do spokojnego i nieco sennego kurortu Ierapetra położonego na południowym wybrzeżu wyspy:
W drodze powrotnej zatrzymywałem się jeszcze kilka razy i zrobiłem kilka zdjęć:
To zwierzę można dość często spotkać na Krecie. Nawet na parkingu nad zatoką.
Po ciekawej wycieczce odpoczynek i oczywiście kąpiel w hotelowym basenie:
Właściwie każdego dnia, wieczorami pobytu chodziliśmy na spacery. Jakiś kilometr od naszego hotelu w przeciwnym kierunku niż moja pierwsza długa piesza wycieczka odkryłem luksusowy hotel. Ostatniego dnia pobytu wybrały się do niego żona z córką i zrobiły kilka ciekawych zdjęć:
Miedzy tym, a naszym hotelem znajdował się kilkusetmetrowy odcinek piaszczystej dzikiej plaży, na którym raz kąpałem się w naprawdę słonym morzu.
Wakacje? No fajnie.
A gdzie tytułowy modelik?
I właściwie dlaczego kolejny Fiat ?
A w ogóle cóż on ma wszystko wspólnego z Kretą?
Spokojnie zaraz to wyjaśnię.
Fiat X 1/9 był swego czasu w krajach Europy zachodniej bardzo popularny. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w Niemczech, można go było tam spotkać niemal na każdym kroku. Ten niewielki typowo sportowy, ale i niezbyt drogi samochód był bardzo długo produkowany (przez kilkanaście lat). Gdy w jakieś książce przeczytałem, iż został zaprezentowany jeszcze w 1971 roku, sam byłem tym zaskoczony.
Pierwszy modelik tego auta kupiłem w Niemczech w na pchlim targu jeszcze w 1986 roku. Nieco go zwaloryzowałem poszerzyłem otwór przedniego okna, wstawiłem nową szybę, wymieniłem koła i pomalowałem otarcia lakieru. Pomimo, że modelik ma otwieraną czarną klapę zaraz za kabiną, a pod nią imitację centralnie umieszczonego silnika, nie zadowalał mnie w pełni. Jego bryła, a zawłaszcza jej partia tylna pozostawia wiele do życzenia. No cóż, modele firmy Norev z serii Jet-Car początku lat 80-tych są mocno uproszczone i w tamtym czasie, pomimo iż zostały wykonane w słusznej skali (1:43) były sprzedawane właściwie jako zabawki.
Kiedy w połowie lipca, na Allegro pojawił się stary modelik firmy Solido postanowiłem go licytować. Modelik sprzedawał ktoś z Warszawy, liczyłem więc, że uda mi się go odebrać jakoś przy okazji. Aukcja zakończyła się na kwocie 21 zł (pomimo, że było 3 chętnych). Niestety po jej wygraniu okazało się, iż sprzedający mieszka w dość odległej dzielnicy i zdecydowałem się na przesyłkę pocztą. Kiedy modelik przyszedł okazało się, że nie tylko ma kilka otarć lakieru, ale nie jest to oryginalne Solido z początku lat 80-tych, tylko jakieś późniejsze wydanie (prawdopodobnie pochodzi z serii Corgi-Solido, w której kilka lat temu wypuszczono wierne kopie starych modeli obydwu firm). Modelik nie ma opakowania, zaś na płytce podwozia nie ma daty np. 8.79 wskazującej na miesiąc i rok wypuszczenia modelika, tak jak jest to w przypadku oryginalnych modeli Solido z tamtego okresu.
166. Wakacje 2
 Z całej transakcji nie byłem zbytnio zadowolony. Ponadto modelik wymagał kłopotliwego rozebrania (jest zmontowany na zaczepy, jak większość starych modeli Solido), zamontowania nowych osiek, bo miał zbyt wąski rozstaw kół, uzupełnienia ubytków lakieru i pomalowania kilku charakterystycznych elementów (czego jeszcze do końca zresztą nie zrobiłem).
166. Wakacje 3
Dlaczego więc go teraz prezentuję ?
Otóż kiedy na początku naszej wakacyjnej wycieczki po Krecie wjechałem przypadkiem na górską drogę, z której nie bardzo mogłem zawrócić i piąłem się w górę pokonując kolejne serpentyny, z za jednego z ostrych zakrętów, ku mojemu zaskoczeniu, wyjechał naprzeciw mnie zielony Fiat X 1/9, jakby całkiem wzięty z lat 70-tych. Zupełnie nie spodziewałem się zobaczyć to auto jeszcze kiedyś w normalnym ruchu na ulicy. A tu proszę, taka miła niespodzianka i to właśnie na Krecie.
pozdrawiam
P.S.
Wpis na temat Fiata X 1/9 zacząłem pisać jeszcze pod koniec lipca. Modele firmy Solido nie cieszą się dzisiaj zbytnią estymą kolekcjonerów. Może to nie dziwić, bo w porównaniu z modelami ze współczesnych serii gazetowych nie posiadają wielu detali jakie w ostatnich latach stały się w skali 1:43 standardem. Nie mają wycieraczek, lusterek, czasem migaczy z kolorowego tworzywa, nie mają malowanych ramek okien i innych upiększeń. Posiadają jednak jedną istotną cechę dzięki której mają grono swoich fanów: starannie opracowaną bryłę nadwozia, która z reguły oddaje duże podobieństwo do oryginału co w znacznej mierze rekompensuje niedobór upiększających model drobiazgów. Są dobrą bazą do konwersji i wykonania dobrych wiernych kopii prawdziwych pojazdów. Kiedy przed licytacją szukałem w Internecie zdjęć modelika, natknąłem się na taką oto stronę : Podrasowane modele Solido  Potwierdza ona to co napisałem powyżej.