Kategoria: Zdobycze z giełd

293. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

Reklamy

291. Wspomnienie lata i giełdowe zakupy

Oj, długa była ostatnia przerwa na blogu. Oj,  bardzo długa.

Dlaczego, tak się stało? Powodów było niewątpliwie kilka. Pierwszym i chyba najważniejszym było osłabienie, a właściwie zanik mojego zainteresowania  kolekcją. Na skutek nawału różnych prac i problemów związanych z porządkowaniem spraw po śmierci mamy nie miałem zupełnie głowy do modelików. W ubiegłym roku kupiłem ich właściwie tylko kilka. (opisałem to zresztą na początku roku). W pewnym sensie po trosze „zacząłem zjadać własny ogon” i wśród tych kilku modeli, które kupiłem znalazły się 2 modele aut, które w kolekcji miałem od wielu lat.

Drugim powodem przerwy we wpisach, było pewne rozgoryczenie i zniechęcenie związane z zamknięciem „starego bloga”, sposób w jaki się to odbyło, a także konieczność żmudnego przeglądania wszystkich starych wpisów i uzupełnianie brakujących zdjęć. Kiedy w końcu na początku maja udało się uzupełnić wszystkie brakujące zdjęcia w starych wpisach, szkoda mi było czasu na ślęczenie przy komputerze.

I tu pojawia się trzeci powód długiej przerwy – lato. W Warszawie piękna pogoda zaczęła się już w połowie kwietnia i z niewielkimi kilkudniowymi tylko przerwami trwała do końca drugiej dekady września. A jak lato , to wiadomo rower.

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się z żoną 15 kwietnia. Pojechaliśmy na nowe pobliskie osiedle Zacisze-Wilno. Była piękna, słoneczna pogoda i nie wiedzieć czemu wstąpiliśmy na stację kolejową, gdzie ja zacząłem bawić się biletomatem. Kiedy okazało się, że bilety do Zielonki kosztują ok 8 złotych kupiliśmy je, windą wwieźliśmy rowery na drugi peron i po 10 minutach oczekiwania ruszyliśmy w podróż. W Zielonce pojechaliśmy przez park nad opisywane na tym blogu glinianki. Na drzewach nie było jeszcze liści i glinianki wyglądały jeszcze dość smutno. Znad glinianek w Zielonce wróciliśmy do domu rowerami, przez las, Ząbki oraz „właściwe” Zacisze.  Cała trasa miała ok 17 km,  jak dla mnie akurat i choć żona pod koniec już dość mocno narzekała  wycieczka ta bardzo zaważyła na moich późniejszych wypadach za miasto.

Na stacji kolejowej okazało się, po 60 roku życia osobom podróżującym Kolejami Mazowieckimi przysługuje 35% zniżki o czym nie wiedziałem, a teraz zacząłem z niej skwapliwie korzystać. Koleją do Zielonki wybraliśmy się zresztą tego lata jeszcze 2 razy, za każdym razem wracając nieco inną trasą.ZielonkaLato było w tym roku naprawę wspaniałe, więc nad glinianki jeździliśmy zresztą dość często samochodem. Jeszcze 1 września pływałem w nich, a po raz ostatni byliśmy na gliniankach 9 września.

Zresztą poza wypadami na rower i glinianki w Zielonce było przez minionych kilka miesięcy cały szereg innych wydarzeń, które absorbowały mnie bardziej niż pokazywana tu zazwyczaj kolekcja miniaturowych autek.

W kwietniu, a dokładnie w sobotę 14 kwietnia wybrałem się na targi Auto Nostalgia. Odbywały się one tym razem na Stadionie Narodowym, co niekoniecznie było dobrym pomysłem. Auta stały właściwie na jego koronie i bardzo trudno robiło się zdjęcia.

Zrobiłem ich kilkadziesiąt, ale na ich publikację i nowy wpis na blogu zapału mi zabrakło.

W długi majowy weekend miała być wycieczka. Byliśmy już nieco zmęczeni pracą i różnymi domowymi sprawami. Żona wzięła wolne 2 maja, ale na wycieczkę nie pamiętam czemu nie pojechaliśmy. Była obrażona, nie pamiętam od kiedy była na mnie tak zła za jakąś nieodbytą wycieczkę. Zrzędziła i narzekała. Ale co się nieco odwlecze, czasem nawet lepiej się uda. Nie pojechaliśmy 2 maja to pojechaliśmy 4.

Była to wycieczka połączona z wizytą na grobie mamy: Nieborów – Miedniewice – Żyrardów.

W czerwcu, nie byłem na giełdzie, bo wyjechałem na firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Tydzień później 16 czerwca byłem na dwóch imprezach:

Pierwsza to targi Ekoflota, na których byłem rano. Były bardzo ciekawe. Udało mi się przejechać po kilka kilometrów jako kierowca dwoma autami elektrycznymi. Pierwsze to Nissan Leaf a drugie to Volkswagen Golf. Po południu pojechaliśmy całą rodziną na piknik rodzinny, który moja firma po kilku latach zorganizowała w Ryni (nad Zalewem Zegrzyńskim.

W lipcu wziąłem „obowiązkowy” dwutygodniowy urlop. Nie wyjechałem co prawda poza Mazowsze, a co w tym czasie robiłem, pokażę w osobnym wpisie.

Sierpień upłynął właściwie pod jednym stary znajomym hasłem : Zalew Tatar – Rawa Mazowiecka.

zalew-tatar-18b

Nad nasz ulubiony i pokazywany tu już na blogu zalew wybraliśmy się wybraliśmy się 3 razy: 13 i 19 sierpnia. Za każdym razem najpierw wypożyczaliśmy kajak i opływaliśmy nim cały zalew. Taka przyjemność trwa nieco ponad godzinę (zalew ma ok 1,3 km długości) i kosztuje w dzień powszedni 8 a w weekend 10 zł. Na ostatnią letnią wycieczkę wybraliśmy się z córką. Pierwsze 45 minut pływałem z żoną a drugie z córką. Córka chyba pierwszy raz płynęła kajakiem, ale bardzo jej się to podobało.

Tydzień później pogoda nie była już tak piękna, a Rawie kajaki zostały schowane na zimę, dlatego bez żalu w końcu udałem się na „modelikową” giełdę. Od ubiegłego roku giełda odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie. Od czasu likwidacji giełdy w Starej Gazowni, jest to już 4 kolejna lokalizacja „nowej giełdy” i do tego najlepsza, nie tylko z uwagi na ściśle związaną z motoryzacją siedzibę, ale również na warunki w jakich się ona odbywa. Naprawdę duża, przestronna a przy tym widna sala, sprzyja ciekawym transakcjom.

Pomimo znikomego zainteresowania kolejnymi nabytkami i kolekcją w ogóle, wybrałem się na giełdę w marcu. Nie kupiłem na niej co prawda nic, ale za to sprzedałem zbędny modelik i to za 80 zł.

Tym razem kupiłem 3 nowe nabytki, po prawie roku przerwy. (Poprzedni model do kolekcji kupiłem w Media Markt na początku października 2017 roku)

Zakupy 2018 1b

Są to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S.

Jesiennymi wieczorami postaram się je tu opisać. A za to niejako „na pocieszenie” pokaże, jak wyglądała giełda dokładnie rok temu:

pozdrawiam

 

P.S.

21 października

Zaktualizowałem filmiki, teraz zawierają dużo więcej zdjęć

Zainwestowałem jeszcze trochę czasu w ten wpis. Filmiki, a właściwie prezentacje stworzyłem całkiem przypadkowo na iphonie podczas przeglądania zdjęć. Jednak okazało się, że przesyłanie ich na e-mail jest możliwe tylko w ograniczonym zakresie. (Jeśli zawieraja 7-8 zdjęć jest OK, jeśli więcej nie da się ich przesłać) . jakiś czas temu córka poleciła mi aplikację weTransfer. W sobotę zainstalowałem ją na iphonie, a w niedzielę zaktualizowałem pokazane tu wcześniej przezentacje i przesłałem na Youtube.

Zapraszam do ich oglądania

 

 

 

 

 

 

270. Nowa giełda i nowa zdobycz – Mazda RX7

W poprzednią niedzielę, 12 czerwca, w zupełnie nowym miejscu odbyła się „nowa”, bo przeniesiona z gimnazjum przy ul. Conrada w Warszawie Ogólnopolska Giełda Modeli Samochodów im. Sławoja Gwiazdowskiego. O nowej lokalizacji giełdy informowałem tutaj jeszcze w marcu. Giełda miała miejsce w Zespole Szkół Samochodowych przy ul. Włościańskiej w Warszawie. Oczywistą jest rzeczą, że się na  nią wybrałem. Chciałem zobaczyć, czy zmiana lokalizacji wpłynie na ruch na giełdzie.

Giełda była zdecydowanie mniejsza niż ostatnia (marcowa) w gimnazjum przy ul. Conrada. Sala, w której odbywała się giełda jest mniejsza niż ta, w której kiedyś odbywała się giełda na Conrada. Tylko należy pamiętać,  że kilka ostatnich giełd odbywało się tam już nie w sali, ale w ciemnych zakamarkach korytarzy, co przy oglądaniu modeli przed ich ewentualnym zakupem, było jednak sporym mankamentem. 

„Nowa” sala choć mniejsza, pomieściła prawie wszystkich sprzedawców, (na korytarzu stały tylko 2 niewielkie stoliki). Było co prawda ciasno i nie wszystkie wystawione na giełdzie modele dało się wygodnie obejrzeć, ale za to było widno, bo sala wyposażona jest w naprawdę duże okna. 

Z wizyty na giełdzie jestem bardzo zadowolony, bo choć w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, z uwagi na konieczność opieki nad chorą mamą, zupełnie nie miałem głowy do modelików i niczego nie kupowałem, z giełdy „z gołą ręką” nie wróciłem. Kupiłem model auta, które opisywałem i pokazałem w mojej w pierwszej relacji z targów Auto Nostalgia. Na dodatek miałem jeszcze rzadką możliwość wyboru wersji auta, której modelik wzbogacił moją kolekcję. 

Kiedy miesiąc temu prezentowałem tu zdjęcia obydwu samochodów napisałem: „Starsza Mazda RX7 to niewątpliwie auto kultowe. Może to jej model urozmaicił by kolekcję, a może?  Nowsza Mazda RX7 (nie tak kultowa jak starsza wersja, ale za to zdecydowanie ładniejsza)”. 

Na giełdzie, po obejrzeniu całej, mimo wszystko dość pokaźnej oferty różnych modeli, moją uwagę przykuły właśnie 2 modele Mazdy RX7: Najpierw nowszej, drugiej generacji (FC3S), później starszej, pierwszej generacji (SA22C). To, co napisałem o samych samochodach, jest prawdą i moja opinia w odniesieniu do obu modeli aut nie jest chyba odosobniona, w odniesieniu do ich modeli okazała się jednak zupełnie nieprzydatna, pomimo tego, że obydwa modeliki były tego samego producenta.

Czerwony modelik nowszej wersji auta (FC3S), którego zakup rozważałem już od dłuższego czasu (właśnie  z uwagi na urodę samochodu, skądinąd inspirowaną rasowym wyglądam Porsche 924), w porównaniu z modelikiem starszej wersji (SA22C), okazał się znacznie mniej ciekawy. Po prostu, na żywo modelik starszej wersji prezentował się naprawdę dużo lepiej. Na dodatek w zakupie okazał się też tańszy.

Obrotem sprawy, szczerze mówiąc sam byłem zaskoczony, ale z nowego nabytku jestem niejako podwójnie zadowolony, bo w kolekcji dokumentującej historię motoryzacji, od początku bardziej wypadało mieć modelik pierwszej, a nie drugiej generacji auta, bo to własnie pierwsza generacja uznana została za auto naprawdę kultowe. 

Mazda RX7 (SA22C) ukazała się na rynku w roku 1978 w chwili, kiedy po niezbyt udanym eksperymencie, jakim było montowanie silników z wirującym tłokiem (zwanych silnikami Wankla) w samochodach seryjnych, niemal wszyscy uznali historię silników Wankla za zamknięty rozdział. (Wraz z zakończeniem produkcji legendarnego NSU Ro80 wiosną 1977 roku). Mazda właśnie wprowadzając do produkcji model RX7, nie tylko zapobiegła zamknięciu historii silnika Wankla, ale dopisała do niej zupełnie nowy, trwający jeszcze przez ponad trzy kolejne dekady, rozdział. 

Choć w przypadku modelika, widać tylko niezbyt fascynującą (również jak na tamte czasy) karoserię , najistotniejsze dla samego auta było to, co pod tą karoserią się kryło.  

Samochód wszedł na rynek, w niezbyt sprzyjającym momencie, bo zaledwie 5 lat po gigantycznym kryzysie paliwowym z 1973 roku, który znacząco wpłynął na rozwój motoryzacji. Dekadę później każda firma motoryzacyjną, miała w ofercie nawet małe samochody wyposażone w bardzo oszczędne, choć niezbyt dynamiczne silniki Diesla. (Silnik taki, o pojemności 1600 ccm, miałem w moim pierwszym, własnym samochodzie, jakim był Escort 1,6D. Zrobiła go dla Forda firma KHD z Kolonii w 1984 roku, zaś inne firmy miały w ofercie takie silniki znacznie wcześniej).

A jednak, pomimo znacznie wyższego zużycia paliwa, jakie w stosunku do tradycyjnych (tłokowych) silników benzynowych, wykazywał zainstalowany w RX7 silnik Wankla,  okazał się on podstawą sukcesu auta.

Niewielkich rozmiarów, o nisko umieszczonym środku ciężkości silnik pozwolił na uzyskanie konstruktorom auta niemal idealnego rozkładu mas na oś przednią i tylną, który wynosił 52:48. Owszem, na rynku były już popularne auta, które miały ten współczynnik jeszcze lepszy, ale takowe były tylko 2: Porsche 924  i nieco starsza Alfa Romeo Alfetta. Były to jednak samochody o układzie napędowym typu Transaxle, w którym silnik umieszczony był z przodu, zaś skrzynia biegów zintegrowana z mechanizmem różnicowym z tyłu, co komplikowało nie tylko budowę auta, a zwłaszcza jego tylnego zawieszenia, co nie pozostawało bez wpływu na cenę samochodu. W latach 70-tych, w bardzo wielu autach popularnych był (z uwagi na koszty) stosowany najprostszy w budowie, klasyczny układ napędowy: Z przodu silnik ze  skrzynią biegów, a z tyłu sztywny tylny most (jak w Fiacie 125p). Taki właśnie prosty układ napędowy miała Mazda RX7.    

Silnik Wankla miał jeszcze inną zaletę.  Ważący 1050 kg samochód rozpędzał się do 100 km/godz. w 10 sekund, co w tamtych czasach było wynikiem bardzo dobrym.  Zaś „rozkręcenie” pracującego bez jakichkolwiek wibracji silnika do 7000 obrotów/minutę było naprawdę przyjemne, bo silnik nie huczał, co w normalnych tłokowych silnikach przy tak wysokich obrotach było nieosiągalne.  

Wymienione powyżej zalety sprawiły, że ten sportowy samochód odniósł spektakularny sukces. Jak podaje niemiecka Wikipedia, która niestety w odniesieniu do informacji o samochodzie jest znacznie bardziej miarodajna niż polska, auta pierwszej generacji wyprodukowano ponad 471 tyś. egzemplarzy, co jak na auto sportowe jest liczbą naprawdę imponującą. Trudno się dziwić zatem, że w prestiżowym konkursie na samochód stulecia (Car of the Century), Mazda RX7 znalazła się wśród 100 najistotniejszych aut z XX wieku nominowanych do tego prestiżowego tytułu.  

Po ostatniej giełdzie trochę się pokręciłem. Obejrzałem to i owo, zastanawiałem się nad kilkoma innymi modelami i w pewnym momencie byłem nawet bliski udania się do domu, bez dokonania jakichkolwiek zakupów. Już właściwie pożegnałem się i miałem wracać, kiedy postanowiłem jeszcze raz, już pod sam koniec giełdy spojrzeć na modele którymi byłem ewentualnie zainteresowany. Wziąłem do ręki pudełko z modelikiem i zacząłem negocjacje. Sprzedający opuścił 5 zł i Mazdę kupiłem. 

Modelik japońskiego samochodu najlepiej, gdy jest produkcji japońskiej firmy. Mazda firmy Kyosho (tej samej, co kupiony na marcowej giełdzie Nissan) prezentuje się znakomicie. Kosztowała 55 zł, co jak na kolekcjonerski model, renomowanej firmy można uznać, za bardzo okazyjną cenę.

Klika miesięcy temu, zaraz po zakupie Nissana, wszedłem na stronę modeliki.pl. Była tam w promocji Mazda RX7, nie pamiętam już czy w żółtym, czy czerwonym kolorze. Nie pamiętam też, czy kosztowała 40, czy 60 zł i nawet zastanawiałem się, czy jej nie kupić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Oglądałem zdjęcia w Internecie i wydawało mi się, że to jakaś „dziwna” japońska wersja z niebyt piękną ścianą tylną z dużą i niezbyt ładną wnęką na tablicę rejestracyjną. Po obejrzeniu modelika „na żywo” zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało.    

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

 

P.S. 

Kiedy wczoraj wieczorem skończyłem ten wpis, myślałem, że na temat Mazdy RX7 napisałem już wszystko. Dziś rano miałem zrobić tylko zdjęcia modelika i wstawić do wpisu. Wtedy przypomniałem sobie, że w pawlaczu, w starym pudle, leży dowód na to, że Mazdy RX7 pierwszej generacji, choć nigdy mi się specjalnie nie podobała, była autem absolutnie kultowym i to w czasach kiedy była jeszcze produkowana:

Stary modelik Matchbox, kupiony w niemieckim hipermarkecie gdzieś w 1987 lub 1988 roku, a może nawet wcześniej, za 2,5 marki (a więc równowartość dzisiejszych 5 złotych).

Tak, to prawda, że w tamtych latach (a dokładnie do 1990 roku) jeśli nie mogłem kupić modelika w skali 1:43, kupowałem również tanie, jednak mniejsze i znacznie mniej dokładne modele w skalach do 1:69 do 1:50 takich firm jak: Norev, Majorette czy Matchbox. Modeli takich mam około 30. Większość z nich udało mi się zastąpić dobrymi kolekcjonerskimi modelami już w skali 1:43, dopiero wiele lat później. O Mazdzie niemal zupełnie zapomniałem.

Teraz postanowiłem ją pokazać. Modelik sygnowany datą 1982, w skali 1:56, przedstawia nieco późniejszą wersję auta pierwszej generacji (po faceliftingu) a dokładnie model FB2. Nie pamiętam już dlaczego modelik kupiłem. Zapewne przyczyną było to, że choć samochód (jak już napisałem) nigdy specjalnie mi się nie podobał, był już wtedy autem absolutnie kultowym i zapewne dlatego go nabyłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Teraz nadarzyła się okazja, aby o całej historii sobie przypomnieć. Swoją drogą trzydziestoletni Matchbox na tle nowego nabytku, może nie prezentuję się rewelacyjnie, ale jak mawiają znawcy „ma klimat”.

265. Giełdowa zdobycz – Nissan Fairlady Z 432

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

Dwa tygodnie temu, w niedzielę 13 marca, w Warszawie, w gimnazjum przy ul. Conrada odbyła się Ogólnopolska Giełda Modeli Samochodów im. Sławoja Gwiazdowskiego. Oczywistą jest rzeczą, że się na nią wybrałem, zwłaszcza, że była to już ostatnia giełda, jaka odbywała się przy ul. Conrada. Chciałem się przede wszystkim dowiedzieć, czy, kiedy i gdzie będzie się teraz giełda odbywać. 

Na giełdę wybrałem się dość późno (dotarłem na nią dopiero około 11-tej) i nie miałem raczej żadnych konkretnych „planów zakupowych”. Od początku tego roku (jeszcze przed giełdą) kupiłem do kolekcji aż 5 modeli. Szósty, który jeszcze do mnie nie dotarł, wylicytowałem na trzy dni przed giełdą. Właściwie nic by się nie stało, gdybym się na giełdę nie wybrał, ale koniecznie chciałem się dowiedzieć, co będzie z nią dalej. 

Już przy samym wejściu, podszedł do mnie jeden z kolegów i wręczył karteczkę: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

To dobra wiadomość, że giełda dalej będzie.

Na giełdy jeżdżę od 18 lat. Giełda była kiedyś w Starej Gazowni na Kasprzaka. W 2003 roku odbyło się kilka „konkurencyjnych” giełd w szkole przy ul. Złotej, ale giełdy te organizowane co miesiąc, odbyły się chyba trzy, bo na kolejne chętnych nie było. W 2007 roku giełda w w Starej Gazowni zaczęła podupadać, zaś w 2008 roku przestałem na nią jeździć. W tym samym zresztą roku giełda zakończyła działalność.

Giełdę w Starej Gazowni dobiła ukazująca się od września 2008 roku seria „Kultowe Auta PRL”. Modelik, na który wszyscy kolekcjonerzy w Polsce czekali latami, kosztował w kiosku 25 zł, a wstęp na giełdę, na której można było po raz kolejny oglądać te same niezbyt atrakcyjne modele, kosztował 15 zł.  

Paradoksalnie ta sama seria ożywiła jednak kolejne giełdy.

W 2009 roku powstała nowa, organizowana podobnie jak stara, raz na trzy miesiące, giełda w Ognisku Pracy Pozaszkolnej przy ul. Szegedyńskiej (na Bielanach). „Nowa” giełda miała jednak 2 atuty. Odbywała się w drugą, a nie trzecią  niedzielę marca, czerwca, września i grudnia, co zwłaszcza w przypadku giełdy grudniowej było bardzo korzystne, bo nie kolidowało z przygotowaniami do świąt. Drugim, o wiele istotniejszym atutem było to, że kupujący nie musieli już płacić za wstęp.

Giełda na Szegedyńskiej odbywała się (o ile dobrze pamiętam) przez rok, po czym została przeniesiona do gimnazjum przy ul. Conrada, gdzie też odbyła się właśnie ostatnia marcowa giełda. Giełda przy Conrada miała się całkiem dobrze przez kilka pierwszych lat do momentu, kiedy jakieś dwa lata temu wyremontowano salę stołówki, na której się spotykaliśmy i giełda wylądowała w dość obszernych, ale ciemnych zakamarkach korytarzy. Na spotkania kolekcjonerów miniaturowych autek w wyremontowanej sali, której głównym atutem były duże okna, dyrekcja szkoły nie wyraziła zgody. 

Ponieważ „warunki pracy” na korytarzu pogorszyły się zarówno dla sprzedających, jak i kupujących, już od jakiegoś  czasu kilku kolegów rozpoczęło przygotowania do uruchomienia zupełnie nowej „konkurencyjnej” giełdy. Niestety, albo i „stety” zapowiadany start kolejnej giełdy nie udał się i w ogóle takowa nie wystartowała. Jednak, jak wskazuje na to pokazana powyżej ulotka, zarówno koledzy „rozłamowcy” jak i organizator dotychczasowej giełdy połączyli siły i wspólnie załatwili kolejną nową lokalizację.

O tym, że giełda jest potrzebna pisałem na blogu już nie raz i nie dwa, nie będę więc się powtarzał. (A jeśli kogoś interesują moje wszystkie starsze relacje, może zajrzeć do zakładki „tagi” i kliknąć na napis „giełda”)

W okresie 130 lat, jakie liczy sobie motoryzacja, pojawiło się wiele różnych samochodów, które zapisały się w historii „złotymi zgłoskami”. O wielu innych zdążyliśmy zapomnieć, bo były, przeminęły i wielkiego wpływu na tę historię nie wywarły.  Jednak ogromny wpływ na to, co kryje się dziś pod karoserią każdego samochodu wywarły „sporty motorowe”, a generalnie rzecz ujmując głównie wyścigi samochodowe, ale też i rajdy. O ile wyścigami nigdy specjalnie się nie interesowałem, bo bolidy w nich startujące, raczej normalnych, użytkowych samochodów już właściwie od okresu międzywojennego w żaden sposób nie przypominały, o tyle samochody rajdowe, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, wyglądem od normalnych, seryjnych wersji prawie się nie różniły. Poza tym, również w PRL rozgrywanych było wiele rajdów i stąd były możliwości obserwowania zmagań kierowców, czy to na żywo, czy też w krótkich telewizyjnych relacjach.

W latach sześćdziesiątych w najsłynniejszych rajdach, ( a przecież z Warszawy też wyruszali kierowcy do Monte Carlo ), królowały rajdowe wersje seryjnych popularnych samochodów, takich jak Austin Mini czy Citroen DS 19. W tym czasie byłem jednak za mały, aby się takimi wydarzeniami pasjonować. Na początku lat siedemdziesiątych jednak w rajdach, zwłaszcza tych najsłynniejszych, takich jak Monte Carlo, czy Safari, zaczęło królować kilka samochodów typowo sportowych. Relacje z tych imprez były zamieszczane w prasie motoryzacyjnej, a urywki w telewizji. Ja byłem już nastolatkiem, którego takie relacje żywo zainteresowały. Własnie z tego okresu zapamiętałem dobrze „wielką czwórkę” która w takich rajdach przez kilka lat wiodła prym. W moją pamięć najbardziej wryły się: Lancia Fulvia HF, Alpine Renault A110, Porsche 911 i jako czwarty Datsun 240 Z.

Kiedy ponad 30 lat temu zacząłem zbierać modele w skali 1:43, postanowiłem zdobyć modelik każdego z tych samochodów. Udało się to zresztą już dość dawno temu. Jednak o ile, Lancię, Alpin Renault udało mi się zdobyć w wersjach rajdowych, zaś Porsche w kilku kolejnych „cywilnych” odmianach, o tyle Datsuna kupiłem, co prawda też w wersji z rajdu Safari, już w 1993 roku, jednak nie był to model typowo kolekcjonerski. Pochodzi z leciwej już dziś serii Wezzwheels firmy Corgi i jest właściwie wykonaną w skali 1:43 starą zabawką, a nie modelem dobrze odwzorowującym pierwowzór.

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych wyjechałem do pracy do Niemiec, mogłem tam spotkać na ulicach prawdziwego Datsuna 240 Z. Wtedy to doszedłem do wniosku, że był to jeden z najładniejszych japońskich samochodów w historii, o ile nie najładniejszy „Japończyk” w ogóle.  

Kilkanaście lat temu, na giełdzie (jeszcze wtedy w Starej Gazowni) pojawiły się niedrogie modeliki z gazetowej serii wydawnictwa del Prado i kilka z nich sobie kupiłem. Jakiś czas później, w Internecie znalazłem również zdjęcia modelika Datsuna, z tejże serii. Postanowiłem go zdobyć. Jednak kolega z którym utrzymuję dobre „kolekcjonerskie” kontakty, kupił modelik wcześniej i zakup mi odradził, bo stwierdził, że jest on o 2 mm za szeroki. Modelik 240Z chodził mi jednak po głowie.

Na ostatniej giełdzie „towaru było co niemiara”. Nie bardzo jednak był czas to wszystko oglądać, bo stoisk było kilkanaście, na każdym po kilkadziesiąt modeli, a kiedy już wszystko obszedłem i zastanowiłem się, co ewentualnie mógłbym sobie kupić, niektórzy z kolegów zaczęli się pakować.  Ruszyłem więc na koniec jednego z dość słabo oświetlonych korytarzy, aby obejrzeć jeszcze raz biały modelik Volvo kombi za 50 zł, który ewentualnie wchodził w rachubę. Doszedłem jednak do wniosku, że go sobie odpuszczę. Na stoisku obok, wśród zapakowanych w torebki „kultowych” leżał również modelik Datsuna 240Z z otwieraną maską. Oglądałem go już wcześniej i mojego zachwytu nie wzbudził, zwłaszcza, że była to wersja, bez zderzaków z numerami startowymi „68”, a na torebce było napisane mazakiem „40”. Maskę trudno było otworzyć i zamknąć, a w ciemnym korytarzu nie sposób było odczytać, co to właściwie jest.

Kiedy po raz kolejny dość dokładnie obejrzałem Volvo, wziąłem do ręki torebkę z domniemanym Datsunem, a potem zapytałem dobrze znanego mi z giełd kolegę z Gdańska, czy odda go za 30 zł. Padła odpowiedź twierdząca i dobiliśmy targu.

Po chwili, kiedy torebkę z modelikiem miałem już w kieszeni, obejrzałem jeszcze raz „kolekcję kultowych” wystawionych tuż obok, a oferowanych po 10 zł (z trzema wyjątkami po 15) i wybrałem z niej ARO 243, które akurat do owych 3 wyjątków się zaliczało:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA     

Dopiero właściwie po powrocie do domu zorientowałem się, co właściwie kupiłem, jako pierwszy „giełdowy” model. Kiedy go oglądałem na na giełdzie zdecydowałem się na jego zakup, bo sądziłem, że „wyścigówkę” uda się w moim „warsztacie” przerobić na wersję cywilną, jaka najbardziej by mi się marzyła. W trakcie oglądania na giełdzie nie spytałem sprzedawcy, co to jest, sprawdzałem, jak otworzyć i zamknąć maskę, aby jej nie wyłamać i jak modelik rozebrać, bo od spodu nie było widać żadnych śrubek. Sprzedający modelik, kolekcjoner z Gdańska, odparł, że każdy model można rozebrać, a śrubki są ukryte zapewne pod osłoną silnika i imitacją zbiornika paliwa.

Kiedy po powrocie do domu, wziąłem do ręki lupkę, okazało się, że świeżutki nabytek to nie Datsun 240Z, a Nissan Fairlady Z432 renomowanej firmy Kyosho:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Początkowo myślałem, że modelik jest niekompletny i brakuje w nim atrapy. Jednak po analizie zdjęć w Internecie, których niestety nie ma zbyt dużo, okazało się, że modelik auta z wyścigu na słynnym torze Suzuka, jest jak najbardziej kompletny i niczego w nim nie brakuje. Połówkę umieszczonej na tylnym lewym słupku antenki niestety urwałem już ja sam, prawdopodobnie w trakcie pokazywania go kolegom w pracy. Cóż zdarza się, zwłaszcza w przypadku modeli bez opakowania i podstawki. Będzie trzeba temu jakoś zaradzić i dorobić antenkę np. z pokazywanych tu ostatnio zimnych ogni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Planowaną przeróbkę, na wersję cywilną, raczej sobie odpuszczę. Modelik nie tylko nie wiadomo jak rozebrać, ale na dodatek, jak na rasową „wyścigówkę” przystało, pozbawiony jest fotelika pasażera, ma za fotelem kierowcy imitację ramy antykapotażowej, a w bagażniku gołą podłogę, pomalowaną na kolor nadwozia.  

Jak napisałem na samym początku, myślałem, że w modeliku brakuje atrapy. Choć prawdziwy samochód, też atrapy właściwie nie miał, miał jednak wykonaną z siatki osłonę chłodnicy zastępującą atrapę z plastikowych poziomych pasków, w jaką wyposażony był Datsun 240Z. Producent modelika w tym miejscu nie wysilił się i imitacji kratki po prostu nie zrobił. Wnęka po atrapie została pomalowana czarną matową farbą, a przez szpary, widoczne były dolne fragmenty zawiasów maski.

Ustalenie, że modelik jest kompletny, też wymagało trochę wysiłku. Na wszystkich znalezionych w sieci zdjęciach modelika, który notabene jest dość rzadki, nie widać praktycznie przodu. Modelik zawsze pokazany jest tak, aby przodu nie było go widać i nie odstraszać nim ewentualnych nabywców. Dopiero po powiększeniu jednego ze znalezionych w sieci zdjęć, okazało się, że wyglądający na niekompletny przód modelika, został wykonany w oryginale tak, jak się przedstawiał w modeliku kupionym na giełdzie. Postanowiłem to poprawić:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kilka lat temu, w trakcie jakiegoś domowego remontu, nie pamiętam już czy ze starego kranu, czy innego urządzenia do wody, wyjąłem wykonany z siatki filtr w kształcie tulejki o średnicy 12 mm i długości ok. 10. Nie wyrzuciłem go, bo pomyślałem, że może przydać się do jakiegoś modelika. Filtr był trochę zarosły rudawym kamieniem, ale po oczyszczeniu, okazał się wykonany prawdopodobnie ze stali nierdzewnej.

Ponieważ mam w moim warsztacie wiertarkę modelarską, a do niej cieniutkie tarczki ścierne firmy Dremel, którymi można ciąć nawet hartowaną stal, tulejkę z siatki przeciąłem w miejscu zgrzewania, siatkę rozwinąłem i przy pomocy tarczki wyciąłem pasek dopasowany do wnęki po atrapie.  

Właściwie powinienem go pomalować na czarno, ale koledzy w pracy orzekli, że tak też jest dobrze i na razie tak zostało. Pasek jest przyklejony „prowizorycznie” do wnęki gumą do żucia, bo „na szybko” na inny pomysł zamocowania go na razie nie wpadłem, ale zupełnie nie przeszkadza w otwieraniu maski, pod którą znajduje się całkiem fajna imitacja silnika:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Aby zobaczyć taki obrazek trzeba się jednak troszkę namęczyć, bo aby maskę otworzyć jak najszerzej, trzeba „tu poruszać”, „tam pociągnąć”, zaś przy zamykaniu w odpowiednim miejscu docisnąć, a wszytko to trzeba robić bardzo delikatnie, aby nie połamać maleńkich, precyzyjnych zawiasów. 

Maska niestety nie otwiera się tak szeroko, jak w pokazywanym tu kilka lat temu modeliku ISO Grifo firmy Minichamps. Ma jednak istotną zaletę: Jak się ją już otworzy, sama nie opada, co jest niestety typową przypadłością większości modeli wyposażonych w otwieraną maskę (w tym również ISO), z wyjątkiem (o dziwo) modeli wyprodukowanych w byłym ZSRR (np. Ład czy Moskwiczy). 

Modelik renomowanej w końcu firmy, najlepiej prezentuje się z boku:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Wtedy naprawdę widać w nim elegancką linię Datsuna 240Z. Pewnym mankamentem są czarne felgi, które zostały odwzorowane bardzo dobrze, ale niestety optycznie zlewają się z oponami. Zastanawiam się, czy nie pomalować ich na ciemny szary kolor.   

Jak wyczytałem w Internecie już po zakupie modelika, Nissan Fairlady 432Z był właściwie odmianą popularnego Datsuna 240Z, wypuszczoną w liczbie 400 sztuk tylko na rynek japoński. Od popularnego „brata” różnił się tylko atrapą, co na zdjęciach raczej trudno zauważyć, bo jest ona właściwie szczątkowa. Miał też inny silnik.  Oznaczenie 432 pochodziło od cech tego silnika, który miał 4 zawory na cylinder, 3 gaźniki i 2 wałki rozrządu. Jedyną istotną i widoczną różnicą, w stosunku do Datsuna, były tytanowe felgi. Poniżej zdjęcie tego naprawdę pięknego samochodu, jakie udało mi się znaleźć w sieci:    

Nissan Fairlady Z

pozdrawiam

264. „Złoty strzał ” – Volvo S40 i V50 „do pary”

Dwa lata temu napisałem, że w ostatnio wciąż „mam wrażenie, że czas mnie po prostu wyprzedza”. W roku ubiegłym miałem już jednak wrażenie, że „czas mnie po prostu wyprzedził i prawie go już nie widzę”. 

Od początku prowadzenia tego bloga przyjąłem zasadę, że w albumach pokazuję modele kupione przed jego założeniem, zaś na blogu opisuję tylko świeże zdobycze. Zasady tej, poza nielicznymi wyjątkami, właściwie cały czas się trzymałem. Niestety do końca nie udało się jej zrealizować (głównie z podanych na początku tego wpisu powodów).

Przy okazji „podsumowania roku” jakie również ukazało się ze sporym opóźnieniem, zrobiłem „blogowy rachunek sumienia” i podsumowałem liczbę modeli, które kupiłem już po uruchomieniu bloga, a których do tej pory tu nie pokazałem. Wyszło mi razem aż 53 modele. Pierwszych trzech (jeszcze w 2006 roku) nie opisałem, bo na samym początku formuła bloga nie do końca się „wykrystalizowała”.  W kolejnych latach, przyjętą zasadę udawało się jakoś realizować. Jednak od 2010 roku na blogu zaczęły gromadzić się „zaległości”. Czy model, który dziś pokażę do nich należy? Chyba tak, bo pokazuję go, aż 4 miesiące po zakupie.  

W niedzielę 25 października była dość ładna pogoda, a na balkonie wciąż jeszcze stały rowery. Zawsze uważałem, a na rowerze jeżdżę chętnie od dziecka (a więc już dobrych kilkadziesiąt lat), że w Polsce, a zwłaszcza na Mazowszu, „sezon rowerowy” trwa od 15 kwietnia do 15 października. I chociaż w listopadzie 2014 roku, a konkretnie 11-go, przekonałem się, że wcale tak rygorystycznie podanych terminów przestrzegać nie trzeba, to jednak przez wiele lat stosowałem się do nich.  We wspomnianą niedzielę również postanowiłem skorzystać z roweru i pojechać do nieodległego marketu Kaufland po kilka produktów spożywczych, a przy okazji trochę się przejechać.

Nie wiedzieć czemu, od razu ruszyłem w kierunku ronda Żaba. Kiedy już prawie minąłem Targówek, przypomniałem sobie o weekendowym bazarze na Namysłowskiej. Nie bardzo chciało mi się tam jechać,  bo w ciągu lata byłem na nim kilka razy, jednak niczego ciekawego na Namysłowskiej nie trafiłem. Pomyślałem, że i tym razem też tak będzie, bo w końcu szansa na trafienie jakichś modelików, zwłaszcza pod koniec października, jest prawie żadna.

Jednak byłem już niecały kilometr od bazaru, więc pomyślałem, że skoro już ruszyłem w jego kierunku to na niego zajrzę.
Ledwie wszedłem na bazar, zaraz na samym początku na jednym z rozłożonych na ziemi „stoisk” zauważyłem znaną mi doskonale kolekcjonerską witrynkę, a w niej modelik.

Modelik nie miał co prawda lewego lusterka, ale wyglądał dobrze. Kiedy zapytałem młodego człowieka, ile za niego chce, odpowiedź nie dość, że mnie zaskoczyła, to od razu wyciągnąłem z portfela 10 zł i zapłaciłem. W końcu tyle mniej więcej jest warta sama, pusta witrynka.  

Co roku, w trakcie „polowania” na kolejne zdobycze trafia się tak zwany „złoty strzał”. W 2014 roku był nim wylicytowany na Allegro za 15 zł i odebrany w Milanówku Mercedes 540K. W roku 2013 kupiony (również) na bazarze na Namysłowskiej plastikowy model-zabawka Fiat 125p. W roku 2012 właściwie taki status miały aż 2 modele: Volkswagen 1200 cabrio (kupiony na giełdzie) i Fiat 124 Spider (na Allegro).  

W ubiegłym roku (pominąwszy oczywiście modele, które dostałem w prezencie, a które w opisanych powyżej kategoriach, nie liczą się, bo na nie nie „polowałem”) za niekwestionowany „złoty strzał” mogę uznać bezsprzecznie, kupiony na bazarze na Namysłowskiej modelik Volvo S40.

Kilka tygodni po jego zakupie zabrałem się za dorobienie lusterka. Niby sprawa nie aż tak skomplikowana i opisywana na tym blogu dwukrotnie (Ford Fiesta i inne Volvo S40). Za pierwszym podejściem nie do końca się udała.

Lusterko dorobiłem, a kiedy już straciłem cierpliwość do dalszego piłowania, przykleiłem do nadwozia. Niestety lusterko okazało się odrobinkę za duże. We wskazanych tu wyżej modelikach, dorabiałem obydwa lusterka, więc mogłem je dobrze ze sobą porównać. Dorabianie jednego lusterka, na wzór drugiego, które w modeliku jest, zawsze bywa jednak trudniejsze. Takie rzeczy też robiłem, nawet w modelach na sprzedaż, ale było to dość dawno temu i możliwe, że miały one prostszy kształt. Tym razem po żmudnym piłowaniu, w pewnym momencie miałem dość.

Kilka dni później, próbowałem lusterko oderwać i nieco je poprawić, ale okazało się mocno przyklejone. Wyciągnąłem więć stare farbki Revel car-metallic, wybrałem jedną, która miała kolor najbardziej podobny do nadwozia i pomalowałem. Lusterko pomalowane wyglądało jednak jeszcze gorzej i było widać, że jest dorabiane. Ponadto po kilku dotknięciach powierzchni zewnętrznej okazało się, że farba z niego schodzi.

Po kilku tygodniach, w trakcie których robiłem poprawki w innych modelach, wziąłem do ręki modelik i postanowiłem poprawić dorobione lusterko „na modeliku”. Moją oprawkę od nożyka modelarskiego uzbroiłem w nowe ostrze i zacząłem rzeźbić. Starałem się nadać lusterku właściwy kształt porównując obie strony modelika. Lusterko oglądałem też co chwilę pod lupą. Kiedy uznałem, że już jest dobrze, postanowiłem je pomalować:   

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Tym razem jednak robiłem to za dnia i postanowiłem dobrać kolor jak najbardziej podobny do nadwozia, mieszając pokazane na zdjęciu farbki.  Aby dolna krawędź lusterka, gdzie styka się powierzchnia malowana z nie malowaną, wyszła równo, wzdłuż dolnej części lusterka wyrzeźbiłem maleńki rowek. Przed malowaniem odtłuściłem też lusterko spirytusem.

Farbki, którymi pomalowałem lusterko mają prawie 30 lat. O ile pamiętam, kupiłem je w Niemczech w 1986 lub 1987 roku. Mimo to kryją całkiem dobrze. Odtłuszczenie i pomalowanie cienką warstwą bardzo się później przydało. W trakcie poprawiania, strugania, wygładzania i nacinania rowka, lusterko przyklejone do karoserii klejem Kropelka żel, nie oderwało się. Po pomalowaniu wstawiłem modelik do gablotki. Kiedy tego samego dnia wieczorem wyjmowałem modelik z gablotki, zawadziłem nim o ściankę gablotki i niestety lusterko odpadło.

Zaszła potrzeba przyklejenia go do do modelika ponownie. Postanowiłem zrobić to jednak porządniej, niż za pierwszym razem.  

Tuż przed Bożym Narodzeniem robiłem zakupy w pobliskim sklepie Topaz. Kiedy już za nie zapłaciłem i pakowałem je do torby, dostrzegłem leżące przy kasie zimne ognie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA  

Zapytałem kasjerkę, czy mogę zobaczyć jak wyglądają w środku. Ta zdziwiła się nieco, bo zimne ognie kosztowały całe 59 groszy, ale wyraziła zgodę. Po obejrzeniu nabyłem je.  

W zimnych ogniach nie jest dla mnie istotne, czy palą się dobrze, czy nie. Dla mnie najcenniejszy jest w nich drucik. Drucik ten jest gładki, miękki, daje się łatwo ciąć i obrabiać. To właśnie z milimetrowego drucika z innych zimnych ogni, dorabiałem „żeberko” do atrapy w modeliku Simca 1100. Jednak te kupione ostatnio mają drucik jeszcze cieńszy – 0,6 mm.

Przyklejając lusterko po raz drugi, postanowiłem do pozycjonowania go w nadwoziu wykorzystać właśnie kawałek tego drucika. W czarnym plastikowym trójkąciku, który znajduje z przodu okna kierowcy, a do którego trzeba było przykleić dorobione lusterko, nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm. Taki sam otworek nawierciłem w podstawie lusterka.    

Volvo S40 6b

W podstawę lusterka wcisnąłem drucik. Następnie uciąłem go i przymierzyłem do nadwozia. W końcu posmarowałem podstawę lusterka Kropelką w żelu i przykleiłem do nadwozia. W trakcie całej operacji byłem zmuszony wielokrotnie brać  lusterko do ręki. Jednak tym razem z odtłuszczonej przed malowaniem powierzchni, farba nie starła się. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Naprawiony modelik nadawał się prezentacji na blogu już pod koniec grudnia. Jednak w tym czasie byłem zajęty różnymi pracami przy innych modelach, a później nastąpił cały szereg innych wydarzeń, dlatego prezentuję go dopiero teraz.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kupione okazyjnie na bazarze przy ulicy Namysłowskiej (na warszawskiej Pradze) Volvo S40 to oryginalny model firmy Minichamps. W sklepach modelarskich coś takiego kosztuje ponad 100 zł.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na Allegro można go kupić (w kompletnym opakowaniu) za ok. 60 zł, ale do ceny należy doliczyć przesyłkę, miej więcej w kwocie jaką dałem za mój model. Witrynka, w którą jest zapakowany, jest w stanie idealnym. Brakuje tylko kartonika.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ale cóż, za taką cenę nie ma co wybrzydzać. Dlatego też zakup modelika Volvo S40 uznałem za ubiegłoroczny „złoty strzał”.   

Cararama kontra Minichamps 

Na długo przed pojawieniem się w kioskach serii gazetowych z modelami w skali 1:43, kupowało się je w różnych miejscach. Ponieważ modele w sklepach modelarskich i salonach samochodowych były drogie, szukało się tańszych „alternatyw” np. w sklepach z zabawkami. 

Jednym z moich ulubionych tego typu sklepów był (niestety już dawno zlikwidowany) sklep Kuzyn Klown w C. H. Klif na warszawskiej Woli. W sklepie tym była dość szeroka gama niedrogich, a całkiem dobrych modeli z serii Cararama firmy Hongwel. Do sklepu tego często zaglądałem i kupiłem w nim kilka ciekawych pozycji do mojej kolekcji. 

W lutym 2005 roku właśnie w tym sklepie nabyłem za 19 zł model Volvo V50 ze wspomnianej serii. Bardzo mi się podobał i uważałem go, przez jakiś czas, za najlepiej wykonany model firmy Hongwel w mojej kolekcji.  

Kiedy pod koniec października ubiegłego roku zdobyłem Volvo S40, postanowiłem porównać je z Cararamą i tę ostatnią wyciągnąłem z pudła nr 5, które przechowuję w szafie w pokoju mojej córki:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W końcu to właściwie tylko odmiana kombi tego samego samochodu. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Model V50 tak bardzo mi się podobał, że kiedy w maju 2005 roku, w tym samym sklepie, w trakcie kolejnych „odwiedzin”, trafiłem taki sam model za 11, 99 zł, też go kupiłem. Z dwóch wybrałem sobie odrobinę lepiej wykonany, a drugi sprzedałem na  Allegro. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy Cararmie praktycznie „nie grzebałem”, bo poprawiać nie było właściwie czego. Ograniczyłem się tylko do wymontowania przednich lamp i pomalowania czarną matową farbą „obwódek” ich przezroczystych kloszy.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kiedy zacząłem porównywać obydwa modele zacząłem się zastanawiać, dlaczego atrapy w nich różnią się. Moje wątpliwości szybko „rozwiały się” w trakcie jednego z wieczornych spacerów z psem. W prawdziwych samochodach, sedanie S40 i kombi V50 atrapy też były inne.  

Przez te wszystkie lata, jakie minęły od zakupu modelika Cararamy, oliwkowe kombi V50 w pełni zaspokajało mój „kolekcjonerski apetyt”. Nie kosztowało drogo, było bardzo ładnie wykonane i naprawdę mi się podobało. Czasem tylko kiedy o nim sobie przypominałem, myślałem, że może dobrze byłoby uzupełnić kolekcję o wersję sedan tego samego auta. Jednak w przypadku aut marki Volvo, przez wiele lat od sedanów ważniejsze były odmiany kombi, bo te po prostu lepiej się sprzedawały.  Dlatego o zakupie modelika sedana S 40 nawet nie myślałem. Gdyby nie przypadek, zapewne bym go nie kupił.

Z okazyjnej zdobyczy jestem jednak bardzo zadowolony. Minichamps, to jednak Minichamps. I choć wymiarami i kształtem, Cararama specjalnie mu nie ustępuje, to jednak S40 ma wiele elementów wykonanych znacznie efektowniej i lepiej. Choć obydwa modeliki zostały pomalowane na prawie taki sam kolor, już na pierwszy rzut oka widać, że powłoka lakiernicza (jak się fachowo mówi) pokryta metaliczną farbą, jest w modeliku sedana znacznie lepszej jakości. W Cararamie farba jest w porównaniu do Michampsa po prostu bardziej „gruboziarnista”.

Nie zamierzam się jednak Cararamy pozbywać. Obydwa modele stanowią naprawdę fajną i ciekawą „parę”:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

 

P.S. 

Już po zakupie pokazanego tu modelika S40, w drodze powrotnej z bazaru przy Namysłowskiej „pokręciłem” się trochę po pobliskich uliczkach starej Pragi. Na ulicy 11 listopada, przy jednej z kamienic zauważyłem niemal identyczne auto jak to, które moi rodzice użytkowali w latach 1970-1979:

Takiej okazji nie można było „przepuścić”. Wyciągnąłem komórkę i zrobiłem kilka zdjęć:  

Kiedy tworzyłem ten wpis, po kilku miesiącach nie mogłem sobie zupełnie przypomnieć, którym rowerem w niedzielę 25 października pojechałem na Namysłowską. Przekonany byłem, że (jak zazwyczaj) był to dwudziestoletni Romet Trekking mojej żony. Jednak te zdjęcia temu przeczą:   

Na chodniku, obok Trabanta 601 Universal, stoi „miejski” Sprick mojej córki. W koszyczku widać jakieś zawiniątko. W jego środku było zapewne pudełko ze  świeżo zdobytym modelikiem Volvo S40.

Jak już tu napisałem, w ubiegłym roku „sezon rowerowy” trochę się przeciągnął. Rozpoczął się zresztą też wyjątkowo wcześnie.

Wiosną ubiegłego roku, moja córka zażyczyła sobie na 19. urodziny rower. Co prawda córka urodziny obchodzi na początku na początku czerwca, za prezentem zaczęliśmy się rozglądać już na początku marca. Pojechaliśmy wszyscy do kilku sklepów i marketów, w końcu w jednym z nich córce spodobał się „ogromny” i ciężki rower miejski wyposażony w koła 28″, aluminiową ramę,  7 biegową przerzutkę w piaście tylnej i dynamo w piaście przedniej. Roweru jednak od razu nie kupiliśmy.

Kosztował ponad 1000 zł i był oferowany w kredycie 0%. Postanowiłem więc wziąć go „w kredycie”. Poszliśmy zatem do punktu gdzie można ów kredyt dostać i tam zacząłem podawać dane potrzebne do jego uzyskania. W pewnym momencie pani poprosiła mnie o podanie zarobków. Podałem nieco zaniżoną kwotę, pani „zapuściła” system i …. dostałem odmowę.  Wróciliśmy zatem do domu z niczym.

Kilka dni później pojechałem do innego marketu, wybrałem z kilku najlepiej wyglądający egzemplarz i znów udałem się do punktu gdzie miałem nadzieję otrzymać wyjątkowy, promocyjny kredyt. (Oferowany był tylko na zakup kosiarki do trawy lub roweru).  Tym razem po pytaniu o zarobki, podałem kwotę o tysiąc złotych wyższą i …. znów dostałem odmowę.

Po krótkich wyjaśnieniach otrzymałem odpowiedź, że bank Credit Agricole nie przyznał mi kredytu, bo najprawdopodobniej nie ma historii moich poprzednich tego rodzaju pożyczek. Fakt, w życiu raz tylko wziąłem kredyt (też 0%) na zakup komputera, w czerwcu 2004 roku, a więc prawdopodobnie zbyt dawno temu.

Cóż nie, to nie, bez łaski.  Poprowadziłem wybraną kremową damkę do kasy, wyciągnąłem moją kartę płatniczą, po czym zacząłem się zastanawiać, jak świeży zakup zapakować do samochodu. Na parkingu jakoś sobie jednak z tym poradziłem. Kilka miesięcy później, znów miałem wątpliwą przyjemność pakowania roweru do auta.  

W czerwcu córka wybrała się z koleżanką do kawiarni w starym forcie, w parku przy placu Wilsona. Pojechała tam z koleżanką. Córka na swoim rowerze, koleżanka na wspomnianym treckingu mojej żony. „Dzieci” trochę się w kawiarni zasiedziały. Dzwoniłem kilka razy do córki i pytałem, jak mają zamiar wrócić do domu, a ta odpowiadała, że tak jak tam pojechały. Było dobrze po 22 drugiej, do domu było ok. 10 km, było już ciemno i chłodno (ok. 15 stopni), a na dodatek w treckingu i z przodu, i z tyłu były przepalone żarówki.

Nie mogąc dogadać się z córką, wsiadłem w samochód i pojechałem na Żoliborz. Opisywana już na tym blogu koleżanka (której portret, pędzla mojej córki, wisi teraz w „dużym” pokoju) wróciła do domu metrem, a Romet Trecking autem na Targówek. Córka nie chciała jednak jeszcze do domu wracać, ale kiedy trecking „wylądował” w końcu na balkonie, postanowiłem pojechać na Żoliborz po raz drugi.

W samochodzie miałem rozłożone siedzenia, fotel pasażera przesunąłem maksymalnie do przodu, a oparcie postawiłem pionowo. Córka w tym czasie „trochę zmiękła” i razem zapakowaliśmy „miejskiego grzmota” do samochodu.

Po październikowej wycieczce na Namysłowską, Sprick stał jeszcze przez kilka tygodni na balkonie, ale w końcu trzeba go było „odstawić na zimę”, na strych w domu moich rodziców w Piastowie. Pomny kłopotów jakie przysparza wkładanie i wyjmowanie tego roweru z samochodu, postanowiłem po prostu pojechać nim do Piastowa i wrócić komunikacją miejską. Do takiego manewru przekonała mnie też wspomniana wycieczka, jaką odbyłem przez całą Warszawę rok wcześniej (11 listopada 2014 roku), w trakcie której przekonałem się, że jazda na rowerze przy temperaturze ok 7 stopni, wcale nie musi być nieprzyjemna.   

Rower „odprowadzałem” do Piastowa dopiero w niedzielę 22 listopada. Tym razem jednak 25. kilometrowa trasa jaką miałem do przejechania, specjalnie przyjemna nie była. Było wilgotno i tylko 3 stopnie. Rowerem córki jeździ się znakomicie, zwłaszcza dzięki 7 biegowej przerzutce, ale przy tak niskiej temperaturze, frajdy to nie sprawia. Dlatego po drodze musiałem zrobić 2 przerwy, aby nieco się ogrzać. (Pierwszą w C.H. Arkada, drugą w C.H. Wola Park).  Kiedy dojechałem w końcu do Ursusa, zrobiła się szarówka i tu znakomicie sprawdziło się dynamo w piaście, które nie stawia dodatkowego oporu, a jednak halogenowa lampa dobrze oświetla drogę.

Przyjemny za to okazał się powrót. Po raz pierwszy miałem przyjemność podróżowania SKM. W porównaniu do zapamiętanych z przeszłości dojazdów zwykłym podmiejskim pociągiem, krótka podróż SKM była wręcz komfortowa. A kiedy o 19. dotarłem na przystanek MZA przy hotelu Novotel (dawniej Forum) znów wyciągnąłem komórkę i podparłszy ją na betonowym koszu na śmieci, zrobiłem to zdjęcie:

„Warsaw by night” Prawda, że pięknie ?