Tag: Ford

Wesołych Świąt

172-taksc3b3wki-1

Jeszcze do końca nie ochłonąłem z wrażeń po zakupie nowego, prawdziwego samochodu. A tu już święta. Wczoraj ubraliśmy choinkę.

Choinka 2019 1b

Zawsze była żywa, ale w tym roku tradycję przejęła moja córka i to dla niej kupiliśmy w promocji, w Lidlu jodłę kaukaską. O tym, żeby taką samą kupić też dla nas, jakoś nie pomyśleliśmy. Wieczorem tego samego dnia wybrałem się na spacer po Targówku. U zbiegu ulic Kersona i Borzymowskiej, z dala od bazarku i marketów, na pustym placu rozłożył się sprzedawca choinek. Cena za mała choinkę w doniczce, (jaką mieliśmy w ubiegłym roku) nie była zachęcająca (50 zł). Ubiegłoroczna choinka mimo pielęgnacji i podlewania też uschła, a później tuż przed Wielkanocą, przy próbie wyjęcia jej z doniczki, ta ostatnia potłukła się. Jakiś tydzień temu pojechałem po coś do Arkadii. Po krótkiej telefonicznej konsultacji z żoną kupiłem małą sztuczną choinkę, a niech tam, w końcu małych dzieci w domu już nie ma, a wiadomo przed świętami pracy w domu jest zawsze co niemiara.

Dwa tygodnie temu odbyła się w Warszawie, a właściwie na jej dalekich obrzeżach (bo tuż na granicy Ursusa i Gołąbek) na nowo „ożywiona” giełda modeli. A wyglądała tak:

Na giełdę pojechałem już nowym autem, pojechałem tam właściwie „towarzysko”, zobaczyć jak to będzie wyglądało. Giełda była naprawdę duża i pokazany tu filmik pokazuje zaledwie kilka stoisk już pod sam jej koniec. Moje hobby właściwie powoli umiera. Nie bardzo mam czas i ochotę „ślęczeć”  nad aukcjami na Allegro i oglądać właściwie tę samą niezbyt interesującą mnie ofertę.

Co innego giełda. To już właściwie jedyne miejsce gdzie jeszcze coś tam kupuję. Nie coś, co sobie wymarzyłem, ale coś, o czym myślałem w ostatnich latach. Prawda jest też taka, że zajęty codziennymi sprawami, po powrocie z pracy jestem przeważnie zmęczony i nie bardzo mam ochotę „ślęczeć”  nad kolejnymi modelikami. W przeciągu całego mijającego już roku nabyłem do kolekcji raptem 4 modele. Wyjątek wydarzył się na ostatniej giełdzie gdzie pomimo pierwotnego zamiaru „pooglądania i pogadania” też kupiłem 4 modele i na tym moja tegoroczna kolekcjonerska aktywność raczej się zakończy. Po trosze straciłem zapał, nowe, kolejne modeliki już mnie tak nie podniecają jak kilka lat temu, a poz tym trochę szkoda mi na nie pieniędzy.

A oto co przywiozłem z giełdy:

escort

Ford Escort z serii „Kultowe Auta PRL” . Kupiłem go za całe 10 zł. Jest niekompletny, ale nabyłem go z zamiarem przeróbki na model MK4 jakim jeździłem.

corsa

Opel Corsa również z „kultowej” serii. W mojej kolekcji nie miałem dotąd żadnego modelika tego popularnego auta. Już jakiś czas temu postanowiłem takowy nabyć. Tym razem udało się go trafić za 20 zł.

rekord

Za taką samą kwotę nabyłem też modelik innego auta tej samej marki. Opel Rekord P2 nie ukazał się w polskiej serii. Ale wyszedł w serii rumuńskiej, a że od dawna mi się podobał, postanowiłem go kupić tym razem, również okazyjnie.

fabia

I na koniec nieco droższy „modelik w zastępstwie”. Od lat podoba mi się Skoda Octavia III. Zapragnąłem więc zdobyć też jej modelik. Niestety na giełdzie zarówno oglądany jakieś dwa lata temu srebrny modelik firmy Abrex, jak i na ostatniej giełdzie modelik w kolorze niebieskim, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ale na tym samy stoisku była jeszcze Skoda Fabia III. Jej modelik jest o wiele lepiej wykonany (choć to też Abrex). Ponieważ cena bazowa była taka sama, kupiłem ten drugi. A niech tam, wydałem 55 zł, ale będę miał w kolekcji chociaż jeden modelik samochodu, który miałem szczery zamiar kupić, a którego w końcu nie kupiłem i specjalnie tego nie żałuję.

Cóż na modelik Fiata Tipo przyjdzie mi zapewne poczekać, bo na razie żadna znana mi firma takowego nie robi. Może zrobi go Burago, bo w końcu w Włoszech samochód sprzedaje się naprawdę dobrze.

pozdrawiam

 

 

300. Pożegnanie i powitanie – Nowy nabytek 1:1

300 wpisów na blogu 2b

I chociaż nie będzie to wpis o modelikach, starałem się aby taki był. 

Zaraz, ale jak to się stało, że poprzedni wpis miał jeszcze niedawno numer 298, a teraz wypada „jubileusz” ? Otóż nadarzyła się okazja szczególna, warta „uwiecznienia” na blogu, a skoro się nadarzyła, to dobrze byłoby, aby wpis z tej okazji miał okrągły „jubileuszowy” numer. Ale jak to zrobić ? Początkowo, miałem zamiar dodać jeden „szybki” wpis np. reklamujący „odrodzoną” po raz kolejny „modelikową” giełdę. Później przypomniałem sobie jednak, że kiedy zakładałem „nowy” blog (pod tym adresem), na samym początku zamieściłem na nim krótki wpis „Witam w nowym miejscu”. Wpis ten nie został za-numerowany,  bo „stary” blog, z którego treści zostały przeniesione tutaj później, jeszcze istniał. Po migracji „powitalny” wpis nie dostał jakoś numeru, bo znajdował się miedzy ostatnimi wpisami jeszcze ze „starego” bloga.

Olśniło mnie więc i nadałem „powitalnemu” wpisowi na WordPress zgodny z kolejnością numer, bo przecież bloga miniauto-43 (założonego jeszcze na Onet.pl) od prawie 2 lat już nie ma. Następujące po nim wpisy prze-numerowałem i tym sposobem mamy oto kolejny „okrągły jubileusz”

Ale do rzeczy:

Dobrych kilka lat temu zacząłem rozglądać się po rynku motoryzacyjnym i powoli przymierzać się do ewentualnej zmiany auta. Doszedłem do wniosku, że córka dorasta, pies się starzeje i duży rodzinny samochód nie będzie nam już potrzebny. Moje zainteresowanie wzbudził mały Volkswagen Up! W trakcie noworocznej wyprzedaży rocznika wybrałem się do salonu, gdzie obejrzałem auto i przymierzyłem się do niego. W innym salonie obejrzałem też bliźniaczą Skodę Citigo. Samochód spodobał mi się i nawet jakiś czas później pojechałem nim na jazdę próbną.  Nie było jednak wtedy żadnej „palącej potrzeby” bo moja Astra sprawowała się dobrze, więc na oględzinach Up’a się skończyło.

Dokładnie 3 lata temu w grudniu „znalazłem” na Otomoto wyglądającą na całkiem rozsądną ofertę sprzedaży „prezentacyjnego” egzemplarza samochodu Astra J sedan z przebiegiem 3 tys km. Pokazałem zdjęcia auta mojej mamie, która wówczas jeszcze żyła. Samochód bardzo się jej spodobał i nawet trochę namawiała mnie do jego zakupu. W tym aucie byłem powiem szczerze „trochę zakochany”. W Black Weekend kilka lat temu wybrałem się nawet do salonu i odbyłem jazdę próbną, po której nieco ochłonąłem. Cóż Astra jak Astra, choć z zewnątrz i w środku prezentowała się znakomicie, jeździła niemal dokładnie tak samo, jak moja starsza o 2 generacje, ale wyposażona w podobny silnik. Samochód z silnikiem 1,6 o mocy 105 KM wydawał nawet prawie identyczne odgłosy co mój, a komfort wcale „nie powalał”.  Auto podobało mi się, ale zwyciężył rozsądek. Samochód był od mojego dokładnie 10 cm szerszy, 0,5 metra dłuższy i …. cięższy o 250 kg. Moją „miłość” do Astry J w wersji sedan udało  mi się za to „uwiecznić” w postaci modelika (opisanego zresztą na tym blogu).

Później nastąpił opisywany zresztą tutaj ciąg wydarzeń, który pokrzyżował moje marzenia i plany. W marcu 2017 roku zmarła moja mama. Uporządkowania wymagał nie tylko dom po niej (a pracy było co niemiara) ale i sprawy spadkowe (w końcu mam też siostrę, która co prawda mieszka nad Atlantykiem, ale mam). Moja dotychczasowa Astra służyła mi dalej dzielnie w trakcie załatwiania tych wszystkich spraw i wciąż sprawowała się bardzo dobrze. Kiedy to, co trzeba było załatwić zostało załatwione, późną jesienią ubiegłego roku najpierw zachorowała, kilka tygodni później zmarła moja teściowa. Sytuacja znów się zmieniła, a ja nie miałem głowy do zajmowania się zmianą auta.

Kiedy wydawało się, że już wyszliśmy na prostą, na początku marcu córka wyjechała na „erasmusa” do Berlina i znów nie było czasu na wycieczki po salonach. Dotychczasowy samochód jeździł i co prawda okazywał już oznaki zużycia, ale „dawał radę”.

Rok temu zepsuł się zawór EGR, ale że zaciął się w pozycji „zamknięty” i tylko paliła się kontrolka na zestawie wskaźników, z awarią jeździłem ponad miesiąc zanim go wymieniłem.  W maju tego roku nagle przestała działać klimatyzacja. Naprawa kosztowała 500 zł, ale przed latem było warto to zrobić. W połowie lipca pękła lewa sprężyna z przodu i trzeba było wymienić całe kolumny przedniego zawieszenia za 900 zł. Niedługo potem, a właściwie w trakcie tej naprawy (mój mechanik założył złe, za wysokie sprężyny i wymieniał je jeszcze raz) coś złego zdarzyło się z silnikiem. Zaczął szarpać na wolnych obrotach. Ponieważ awaria nastąpiła tuż przed urlopem, na 4 dniowy (bardzo udany zresztą) pobyt w hotelu Omega w Olsztynie pojechaliśmy pociągiem. Nie chciałem ryzykować i auto zostawiłem w Warszawie. Zresztą dzięki zniżce „seniora” jaka mi w PKP przysługuje, bilety kosztowały tylko 2x po 90 zł , podróż pociągiem Intercity nie była długa, a komfortowa. Na miejscu samochód okazał się zupełnie niepotrzebny, więc gdybym nim pojechał może zaoszczędziłbym na benzynie 10 – 15 zł , a nerwów bym stracił co niemiara.

W okrągłą 12 rocznicę odbioru Astry z salonu, 1 sierpnia z Berlina wróciła już na stałe moja córka. Ja zająłem się pomocą w urządzaniu się jej. W tym czasie samochód trafił na kilka dni do warsztatu. Mój mechanik jednak się poddał. Sprawdzał to i owo, ale niczego nie wymienił nie wziął też za próby usunięcia usterki żadnych pieniędzy.

Jeszcze w lipcu, w trakcie dwukrotnej naprawy sprężyn, wygrzebałem na Otomoto dość rozsądną ofertę samochodu Skoda Fabia z silnikiem 1.0 o mocy 75KM. Salon który auto oferował, leży w pobliżu mojej codziennej drogi do pracy, więc do niego wpadłem. Na miejscu bardzo miły sprzedawca (notabene rówieśnik mojej córki) oznajmił, że ma taki samochód, ale z instalacją gazową. Rozważałem nawet jego zakup, ale na przeszkodzie stanęła jednak cena. Można było co prawda wziąć auto z kredytem 50/50. Ale rata za spłatę „drugiej” połowy wartości była rozłożona na 3 lata  i wynosiła ok 780 zł miesięcznie.

Fabia 3

Oferta była dość atrakcyjna, bo choć rata nie była mała, po zakupie auta mógłbym zaoszczędzić ok 300 zł miesięcznie na „gazie”. Jednak po spłacie samochód byłby de facto o 4 tys zł droższy niż jego formalna cena zakupu. Nie to jednak ostatecznie mnie powstrzymało. Przed zakupem powinienem się dokładnie przebadać „pod kątem kredytu”. 3 lata to w moim wieku kawał czasu i powinienem sprawdzić jaki jest stan mojego zdrowia, zanim na kredyt się zdecyduję.

W trakcie wizyty w salonie pożegnałem się też już ostatecznie z ewentualnym zamiarem zakupu Skody Citigo. Dowiedziałem się, że auto oferowane tylko z silnikiem 60 KM, jest niezbyt atrakcyjne cenowo. Od stycznia 2020 będzie dostępne tylko jako samochód elektryczny, a więc wiadomo, że będzie kosztowało majątek.

Do salonu podjechałem Astrą tuż przed drugą wymianą sprężyn (ze złymi jeździłem raptem 3 dni) ale przód auta był o 5 cm za wysoko i auto nie nadawało się oględzin, w trakcie których oszacowano by kwotę, jaką dostałbym w rozliczeniu przy zakupie Skody.

Astra co prawda zaliczyła już ciąg usterek, ale jeździła. W sierpniu pojechaliśmy nią 2 razy na wycieczki do Rawy Mazowieckiej i raz nad Liwiec. Po zrobieniu jednej z dłuższych tras poszarpywanie silnika na wolnych obrotach ustało. Nawet kiedy silnik pooszarpywał, obroty „trzymał” i wystarczyło dodać lekko gazu, a przy ok 1200 obr/min poszarpywanie ustawało. Poza tym samochód normalnie jeździł. W trakcie wycieczki nad Liwiec postanowiłem go nieco „przegonić” i na nowej obwodnicy Marek rozpędziłem go na chwilę do 160 km/h. Zapewne poszedłby więcej, bo „pod pedałem” było jeszcze sporo luzu, ale obok siedziała żona i niestety przy tej prędkości próbę „pogonienia” musiałem szybko zakończyć.

We wrześniu, kiedy zrobiło się chłodniej, znów się pojawiło poszarpywanie na wolnych obrotach. Samochodem cały czas dojeżdżałem do pracy ok. 62 km dziennie. W trakcie jazdy auto normalnie się zachowywało, gorzej było na skrzyżowaniach i w korkach. Toteż jak ognia unikałem jazdy po mieście, a do pracy jeździłem trasą S8.

W połowie września wybrałem się do poleconego przez kolegów z pracy warsztatu w Ożarowie Mazowieckim. Warsztat sprawdził auto, przeczyścił wymieniany w grudniu zawór EGR, zainkasował 220 zł i znów z usterką sobie nie poradził. Wyglądało więc na to, że auto trzeba zaprowadzić do autoryzowanego serwisu, bo normalne warsztaty nie są w stanie go dobrze naprawić. Po tej ostatniej próbie przejechałem ok 4 tys km i chociaż nic złego się specjalnie nie działo, miałem świadomość, że samochód już swoje odsłużył i nawet jeśli coś się w nim zepsuje, nie mogę mieć do niego pretensji.

Miałem też w pamięci słowa mojego drugiego szwagra, który w ośrodku badawczo-rozwojowym Forda koło Kolonii przepracował wiele lat. Powiedział mi (gdzieś w latach 90-tych) , że samochody klasy kompakt, czyli auta segmentu C (niższej klasy średniej) takie jak Golf, Escort, Focus czy Astra są projektowane na 12 lat i 200 tys. kilometrów przebiegu. A moja Astra taki wiek właśnie osiągnęła, a przebieg miała nawet większy.

Na to wszystko nałożyła się sytuacja w pracy. Od powrotu z urlopu praktycznie cały czas jestem zestresowany, bo pracy jest tyle, że czasem muszę nawet dłużej zostawać. Moja firma notuje w ostatnich latach kilkunastoprocentowe wzrosty obrotów, co przekłada się bezpośrednio na obciążenie pracowników. Dlatego uznałem, że szarpanie się dodatkowo z dojazdami starym, wysłużonym samochodem jest „ponad moje nerwy”. Dlatego zaraz po Świecie Zmarłych znów zacząłem przeglądać oferty na Otomoto. Pierwszy wybór padł na samochód Skoda Fabia.

fabia3

W sobotę 9 listopada wybraliśmy się z żoną do salonu przy Grochowskiej. Żona nie była specjalnie przekonana do całej planowanej operacji. Ale cóż, na wizytę w salonie dała się namówić. Nie oglądaliśmy w nim żadnego samochodu, bo takowego w salonie nie było (były za to tylko droższe modele). Porozmawialiśmy z miłą panią, która przedstawiła nam ofertę finansowania w różnych wariantach . Wtedy też okazało się, że oglądana przeze mnie w sierpniu Skoda Fabia z silnikiem 75 KM nie jest już w ogóle oferowana. Umówiliśmy się więc na jazdę próbną tym, na co byłoby nas stać.

W kolejną sobotę 16 listopada miałem pierwotny zamiar skorzystać po raz kolejny ze  zniżki „seniora” na pociąg  Intercity i wybrać się na targi Hobby do Poznania. Zamiar ten jednak porzuciłem, bo o godz. 11 zjawiliśmy się w salonie skody, gdzie na godzinę dostaliśmy kluczyki do samochodu Skoda Fabia z silnikiem 60 KM.

Autem ruszyliśmy sami z żoną najpierw po Grochowie, później pojechaliśmy Trasą Łazienkowską z Ronda Wiatraczna do stacji metra Politechnika. Po mieście Skoda „dawała radę”, jednak już w trakcie szybszego przejazdu przez Most Łazienkowski zauważyłem, że auto przy ok 100 km/h, na 5 biegu, praktycznie nie reaguje na pedał gazu. Przy akademiku Riwiera zawróciliśmy i po praskiej stronie pojechaliśmy Wałem Miedzeszyńskim, a stamtąd na estakady wychodzące z Mostu Siekierkowskiego w stronę Rembertowa. Na nich udało mi się rozpędzić auto do 135 km/h. Samochód jechał, ale w środku stał się nieprzyjemnie hałaśliwy.

Reasumując auto z najsłabszym 3 cylindrowym silnikiem benzynowym nadawało się do miasta, ale na trasę już niekoniecznie, a do „zagazowania” moim zdaniem wcale, chociaż Skoda oferuje taką opcję, za dość korzystną dopłatą ok 2 tys. zł. Poza tym, aby samochód naprawdę „jechał i dawał radę” obroty silnika trzeba było utrzymywać w zakresie 3 – 4 tyś obrotów/min, a więc o co najmniej 500 a nawet do 1 tyś obrotów/min wyżej niż w moich poprzednich autach, które miały silniki 4 cylindrowe.

Po powrocie, w salonie porozmawialiśmy o ostatecznej ofercie. Była korzystniejsza niż lipcowa, a auto było „wypasione”, miało nawet aluminiowe felgi i fabryczne radio (była to wersja Ambition). Jednak oferta nas nie zachwyciła i trzeba było poważnie się nad nią zastanowić.

Z salonu Skody na Grochowie pojechaliśmy wprost do najbliższego salonu Fiata przy Ostrobramskiej. Chciałem żonie pokazać nowe Tipo. Wcześniej nie brałem pod uwagę zakupu tak dużego auta, ale w salonie samochód żonie bardzo się spodobał. Spodobał się jej też pastelowy czerwony kolor, do którego Fiat nie wymaga dopłaty (w skodzie za taki kolor trzeba dopłacić 1200 zł). Niestety było trochę przed godziną 14. i choć salon czynny był do 16. obecny w nim sprzedawca zupełnie nie był rozmowny.

Zaczęliśmy rozważać możliwość zakupu auta w wersji sedan, bo takie Tipo jest po prostu najtańsze. W końcu dlaczego nie ? Samochód do miasta nie jest nam właściwie potrzebny. 15 września w Warszawie uruchomiono kolejny odcinek 2 linii metra. Teraz mamy z mieszkania do wejścia do metra mniej więcej tyle, co z wejścia do metra na peron. Po co więc nam mały, słaby, typowo miejski samochód. Żona już od dawna dojeżdża do pracy metrem, a ja kiedy potrzebuję coś załatwić w centrum miasta, kupuję 20 minutowy bilet za 3,40 zł i po 15 minutach wysiadam pod Pałacem Kultury.

W środę 20 listopada mieliśmy do załatwienia sprawę w kancelarii notarialnej na Starym Mieście. Żona ma kartę miejską, a ja za 15 zł kupiłem sobie bilet ważny 24 godziny na wszystkie linie. Z kancelarii pojechałem do salonu Opla przy Połczyńskiej, w serwisie którego od kilku lat wymieniałem olej w samochodzie. Tam obejrzałem Corsę 1,2 i porozmawiałem ze sprzedawcą. Później poszedłem do salonu Fiata, który jest obok. Niczego jednak nie załatwiłem, bo musiałem szybko podjechać do centrali mojej firmy, gdzie kolega, z którym przez blisko 20 lat współpracowałem o godz. 14. zorganizował dość „huczne pożegnanie” z okazji przejścia na emeryturę. Na pożegnanie to po prostu nie wypadało mi nie pojechać. Z centrali pojechałem autobusem z powrotem na Połczyńską, tym razem już tylko do salonu Fiata.

Porozmawiałem ze sprzedawcą, obejrzałem po raz kolejny samochód i zapytałem o jazdę próbną. Sprzedawca dał mi kluczyki do zielonego Tipo z napisem „jazda  testowa”.  Pojechałem sam, najpierw Połczyńską w kierunku Mor, a następnie wjechałem na trasę S8 i autostradę A2, na znany mi z codziennych dojazdów do pracy odcinek do węzła Pruszków. Po zjeździe z autostrady pojechałem w kierunku mojej firmy i na chwilę wjechałem w ślepą uliczkę, na której zatrzymałem auto. Włączyłem lampkę , aby nieco zapoznać się z jego wnętrzem. Samochód był wyposażony w 4 cylindrowy silnik benzynowy o mocy 95 KM (dokładnie taki sam jak bazowa wersja, którą byłem zainteresowany) ale miał 6 biegową skrzynię. Pomyślałem cóż, to przecież „testówka” i musi być „wypasiona”.

Autem jechało mi się bardzo dobrze. Od razu na samym początku wyłączyłem radio, aby posłuchać silnika. Auto przy prędkości do 130 km/h było ciche. Nie było w nim słychać ani silnika, ani odgłosów oporu powietrza. (Samochód ma współczynnik oporu aerodynamicznego 0,29, co tym segmencie jest bardzo dobrym wynikiem). Po powrocie do salonu zwróciłem uwagę sprzedawcy, że testowany samochód miał 6 biegów, a mnie interesuje przecież  wersja podstawowa.  Wtedy sprzedawca zaprosił mnie do granatowego fiata w podstawowej wersji wyposażenia i oznajmił: „niech pan zobaczy, ten też ma skrzynię „szóstkę”, każdy ma”. Później dostałem od niego namiary do kolegi od aut używanych i umówiłem się na oględziny Astry.

W kolejną, trzecią już sobotę z rzędu, 23 listopada znów pojechaliśmy z żoną do salonu samochodowego. Tym razem na wycenę Astry. Nie były to jednak pobieżne oględziny starego auta, jak w przypadku mojej poprzedniej (pierwszej) Astry. Podjechaliśmy kilkaset metrów na położoną obok salonu Opla stację diagnostyczną. Podobnie jak salony Opla, Fiata, Citroena i salon Kia należy ona do znanej w Warszawie firmy Carserwis. Astra pomyślnie zaliczyła ścieżkę diagnostyczną i nie rozpadła się. Oferowana za nią cena była dla mnie zadowalająca. Wróciliśmy więc do salonu. Tym razem żona wyciągnęła swoją kartę płatniczą i zapłaciła 1000 zł zaliczki za zarezerwowany już wstępnie samochód.

W środę 27 listopada znów wziąłem urlop. Miałem zamiar podjechać do Urzędu Dzielnicy Targówek autobusem, ale w końcu podjechałem Astrą. Po dwóch godzinach oczekiwania odebrałem nowe tablice rejestracyjne. Od czasu zakupu Astry dzielnica trochę się rozbudowała, a kolejki wydłużyły. Z urzędu wróciłem do domu, zabrałem z samochodu resztę rzeczy i wyruszyłem na ostatnią przejażdżkę moim stary autem. Po załatwieniu reszty formalności ok godz. 15 do domu wracałem już nowym:

Fiat Tipo 1b

Fiat Tipo II w bazowej wersji wyposażenia o nazwie Tipo (inne, wyższe wersje mają inne nazwy np. Pop) kosztował mniej niż kupiona ponad 12 lat temu Astra. W żadnym razie nie jest od niej jednak wyposażony gorzej. Nie ma tylko elektrycznych lusterek, które Astra miała, nie ma też chromowanych klamek we wnętrzu i malowanych na kolor nadwozia obudów lusterek. Podobnie jednak jak Astra ma manualną klimatyzację i elektryczne szyby z przodu. Ma też wyposażenie, którego Astra nie miała.

Fiat Tipo 2b

Ma kierownicę regulowaną w dwóch płaszczyznach, fabryczne radio z portem USB, komputer pokładowy, klapę bagażnika otwieraną również pilotem, a także 6 a nie 5  biegów. Dużą moim zdaniem zaletą samochodu jest benzynowy, 4 cylindrowy „znany i uznany silnik Fire” (jak napisano w prasie motoryzacyjnej ) o pojemności 1,4 litra i mocy 95 KM (Astra też miała silnik 1,4 o mocy 90 KM) Jest to silnik może nie najnowocześniejszy, ale dobrze sprawdzony w starszych modelach.

Obecnie w większości aut typu kompakt, nawet takich jak Opel Astra (K), Ford Focus czy nawet Skoda Octavia są stosowane jednostki 3 cylindrowe, z reguły o pojemnościach od 1.0 do 1.2 litra, a osiągające moce nawet do 140 KM (rzecz jasna z turbodoładowaniem). Silniki 4 cylindrowe przechodzą, co prawda do lamusa, ale w samochodach rodzinnych stosowane były praktycznie bez przerwy od ponad 100 lat ! Samochody klasy kompakt wyposażone w nowoczesne „ekologiczne” 3 cylindrowe jednostki przeważnie o pojemności 1 litra powstały niejako z silników 4 cylindrowych o pojemności 1,4 przez „obcięcie” jednego cylindra. Są mniejsze, lżejsze i prawdopodobnie tańsze w produkcji. Jednak na rynku są stosunkowo krótko. Ich osprzęt jest dużo bardziej skomplikowany, są też jak na swoją pojemność dość mocno „wyżyłowane”, a na określenie ich realnej trwałości jest jeszcze trochę za wcześnie. Miedzy innymi to skłoniło mnie do zakupu Fiata, bo jest to jeden z ostatnich „tradycyjnych” samochodów, który gdyby wydano książkę z serii „sam naprawiam” można by było obsługiwać samemu we własnym garażu.

A co do ekologii. Mój nowy samochód jest wyposażony w system start-stop, który jak na razie działa świetnie. Podczas postoju przed światłami auto nie emituje spalin ani hałasu, bo silnik po porostu nie pracuje. System można co prawda w razie potrzeby wyłączyć, ale takie auto (w stosunku do „normalnego”) ma z reguły wzmocniony rozrusznik i alternator oraz akumulator o zwiększonej pojemności, wiec skoro już taki system jest, niech działa.

Cała ta „motoryzacyjna ekologia” to zresztą po trosze „pic”, o czym przekonałem się rok temu. Zawór recyrkulacji spalin (EGR), który ma ograniczać emisję szkodliwych związków, jest zamknięty zarówno w trakcie pracy silnika na postoju, jak i pod większym obciążeniem. Otwiera się i pełni swoją rolę tylko przy częściowym obciążeniu silnika np. w trakcie równomiernej i spokojnej jazdy po autostradzie. A wtedy najczęsciej wiatr rozwiewa czystsze nieco spaliny po polach.  W trakcie jazdy po mieście praktycznie więc nie działa. Mogłem się o ty przekonać również namacalnie. Kiedy zawór się zepsuł, kontrolka sygnalizująca jego awarię w mieście się nie zapalała. Zapalała się dopiero po przejechaniu kilku kilometrów autostradą, przy stałej prędkości ok. 90km/h.

A teraz kawałek mojej prywatnej historii motoryzacji,  a w niej wszystkie auta, jakie od czasu uzyskania prawa jazdy użytkowałem:  

1979 – Polski Fiat 126p

Fiat 126p

(drugi samochód moich rodziców)

Tak, tak, z tym autem miał do czynienia chyba każdy dorosły Polak, a przynajmniej już na pewno każdy urodzony w PRL . Samochód pokazany powyżej nie był co prawda mój, ale często z niego korzystałem.

Chyba w 1975 roku , kiedy moi rodzice ochłonęli nieco po przeprowadzce z Żyrardowa do podwarszawskiego Piastowa, z inicjatywy mojej mamy założyli „książeczkę samochodową”. Trabant 601 Universal (jakim wtedy jeździli) miał co prawda 5 lat, ale wiadomo było, że zakup kolejnego nowego auta nie będzie już tak prostą sprawą, jak w jego przypadku. Bodajże w sierpniu 1979 roku, po wpłaceniu  kilkudziesięciu rat,  przyszło zawiadomienie, że „książeczka” moich rodziców została szczęśliwie wylosowana i samochód czeka na odbiór. Po odbiór auta pojechaliśmy z ojcem do Polmozbytu w Warszawie przy ul. 1 Sierpnia. W dużej sali stało do wyboru kilkadziesiąt „maluchów” w dostępnych tego dnia kolorach : „kość słoniowa”, albo „piasek pustyni”.  Chociaż Trabant też był pastelowo żółty, wybraliśmy  drugi z wymienionych kolorów.

Autem odbyłem 3 samodzielne wyjazdy na urlop. W 1982 roku pod namiot do Piecek koło Mrągowa. W 1984 roku też pod namiot do Okuninki koło Włodawy, a  w 1985 roku do Krasiczyna koło Przemyśla (gdzie FSO miało swój ośrodek wczasowy) . Za każdym razem rodzice zaopatrzyli mnie w odpowiednią ilość „kartek na benzynę” i dzięki temu udało się nie tylko odbyć urlopowe podróże, ale i też pozwiedzać trochę okolice. Malucha używałem czasem też w okresie, gdy miałem już swój własny samochód.

A to już bezpośredni poprzednicy FIATA TIPO :

1988 – Ford Escort 1.6 DC MR ’89

Escort 1b

 (mój pierwszy własny samochód)

15 listopada 1988 roku na plac w pobliżu Dworca Gdańskiego, gdzie w owym czasie stał barak, w którym mieścił się Urząd Celny (a gdzie obecnie  stoi centrum handlowe Arkadia) przyjechały wprost z Kolonii 2 lawety nowiutkich aut. Z jednej z nich zjechał mój pierwszy własny samochód. Jak stałem się jego posiadaczem opisałem przy okazji wspomnień o mojej karierze w FSO (pod koniec wpisu 155. smutny koniec historii).

Escort 2b

Zamieszczone powyżej zdjęcia zostały wykonane prawdopodobnie późną jesienią roku 1994, kiedy moja żona jeszcze nią nie była.

Escort 5b

Przełom sierpnia i września roku 1991 i moja „samochodowa podróż życia”. Z podwarszawskiego Piastowa na Lazurowe Wybrzeże. Na zdjęciu powyżej : Postój na „Drodze Napoleońskiej” gdzieś w Prowansji miedzy Grenoble a Cannes. Widoczna na zdjęciu jasna smuga u podnóża gór po drugiej stronie doliny to droga, którą pojechaliśmy chwilę później.

Escort 4b

Mój ojciec, który towarzyszył mi w tej wyprawie na tle poru w Nicei. Obok Ford Escort 1,6 DC wyposażony w wolnossący wysokoprężny silnik o pojemności 1,6 litra i mocy 54 KM.  (w drodze do Monte Carlo)

Escort 6b

Jesień 1991 . Pan inżynier konstruktor z FSO na kontrakcie w RFN. Wycieczka z Koblencji w górę rzeki Mosel do miasta Cochem, gdzie na wzgórzu, nad miastem góruje dobrze zachowany średniowieczny zamek (jak z bajki).

Escort 3b

Lato roku 1996. Oba auta razem przed domem moich rodziców. Jola trzyma na rękach kilkutygodniową Agnieszkę. Mój ojciec nie był estetą. W maluchu po kilkunastu latach eksploatacji zardzewiały felgi. Pomalował je więc ta samą farbą co bramę.

Fordem jeździłem przez 7 lat i 8 miesięcy. Przejechałem nim 143 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 18650 km. Samochód sprzedałem w lipcu 1996 roku

I kolejny samochód (mój drugi)

1996 – Opel Astra 1.4 sedan MR’97

Astra

Lato roku 1998. Kiedy w markecie Tesco Aga wsiadła na rowerek, nie chciała już z niego zejść (nawet przy kasie).

Astra 0

Powrót „od dziadków” . Czasem zanim auto ruszyło dziecko już spało.

Astra 2

Rok 1999 i postój w drodze na urlop w Kołobrzegu.

Niestety dobre zdjęcia „pierwszej” Astry nie zachowały się. Ba, chyba w ogóle takowych prawie nie ma, bo przecież w tamtym czasie nie fotografowało się poczciwej Astry, a właściwie tylko  małą Agnieszkę.

Astra 1

Trzyletnia Agnieszka, a w tle jej „rówieśniczka” nasz Opel Astra 1.4 sedan z benzynowym silnikiem 1,4 litra o mocy 60 KM.

Astrą jeździłem przez 10 lat i 10 miesięcy. Przejechałem nią 193 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 17815 km. Samochód oddałem w rozliczeniu za nowy.

I kolejny dobrze już znany ( chociażby z tego bloga)

2007 – Opel Astra Classic 1.4 Twinport

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Astrą Classic miała benzynowy silnik Z14XEP o pojemności 1,4 litra i mocy 90 KM. Jeździłem nią przez 12 lat i 4 miesiące. Przejechałem nią 223 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 18081 km. Samochód oddałem w rozliczeniu za nowy.

Historia zakupu tego auta została dokładnie opisana tu :

33. Nowy nabytek, tym razem 1:1

 

Są chwile które warto uwiecznić! Tym razem całkiem przypadkiem nadarzyła się ku temu świetna okazja !

Kiedy pojechałem do salonu Carserwis po odbiór Fiata, Astrę zaparkowałem w pobliżu punktu sprzedaży samochodów używanych, na akurat wolnym kawałku  jezdni.

Fiat Tipo pożegnanie 1b

Po załatwieniu wszystkich formalności , z salonu sprzedawca zaprowadził mnie do dość obszernej sali, w której czekał na mnie mój kolejny nowy samochód (tym razem już czwarty). Kiedy brama wyjazdowa się uniosła, tuż za nią ukazała się Astra.

Fiat Tipo pożegnanie 2b

Dlatego poprosiłem sprzedawcę, aby na chwilkę wstrzymał „wydawanie” samochodu.

Fiat Tipo pożegnanie 3b

I już ostatnie pożegnalne zdjęcie po ponad 12 latach razem !

Fiat Tipo pożegnanie 4b

ŻEGNAJ ASTERKO !    WITAJ FIACIE ! 

pozdrawiam

 

P.S.

Pod 2  tygodniach przejechałem równy 1000 km . A osobom zainteresowanym autem, które wybrałem polecam ten zabawny trochę filmik:

 

239. Wesołych Świąt i grudniowa giełda

W tym roku, jak zwykle ostatnie dni przed Wigilią naznaczone są przedświąteczną krzątaniną. Dziś nie byłem w  pracy, wziąłem urlop (za 1-go listopada). Nie znaczy to jednak, że miałem czas odpocząć. Od samego rana czynnie włączyłem się do przygotowań. Przed południem oprawiłem kupioną w weekend choinkę i ustawiłem ją w wyremontowanym latem „dużym” pokoju, bo w nim będzie jutro (jak co roku zresztą) rodzinna Wigilia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Choinki nie zdążyliśmy ubrać, bo trzeba było pojechać na ostatnie przedświąteczne zakupy. Po powrocie z nich, ustawiłem na chwilkę choinkę i meble tak, aby można było zrobić zdjęcie oddające panującą już w domu świąteczną atmosferę i zabrałem się do dalszych przygotowań. Rozstawiłem stół przy którym będziemy jutro składać sobie życzenia, powiesiłem na choince lampki i trochę pomogłem zonie ją przystroić.

Zanim jednak zabrałem się za te wszystkie czynności, korzystając z dość ciepłej, jak na tę porę roku pogody, wyszedłem na balkon i przed południem, przy dziennym świetle zrobiłem kilka zdjęć moich ostatnich zdobyczy.

W poprzedni weekend, a konkretnie w niedzielę 14 grudnia w Warszawie, w gimnazjum przy ul. Conrada odbyła się Ogólnopolska Giełda Modeli Samochodów im. Sławoja Gwiazdowskiego. Oczywistą jest rzeczą, że i tym razem się na nią wybrałem.

Wybrałem się na nią właściwie towarzysko, licząc też po cichu, że może uda mi się „ożenić” prezentowany tutaj kilka tygodni temu wózek widłowy Toyota, który mimo marketingowego wsparcia na blogu, na Allegro niestety nabywcy nie znalazł. Tak się akurat tym razem złożyło, że nie tylko wózka nie sprzedałem, a nakupowałem modelików ” jak głupi”. Całe szczęście, że nie wydałem na to „majątku”, bo pobyt na giełdzie kosztował mnie całe 50 złotych.

Giełda, jak zwykle w grudniu, była spora. Nie odbywała się jednak na salce, na której odbywała się od lat, a stoiska były ustawione w holu wejściowym i przyległych korytarzach, co powodowało pewną niewygodę, bo między stoiskami przyszło się poruszać trochę jak w labiryncie. Zanim więc giełdę „obszedłem” trwało to ponad godzinę, a przy powtórnym oglądaniu modeli i zastanawianiu się nad ich ewentualnym zakupem, odkryłem kilka kątów do których na początku nawet nie zajrzałem. Na giełdzie nie znalazłem właściwie modeli, które bardzo chciałbym kupić i na dłużej zatrzymałem się przy stoisku kolegów z Gdańska.

Wesołych świąt 5

Na giełdzie dostałem też kratkę z informacją iż 8 lutego w Warszawie, przy Alei Stanów Zjednoczonych 40 w budynku Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej „Grenadierów” odbędzie się kolejna giełda tym razem organizowana przez kolegów z forum motoshowminiatura.

pozdrawiam

P.S.

Dziś, po telefonie od kolegi wszdłem forum i przeczytałem taki oto

*** KOMUNIKAT *** 

Z przykrością zawiadamiam, że planowana przez nas Nowa Giełda Modeli nie odbędzie się. Na moją decyzję miało wpływ kilka czynników. Główną i najważniejszą przyczyną są kłopoty z lokalem, z którego jednak nie da się skorzystać. Kolejną przyczyną jest nikłe zainteresowanie osób z Warszawy, bez pomocy których całe przedsięwzięcie nie ma szans powodzenia. Przeanalizowałem również wszystkie wypowiedzi w tym wątku, szczególnie te „przeciw” i w wielu z nich odnalazłem sporo racji. Biorę na siebie całą odpowiedzialność za niepowodzenie całej sprawy. Chcę również przeprosić wszystkich, których zawiodłem. Obiecuję również dobrze się zastanowić, zanim podejmę w przyszłości podobną akcję. Jeszcze raz bardzo Was wszystkich przepraszam za zamieszanie.

Pozdrawiam. Zbyszek.

229. Kultowe Auta PRL – Kultowe, czy nie ? Ford Taunus i Volvo 343

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na różnych porządkach. Jak ostatnio tu pisałem, moja córka postanowiła urządzić swoją „osiemnastkę” w domu. Decyzja po długich przepychankach zapadła ponad 2 tygodnie temu i od razu zabrałem się do przygotowywania mieszkania. Dlatego poprzedni mój wpis był dość krótki i właściwie nie zaprezentowałem moich nowych zdobyczy, a tylko o nich napomknąłem. Zaraz po powrocie z giełdy (z dwoma nowymi modelikami) zabrałem się za pakowanie kolejnych modeli z gablotki i witryny do pudełek. Kolekcja jest duża i duże pudełka, w których przechowuję modele zapełniły się już dobrych kilka lat temu. Dużych pudeł (w które wchodzi po kilkadziesiąt modeli) jest 8, do tego są jeszcze 2 mniejsze, ale te też już się zapełniły. Zacząłem więc pakować modele w mniejsze pudełka i upychać je w różnych wolnych miejscach w pawlaczu i szafach. Każdy wyjmowany z nowej gablotki modelik trzeba było najpierw włożyć do oryginalnego opakowania (blistra w przypadku modeli „kultowych” lub gablotki w przypadku „rasowych” modeli kolekcjonerskich), później musiałem znaleźć odpowiednie, płaskie pudełka, w które mieści się kilka sztuk, a następnie znaleźć miejsce na takie pudełko. Dlatego z pakowaniem modeli zeszło się kilka wieczorów.

We wtorek, udało się spakować wszystkie modle z gablotki, do których były oryginalne opakowania. Jednak w gablotce pozostało jeszcze około 20 modeli, które kupiłem bez opakowań. Nie miałem czasu na kombinowanie jak dorobić do nich pudełeczka, ale po prostu spakowałem kilkanaście modeli (głównie „kultowych”) z mojej starej witryny, która już od jakiegoś czasu stoi w bezpiecznym miejscu (w kącie zastawionym kanapą) i postanowiłem pozostałe modeliki z gablotki przestawić do witryny. We środę, kiedy miałem zamiar to zrobić, po powrocie do domu dowiedziałem się, że planowana na ubiegły weekend (14 czerwca) domowa „osiemnastka”, została przez córkę odwołana, z powodu niewystarczającego odzewu zaproszonych gości na Facebooku.

I tak gablotka przestała „pękać w szwach”, ale zaczęła „świecić pustkami”. Niestety pakowanie modelików zmęczyło mnie na tyle, że przez ostatni tydzień nie miałem zdrowia do wyciągania innych modeli z pudeł i przygotowania nowej wystawy. Cała „zadyma z osiemnastką” miała jednak pozytywne skutki: Udało się trochę uporządkować pudełka z modelikami, na co w ciągu ostatnich kilku lat nie miałem czasu, a także  pozbyć się jeszcze trochę niepotrzebnych rzeczy z mieszkania.

Na wiosnę posprzątaliśmy balkon, aby przygotować go na lato i przyjęcie rowerów. Na balkonie została tylko dwie skrzynki. Jedna z rupieciami przydatnymi i druga z rupieciami nieprzydatnymi, czyli złom, który uzbierał się po różnych remontach, naprawie samochodu itd.. Od dłuższego czasu miałem zamiar pozbyć się go i odwieźć do skupu. W ramach przygotowań do „osiemnastki” w sobotę, na tydzień przed planowaną imprezą, zniosłem drugą skrzynkę do samochodu i pojechałem do najbliższego skupu, do którego dwa lata temu odwieźliśmy pożyczonym z pracy wózkiem starą kuchenkę gazową. Na miejscu okazało się, że punkt właśnie jest likwidowany i ze skrzynką wróciłem do domu (całe szczęście, że to tylko kilkaset metrów). Skrzynkę woziłem więc kilka dni w samochodzie, bo do położonego nieco dalej skupu, koło praskiego Kirkutu, jakoś po drodze do pracy nie udało mi się wybrać i w końcu do skupu zawiozłem złom w czwartek, kiedy byłem na urlopie. W skupie nikt tego nie oglądał, wszystko razem zostało zważone i za 12 kilogramów zainkasowałem całe 6 złotych, co zważywszy na konieczność przejechania samochodem tam i z powrotem ok. 4 kilometrów, było sprawą zupełnie nieopłacalną. Doszedłem do wniosku, że następnym razem, jeśli będę miał do wyrzucenia metalowe przedmioty takie jak docisk sprzęgła, czajnik z nierdzewnej blachy, czy okucia z metali kolorowych, nie będę ich gromadził, tylko od razu wystawię je pod bramą od zsypu, obok klatki, aby zabrali je sobie „profesjonalni” zbieracze złomu, jakich często spotykam na moim osiedlu w trakcie spacerów z psem bardzo późnym wieczorem czy nocą.

To tyle o przygotowaniach do „osiemnastki”, która się nie odbyła, a teraz o ostatnich moich zdobyczach.

Modelik Forda Taunusa TC3 ukazał się w serii „Kultowe Auta PRLu” jako numer 92 już dobre 2 lata temu (wiosną 2012 roku). Kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego zachwytu. Dodatkowo, kolega, z którym wymieniam się informacjami o modelach, skrytykował modelik dość mocno i wręcz zaproponował, że okazyjnie odstąpi mi swój modelik, którego zamierza się pozbyć. Nie szukałem więc modelika, na rynku wtórnym, bo liczyłem na modelik od kolegi. Ponieważ z kolegą widujemy się nader rzadko, czas mijał, a  ja jakoś specjalnie nie przypominałem koledze o Taunusie. Po kilku miesiącach lub po roku, kolega zmienił zdanie i uznał, że modelik Taunusa TC3 nie jest najgorszy i zostawi go sobie. Zacząłem więc powoli rozglądać się za modelikiem Taunusa na giełdach i na Allegro, ale sprawa nie okazała się wcale taka prosta i dopiero pod koniec maja udało mi się wylicytować go na Allegro. Aukcję wygrałem choć na modelik było jeszcze 2 chętnych. Cena końcowa wyszła 19 zł, a więc całkiem rozsądna. Licytując specjalnie wybrałem aukcję z lokalizacją w Warszawie, przeszukując Allegro wg odległości 10 km od domu i jeszcze kilku innych lokalizacji (czyli kodów pocztowych).

Następnego dnia, po zakończeniu aukcji zadzwoniłem do sprzedającego i zaproponowałem, że odbiorę modelik osobiście na Kępie Potockiej. Po modelik miałem zamiar pojechać rowerem robiąc sobie całkiem sympatyczną wycieczkę. Niestety w trakcie rozmowy okazało się, że pod adresem przesłanym przez Allegro sprzedający od dawna już nie mieszka, zaś w aukcji nie była zaznaczona opcja „odbiór osobisty”. Trochę się zdenerwowałem, bo gdybym wiedział, że podana w aukcji lokalizacja – Warszawa jest nieaktualna, w ogóle bym go nie licytował. Wysłałem e-mail do serwisu Allegro z prośbą o anulowanie aukcji. Po dwóch dniach otrzymałem taką oto odpowiedź:

Witam.

Panie Pawle – nie mam możliwości technicznych, aby anulować Pana zakup. Jeśli chce Pan odstąpić od umowy, proszę ustalić tę kwestię ze Sprzedającym.
Pozdrawiam,

Z serwisu Allegro korzystam od ponad 10 lat, ale odpowiedź trochę mnie zaskoczyła. Teraz będę uważał i dokładnie sprawdzał każdą aukcję.

W trakcie wymiany korespondencji ze sprzedającym najpierw okazało się, że mieszka on w odległym od Warszawy o ponad 30 km Grodzisku Mazowieckim. Początkowo miałem zamiar poprosić mojego chrześniaka o odebranie modelika, jednak kiedy poprosiłem sprzedającego o dokładny adres okazało się, że modelik można odebrać nie w samym Grodzisku, a w miejscowości odległej o kilka kilometrów od położonego za Grodziskiem Jaktorowa. Całe szczęście, że jej nazwa wydała mi się znajoma. Zadzwoniłem do kolegi z centrali mojej firmy, który od niedawna mieszka w tej miejscowości i który stwierdził, że odbiór modelika nie będzie dla niego problemem.

Decyzja o odbiorze osobistym i nie płaceniu za przesyłkę okazała się słuszna. Kiedy odebrałem modelik od kolegi i rozpakowałem go, okazało się, że ma on pewną dość przykrą wadę: Krzywo wklejone lewe lusterko i jest to najprawdopodobniej modelik „po reklamacyjny”.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Taunus, może niekoniecznie w wersji TC3, a raczej we wcześniejszej wersji TC2, zawsze był samochodem który mi się podobał. Był to w latach 70-tych najbardziej rozpoznawalny i chyba jeden z najbardziej popularnych modeli Forda. Zawsze chciałem mieć jego modelik. Niestety przez długie lata, żadna firma modelarska nie produkowała modelika „kanciastego” Taunusa w skali 1:43. Jakichś 7, czy 8 lat temu na rynku pojawił się modelik Taunusa TC3 w kolorze błękitny metalik. Modelik wyszedł w zapomnianej już dzisiaj serii IXO-Junior i choć na pierwszy rzut oka widać było, że jego wykonanie szczytów kunsztu modelarskiego nie prezentuje, zacząłem na niego polować. Modelik pojawiał się od czasu do czasu na Allegro, jednak zawsze było na niego kilku chętnych i w rozsądnej cenie nie udało mi się go kupić. Dlatego, kiedy w naszej serii „Kultowe Auta PRLu” ukazał się dokładnie ten sam modelik tylko pomalowany na biało, postanowiłem go kupić.

Modelik kupiłem z zamiarem zwaloryzowania go. Od samego początku miałem zamiar pomalować w nim na czarno ramki wokół okien bocznych, czego producent modelika nie zrobił, a co w wypadku Taunusa jest niestety koniecznością, aby modelik przypominał prawdziwy samochód.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Sama operacja jest w przypadku Taunusa dość kłopotliwa do wykonania. Wymaga wymontowania z modelika szyb bocznych, które są przynitowane od wewnątrz do dachu. Ponadto samo malowanie jest wyjątkowo „upierdliwe” bo Taunus ma  pomalowane srebrną farba ramki wokół okien bocznych i wnęki okien trzeba pomalować tak, aby tych ramek nie zamalować. Jest to kłopotliwe zwłaszcza na dolnych krawędziach okien. Wnęki malowałem dwukrotnie czarną farbą. Najpierw farbą połyskową, bo ta dobrze przylega do podłoża, a później jeszcze raz farbą matową, aby uzyskać właściwy efekt. Zanim jednak zabrałem się za malowanie musiałem się uporać z krzywo przyklejonym lusterkiem.

Lusterko zostało obsadzone w karoserii tak, jak w większości modeli, na maleńkim milimetrowym bolcu. Zazwyczaj lusterko udaje się „wypchnąć” od środka przy pomocy drutu, naciskając silnie na bolec od wewnątrz karoserii. W przypadku Taunusa sztuczka się jednak nie udała, gdyż bolec został w karoserię najprawdopodobniej wklejony klejem kontaktowym. Takie mocowanie jest dość kłopotliwe do rozłączenia, jednak i na to znajdzie się jakiś sposób. W Taunusie napuściłem w miejsce mocowania lusterka kropelkę spirytusu i chwilę odczekałem. Następnie zacząłem wypychać drutem bolec mocujący od środka i w końcu lusterko wyskoczyło z gniazda, jednak razem z lakierem, do którego było przyklejone, Przy tej operacji odprysk lakieru zahaczył o górną część płata drzwi i ubytek trzeba było wypełnić białą farbą. Po wypchnięciu cała powierzchnia lusterka jaka przyległa do karoserii, wymagała oczyszczenia z lakieru. Po zrobieniu tego, wkleiłem lusterko do karoserii jeszcze raz, ale już we właściwym ustawieniu. To samo zrobiłem z lusterkiem prawym, które co prawda nie było aż tak źle wklejone jak lewe, ale też trzeba było jego ustawienie poprawić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Doświadczenie z lusterkiem przydało się klika dni później, kiedy postanowiłem poprawić nieco tył modelika. Tym samym sposobem, co lusterka, wypchnąłem z karoserii zamocowane na dość długich i cienkich bolcach lampy tylne. Było to konieczne, gdyż dopiłowania wymagały narożniki tylnych błotników w miejscach przylegania do lamp. Przy okazji okazało się, że lampy tylne nie są wykonane z czerwonego tworzywa, ale malowane. Kropelka spirytusu wpuszczona od środka karoserii w miejsce mocowania zaczęła rozpuszczać czerwoną farbę, a ta zaczęła brudzić białą karoserię. Niestety próba zmycia farby z górnej części lamp się nie powiodła i migacze pomalowałem zwykłą pomarańczową farbą.

Taunus od początku okazał się w pewnym sensie pechowy. Nie tylko problemy z jego odbiorem przyprawiły mnie o ból głowy, ale w trakcie jego waloryzacji zdarzyło się też coś, z czym też się wcześniej nie spotkałem. Kiedy po wyjęciu z opakowania odkręciłem jego podwozie, okazało się, że nie da się go dobrze przykręcić. Śrubki odkręcałem i wkręcałem kilka razy, a podwozie dalej „kiwało się” w karoserii. Zacząłem więc śrubki „dociągać” czyli dokręcać mocniej. Z przodu się to udało, ale z tyłu w trakcie tej operacji w łbie śrubki ukręciło się nacięcie pod śrubokręt krzyżakowy, a podwozie dalej nie było właściwie przykręcone. Przypadek przykry, zwłaszcza, że mimo obcowania z modelami od wielu wielu lat, przytrafił mi się po raz pierwszy. Na początku nie bardzo wiedziałem co zrobić. Próbowałem wpić nieco większy płaski śrubokręt w łeb śrubki przy pomocy młotka, jednak śrubka wykręcić się nie dała. Ale od czego różne narzędzia w moim warsztacie. Po kilku nieudanych próbach wykręcenia śrubki postanowiłem ją z podwozia wyciąć. Wpijałem czubek nowego, szpiczastego nożyka modelarskiego w plastik tuż obok łba. W ten sposób udało mi się w końcu wykonać tyle nacięć, że w którymś momencie udało mi się wyrwać płytkę podwozia z zakleszczonego mocowania. Uszkodzoną śrubkę wykręciłem już potem bez problemu szczypcami i zastąpiłem nową. Odcięty okrągły kawałek plastiku, który znajdował się pod łbem śrubki wkleiłem z powrotem w płytę podwozia.

Już myślałem, że pechowych przygód z Taunusem wystarczy. Ale gdzież tam. Na koniec, już po wszystkich poprawkach okazało się, że zdjęcia, jakie robię zazwyczaj innym modelikom na parapecie okna, na balkonie, w przypadku Taunusa nie udały się i sesję zdjęciową musiałem powtórzyć.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa drugiego modelika z serii „Kultowe Auta PRLu”, który ostatnio kupiłem. Od samego początku miałem zamiar go kupić i kupiłem. Rano 14 maja, kiedy się ukazał, pomaszerowałem po prostu do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku, wybrałem jeden z kilku wystawionych tam modelików i zapłaciłem 27 złotych.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Volvo 343 nie każdemu się zapewne podoba, jednak ja zwróciłem uwagę na ten samochód i zapamiętałem go dobrze jeszcze w okresie studiów. Samochód w PRL nie był może zbyt popularny, ale w Warszawie można go było dość często spotkać. Samochód był o tyle ciekawy, że został zaprojektowany jako DAF, a sprzedawany jako Volvo. Karoseria samochodu pod koniec lat 70-tych była naprawdę nowoczesna i zawsze mi się podobała, zwłaszcza jej część tylna.

229. Kultowe 5

Przy modeliku Volvo właściwie nie grzebałem. Jedyną rzeczą, jaką zrobiłem, to wymontowałem reflektory, dopasowałem je nieco lepiej do wnęk w karoserii i osadziłem z powrotem nieco głębiej tak, aby ich chromowane ramki jak najmniej z karoserii wystawały.

229. Kultowe 6

Dzisiaj późnym popołudniem wybraliśmy się z żoną na spacer z Powiśla na Agrykolę. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok Zamku Ujazdowskiego, gdzie na parkingu z daleka dostrzegłem dawno nie widziane prze ze mnie auto – Forda Taunusa TC3 w stanie praktycznie oryginalnym. Po obejrzeniu oryginału stwierdziłem, że to co tutaj napisałem jest niestety prawdą. Z obydwu prezentowanych tu modeli zdecydowanie lepiej wykonane jest Volvo. Jednak mimo wad i konieczności przeróbek modelik Taunusa też mnie cieszy.

pozdrawiam

198. Historia długa jak ten blog – Ford Transit

Z ostatniej chwili:

198. Ford 1

Bodajże pod koniec 2004 roku zadzwonił do mnie kolega, z którym wymieniam się informacjami o modelach i od czasu do czasu się spotykam. W trakcie robienia przedświątecznych zakupów, w drogerii Rossman trafił tanie modele firmy Cararama. Modeliki były naprawdę tanie (kosztowały po 9 zł) zakupił więc 4 sztuki w różnych wersjach i kolorach. W styczniu 2005 roku pojechałem do niego na „coroczne modelikowe spotkanie” i podzieliliśmy się zdobyczami. Kolega kupił po 2 modele: Forda Transita (żółty furgon i srebrny mikrobus) oraz Renault Traffic (biały furgon i czerwony mikrobus). Ponieważ miał pierwszeństwo w ich wyborze, sobie zostawił furgonetki, a mi przypadły w udziale mikrobusy.

Pokazany w mojej galerii czerwony Traffic był zdecydowanie lepiej wykonanym i po niewielkich poprawkach i dopasowaniu przedniego zderzaka do nadwozia, trafił najpierw do mojej witryny, później do pudła nr 7, a kilka lat temu (już tylko jako zdjęcie) na blog.

Z Transitem sprawa wyglądała inaczej. Modelik nie wyglądał najlepiej, miał szpary, niedokładnie spasowane elementy i nieładne „bulwy” na górnych krawędziach przednich błotników. Kolega jednak wolał zdecydowanie żółtego furgona, więc za 9 zł modelik od niego wziąłem. Trafił od razu na najwyższą półkę mojej dzisiaj już „starej” witryny, na której stoi od lat kilka modeli rozgrzebanych lub wymagających gruntownych remontów. Za jego poprawki zabrałem się chyba jeszcze w 2005 roku, bo zaraz po uruchomieniu bloga, przy okazji podsumowania całorocznych zakupów 2006 , (we wpisie nr 20 ), a więc na samym początku mojej blogowej kariery zamieściłem takie oto zdjęcie:

198. Ford 2

Nie pamiętam już kiedy zostało ono zrobione (najprawdopodobniej jeszcze w 2005 lub 2006 roku), ale pamiętam czego dotyczyło.

Zaraz po odebraniu modelika od kolegi, zabrałem się za poprawki atrapy i świateł. Elementy te nie były dobrze dopasowane i między światłami, a atrapą oraz między atrapą a maską były brzydkie, a na dodatek nierównomierne szczeliny. Najpierw dopasowałem atrapę do maski i zlikwidowałem pierwszą szparę, później dopasowałem reflektory do atrapy tak, aby szczeliny między nimi a atrapą były przynajmniej po lewej i po prawej stronie takie same. Modelik miał jednak sporo innych wad. Został zaprojektowany jako zabawka i ma otwierane drzwi. Ich wykonanie pozostawiało jednak wiele do życzenia. Z przodu między drzwiami a błotnikiem była duża i brzydka szpara (około 1 mm) zaś z drugiej strony szczeliny prawie nie było. Postanowiłem temu zaradzić. Rozebrałem modelik i roznitowałem bolce na których obracają się zawiasy. Następnie otwory w zawiasach wypełniłem żywicą. Kiedy zastygła wywierciłem w zawiasach nowe otwory w nieco innym miejscu. W ten sposób udało się drzwi przesunąć do przodu (po ok 0,5 mm) i zmniejszyć brzydką dużą szparę między drzwiami a błotnikami przednimi.

Aby drzwi nie otwierały się same i nie „latały” luźno, trzeba je było teraz jakość dodatkowo zabezpieczyć. W tym celu, po kilku przymiarkach i próbach wykonałem ze styropianu specjalną wkładkę, która wchodzi między podwozie a nadwozie i podtrzymuje zawiasy od dołu. (Widać ją na zdjęciu między drzwiami a nadwoziem). Ta nieco prowizoryczna na pierwszy rzut oka metoda sprawdziła się i okazała się jak najbardziej skuteczna.

Kolejną wadą jaką modelik miał była nie najlepiej dopasowana do swojego otworu szyba przednia. Na zdjęciu widać wymontowaną z modelika deskę rozdzielczą. Jest ona zamocowana do nadwozia na bolcu, o który jednocześnie opiera się wystająca z szyby przedniej płetwa podtrzymująca szybę od dołu. Modelik w ogóle ma dość skomplikowaną budowę (w fachowej terminologii w takich przypadkach używa się pojęcia „przekonstruowany”, co oznacza budowę ze zbyt dużej liczby czasem zupełnie niepotrzebnych elementów). Samo jego rozebranie nastręczyło mi sporo kłopotu. Całe szczęście, że podczas wielu jego przeróbek rozbieranie i składanie modelika opanowałem już do perfekcji.

Po tych poprawkach Transit wymagał jeszcze usunięcia jednej bardzo przykrej i bardzo widocznej wady. Otóż na górnych narożnikach przednich błotników (na bocznych trójkątach nad lampami) zarówno po jednej jak i po drugiej stronie miał kilkumilimetrowe, nieoszlifowane przed polakierowaniem „bulwy” – wypływki, powstałe w miejscu podziału formy, w której odlewane było jego nadwozie. Spiłowanie ich nie nastręczyło problemu, ale kłopotem okazało się pomalowanie całych górnych części błotników tak, aby nie odróżniały się widocznie od reszty nadwozia.

Modelik pomalowany jest na srebrny metalik i (jak każdy prawdziwy metalik) pokryty jest dodatkowo błyszczącą warstwą lakieru bezbarwnego. Pomalowanie tak małych elementów można właściwie wykonać tylko pędzlem. Ale o ile malowanie pędzlem zwykłą połyskowa farbą (np. białą czy czerwoną) nie nastręcza specjalnych trudności, o tyle malowanie pędzlem farby metalizowanej jest kłopotliwe. Po kilku próbach pomalowałem górne części obydwu błotników błyszczącą farbą Hubroll 191 Gloss. Aczkolwiek tego akurat pewny do końca nie jestem, bo robiłem to kilka lat temu. Miałem też do dyspozycji jeszcze nową zwykłą srebrną farbę Hubroll 11 i do końca nie pamiętam którą farbą błotniki pomalowałem. Robiłem to jednak inaczej niż zazwyczaj, a mianowicie najmniejszym pędzlem nr 0 rozprowadzałem szybko i równomiernie niewielką ilość farby na całej malowanej powierzchni. (Zazwyczaj maluję całe elementy pędzlem znacznie większym – nr 3 lub 4). O ile błotnik lewy udało się pomalować niemal idealnie i nie było smug, a powierzchnia miała połysk, o tyle błotnik prawy nie wychodził najlepiej. Był matowy i widać było na nim drobne smugi. W pewnym momencie uznałem, że jak jest może być, a gdy znajdę czas to poprawię. Naprawy modelika choć robione „na raty” ciągnęły się już wtedy chyba ze dwa lata, modelik jakoś wyglądał i dalszej zabawy przy nim miałem serdecznie dość. Ponieważ uznałem, że jeszcze trzeba go trochę „dopieścić” nie schowałem go do pudełka (jak to robię w przypadku modeli poprawionych), ale odstawiłem na najwyższą półkę mojej witryny i tak modelik przeleżał na niej kilka kolejnych lat.

Transita wyjmowałem z witryny, przy okazji jej odkurzania i czasem go oglądałem. W międzyczasie wybuchło „kultowe szaleństwo” spowodowane pojawieniem się na rynku modeli polskich samochodów, do kolekcji doszło około 180 nowych modeli, wykonałem wiele opisanych na tym blogu przeróbek, odrestaurowałem kilka wraków, a Transit stał spokojnie na „remontowej” półce czekając niejako na „święty nigdy”.

Rok temu nie pamiętam przy jakiej okazji wyjąłem go z witryny, obejrzałem i doszedłem do wniosku, że nad ponownym malowaniem błotników nie ma się co pastwić, ale trzeba poprawić pas przedni, bo to jest powodem, że modelik mimo włożenia w niego sporo pracy wciąż nie wygląda jak powinien. Z modelika wymontowałem zderzak wraz z atrapą , oskrobałem z farby i postanowiłem go lepiej dopasować do lamp. Na powierzchnie atrapy przylegające do lamp nakleiłem kawałki plastiku wycięte ze starych pokrywek do pudełek po lodach z Zielonej Budki. Tworzywa tego używam od wielu lat do wykonywania drobnych elementów i mam w domu pewien jego zapas, bo od chyba 10 lat już się go do pakowania lodów nie stosuje. Ma ono kilka zalet: Jest białe i dobrze się obrabia, ma równomierną grubość 0,6 mm, można je też bardzo skutecznie kleić zwykłym klejem modelarskim np. Chematic (jakiego też od lat używam). Po naklejeniu na zderzak paseczków wyciętych z pokrywek po lodach dopiłowałem elementy tak, że szczeliny między lampami a zderzakiem zniknęły. Ramka atrapy stała się przy tym szersza, a to z kolei spowodowało, że korekty wymagał wlot powietrza. Poprawiałem go nożykiem modelarskim. Kiedy uznałem że jakoś jest, zacząłem pas przedni malować. W tym samym czasie na drukarce wydrukowałem naklejkę z wzorem kratki wlotu powietrza w atrapie. Z pudełka po lodach wyciąłem płytkę i dopasowałem do wnęki w atrapie. Na płytkę nakleiłem wydrukowaną naklejkę, a starą oryginalną wkładkę imitującą kratkę wyjąłem z modelika, bo nie dość , że nie była do otworu w pasie przodu dobrze dopasowana to jeszcze kratka wlotu nie została na niej nadrukowana symetrycznie.

Niestety w trakcie malowania pasa przodu okazało się, że choć malowane powierzchnie są naprawdę niewielkie, to nie zostały wykonane idealnie i po pomalowaniu całość nie wygląda najlepiej. Próbowałem pomalować ramkę pasa przedniego po raz drugi, aby zalać farbą nierówności powstałe przy poprawkach atrapy, jednak nic to nie dało. Transit znów powędrował na górną „remontową” półkę witryny.

Pod koniec ubiegłego roku nabyłem na Allegro (za grosze) modelik Fiata 124 Spider. Modelik był „tuningowany” i zamiast normalnych kółek miał specjalne kółka do „rasowania” modeli w skali 1:43. Koła okazały się do modelika 124 nieco za duże, przez co nie obracały się, ale też okazały się znacznie więcej warte niż zapłaciłem za sam modelik. Do Fiata zamontowałem koła od „kultowego” pickupa 125p, a tuningowe felgi postanowiłem też jakoś wykorzystać. Zamontowałem je do starego, kupionego jeszcze na flohmarku w Niemczech modelika Porsche 934 firmy Solido. Wymagał on przy tym sporej przeróbki podwozia, więc przy okazji postanowiłem też poprawić w nim ubytki lakieru (modelik kupiłem w 1986 roku jako używany). Ponieważ Porsche wymagało doszlifowania i pomalowania kilku elementów nadwozia, musiałem srebrną błyszczącą farbę dobrze wymieszać. A skoro już ją wymieszałem, po pomalowaniu Porsche postanowiłem dokończyć Transita, który jest w tym samym kolorze.

W poprzednim tygodniu byłem przeziębiony i musiałem kilka dni spędzić w domu. Miałem więc wreszcie trochę czasu, którego mi ostatnio ciągle brakuje, na pogrzebanie przy modelikach. Po skończeniu poprawek Porsche zabrałem się od razu za Transita. Kiedy rok temu odstawiałem go na półkę, przypuszczałem, że wiem dlaczego poprawka pasa przodu się nie udała. Pas przodu wraz ze zderzakiem wykonane są z czarnego tworzywa. Ja naklejając paseczki wypełniające szczeliny między lampami a pasem przodu (zarówno pod lampami jak i między nimi a pasem przodu po obu stronach atrapy) użyłem tworzywa białego. Takie zestawienie kolorów jest bardzo kłopotliwe jeśli kształt jakiejś powierzchni trzeba skorygować czy nawet tylko dopiłować. Po prostu w trakcie rzeźbienia nożykiem, czy piłowania nie widać dokładnie obrabianej powierzchni i nie jest możliwe uzyskanie odpowiedniej jej gładkości. Powierzchnia pod lakier (wszystko jedno, maleńka czy spora) musi być idealnie gładka, inaczej po pomalowaniu będzie widać każdą nierówność czy rysę, którą czasem w trakcie obróbki trudno jest czasem dostrzec.

Tym razem postanowiłem poprawić zrobiony rok temu niezamierzony błąd. Oskrobałem z farby cała ramkę atrapy. W obrębie wlotu powietrza zeskrobałem z niej też nieco białego tworzywo po bokach atrapy i na wierzch nakleiłem drobniutkie kawałki tworzywa czarnego. Kiedy atrapa wyschła dopiłowałem powierzchnię górną (pod maską) pilnikiem. A kształt wnęki wlotu zacząłem ponownie rzeźbić nożykiem. Tym razem rzeźbienie w tworzywie o jednolitym kolorze dało znacznie lepszy efekt. Kiedy uznałem, że wreszcie atrapa ma właściwy kształt pomalowałem ją. Po tej ostatniej operacji poszerzona atrapa wreszcie wygląda tak jak powinna. A Transita mogę po 8 latach schować wreszcie do pustego pudełka w moim pudle nr 7.

pozdrawiam