Tag: Nysa

208. Pracowite wakacje i Nysa N61 Tropic

Od kilku dobrych miesięcy mam wrażenie, że „czas mnie wyprzedza” tak jak na autostradzie jakiś dobry szybki samochód. Ciągle mi go brakuje. Od momentu kiedy pod koniec marca z naszego zespołu w pracy nagle odszedł jeden  z kolegów, jego obowiązki zostały podzielone na trzy pozostałe osoby. Pracy jest więc dużo i do domu wracam po prostu dość zmęczony. Poza tym ciągła codzienna bieganina, załatwianie różnych drobnych i grubszych spraw powoduje, że moje zainteresowanie modelami w ostatnim okresie ograniczyło się właściwie do przeglądania ostatnich ofert na Allegro i to też nie codziennie. Nie miałem też czasu zaglądać na fora czy pisać bloga.

W wakacje sytuacja też się nie zmieniła. W tym roku w związku z perturbacjami personalnymi, w pracy musieliśmy dość wcześnie zaplanować urlopy. (Już pod koniec kwietnia). Mój urlop przypadł w okresie przełomu lipca i sierpnia. Niestety nigdzie nie wyjechałem. Moja siedemnastoletnia już córka też miała wakacje, ale ponieważ od początku oświadczyła, że nie chce ich spędzić z nami, wykupiliśmy jej wyjazd na obóz do Bułgarii. To trochę kosztowało, więc domowy i tak ostatnio dość napięty budżet został nadwyrężony. Nie miałem też pomysłu na jakiś kilkudniowy tani wyjazd w Polskę, bo skoro córka nie chce już jeździć z nami, to dlaczego ja miałbym ją ze sobą zabierać np. na kilka dni na Mazury. I tak doszedłem do wniosku, że letni urlop (podobnie jak w ubiegłym roku) spędzę w domu. W ubiegłym roku w lipcu też miałem dwutygodniowy urlop, w trakcie którego odbyłem dwie wycieczki poza Warszawę, a resztę czasu spędziłem na balkonie szlifując i malując drzwi do pokoi, ubikacji i łazienki. Na właściwe wakacje w ciągu ostatnich dwóch lat udało się zresztą pojechać, co prawda na krótko i na jesieni, ale za to dość daleko (dwa lata temu na Kretę, a w ubiegłym roku na Fuertaventurę). Dlatego i tego lata doszedłem do wniosku, że nic się nie stanie jeśli tegoroczny urlop obejdzie się bez wyjazdu. Nie znaczy to jednak, że spałem do dwunastej, potem łaziłem sobie trochę po mieszkaniu, a po obiedzie jeździłem na glinianki do Zielonki.

Jeszcze w lipcu tuż przed urlopem spędziłem kilka owocnych wieczorów w moim „warstacie” i jakby „jednym ciągiem” naprawiłem kilka rozgrzebanych modeli. Na pierwszy ogień poszedł GAZ 69A. Tak jak pisałem na blogu miałem zamiar pociąć plandekę i zmienić nieco jej kształt i plandekę pociąłem. Nieco inaczej niż pierwotnie planowałem, zmieniłem jej kształt i przeróbka jest prawie gotowa (modelik wymaga jednak dopieszczenia) . Następnie dokończyłem naprawę kupionego okazyjnie w ubiegłym roku na Allegro Fiata 124 Spider firmy Vitesse. Na koniec chyba wróciłem do naprawy modelika, o której swego czasu na blogu pisałem, a którą przerwałem z powodu „pierwszego etapu remontu kuchni”. Do pokazanej wtedy dorobionej klapy dorobiłem tablicę rejestracyjną, znalazłem też dorobione wówczas zawiasy i zrealizowałem pierwotny pomysł zrobienia otwieranej klapy na zawiasach.

Modelik wymaga już tylko pomalowania klapy. Ale i tym razem dalsze poprawki Fiata 600 przerwałem. Powód jest dokładnie ten sam co dwa lata temu.

Już właściwie drugiego dnia urlopu (po weekendzie i leniwym gorącym poniedziałku) przystąpiłem do „drugiego etapu remontu kuchni”. Najpierw skuwałem tynk (wraz ze starą tapetą), później przerobiłem całkowicie instalację elektryczną na ścianie kuchennej, a na koniec układałem glazurę w miejscu gdzie była stara tapeta.

Cóż nie znaczy to jednak , że na początku sierpnia (w czasie kiedy w Warszawie panowały afrykańskie upały nic a nic nie wypocząłem.

Rano ok godziny 9tej zabierałem się za robotę bo rano temperatury były całkiem znośne. Ok 15-tej jedliśmy z żoną obiad. (Kuchnia nawet w trakcie remontu pracowała i coś tam można było upichcić (kuchenka była cały czas podłączona do sieci gazowej, w kuchni zamontowałem stary (poprzedni) zlewozmywak z baterią, którego przezornie nie wyrzuciłem, w kuchni stała też lodówka i stół. Pozostałe meble stały w pokoju.) Po obiedzie , kiedy już byłem nieco zmęczony, a temperatura na zewnątrz dochodziła do 30 stopni, wsiadaliśmy z żoną w samochód i jechaliśmy na oddalone ode mnie o 12 km glinianki w Zielonce.

Tam spędzaliśmy mniej więcej 2 godziny pływając i leżac na trawie, a około 19-tej wracaliśmy do Warszawy.

Wieczorami znów przebierałem się w „łachy budowlańca” i mniej więcej do 24-tej dalej wykonywałem różne prace remontowe.

Do końca urlopu udało mi się położyć glazurę, ale potem trzeba ją było zafugować, zamontować nowe gniazdka i podłączyć je. Kiedy w połowie sierpnia (już po urlopie) ściana kuchenna była gotowa, domownicy i moja mama (która w trakcie remontu złożyła nam kilka niezapowiadanych wizyt) orzekli, że całą kuchnię trzeba koniecznie odnowić, bo tak jak jest efekt mojej pracy będzie mało widoczny. I tak remont przeciągnął się do początku września, bo kuchnię odnawiałem po powrotach z pracy. Na dodatek po zdemontowaniu z przeciwległej ściany starego paska boazerii okazało się, że w ścianie pozostało po niej kilkanaście dziur, które przed malowaniem trzeba było zatynkować.

Na początku września, ja i inni domownicy mieli już serdecznie dość ciągnącego się tygodniami remontu i chociaż część mebli wciąż stała w dużym pokoju, postanowiliśmy wyjechać na wakacje. Poszukiwania jakiejś niedrogiej oferty w „ciepłych krajach” przeciągały się i nie dawały rezultatu, aż po kilku dniach córka, po kolejnej naradzie powiedziała: „A może byśmy tak za rok pojechali w góry”.

Pomyślałem sobie: Dlaczego właściwie za rok, a nie już teraz? W czwartek żona zaczęła gorączkowo szukać w Internecie jakiegoś lokum. Były dwie opcje: Karpacz, albo Krynica. W piątek 6 września wypisałem w pracy wniosek o tydzień urlopu, na koniec dnia wykonałem kilka telefonów i w niedzielę 8 września zamiast na giełdę modelarską, wyruszyłem do miłego pensjonatu Orlik w Krynicy Zdrój.

W czasie ostatnich trzech miesięcy nie miałem więc zupełnie głowy ani do bloga, ani do modelików. Nie znaczy to, że kolekcja się nie powiększyła. Z serii „Kultowe auta PRL” kupiłem Robura, P70 i Multicara M25. Nieco wcześniej kupiłem też Nysę N61. Początkowo nie miałem zamiaru tego robić, bo po co mi kolejna, piąta już w kolekcji Nysa. Jednak przy okazji zakupu Stara20, po kolejnym oglądaniu w”kultowym” kiosku ostatniego, nie kupionego przez nikogo modelika, spodobał on mi się, choć wcześniej kilka razy odkładałem go na półkę.

Przy pierwszym oglądaniu, kiedy modelik się ukazał, jakoś nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Może to zależy od egzemplarza, ale nie spodobała mi się dość prymitywnie wykonana osłona przeciwsłoneczna nad przednią szybą.

Przy powtórnym oglądaniu, w „kultowym” kiosku, w dziennym świetle jakoś ogólne wrażenie wypadło pozytywnie i modelik kupiłem.

Koła w Nysie są nieco za duże, ale na razie nie mam już ani kółek, ani oponek, aby przerobić modelik tak jak swego czasu Nysę N59 czy Żuka A03, zostawiłem więc modelik w spokoju.


Skoro już jestem przy „kultowym” temacie, to przytoczę tu moją opinię na temat ostatniej aktualizacji strony „Kultowe Auta PRLu”. Opinię tę próbowałem zamieścic na forum. Niestety mój wpis okazał się chyba za długi i gdy kliknąłem klawisz „wyślij”, wylogowało mnie. Wpis dla forum jakimś cudem udało mi się odzyskać, więc szybko wkleiłem go do bloga (aby czasem całkiem nie zniknął). Askoro już go tu wkleiłem, to niech już tak zostanie:

Witam

Cieszy mnie kolejna oficjalna już aktualizacja na stronie KaP. Może z braku czasu, w toczącej się tu dyskusji nie do końca jestem na bieżąco, ale postaram się do ostatniej aktualizacji trochę ustosunkować. Zacznę od modelika, który ukaże się już w najbliższą środę:

– nr 133 – Renault 16 – Polecam miłośnikom historii motoryzacji zdecydowanie, choć sam go nie kupię. W 2005 roku nabyłem model Minichamps, który co prawda ma niezbyt efektowny kolor, ale ma jedną zaletę. Samochód Renault 16 miał z uwagi na konstrukcje zawieszenia inny rozstaw osi z lewej i z prawej strony nadwozia. Modelik Minichampsa też tak ma. (zawieszenie tylne ma dwie równoległe ośki) Radzę przy zakupie zwrócić uwagę jak zrobiło to IXO. Nawet jeśli w modeliku KAP z tyłu jest jedna zwykła ośka modelik raczej jest wart uwagi.
– nr 134 – ZAZ 965 – Zastanawiam się . Modelik jest z całą pewnością ciekawym uzupełnieniem serii dotychczas wydanych Zaporożców. ma tylko jedną wadę. W PRL był praktycznie niespotykany chyba, że przyjechał nim ktoś z za wschodniej granicy lub z NRD. Samochód nie był do Polski importowany.
– nr 135 – Opel Kadett B – jeśli będzie ładnie wykonany kupię zdecydowanie, bo właśnie taką ubogą wersję pamiętam z lat 70-tych z naszych ulic.
– nr 136 – Opel Rekord C -Coupe. Nie wiem dlaczego rekord c kojarzy mi się z wersją coupe i taką chętnie bym w kolekcji widział. Jednak modleik sobie raczej odpuszczę bo mam już od wielu lat model Minichampsa w wersji commodore (co prawda sedan, ale też 2 drzwiowy) i nie chcę niejako dublować posiadanych już modeli.
– nr 137 – Lublin 51 bardzo mnie cieszy i kupię go zdecydowanie. Nie dorobiłem się do tej pory GAZa 51, więc modelik mnie cieszy. Z tego co pamietam z lat 60-tych „rasowy” Lublin różnił się od niego kabiną (była drewniana, w tylnej części kanciasta) i po tym odróżniałem Lubliny od GAZów, które też jeździły w tamtym czasie. Lublin z serii KAP wyglada na modelik auta z blaszaną tłoczoną i obłą kabiną. Jak podaje Wikipedia:
„Lublin-51 wyposażany był w klasyczną kabinę z wysuniętym silnikiem. Wykonany z drewna szkielet kabiny, pokryty został wodoodporną sklejką. Poszycie boczne oraz maska silnika i błotniki wykonane zostały z blachy stalowej, natomiast dach pokryty został dermatoidem.”
Czy Lubliny miały dwa rodzaje kabin (drewnianą i później stalowa) nie wiem. Może to ktoś wyjaśni, ale mi Lublin właśnie kojarzy się z kabiną drewnianą o innym nieco kształcie (niż modelik KAP0. Mam nadzieję, że tak jak wprzypadku Robura czy Multikara dostaniemy bardzo dobry model, który jest kopią modelika z innej zagranicznej serii, a cóż, że to raczej nie Lublin a GAZ, w końcu to właściwie ten sam samochód i w tak małej skali różnicę będą widoczne tylko dla znawców.
– nr 138 Seat 850 D. Samochód rzeczywiście pamiętam gdzieś z połowy lat 70-tych. Przeważnie był w kolorze zielonym. Od często spotykanego Fiata 850 można go było odróżnić po trójkątnym czarnym, małym plastikowym wywietrzniku na słupku C (za tyną szybą), którego oryginalny włoski Fiat 850 nie miał. Pozycja niewątpliwie ciekawa dla kogoś kto nie ma modelika 850-tki. Ja modelik 850-tki od dawna mam i też nie będę go dublował.

pozdrawiam

Reklamy

178. Kultowe Auta PRL – Nysa 522 Ambulans – (wydanie specjalne)

Kilka słów o służbie zdrowia

Pod koniec ubiegłego roku i na początku tego miałem dość dużo do czynienia ze służbą zdrowia. O ile w moim przypadku zazwyczaj mam do czynienia z niepubliczną służbą zdrowia (w pracy mamy wykupiony abonament do przychodni sieci Luxmed), o tyle pozostali członkowie mojej rodziny (żona i córka) a także moi rodzice są zdani na publiczną służbę zdrowia i to właśnie z tą ostatnią miałem w ciągu ostatnich miesięcy sporo do czynienia.

Jak działa ta ostatnia, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że różnie. O ile w przypadku szpitali, w których przebywał mój ojciec nie mogę powiedzieć, że działają źle. O tyle w przypadku przychodni publicznych, do których próbowaliśmy się w związku z chorobą ojca dostać, sytuację można śmiało nazwać dramatyczną. Nie mogę też narzekać na pogotowie, które w sytuacjach krytycznych przyjeżdżało szybko i podejmowało właściwą interwencję, o tyle opieka lekarska w sanatoriach, do których moi rodzice, a także sam ojciec jeździli, nie wyglądała dobrze, była wręcz tylko wycinkowa i próby poprawy stanu zdrowia ojca w trakcie jego pobytów w sanatoriach niczego nie dawały.

Mój ojciec był poważnie chory na serce, ale na serce właściwie się nie leczył. Od wielu lat chorował na cukrzycę, kilkanaście lat temu przeszedł też udar, który na szczęście w dużej mierze się cofnął, doskwierały mu też inne dolegliwości w związku, z którymi jeździł do sanatoriów. Do sanatoriów nie jeździł jednak ze skierowania od lekarza z przychodni, ale wykupywał po prostu turnus i płacił za niego pełną opłatę.

W ubiegłym roku w maju był tak w sanatorium w Konstancinie, w poprzednim roku na jesieni w Lądku Zdroju, a w czerwcu (razem z mamą) w Jastarni. Wspominam tylko o trzech ostatnich wyjazdach, bo ja go do tych sanatoriów zawoziłem i byłem obecny w trakcie badań lekarskich przy przyjęciach do sanatoriów. Badania te ograniczały się właściwie do wywiadu, po którym lekarze zalecali ćwiczenia, bądź inną kurację.

Ojciec w ostatnich latach miał problemy z chodzeniem. Bolały go nogi i bardzo szybko się męczył.  Jeszcze w Jastarni był w stanie przejść kilka kilometrów, ale sytuacja się nie poprawiała a pogarszała, więc we wrześniu 2010 roku (kilka miesięcy po pobycie w Jastarni) zwiozłem ojca do Lądka Zdroju. Po przejechaniu ok. 450 km, w Lądku byłem zaledwie godzinę, (bo  musiałem wracać do Warszawy – kolejne 450 km), ale zdążyłem pójść z ojcem do lekarza sanatoryjnego. Lekarz spieszył się do domu, więc wizyta ograniczyła się do wywiadu, zapisania kąpieli w borowinach i gdyby nie moja obecność, ojciec jadłby w trakcie pobytu normalne jedzenie, a tak to ja wspomniałem o jego cukrzycy i lekarz przepisał mu dietę cukrzycową, z której nawiasem mówiąc nie był zadowolony. Pół roku później (w maju 2011) w związku z tymi samymi dolegliwościami zawiozłem ojca do sanatorium w podwarszawskim Konstancinie. Lekarka badała ojca bardzo dokładnie, jednak tylko pod kątem kłopotów związanych ze zmianami zwyrodnieniowymi w stawach. Zaleciła półgodzinne ćwiczenia, które ojciec wykonywał pod okiem rehabilitanta. Po powrocie zarówno z Lądka jak i Konstancina stan ojca nie tylko się nie poprawił, ale wyraźnie się pogorszył. 15 sierpnia rodzice wymusili na mnie, abym zawiózł ich na wycieczkę do Pułtuska. Nie pojechałem na nią chętnie, ale w jej trakcie okazało się, że ojciec, pomimo, że tego dnia nie było upału, nie był już w stanie przejść o własnych siłach nawet 200 metrów.

Wtedy i ja i mama sądziliśmy, że przyczyną są zwyrodnienia stawów, dziś wiem, że powód był zupełnie inny – pogarszająca się szybko niewydolność krążenia. A przecież ojciec chodził do lekarzy, a jednak ani w sanatoriach, ani w przychodni i nikomu z badających go nie przyszło do głowy, aby zbadać stan jego układu krążenia, a nie zalecać nieprzydatne kuracje, robić prześwietlenia i zalecać ćwiczenia gimnastyczne, które nie pomagały, bo pomóc nie mogły.

Na początku września, kiedy byliśmy z rodziną na wakacjach ojciec po raz pierwszy wylądował w szpitalu. I tu dopiero okazało się, co jest przyczyną problemów z chodzeniem. Po kilku dniach ojciec wrócił do domu. Moja żona zaraz po powrocie z urlopu wraz z mamą poszły do przychodni zapisać ojca do lekarzy. W trakcie tej wizyty żona przeczytała diagnozę z wypisu ze szpitala: hiperholesteronomia i źle prowadzona cukrzyca. Niestety zaraz po tym zaczął się w domu rodziców nieszczęsny remont, później ja walczyłem z pobojowiskiem po tymże remoncie. (Pisałem o tym kilkakrotnie na blogu) W przychodni ojcu przedłużano leki, które przepisano mu w szpitalu. Do diety pomimo moich częstych upomnień ojciec dalej się nie stosował. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Chyba trzy tygodnie po zakończeniu przez ze mnie prac remontowych u rodziców, ojciec znów trafił do szpitala. Karetka zabrała go po południu, zaś około godz. 22 lekarka ze szpitala poinformowała mamę, że ojciec ma rozległy zawał i został przewieziony do Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim. Tam wykonano ojcu koronografię i udało się lekarzom przywrócić go do stanu, w którym (jak powiedział jeden z nich) mógł prowadzić „fotelowy” tryb życia. Lekarze z tego szpitala dołożyli wszelkich starań, aby życie ojca uratować, ale nie ukrywali prawdy. Udało się im udrożnić tylko jedną tętnicę serca, dwóch pozostałych nie i u ojca pracowała tylko 1/3 serca. W trakcie wypisywania ze szpitala dokładnie dowiedziałem się jak z ojcem należy dalej postępować.

Po powrocie do domu postanowiłem, że zgodnie z zaleceniami należy ojcu mierzyć cukier. Zaczęła się dyskusja jak to robić, ojciec się wzbraniał i marudził. W końcu okazało się, że we wrześniu (na trzy miesiące przed zawałem) wychodząc ze szpitala w Pruszkowie, ojciec dostał nowiutki nowoczesny glukometr, który schował po prostu do szafy nikogo o nim nie informując.

W połowie grudnia wezwaliśmy do domu kardiologa. Ten zbadał ojca, powtórzył leki i zapisał ojca na zabieg wszczepienia rozrusznika. W tym czasie udało się ojca namówić na pomiary cukru i najpierw robiłem to ja, później już ojciec robił je sam i zapisywał wyniki.

W tym czasie próbowaliśmy zapisać ojca do diabetologa w związku z zaawansowaną cukrzycą, na którą ojciec chorował przecież od ponad 20 lat. I tu była porażka na całej linii. W najbliższych przychodniach okres oczekiwania na pierwszą wizytę wahał się od 5 do 10 miesięcy!

Na Boże Narodzenie przyjechała (wraz z mężem i córką) siostra z Francji i odbyła się ostatnia chyba Wigilia w tak dużym składzie rodzinnym (jeszcze z obydwojgiem rodziców).

Na początku stycznia ojciec przeszedł w szpitalu Wolskim zabieg wszczepienia rozrusznika. Znów, co do przebiegu leczenia i tygodniowego pobytu ojca w tym szpitalu nie mogę mieć zastrzeżeń. Wszystko wydawało się być na dobrej drodze, wiadomo było, że ojciec już nie wyzdrowieje, ale jakoś tam się czuł i dreptał po mieszkaniu.

Niestety tydzień później znów przyjechało pogotowie. Zanim ja dojechałem z pracy do rodziców po telefonie mamy, która zadzwoniła do mnie, że ojciec źle się czuje i nie mogąc skontaktować się z kardiologiem poleciłem jej zadzwonić po pogotowie (z pracy do rodziców mam ok. 15 minut jazdy samochodem), ekipa pogotowia już była na miejscu, zrobiła ojcu EKG i właściwie tylko chwilę zdążyłem z nią porozmawiać, gdyż od razu zabrali ojca do szpitala.

W szpitalu, ojciec leżał kilka dni na OIOMie. Później był na normalnej sali, a po kilku dniach znów na OIOMie. Odwiedzałem go codziennie. Po tygodniu pani ordynator i lekarz prowadzący poprosili mnie do gabinetu i powiedzieli, że stan ojca jest ciężki, a w płucach zbiera mu się woda. (Jest to jeden z objawów choroby wieńcowej, mówił nam o tym już w grudniu wezwany do domu kardiolog i polecił, aby ojciec się codziennie ważył)  Ordynator wyjaśniła, że lekarze próbują zrobić wszystko, aby ojca odwodnić, jednak środki farmakologiczne nie pomagają. Podawano też ojcu leki odwadniające pompą infuzyjną z lepszym bądź gorszym skutkiem. Kiedy wydawało się, że stan ojca się poprawia, nagle w nocy zaczynał się dusić i znów lądował na kilka dni na OIOMie. Lekarze z Pruszkowa konsultowali się też z lekarzami ze szpitala w Grodzisku, w którym ojciec przeszedł w listopadzie koronografię. Powtórny zabieg nie wydawał się możliwy. Po prawie trzech tygodniach prób „odwodnienia” organizmu ojca lekarze zdecydowali się na przewiezienie ojca do Grodziska i powtórzenie koronografii.  Niestety nad ranem w dniu, w którym miało się to odbyć ojciec zmarł.

We wszystkich trzech przypadkach nie mogę mięć zastrzeżeń, co do pracy i wysiłków lekarzy (z trzech różnych szpitali) zwłaszcza, że ojciec od ponad 20 lat chorował na cukrzycę, nie leczył się na nią właściwie, nie przestrzegał diety, a i tak przeżył ponad 82 lata.

Moja rada dla tych, którzy chcą pożyć dłużej jest taka, że warto się, co jakiś czas kompleksowo przebadać, bo nie wszystkie objawy mogą wskazywać na niedomagania, które nam wydają się najbardziej prawdopodobne. I aby nie podróżować, a właściwie być wożonym karetką pogotowia, warto dbać o zdrowie. Taką jak ta na zdjęciu, nikomu się to z całą pewnością nie przydarzy, ale znacznie nowocześniejszą już może.

178. Nysa 1

Modelik Nysy 522 kupiłem w połowie stycznia, oczywiście w „kultowym” kiosku. Tym razem nie obeszło się  bez małej wpadki. Pamiętam, że po modelik wybrałem się w sobotę i długo wybierałem z pośród 4 wystawionych ten najładniej pomalowany. Kiedy przyniosłem go do domu byłem czymś zajęty i dopiero po południu, kiedy miałem zamiar wyjąć go z opakowania, zauważyłem, że w modeliku nie ma prawego lusterka.  Na szczęście nie zdążyłem rozerwać folii z gazetką i w poniedziałek tuż przed wyjazdem do pracy pobiegłem do kiosku i pani, która akurat też była w sobotę w kiosku wymieniła mi go na kompletny.

178. Nysa 2

Przy modeliku praktycznie nie grzebałem. Dorobiłem tylko kołpaki z błyszczącej folii aluminiowej metodą, która opisywałem przy okazji prezentacji Żuka A03.

 

Drodzy Czytelnicy !

Nawał codziennych spraw, praca, dojazdy do niej, a także moja osobista sytuacja nie sprzyjają regularnemu prowadzeniu bloga. Po ponad 5 latach prowadzenia go i opublikowaniu blisko 180 wpisów, zaczyna mi też powoli brakować pomysłów na nowie ciekawe wpisy. Jeśli na dodatek blog nie działa tak jak powinien, to sytuacja staje się kłopotliwa. Poprzedni wpis zacząłem pisać 18 marca, a 31 marca o godz. 20 go dokończyłem. Jednak, jeśli w trakcie pisania i poprawek, wprowadzone w tekście zmiany nie dają się zapisać i to, co się już zrobiło trzeba powtarzać czasem kilka razy, na ekranie, co chwilę pojawia się taki oto komunikat: 

178. Nysa 3

cała zabawa w prowadzenie bloga staje się po prostu upierdliwa. Jeśli po ukończeniu wpisu trzeba godzinę bezskutecznie walczyć z komputerem, aby go opublikować i choć w edytorze bloga kilkakrotnie pojawia się okienko z informacją, że „wpis został opublikowany”, a na blogu, nawet po kilku godzinach wpisu po prostu nie ma i jeśli wpis udaje się wreszcie opublikować po kilkunastu próbach i niemal 4 godzinach od jego ukończenia, to cała zabawa zaczyna tracić sens. 

W tym miejscu sieci jestem już długo i nie mam chęci ani siły gdzie indziej się przenosić. Mam  więc nadzieję, że problemy blogowego serwisu są chwilowe. Co jakiś czas się one jednak powtarzają, a obecne trwają już chyba od kilku tygodni. Proszę więc Was o cierpliwość i wyrozumiałość, której mi niestety coraz bardziej zaczyna brakować.

pozdrawiam

175. Kultowe Auta PRL – Żuk A03

Modelik Żuka A03 na poprawki i prezentację na blogu czekał ponad rok. W końcu się udało. 

Tym razem wszystko zaczęło się jednak od zakupu pierwszego w tym roku innego „kultowego” modelika, a tak właściwie to od kolejnych domowych napraw.

W połowie stycznia kupiłem modelik Nysy 522 karetki, który ukazał się jako wydanie specjalne w znanej wszystkim serii. Modelik odwrotnie niż poprzednia Nysa 521, nie miał chromowanych kół, ale całe zostały pomalowane na biało. Początkowo miałem zamiar pomalować w modeliku kołpaki kół na czerwono, jednak okazało się, że granica gdzie kończy się kołpak, a zaczyna felga została zalana farbą tak, że trzeba by ją było zaznaczyć od początku jeszcze raz (np nożykiem modelarskim). Całą więc operację jako zbyt pracochłonną zarzuciłem. Postanowiłem spróbować okleić kołpaki aluminiową folią samoprzylepną, w sposób jaki opisywałem tu przy okazji prezentacji Austina FX4. Przeróbka udała się, a efekt zaprezentowałem nawet na forum.

Skoro przerobiłem karetkę, sięgnąłem po inną Nysę. Jej przeróbkę też opisywałem już na blogu. Do Nysy N59, swego czasu dorabiałem całe koła i także ta przeróbka udała się. Niezbyt zadowolony byłem jednak z kołpaków, które wtedy wycinałem nożykiem z błyszczącej samoprzylepnej taśmy ozdobnej (już po naklejeniu na felgę). Teraz powtórzyłem zabiegi dokładnie w ten sam sposób co w przypadku karetki i Austina FX4. Modelik zaczął wyglądać lepiej:

175. Żuk 1

Kilka dni później zabrałem się za domowe naprawy.

Po ubiegłoroczny ociepleniu budynku i wymianie okien w moim mieszkaniu, tej jesieni, nie wiedzieć czemu, nagle przez wewnętrzne drzwi wejściowe, z korytarza zaczęło wiać szczelinami zimne powietrze, wydając przy tym nieprzyjemny świst. Postanowiłem jakoś temu zaradzić i uszczelnić drzwi. Zanim jednak zabrałem się za oklejanie framugi uszczelkami, musiałem drzwi naprawić.

Dobrych kilka lat temu w jakiejś sprawie wyszedłem na chwilkę na korytarz, zamienić kilka słów z sąsiadką. Nie zamykałem drzwi, bo za chwilkę miałem wrócić do mieszkania. W pewnym momencie przeciąg nagle zatrzasnął drzwi i nie dało się ich już otworzyć. Całe szczęście, że byłem na zewnątrz i po kilku nieudanych próbach otwarcia drzwi klamką lub kluczem, korzystając z rozbiegu na korytarzu rozpędziłem się i atakując drzwi barkiem wyłamałem je. Tak wszedłem do środka.  Wtedy uszkodzonych drzwi nie naprawiałem tylko wymieniłem zamek. Uszkodzenia nie były specjalnie widoczne i jakoś korzystaliśmy z popękanych wewnątrz drzwi, a ich naprawa czekała na „święty nigdy”. Jakiś czas później nastąpiła podobna awaria kolejnych drzwi.

Moja córka od zawsze była dzieckiem bardzo żywym. Po mieszkaniu nie chodziła tylko biegała, a drzwi nie zamykała tylko nimi trzaskała. I tak pewnego razu zatrzasnęła się w ubikacji. Drzwi w ubikacji otwierają się na zewnątrz, więc powiedzieliśmy jej aby spróbowała wyważyć je od środka, w ten sam sposób w jaki ja swego czasu wyważyłem drzwi wejściowe. Córka nie miała jednak wystarczająco dużo siły i zamek jednak nie puścił, chociaż drzwi ubikacji popękały podobnie jak drzwi wejściowe. Otworzyłem je w końcu sposobem. We framudze wywierciłem wiertarką mały otwór i przez który „modelarskim” śrubokrętem cofnąłem rygiel.

W ubiegłym roku zaczęły się zacinać nieco drzwi do pokoju córki i w końcu zupełnie się zacięły, a córka wraz z koleżanką zatrzasnęły się w pokoju. Na szczęście okno w pokoju córki wychodzi na balkon, więc do środka dostałem się przez okno i w ten sam sposób córka z koleżanką mogły opuścić pokój. Próbowałem odryglować drzwi dokładnie tak samo jak kiedyś drzwi w ubikacji, jednak rygiel nie chciał się cofnąć, pomimo powiększenia otworu we framudze i wybijania rygla przez uderzanie w śrubokręt młotkiem. W końcu żona rozpędziła się w przedpokoju i przy którejś próbie mocnym kopnięciem wyłamała drzwi.

W obu przypadkach uszkodzenia jakie powstały przy „awaryjnym otwieraniu”, po zamknięciu drzwi, też nie były zbyt widoczne i tak jak w przypadku drzwi wejściowych skończyło tylko się na wymianie zamków. Teraz  jednak konieczna była gruntowna naprawa drzwi wejściowych. Nie od nich jednak zacząłem. Naprawę postanowiłem zacząć od drzwi do ubikacji i do pokoju córki, aby najpierw sprawdzić „jak to wyjdzie”. Wymontowałem zamki, w szczeliny i pęknięcia wewnątrz drzwi napuściłem kleju do drewna typu wikol, po czym drzwi ścisnąłem ściskami stolarskimi. Naprawa udała się i następnego dnia w ten sam sposób naprawiłem drzwi wejściowe. Skoro jednak już się za te zaległe mocno naprawy zabrałem, postanowiłem  naprawić też ranty drzwi (w okolicach zamków), ponieważ na skutek wcześniejszych przygód z „awaryjnym otwieraniem” były nieco powyszczerbiane.

Po niezbyt pozytywnych doświadczeniach ze szpachlą do drewna (w trakcie ubiegłorocznego remontu kuchni) do naprawy postanowiłem użyć znacznie trwalszego i mocniejszego materiału, używanego do tej pory właściwie tylko do napraw modelików dwuskładnikowego kleju epoksydowego Distal, którego termin przydatności (wg napisu wytłoczonego na tubkach) upłynął w listopadzie …… 2007 roku. Kleju tego używałem również później (z całkiem pozytywnym skutkiem). Postanowiłem go więc „wypaprać” do napraw drzwi i przewierconych framug. Jedyny skutek „wiekowości” kleju to to, że nie zaczął wiązać (jak kiedyś i jak napisano w instrukcji) w ciągu 2 godzin tylko dopiero po ok. 4 godzinach, ale za to kleił tak samo jak kiedyś i naprawy udało się nim zrobić.

Zanim jednak zająłem się drzwiami, z szuflady modelarskiej wyciągnąłem jeszcze inny materiał, ale o tym nieco dalej.

Ponad rok temu, w serii „Kultowe Auta PRL” ukazał się Żuk A03. Samochód doskonale pamiętałem z dzieciństwa i jego modelik kupiłem bez namysłu. Nie byłem z niego jednak zadowolony. Żuk miał dokładnie tę samą wadę co pokazana wyżej Nysa N59. W modeliku fabrycznie zastosowano dokładnie te same co w Nysie koła, ze zbyt dużymi felgami:

175. Żuk 2

Ponieważ w okresie kiedy modelik się ukazał byłem zajęty remontem kuchni, a później również innymi naprawami i sprawami (o których na tym blogu niejednokrotnie wspominałem), modelik przestał w gablocie ponad rok i czekał na swoją kolej. Inaczej niż w przypadku Nysy, nie dysponowałem już żadnymi mniej lub bardziej kompletnymi kołami, które mógłbym do niego zaadoptować. Z kółek (bliźniaków od zabawki Cararamy), które wykorzystałem do wykonania kół Nysy, zostały mi tylko 4 gołe oponki, które miałem zamiar wykorzystać do przeróbki innego modelika.

Korzystając jednak z okazji, że do naprawy kantów drzwi w ubikacji i pokoju córki, musiałem rozrobić znacznie większą niż zazwyczaj dawkę kleju, z szuflady modelarskiej wyciągnąłem plastelinę. Dodałem do niej nieco oleju i rozgniotłem między metalowymi płytkami, jakie były swego czasu dołączane do rachunków za telefon (w celu dociążania przesyłek). W końcu odkleiłem od plasteliny jedną z płytek, a z modelika Nysy ściągnąłem jedno kółko (wraz z ośką). Ściągnąłem z niego oponkę i zamontowałem odwrotnie, po czym felgę odbiłem 5 razy w plastelinie. Powstałe w plastelinie odciski powoli napełniałem przygotowanym do naprawy drzwi klejem. Kiedy nowe odlewy felg zastygały, ja już nakładałem klej na wyszczerbione ranty drzwi.

Metodę odlewania drobnych elementów w plastelinie opisywałem tu jakiś czas temu. Oprócz niewątpliwych zalet ma ona jedną wadę. W trakcie nakładania żywicy do formy, pod powierzchnią żywicy tworzą się poduszki powietrza, które później zastygają w odlewie w kształcie kulistych pustych pęcherzyków, które jeśli przylegają do widocznych powierzchni, w odlanym elemencie tworzą zwłaszcza na wypukłych krawędziach (takich jak np. ranty felg) maleńkie dziurki. Dlatego też w plastelinie odbiłem i odlałem 5 felg, aby później wybrać z nich 4 najbardziej udane odlewy.

Następnego dnia po odlaniu zewnętrznego elementu nowych felg ( odlewy miały formę pastylki) trzeba było zrobić jeszcze stronę wewnętrzną, z piastą i nadlewikiem na ośki. W moich modelarskich „przyda się” znalazłem maleńkie buteleczki (po jakichś lekarstwach) zatykane elastycznymi koreczkami pustymi w środku. Zewnętrzna średnica koreczków idealnie (z lekkim wciskiem) pasowała do wewnętrznego otworu w moich oponkach (identycznych jak w Nysie). Rozrobiłem Distal jeszcze raz. Napełniłem koreczki klejem, po czym wcisnąłem je od wewnątrz w oponki, a od zewnątrz do wypełnionych klejem koreczków przykleiłem „pastylki” wcześniej odlanych zewnętrznych części felg. Kiedy całość zaczęła się już trzymać, wypchnąłem nowo stworzone felgi z oponek, a resztką kleju pouzupełniałem drobne dziurki (pęcherzyki powietrza) jakie w trakcie odlewania powstały na rantach felg. Zewnętrzne powierzchnie felg odlały się dość dobrze, na rantach były przeważnie tylko po 2 maleńkie (ok. 0,5 mm) pęcherzyki-dziurki, które pod lupą udało się wypełnić klejem.

Kolejnego dnia (żywicę jaką jest de facto Distal trzeba zostawić w spokoju na kilkanaście godzin, aby stwardniała), nożykiem modelarskim odciąłem niepotrzebne fragmenty plastikowych koreczków. Teraz pozostało tylko wywiercić w felgach otwory na oski. Otwór w pierwszej feldze wywierciłem ręcznie. Niestety po zatknięciu ośki, okazało się, że felga jednak „bije”. Następne otwory wierciłem już w przyrządzie:

175. Żuk 3

Moją modelarską wiertarkę marki Minicraft kupiłem bodajże w 1987 roku w Niemczech. W 1989 roku w nieistniejącej już niestety Centralnej Składnicy Harcerskiej udało mi się dokupić stojak (tej samej marki) do nieco większej wiertarki i przystosować go do mojej (mniejszej) wiertarki. Ze stojaka korzystam dość rzadko. Teraz jednak bardzo się przydał.

Po obsadzeniu osiek i wstępnym zamontowaniu kół w modeliku, felgi trzeba było nieco dopieścić – przeszlifować i wygładzić ranty po zatykaniu klejem dziurek- pęcherzyków, a także pomalować:

175. Żuk 4

Kiedy felgi wyschły, po kolejnych 24 godzinach, z poleconej przez kolegę folii aluminiowej wyciąłem dziurkaczem biurowym okrągłe kawałki i nakleiłem na wystające nadlewiki kołpaków (dokładnie tak samo jak w Nysie).

Żuk gotowy:

175. Żuk 5

Odlewane, a nie dorabiane ręcznie felgi nie prezentują się może tak dobrze jak te w Nysie, ale źle nie jest. Zastanawiałem się czy nie wyglądały by lepiej, gdyby zamiast na biało, pomalować je np. na kolor nadwozia. Jednak perspektywa kolejnych poprawek wyczerpała już moją cierpliwość do tego modelika. Na razie Żuk zostanie z felgami białymi (pasują przynajmniej do zderzaków):

175. Żuk 6

Dwa tygodnie temu, w poniedziałek 23 stycznia, na moim blogu padł kolejny rekord:

175. Żuk 7

DZIEKUJĘ SERDECZNIE WSZYSTKIM, KRÓRZY ODWIEDZAJĄC MÓJ BLOG, PRZYCZYNILI SIĘ DO USTANOWIENIA KOLEJNEGO REKORDU ODWIEDZIN.

Zachęcam do odwiedzania bloga, czytania i w miarę możliwości komentowania tego co tutaj piszę. Dla zachęty pragnę pokazać kilka zdjęć modeli, które kupiłem już w tym roku i o ile czas pozwoli, będę je w całej ich okazałości prezentował.

175. Żuk 8

pozdrawiam

165. Kultowe Auta PRL – Nysa 521

Modelik, który ukazał się w kioskach w ubiegłym tygodniu miał właściwie już swoją premierę w „kultowej” serii. Inaczej niż w przypadku Poleneza, Żuka czy Warszawy kombi, a podobnie jak w przypadku opisywanego tu ostatnio Fiata 125p, Nysa serii 521/522 ukazała się w marcu ubiegłego roku jako wydanie specjalne. Tym razem (jako modelik) otrzymaliśmy wersję „cywilna” tego auta. Różni się ona jednak od wydania specjalnego tym, że ma „niski” dach i nie ma drzwi po lewej stronie nadwozia. Poza tym to właściwie ten sam model. Kiedy ukazała się milicyjna Nysa pisałem na tym blogu, że „osobiście nie miałem nigdy przyjemności podróżowania milicyjna Nysą 522 KW – zwaną potocznie „suką”. Byłem za to 2 razy w Fabryce Samochodów Dostawczych w Nysie.” Nie do końca jest to prawdą, bo o ile milicyjną Nysą rzeczywiście nigdy nie miałem przyjemności podróżować, o tyle wersją „cywilną” już tak i to chyba kilka razy. A przypomniałem sobie to zdarzenie dzięki modelikowi, który własnie się ukazał.

Jak zapewne wytrwali czytelnicy tego bloga wiedzą, przez kilkanaście lat byłem związany z FSO. FSO w czasach kiedy tam pracowałem zajmowało nie tylko duży teren na warszawskim Żeraniu, ale miało też filie i zakłady w innych częściach miasta. Jedną z nich była fila Ośrodka Badawczo Rozwojowego Samochodów Osobowych (OBRSO) w podwarszawskiej Falenicy. Ponnieważ od fabryki „matki” była oddalona o blisko 20 kilomertów, a miesciły się w niej działy i biura, z którymi współracowali nie tylko koledzy z OBRSO, w pewnym okresie (niestety nie mogę sobie już dokładnie przypomnieć kiedy) FSO uruchomiło regularne połączenie dla pracowników, którzy musieli coś w Falenicy załatwić. Połaczenie to obsługiwała właśnie Nysa. Był to mikrobus na ok. 10 osób, bardzo podobny do modelika, który ostatnio się ukazał. O ile dobrze pamiętam Nysa odjeżdżała z przed dyrekcji pierwszym kursem ok. godz 9, a wracała kursem ostatnim ok. godz 14.  Kursów takich było chyba kilka w ciągu dnia i „wtajemniczeni” dobrze znali roakład jazdy efesowskiej Nysy.

Tą  wewnętrzną efesowską „linią” jechałem kilka razy i pamietam, że szczególnie pierwsza podróż zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Kiedy pierwszy raz wsiadałem do tego samochodu, byłem nieco zaskoczony, że jak na pojazd komunikacji niemal pubicznej jest on dość ciasny. Aby zająć w nim miejsce trzeba się było dobrze schylić, bo chociaż efesowska Nysa miała wysoki dach, to jak każde auto tej marki wyskoko umieszczoną miała również podłogę, co w efekcie powodowało, że zajmowanie miejsc na tylnych fotelach wiązało się z koniecznością pewnej gimnastyki.

Spore wrazenie zrobiła na mnie też sama jazda. Kiedy Nysa ruszyła, wydawała znany mi z ulic odgłos „buczenia” charakterystyczny dla tych aut. Odgłos wydobywał się spod umieszczonej we wnetrzu auta pokrywy silnika i spod całego podwozia, był dokładnie taki sam jaki słyszało się kidy np. Nysa przejeżdzała ulicą, ale znacznie głośniejszy i wyraźniejszy, można w nim było niejako rozróżnić odgłosy które wydawały poszczególne elemanty układu napedowego. Dwudziestokilometrowa podróż do Falenicy, nawet w porównaniu z podróżą autobusem mieskim, szcególnie komfortowa nie była, za to chyba na zawsze dobrze ją zapamiętałem.

165. Nysa 1

Od zakupu modelika minął zaledwie tydzień, ale tym razem nie bardzo mogę sobie przypomnieć gdzie modelik kupiłem (chyba w Arkadii, ale do końca nie jestem tego pewien). Zapamietałem za to, że od razu po zakupie rozebrałem go, ściągnąłem z osiek koła, a z nich opony i pomalowałem felgi białą farbą. Fabrycznie modelik ma całe felgi chromowane i to wygląda dość dziwnie. Operacja zajęła mi jakieś pół godziny, za teraz Nysa wygląda niemal jak prawdziwy samochód.

165. Nysa 2

pozdrawiam

134. WARSZTAT – Kultowe Auta PRL – Nysa N59

Nysa N59 ukazała się w serii „Kultowe Auta PRL” prawie 2 tygodnie temu. Nie opisałem jej jednak w poprzedni weekend i na blogu (jak już tydzień temu pisałem) pojawiły się zaległości. Dziś pokrótce opiszę drugi powód ich powstania:

W piątek, 14 maja, późnym wieczorem zacząłem się nawet przymierzać do opisania modelika, który nabyłem przed ostatnio opisywanym GAZem, jednak nie bardzo miałem pomysł na wpis. Zachciało mi się przypomnieć sobie mój wywiad dla OnetTV, i aby długo nie szukać w linkach, wklepałem w Google moje nazwisko. W wynikach na pierwszych dwóch miejscach pojawił się link do wywiadu, ale ku mojemu zaskoczeniu na miejscu trzecim pojawił się link z imieniem mojego dziadka. Kiedy zawsze wpisywałem moje nazwisko w Google wyskakiwały różne stronki, ale dziadka wśród nich nigdy nie było. Kiedy kliknąłem, znalazłem się na stronie nieobecni.pl, a moim oczom ukazała się zbiorowa mogiła żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku i tablica z nazwiskiem mojego dziadka. Nikt z rodziny nie wiedział nigdy, gdzie dziadek został pochowany. Zginął prawdopodobnie 20 września w miejscowości Ulów, po Pierwszej Bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, ale jego grobu nigdy nie udało się odnaleźć. Długo oglądałem zdjęcia z cmentarza Zamość-Rotunda, gdzie dzięki Internetowi udało mi się przypadkowo odnaleźć jego grób. Później postanowiłem poczytać trochę o samej bitwie i o znanych z historii postaciach, które brały w niej udział (generałach Grocie-Roweckim i Władysławie Andersie). Tak zeszło mi pół nocy z piątku na sobotę i pół soboty, zaś w niedzielę odwiedzili mnie moi rodzice, którzy też chcieli zobaczyć odkryty przy pomocy Internetu grób.

I tak, na blogu zrobiło się tygodniowe opóźnienie, które teraz nadrabiam. W ubiegły weekend opisałem obie historie związane z opóźnieniem, zrobiłem zdjęcia i jako pierwszy opublikowałem wpis o Toyocie. Zrobiłem też zdjęcia Nysy, umieściłem w szkicach, a modelik odstawiłem na półkę.

134. Nysa 1

Modelik był ładny i od samego początku mi się podobał, jednak coś w nim ” nie grało”, bo przecież „starą” Nysę zapamiętałem z dzieciństwa.

134. Nysa 2

Koła wydały mi się nieco za duże, ale cóż całość wyglądała OK i początkowo nie miałem zamiaru niczego przerabiać.

W poniedziałek, albo we wtorek miałem chwilę niezagospodarowanego czasu i zajrzałem na forum Motoshowminiatura. Trwała tam dość zażarta dyskusja na temat kół w modeliku Nysy. Przeczytałem ją z uwagą i obejrzałem zdjęcia. Jeden z kolegów pokazał na forum modelik z kółkami od „kultowej” Warszawy inny, z kółkami od Syreny. Dało mi to do myślenia. Niestety nie posiadałem „dawcy”, a swoją drogą zawsze bardzo szkoda mi rozbierać kompletne, dobre modele na części, zacząłem więc grzebać w moich zasobach „przyda się”.

Klika lat temu wymieniałem kółka w modelikach Mercedesów T2. W tym celu nabyłem dwie ciężarówki (zabawki) firmy Cararama. Kupiłem jednak autka nie dwu- ale trzy-osiowe i w ten sposób zostały mi dwie dodatkowe kompletne tylne ośki (z bliźniakami). Przeleżały kilka lat w szufladzie i chyba dwa lata temu, przy okazji prezentacji na tym blogu modelika Land Rovera  podjąłem próbę dorobienia kółek do zielonego pick up’a. Rozciąłem długie felgi (pod bliźniaki) na dwie części i wyszedł z tego całkiem fajny komplet 4 kół (z dwóch osiek). Felgi (1) nie miały jednak wnętrza i z kółek od starych żabek do firan (2), zacząłem dorabiać piasty felg. Nie wszystko jednak dobrze wychodziło i przeróbkę zarzuciłem.

134. Nysa 3

Teraz gdy wyciągnąłem z szuflady pudełko z oponkami i kółkami, okazało się, że kółka znakomicie pasowałyby do Nysy, a pomysł z piastami, który nie wypalił przy poprzedniej przeróbce, da się jednak wykorzystać. Ponadto z poprzednich przymiarek pozostały dwie dopasowane do felg wkładki piast (3), które trzeba było tylko z zewnątrz (od widocznej strony) nieco opiłować. Technologię dopasowywania wkładek do felg wypraktykowałem poprzednim razem, więc teraz skoncentrowałem się tylko na ich widocznej powierzchni.

Kanty dwóch pozostałych z poprzedniej przeróbki piast (3), osadzonych na 2-milimetrowych ośkach, opiłowałem tak, aby utworzyć na widocznej stronie ścięty stożek. Następnie dorobiłem 2 brakujące piasty. Jako uchwytu do „toczenia” użyłem starego ołówka automatycznego, bo nie chciało mi się rozkładać mojej „mini-tokarki” jaką czasami robię z mini-wiertarki i przeznaczonego do niej uchwytu wiertarskiego z dwiema kolumienkami. Ołówek obracałem w palcach lewej ręki, a prawą wyposażoną w płaski pilnik, kolistymi ruchami nadawałem piastom właściwy kształt, co jakiś czas kontrolując efekty piłowania pod lupą. Kiedy 4 piasty były gotowe, na jedną z nich nakleiłem samoprzylepną folię imitującą chrom. Wystająca poza stożkową powierzchnię kawałki obciąłem najpierw nożyczkami, a później już dokładniej ostrą żyletką, którą „prowadziłem” po powierzchni wypiłowanego stożka. Efekt był zadowalający, jednak w pastach były otwory pod ośki i w tych miejscach folia nie układała się najlepiej i zaczynała pękać. Wepchnąłem więc ośki nieco głębiej w piasty (ok  0,6 mm) i zaślepiłem powstałe w ten sposób „dołki” wymieszanymi z klejem małymi kawałkami tworzywa, odciętymi z nie wykorzystanych piast z poprzedniej przeróbki. Po wyschnięciu jeszcze raz opiłowałem powierzchnię piast (pod kołpaki) nadając jej przy tym nieco kulisty kształt. Dwie piasty okleiłem folią „chromową” zrobiłem tymczasowe ośki i zamontowałem kółka do modelika:

134. Nysa 4

Dorobione kółka są nieco mniejsze od oryginalnych (mają 17,2 zamiast 17,7 mm). Mają jednak sporo mniejsze felgi – o ok 1,5 mm (Oryginalne miały 11,9 mm dorobione -10,5). A właśnie wielkość felg jako najbardziej widocznego elementu decyduje o wyglądzie koła. Modelik nie jest jeszcze gotowy. Felgi trzeba „dopieścić” i pomalować. Kiedy zakończę przeróbkę, usunę ostanie prowizoryczne zdjęcie i zamieszczę tutaj zdjęcia gotowego modelika.

pozdrawiam

 

P.S.

3 czerwca

Wczoraj wieczorem udało mi się wreszcie podłubać przy Nysie. Opiłowałem bardzo drobnym papierem ściernym powierzchnie pod kołpaki, a nestępnie dorobiłem nowe naklejki z folii, która jest nieco grubsza, ale lepiej imituje chrom i bardziej ijest bardziej błyszcząca.

134. Nysa 5

Dzisiaj pomalowałem felgi, dorobiłem metalowe nowe ośki i zmontowałem modelik.

134. Nysa 6

Tragedii nie ma, rewelacji też nie. Nad kołpakami trzeba by jeszcze trochę popracować. Najlepiej byłoby gdyby wykonać je jako osobny element. Może uda się to zrobić przy okazji dorabiania kołpaków do rezerwowej Warszawy, z której kołpaki poszły do „kultowego” Trabanta.

134. Nysa 7

 

P.S.

7 lutego 2012

Przy okazji dorabiania kół do Żuka A03, które powstały jako „odbitka” pokazanych tu kół do Nysy, poprawiłem w końcu kołpaki. Zastosowałem inną aluminiową folię i ostatecznie modelik wygląda tak:

134. Nysa 8