Tag: warsztat inaczej

231. Pracowity urlop i Fiat Uno – Kultowe Auta PRL

Niektóre historie czasem lubią się powtarzać. 

Podobnie jak w roku ubiegłym i 2012 do końca maja musiałem w pracy podać termin mojego urlopu wypoczynkowego. Zarezerwowałem więc sobie pierwsze 2 tygodnie sierpnia. Jednak nie miałem zamiaru nigdzie wyjeżdżać. Zachęcony doświadczeniami z lat poprzednich, od razu założyłem, że 2 tygodnie mojego letniego urlopu nie będą wypoczynkowe, a tak jak dłuższe urlopy w poprzednich latach będzie to urlop remontowo-budowlany. Tym razem „na tapecie” znalazł się duży pokój.

Na początku sierpnia panowały w Warszawie upały. Pierwszy urlopowy weekend nie bardzo nadawał się do pracy, więc przed przystąpieniem do właściwego remontu postanowiliśmy z żoną nieco odpocząć. I w sobotę i w niedzielę wybraliśmy się na glinianki w Zielonce, gdzie można się trochę poopalać i popływać. W poniedziałek i wtorek zabrałem się za porządkowanie papierów w pokojowym regale i pakowanie modelików do pudeł. Przed remontem musiałem opróżnić moją „nową gablotkę”, a starą witrynę przygotować do „wyprowadzki” do sypialni. I tak kolejne 2 dni upłynęły pod katem porządków i przygotowań oraz oczywiście popołudniowych wypadów do Zielonki.

Właściwy remont zaczął się dopiero w środę, kiedy temperatura spadła poniżej 30 stopni i dało się wreszcie coś zacząć robić.  Tego dnia spakowałem do szafy w przedpokoju popakowane wcześniej w pudełka modeliki z gablotki, a witrynę (tą od modelików) przestawiłem do sypialni. Po południu zaczęliśmy też z żoną wystawiać pozostałe meble z pokoju na balkon. W pokoju pozostał tylko wersalka i wysoka witryna od regału, która nie mieści się w pionie w żadne drzwi. Od czwartku remont zaczął się na dobre i choć na zewnątrz panowała piękną pogoda nie miałem okazji z niej skorzystać.

Najpierw zabrałem się za prace budowlane, wyrównywanie i tynkowanie narożnika przy wyjściu na balkon i drugiego przy wejściu do pokoju oraz łatanie dziur przy podłodze, jakie ujawniły się po oderwaniu starych listew.  Kiedy się z tym uporałem, przystąpiliśmy z żoną od malowania. Najpierw zmywaliśmy ściany i sufit (pokój nie był odnawiany od chyba 10 lat) Później kolejny dzień zszedł na gruntowaniu. W końcu, w połowie następnego tygodnia pomalowaliśmy pokój. Kiedy to się udało przyszła pora na „klu programu”.

W środę drugiego tygodnia urlopu, po dopieszczeniu i poprawkach malowania nie usiedliśmy (jak codziennie) do gotowanego przez żonę obiadu, a wybraliśmy się do Centrum Handlowego M1 na pizzę, aby poprawić sobie nastrój i nieco się zrelaksować po tygodniu harówki. Tego dnia czekało nas jeszcze jedno ważne zdanie, zakup paneli. Po objechaniu marketów budowlanych w C H M1 do domu wróciliśmy z pizzerii o 21 załadowanym samochodem, a 9 ciężkimi paczkami.

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego marketu OBI, gdzie za całe 50 złotych nabyłem kolejne narzędzie do prac remontowych – wyrzynarkę. Nie użyłem jej jednak od razu do docinania paneli. Po przymiarkach okazało się, że układanie nowej podłogi trzeba było zacząć od skrócenia wyremontowanych (też w trakcie urlopu) 2 lata temu drzwi:

Następnie zabrałem się już za układanie paneli na starej podłodze:

Wyrzynarka bardzo się przydała, bo panele okazały się bardzo trudne od cięcia ręczną piłką:

W trakcie prac remontowych korzystaliśmy z nieobecności córki. Tak się akurat złożyło, że na kilka dni przed rozpoczęciem  remontu, wraz z dwoma koleżankami wyjechała na dwutygodniowe wakacje do Grecji. Kiedy wróciła, 15 sierpnia, najbardziej pracochłonny etap układania pierwszych rzędów miałem już za sobą.

W trakcie układania okazało się, że panele, które kupiliśmy (przede wszystkim kierując się ich kolorem) trzeba było układać całymi rzędami, a ponieważ pierwsze rzędy miały ponad 5 m długości, a następne 4,5 niezbędna przy ich zapinaniu okazała się pomoc żony. Niestety moja żona nie ma „modelarskiej” cierpliwości i na domiar złego dość szybko ją traci. Toteż doboru desek do kolejnych rzędów dokonywałem z reguły sam:

W niedzielę 17 sierpnia podłoga była już ułożona, ale następnego dnia musiałem już pójść do pracy bo 2-tygodniowy urlop wypoczynkowy wykorzystany w celach remontowo-budowlanych właśnie się skończył. To, że podłoga była ułożona, nie oznaczało zakończenia prac remontowych i porządkowych. W ciągu kolejnych dni trwały one jeszcze przez kolejne 2 tygodnie. Po ułożeniu podłogi trzeba było ułożyć jeszcze na ścianach listwy. Robiłem to po pracy i w trakcie kolejnego weekendu. Po wstawieniu mebli do pokoju, trzeba było powkładać do nich zawartość, którą na czas remontu przełożyliśmy do kliku sporych rozmiarów pudeł. Meble też wymagały poprawek i przeróbek, a właściwie dostosowania ich do możliwości przesuwania po nowej podłodze, tak aby jej w trakcie przesuwania nie rysowały. Między innymi musiałem przerobić skrzynię na pościel od kanapy, aby móc na jej dno nakleić filcowe podkładki. Przy okazji uruchomiłem też więżę z gramofonem, która stała bezczynna dobrych kilka lat od czasu kiedy właściwy Artemis, jeszcze jako szczeniak przegryzł kabel od jednego z głośników.

20 sierpnia przed wyjazdem do pracy pobiegłem do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku. Po szybkim obejrzeniu kilku modelików wybrałem jeden, kupiłem i schowałem go do torby. Z uwagi na to, że w domu, po pracy mocowałem właśnie do ścian listwy przypodłogowe, modelik z gazetką zapakowany w folię najpierw przewalał się przez kilka dni, a to w pokoju, a to w kuchni i chyba dopiero po tygodniu wyciągnąłem go z gazetki, po czym zapakowany w oryginalny blister znalazł się w przestawionej do sypiali witrynie, obok kilkunastu modelików „rozgrzebanych” i tych do których nie mam opakowań (nawet zastępczych).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po powrocie z urlopu do pracy zarezerwowałem sobie kolejny tygodniowy urlop, tym razem już naprawdę miał być to urlop wypoczynkowy. Termin urlopu przypadł na drugi tydzień września. Nie mieliśmy jednak w tym roku żadnego pomysłu na wakacje, dlatego kiedy na początku września uporaliśmy się z opisywanymi powyżej pracami porządkowymi, zaczęliśmy się nad tym zastanawiać. Na początku miałem pomysł spędzenia kilku dni w Termach Uniejów. Pomysł jednak upadł, bo żona nie bardzo mogła by z nich korzystać. Później przeglądałem oferty noclegów w górach. Nie chciałem jednak jechać w Sudety, bo to męcząca podróż. Po obejrzeniu ofert noclegów w Bieszczadach, okazało się, że znalezienie podobnych warunków, w podobnej cenie, jak w ubiegłym roku w Krynicy, jest praktycznie niemożliwe. Poza tym droga z Warszawy w Bieszczady jest chyba jeszcze bardziej męcząca niż w Sudety.

I tak, w połowie pierwszego tygodnia września zaczęliśmy się rozglądać za wyjazdem do nieco cieplejszej strefy. Bodajże w piątek żona znalazła atrakcyjną ofertę „last minute” do Grecji. Kiedy  jednak po chwili namysłu, telefonie do mamy (czy na pewno przygarnie psa) i telefonie do córki, (czy na pewno da sobie radę w domu sama przez tydzień) zadzwoniłem do TUI, zdążyłem tylko podać imię, nazwisko i imię żony, kiedy pani z biura zakomunikowała mi, że właśnie oferta z niknęła i musi przerwać rezerwację. Termin urlopu się zbliżał, a my nie mieliśmy niczego zarezerwowanego. W weekend, kiedy spokojnie można byłoby coś jeszcze złowić, zostaliśmy zaproszeni do kuzynki do Żyrardowa, której nie wypadało już odmówić.

W poniedziałek w drugim tygodniu września, kiedy miałem już być na kolejnym urlopie znów pojechałem do pracy. Gorączkowe poszukiwania w Internecie oferty wyjazdu w rozsądnej cenie nie dawały rezultatu, więc po pracy wybrałem się do biura podróży w Arkadii (w którym 3 lata temu zarezerwowaliśmy wyjazd na Kretę). W biurze spędziłem cały wieczór wychodząc z niego i dzwoniąc do żony z prośbą aby proponowane oferty obejrzała w Internecie oraz wracając, aby jeszcze coś skonsultować. Do domu wróciłem po dwudziestej drugiej, kiedy już biuro zamknięto. Następnego dnia znów udałem się do biura, bo w pracy nie miałem czasu zajrzeć nawet na chwilę do Internetu. Tym razem po obejrzeniu kilku ofert doszedłem do wniosku, że dam sobie spokój i będę polował w Internecie. Jeśli coś ciekawego się trafi zarezerwuję i wyjedziemy, jeśli nie trudno. Niczego nie trzeba robić na siłę. Poza tym żona poszukiwań wakacyjnej oferty miała już serdecznie dość i kiedy chciałem jej coś pokazać i zapytać o zdanie zaczynała się złościć i zżymać.

Kiedy we wtorek wróciłem do domu zjadłem kolację, a później włączyłem komputer. Przeglądając oferty biura ITAKA zauważyłem ofertę wyjazdu na Korfu, o której kilka dni wcześniej rozmawiałem z żoną. Była godzina 21. Kiedy dokładniej obejrzałem tę ofertę i skonsultowałem ją z żoną, zadzwoniłem na infolinię Itaki. Okazało się, że są jeszcze 2 ostatnie miejsca do wzięcia. Zarezerwowałem ten wyjazd. Musiałem się jednak spieszyć. Na puszczenie przelewu i przesłanie jego kopii do Itaki zostało mi tylko 15 minut (o 22 infolinia kończyła pracę). Tym razem się jednak udało. We środę 10 września wypisałem w pracy tydzień urlopu, a w sobotę po południu polecieliśmy z żoną na Korfu. Po raz pierwszy od 15 lat sami (bez naszego dziecka, które w czerwcu skoczyło właśnie 18 lat i spokojnie mogło samo przez tydzień zostać w domu).

Kupiony jeszcze w sierpniu modelik Fiata Uno przeleżał w przestawionej do sypialni witrynie ponad miesiąc. Z blistra wyjąłem go dopiero wczoraj – 30 września. Przez poprzednich kilka tygodni nie miałem czasu nawet go dokładnie obejrzeć.

Wczoraj po pracy zostałem troszkę dłużej w biurze i wydrukowałem dorobione tablice rejestracyjne. Nakleiłem je na modelik. Później zabrałem się za drobne poprawki. Najpierw próbowałem modelik rozebrać, ale mi się to nie udało. Zdjąłem więc oponki z tylnych kółek i delikatnie szczypcami ściągnąłem felgi z ośki. Końcówki ośki nieco spiłowałem po czym wcisnąłem na nie kółka z powrotem. W ten sposób udało mi się zwęzić nieco rozstaw kółek z tyłu tak, aby żadne nie wystawało poza obrys nadwozia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie, zapałką zanurzaną co chwilę w spirytusie, zmyłem ze świateł tylnych namalowane fabrycznie w niewłaściwym miejscu światła cofania, po czym pomalowałem je po swojemu.

Także bez poprawek, trzeba przyznać, że Uno z serii „Kultowe Auta PRLu” to bardzo udany model ( i chyba jeden z najlepiej wykonanych modeli jakie się w serii ukazały) Jedyną jego wadą są niewłaściwie wykonane tablice rejestracyjne, dlatego postanowiłem „uzbroić” go w nowe.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelika Fiata Uno wykonanego dokładnie w skali 1:43 szukałem bardzo długo. Przez wiele lat na rynku dostępny był tylko modelik wykonany przez Bburago. (Dziś jest już też dość rzadki, bo to bardzo stary model).  Jest on nieco za duży, a powstał chyba na bazie jeszcze starszego modelika firmy Mebetoys, który jak wynikło z mojego niedawnego dochodzenia też jest za duży (oba są w skali ok 1:41).

W historii Fiata samochód odegrał bardzo istotną rolę. Okazał się bardzo udany, toteż bardzo długo go produkowano. W Polsce wciąż go można spotkać niemal na każdym kroku, jednak już tylko wersję po faceliftingu, jaki auto przeszło w 1990 roku. Ja zaś zawsze chciałem mieć modelik tego auta w wersji pierwotnej z roku 1983, kiedy to Uno się ukazało. Jego premiera była w światku motoryzacyjnym (również w Polsce) swego rodzaju bardzo istotnym wydarzeniem, bo był to niejako pierwszy „światowy” model Fiata, zaprojektowany od początku tak, aby można go było sprzedawać na całym globie. Samochód nie tylko spełnił pokładane w nim w latach 80- tych oczekiwania, ale stał się chyba bardziej popularny niż pierwotnie zakładano.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W trakcie tegorocznych krótkich wakacji na Korfu też widywałem Fiaty Uno i to również w starszej, pierwotnej wersji  (ze starego typu przodem). Osobowego Uno z lat 80-tych nie udało mi się sfotografować na jednej z ulic stolicy wyspy, bo spieszyliśmy się z żoną na powrotny autobus do hotelu i nie było na to czasu. Za to nieopodal hotelu, w którym mieszkaliśmy parkowało Uno w wersji pickup. Postanowiłem je uwiecznić właśnie na potrzeby tego wpisu. Auto ma identyczny „stary” przód jak prezentowany tu modelik:

Fiat UNO

Drodzy czytelnicy!

Mam nadzieję, że ten wpis wyjaśnił w sposób wystarczający moją długą nieobecność na blogu.

pozdrawiam

Reklamy

208. Pracowite wakacje i Nysa N61 Tropic

Od kilku dobrych miesięcy mam wrażenie, że „czas mnie wyprzedza” tak jak na autostradzie jakiś dobry szybki samochód. Ciągle mi go brakuje. Od momentu kiedy pod koniec marca z naszego zespołu w pracy nagle odszedł jeden  z kolegów, jego obowiązki zostały podzielone na trzy pozostałe osoby. Pracy jest więc dużo i do domu wracam po prostu dość zmęczony. Poza tym ciągła codzienna bieganina, załatwianie różnych drobnych i grubszych spraw powoduje, że moje zainteresowanie modelami w ostatnim okresie ograniczyło się właściwie do przeglądania ostatnich ofert na Allegro i to też nie codziennie. Nie miałem też czasu zaglądać na fora czy pisać bloga.

W wakacje sytuacja też się nie zmieniła. W tym roku w związku z perturbacjami personalnymi, w pracy musieliśmy dość wcześnie zaplanować urlopy. (Już pod koniec kwietnia). Mój urlop przypadł w okresie przełomu lipca i sierpnia. Niestety nigdzie nie wyjechałem. Moja siedemnastoletnia już córka też miała wakacje, ale ponieważ od początku oświadczyła, że nie chce ich spędzić z nami, wykupiliśmy jej wyjazd na obóz do Bułgarii. To trochę kosztowało, więc domowy i tak ostatnio dość napięty budżet został nadwyrężony. Nie miałem też pomysłu na jakiś kilkudniowy tani wyjazd w Polskę, bo skoro córka nie chce już jeździć z nami, to dlaczego ja miałbym ją ze sobą zabierać np. na kilka dni na Mazury. I tak doszedłem do wniosku, że letni urlop (podobnie jak w ubiegłym roku) spędzę w domu. W ubiegłym roku w lipcu też miałem dwutygodniowy urlop, w trakcie którego odbyłem dwie wycieczki poza Warszawę, a resztę czasu spędziłem na balkonie szlifując i malując drzwi do pokoi, ubikacji i łazienki. Na właściwe wakacje w ciągu ostatnich dwóch lat udało się zresztą pojechać, co prawda na krótko i na jesieni, ale za to dość daleko (dwa lata temu na Kretę, a w ubiegłym roku na Fuertaventurę). Dlatego i tego lata doszedłem do wniosku, że nic się nie stanie jeśli tegoroczny urlop obejdzie się bez wyjazdu. Nie znaczy to jednak, że spałem do dwunastej, potem łaziłem sobie trochę po mieszkaniu, a po obiedzie jeździłem na glinianki do Zielonki.

Jeszcze w lipcu tuż przed urlopem spędziłem kilka owocnych wieczorów w moim „warstacie” i jakby „jednym ciągiem” naprawiłem kilka rozgrzebanych modeli. Na pierwszy ogień poszedł GAZ 69A. Tak jak pisałem na blogu miałem zamiar pociąć plandekę i zmienić nieco jej kształt i plandekę pociąłem. Nieco inaczej niż pierwotnie planowałem, zmieniłem jej kształt i przeróbka jest prawie gotowa (modelik wymaga jednak dopieszczenia) . Następnie dokończyłem naprawę kupionego okazyjnie w ubiegłym roku na Allegro Fiata 124 Spider firmy Vitesse. Na koniec chyba wróciłem do naprawy modelika, o której swego czasu na blogu pisałem, a którą przerwałem z powodu „pierwszego etapu remontu kuchni”. Do pokazanej wtedy dorobionej klapy dorobiłem tablicę rejestracyjną, znalazłem też dorobione wówczas zawiasy i zrealizowałem pierwotny pomysł zrobienia otwieranej klapy na zawiasach.

Modelik wymaga już tylko pomalowania klapy. Ale i tym razem dalsze poprawki Fiata 600 przerwałem. Powód jest dokładnie ten sam co dwa lata temu.

Już właściwie drugiego dnia urlopu (po weekendzie i leniwym gorącym poniedziałku) przystąpiłem do „drugiego etapu remontu kuchni”. Najpierw skuwałem tynk (wraz ze starą tapetą), później przerobiłem całkowicie instalację elektryczną na ścianie kuchennej, a na koniec układałem glazurę w miejscu gdzie była stara tapeta.

Cóż nie znaczy to jednak , że na początku sierpnia (w czasie kiedy w Warszawie panowały afrykańskie upały nic a nic nie wypocząłem.

Rano ok godziny 9tej zabierałem się za robotę bo rano temperatury były całkiem znośne. Ok 15-tej jedliśmy z żoną obiad. (Kuchnia nawet w trakcie remontu pracowała i coś tam można było upichcić (kuchenka była cały czas podłączona do sieci gazowej, w kuchni zamontowałem stary (poprzedni) zlewozmywak z baterią, którego przezornie nie wyrzuciłem, w kuchni stała też lodówka i stół. Pozostałe meble stały w pokoju.) Po obiedzie , kiedy już byłem nieco zmęczony, a temperatura na zewnątrz dochodziła do 30 stopni, wsiadaliśmy z żoną w samochód i jechaliśmy na oddalone ode mnie o 12 km glinianki w Zielonce.

Tam spędzaliśmy mniej więcej 2 godziny pływając i leżac na trawie, a około 19-tej wracaliśmy do Warszawy.

Wieczorami znów przebierałem się w „łachy budowlańca” i mniej więcej do 24-tej dalej wykonywałem różne prace remontowe.

Do końca urlopu udało mi się położyć glazurę, ale potem trzeba ją było zafugować, zamontować nowe gniazdka i podłączyć je. Kiedy w połowie sierpnia (już po urlopie) ściana kuchenna była gotowa, domownicy i moja mama (która w trakcie remontu złożyła nam kilka niezapowiadanych wizyt) orzekli, że całą kuchnię trzeba koniecznie odnowić, bo tak jak jest efekt mojej pracy będzie mało widoczny. I tak remont przeciągnął się do początku września, bo kuchnię odnawiałem po powrotach z pracy. Na dodatek po zdemontowaniu z przeciwległej ściany starego paska boazerii okazało się, że w ścianie pozostało po niej kilkanaście dziur, które przed malowaniem trzeba było zatynkować.

Na początku września, ja i inni domownicy mieli już serdecznie dość ciągnącego się tygodniami remontu i chociaż część mebli wciąż stała w dużym pokoju, postanowiliśmy wyjechać na wakacje. Poszukiwania jakiejś niedrogiej oferty w „ciepłych krajach” przeciągały się i nie dawały rezultatu, aż po kilku dniach córka, po kolejnej naradzie powiedziała: „A może byśmy tak za rok pojechali w góry”.

Pomyślałem sobie: Dlaczego właściwie za rok, a nie już teraz? W czwartek żona zaczęła gorączkowo szukać w Internecie jakiegoś lokum. Były dwie opcje: Karpacz, albo Krynica. W piątek 6 września wypisałem w pracy wniosek o tydzień urlopu, na koniec dnia wykonałem kilka telefonów i w niedzielę 8 września zamiast na giełdę modelarską, wyruszyłem do miłego pensjonatu Orlik w Krynicy Zdrój.

W czasie ostatnich trzech miesięcy nie miałem więc zupełnie głowy ani do bloga, ani do modelików. Nie znaczy to, że kolekcja się nie powiększyła. Z serii „Kultowe auta PRL” kupiłem Robura, P70 i Multicara M25. Nieco wcześniej kupiłem też Nysę N61. Początkowo nie miałem zamiaru tego robić, bo po co mi kolejna, piąta już w kolekcji Nysa. Jednak przy okazji zakupu Stara20, po kolejnym oglądaniu w”kultowym” kiosku ostatniego, nie kupionego przez nikogo modelika, spodobał on mi się, choć wcześniej kilka razy odkładałem go na półkę.

Przy pierwszym oglądaniu, kiedy modelik się ukazał, jakoś nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Może to zależy od egzemplarza, ale nie spodobała mi się dość prymitywnie wykonana osłona przeciwsłoneczna nad przednią szybą.

Przy powtórnym oglądaniu, w „kultowym” kiosku, w dziennym świetle jakoś ogólne wrażenie wypadło pozytywnie i modelik kupiłem.

Koła w Nysie są nieco za duże, ale na razie nie mam już ani kółek, ani oponek, aby przerobić modelik tak jak swego czasu Nysę N59 czy Żuka A03, zostawiłem więc modelik w spokoju.


Skoro już jestem przy „kultowym” temacie, to przytoczę tu moją opinię na temat ostatniej aktualizacji strony „Kultowe Auta PRLu”. Opinię tę próbowałem zamieścic na forum. Niestety mój wpis okazał się chyba za długi i gdy kliknąłem klawisz „wyślij”, wylogowało mnie. Wpis dla forum jakimś cudem udało mi się odzyskać, więc szybko wkleiłem go do bloga (aby czasem całkiem nie zniknął). Askoro już go tu wkleiłem, to niech już tak zostanie:

Witam

Cieszy mnie kolejna oficjalna już aktualizacja na stronie KaP. Może z braku czasu, w toczącej się tu dyskusji nie do końca jestem na bieżąco, ale postaram się do ostatniej aktualizacji trochę ustosunkować. Zacznę od modelika, który ukaże się już w najbliższą środę:

– nr 133 – Renault 16 – Polecam miłośnikom historii motoryzacji zdecydowanie, choć sam go nie kupię. W 2005 roku nabyłem model Minichamps, który co prawda ma niezbyt efektowny kolor, ale ma jedną zaletę. Samochód Renault 16 miał z uwagi na konstrukcje zawieszenia inny rozstaw osi z lewej i z prawej strony nadwozia. Modelik Minichampsa też tak ma. (zawieszenie tylne ma dwie równoległe ośki) Radzę przy zakupie zwrócić uwagę jak zrobiło to IXO. Nawet jeśli w modeliku KAP z tyłu jest jedna zwykła ośka modelik raczej jest wart uwagi.
– nr 134 – ZAZ 965 – Zastanawiam się . Modelik jest z całą pewnością ciekawym uzupełnieniem serii dotychczas wydanych Zaporożców. ma tylko jedną wadę. W PRL był praktycznie niespotykany chyba, że przyjechał nim ktoś z za wschodniej granicy lub z NRD. Samochód nie był do Polski importowany.
– nr 135 – Opel Kadett B – jeśli będzie ładnie wykonany kupię zdecydowanie, bo właśnie taką ubogą wersję pamiętam z lat 70-tych z naszych ulic.
– nr 136 – Opel Rekord C -Coupe. Nie wiem dlaczego rekord c kojarzy mi się z wersją coupe i taką chętnie bym w kolekcji widział. Jednak modleik sobie raczej odpuszczę bo mam już od wielu lat model Minichampsa w wersji commodore (co prawda sedan, ale też 2 drzwiowy) i nie chcę niejako dublować posiadanych już modeli.
– nr 137 – Lublin 51 bardzo mnie cieszy i kupię go zdecydowanie. Nie dorobiłem się do tej pory GAZa 51, więc modelik mnie cieszy. Z tego co pamietam z lat 60-tych „rasowy” Lublin różnił się od niego kabiną (była drewniana, w tylnej części kanciasta) i po tym odróżniałem Lubliny od GAZów, które też jeździły w tamtym czasie. Lublin z serii KAP wyglada na modelik auta z blaszaną tłoczoną i obłą kabiną. Jak podaje Wikipedia:
„Lublin-51 wyposażany był w klasyczną kabinę z wysuniętym silnikiem. Wykonany z drewna szkielet kabiny, pokryty został wodoodporną sklejką. Poszycie boczne oraz maska silnika i błotniki wykonane zostały z blachy stalowej, natomiast dach pokryty został dermatoidem.”
Czy Lubliny miały dwa rodzaje kabin (drewnianą i później stalowa) nie wiem. Może to ktoś wyjaśni, ale mi Lublin właśnie kojarzy się z kabiną drewnianą o innym nieco kształcie (niż modelik KAP0. Mam nadzieję, że tak jak wprzypadku Robura czy Multikara dostaniemy bardzo dobry model, który jest kopią modelika z innej zagranicznej serii, a cóż, że to raczej nie Lublin a GAZ, w końcu to właściwie ten sam samochód i w tak małej skali różnicę będą widoczne tylko dla znawców.
– nr 138 Seat 850 D. Samochód rzeczywiście pamiętam gdzieś z połowy lat 70-tych. Przeważnie był w kolorze zielonym. Od często spotykanego Fiata 850 można go było odróżnić po trójkątnym czarnym, małym plastikowym wywietrzniku na słupku C (za tyną szybą), którego oryginalny włoski Fiat 850 nie miał. Pozycja niewątpliwie ciekawa dla kogoś kto nie ma modelika 850-tki. Ja modelik 850-tki od dawna mam i też nie będę go dublował.

pozdrawiam

189. Zakręcona jesień i „warstatowe” poprawki DKW

Od połowy września nie miałem zupełnie czasu na zajmowanie się blogiem. Fakt, że od zakupu Gaza 69 nie kupiłem żadnego nowego modelika. Były jednak też inne powody. Po prostu od połowy września byłem niemal w każdy weekend bardzo zajęty.

W tym roku w lipcu wziąłem 2 tygodnie urlopu. Nigdzie jednak właściwie nie wyjechałem. Na początku urlopu odbyłem 2 jedno dniowe wycieczki. Jedną zupełnie fajną, ale przypadkową, w moje rodzinne strony do Puszczy Bolimowskiej koło Skierniewic, a drugą równie miłą do Płocka. W następnych dniach pogoda się popsuła i resztę urlopu spędzałem głównie na balkonie, gdzie szlifowałem, a później malowałem drzwi od kilku pomieszczeń mojego mieszkania.

Ponieważ odnawiałem 4 drzwi, po oszlifowaniu pierwszych ręcznie, postanowiłem nie męczyć się i nie zapylać pyłem ze starej farby połowy mieszkania, zainwestowałem więc parę groszy w szlifierkę oscylacyjną.

W tym roku, zakładaliśmy pierwotnie , że w lipcu córka pojedzie na obóz za granicę, a my z żoną w tym czasie wyskoczymy gdzieś w Polskę. Jednak pod koniec maja  córka zachorowała i nie mogła pojechać na obóz sama, a ja nie mogłem przełożyć już urlopu.  I tak w końcu wyszło na to, że na właściwy urlop możemy wyjechać dopiero pod koniec września.

Od połowy września zacząłem więc szukać możliwego do sfinansowania tygodniowego wyjazdu gdzieś do strefy śródziemnomorskiej. Kiedy już ustaliliśmy termin wyjazdu okazało się, iż z pracy muszę wyjechać na trzydniowe szkolenie. Było kilka terminów tego szkolenia, jednak wszystkie pokrywały się z planowanymi wcześniej  terminami  wyjazdu na wakacje. Chcąc nie chcąc, wybrałem pierwszy możliwy termin szkolenia (21 września – piątek) i tak przedostatni weekend września spędziłem w Berlinie.

Szkolenie było ciekawe, choć odbywało się w dokładnie tym samym miejscu co szkolenie, na którym byłem na początku sierpnia.

Na szkolenie pojechałem tak samo jak w sierpniu pociągiem i tak też miałem wracać. Jednak na miejscu okazało się, że koledzy z firmy po sąsiedzku wracają do Warszawy samochodem i mają wolne miejsca. Skorzystałem więc z okazji i zabrałem się z nimi. Podróż autostradą A2 z Berlina do Warszawy okazała się dla mnie bardzo przydatnym doświadczeniem trzy tygodnie później.

Dokładnie tydzień od powrotu z Berlina, w niedzielę 31 września odwieźliśmy do mojej mamy psa. Od mamy pojechaliśmy na Okęcię gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód i o godz 17 wystartowaliśmy w pięciogodzinną podróż samolotem na wyspę o nazwie Fuerteventura, położoną 12o km do wybrzeży Afryki, a należacą do archipelagu Wysp Kanaryjskich. Właśnuie tam spędzaliśmy w tym roku tygodniowe wakacje.

Jeszcze przed wyjazdem do Berlina zebrałem się w sobie, pojechałem do centrali mojej firmy i w końcu wymieniłem komórkę na nową. Oto kilka zdjęć które nią zrobiłem w trakcie pierwszego spaceru po okolicy:

Pod względem krajobrazu i widoków wyspa nie jest zbyt ciekawa. Dlatego w tym roku nie wypożyczaliśmy samochodu. Wystarczyło odejść od hotelu kilkaset metrów i wdrapać się na niewielki pagórek, aby zrobić zdjęcia surowego i pustynnego widoku jaki się stamtąd roztaczał:

Hotel w którym mieszkaliśmy był położony kilkaset metrów od brzegu morza, w jednym z osiedli miejscowości Caleta de Fustets. Poza tym wbrew temu co o wyspie jest pisane w przewodnikach w okolicy stolicy wyspy jak i miejscowości w której byliśmy, praktycznie nie ma pięknych piaszczystych plaż. Brzeg kilometrami wygląda tak jak na zdjęciach na samej górze. Jest bardzo kamienisty i bardzo słabo dostępny. Toteż na plażę musieliśmy dojeżdżać. Nie było to jednak w żadnym wypadku kłopotliwe. Sprzed hotelu, zaraz po obiadowyn posiłku podawanym w barze przy basenie, o 15. 20 odjeżdżał klimatyzowany i zupełnie darmowy autobus do odległego o 5 km niewielkiego centrum handlowego. Po przejściu przez galerię z kilkunastoma sklepami wychodziło się na jej tylną stronę, przyległą do nadmorskiego bulwaru.

Z tyłu centrum handlowego, przez bulwar wychodziło się na plażę, do której z centrum było zaledwie 150 metrów:

Na plażę jeździliśmy więc codziennie, a leżeliśmy na niej zazwyczaj do godziny 18. Ostatni powrotny autobus sprzed centrum handlowego do naszego hotelu wyruszał ok godz. 20. Kiedy zorientowaliśmy się przed jakimi hotelami w Caletta de Fustets autobus się zatrzymuje, z plaży przy centrum handlowym szliśmy kilka razy do centrum miejscowości nadmorskim bulwarem nad zatoką i dopiero stamtąd wracaliśmy do naszego hotelu:

Na Fuetrtewenturze ciemno robiło się dopiero ok godz. 20. Jednak kiedy zaszło słońce zmierzch zapadał dość szybko. W trakcie jednego ze spacerów właśnie wtrakcie zmierzchu zrobiłem kilka zdjęć zatoki w Caletta de Fustes:

Ostatniego dnia pobytu, w sobotę 6 października na Fuerteventurze było 31 stopni Celsiusza w cieniu.  Następnego dnia, w niedzielę, kiedy o 17-tej wylądowaliśmy w Warszawie, termometr pokazywał ok 8 stopni.

Następnego dnia po powrocie (w poniedziałek), pojechałem do mamy odebrać psa. Chwilę z nią też porozmawiałem. Mama wspominała swoje tegoroczne wakacje w Kołobrzegu, w trakcie których wraz ze swą młodszą siostrą odwiedziły mieszkającą niezbyt daleko najstarszą żyjącą jeszcze siostrę Wandę.  Jakież było moje zaskoczenie kiedy we wtorek w południe zadzwoniła do pracy moja mama z informacją , że niestety jej starsza siostra zmarła. Pogrzeb miał się odbyć w sobotę 14 października o godz 12 w Gryficach.

Na pogrzeb ten choć naprawdę bardzo daleko nie wypadało nie pojechać. I tu przydała się moja odbyta trzy tygodnie wcześniej podróż powrotna z Berlina. Choć z Warszawy do położonych między Szczecinem, a Kołobrzegiem Gryfic jest to droga dłuższa, na pogrzeb wyruszyłem wraz z mamą z podwarszawskiego Piastowa przed godz 5 rano, autostradą A2. Autostradą dojechałem za Poznań (do Trzciela). Stamtąd drogami już normalnymi do Międzyrzeca, a następnie Gorzowa Wielkopolskiego. Tam okazało się że droga S3, którą przejechaliśmy już ok 50 km, od Gorzowa do Szczecina niczym nie różni się od autostrady. Na normalną drogę dwukierunkową zjechałem więc dopiero w Goleniowie i na cmentarzu w Gryficach byliśmy kwadrans przed 12. Dystans 630 km udało mi się pokonać w ciągu dokładnie 7 godzin i to z przerwami na papierosa, kanapkę oraz tankowanie. Jak na podróż po Polsce wynik moim zdaniem rewelacyjny.

Po pogrzebie postanowiliśmy z mamą jednak nie wracać tego samego dnia i pojechaliśmy przenocować do córki zmarłej, a mojej siostry ciotecznej do Dziwnowa.

I tak dokładnie w tydzień po upalnej sobocie na Fuerteventurze znów wylądowałem nad morzem (tym razem jesiennym i nieco chłodniejszym Bałtykiem):

W kolejnym tygodniu  przyleciała z Francji odwiedzić mamę moja siostra  i odbierałem ją z lotniska w czwartek. W sobotę (tydzień po podróży do Gryfic) w Warszawie była piękną pogoda. Nie wybrałem się jednak na żadną wycieczkę. Balkon znów wyglądał jak na zdjęciu na samej górze. Postanowiłem wykorzystać pogodę i po raz drugi pomalować drzwi od łazienki, które nie do końca wyszły najlepiej. Decyzją okazał się bardzo słuszna. W kolejną sobotę (27 października) w Warszawie spadł pierwszy w tym roku śnieg i leżał przez kilka dni. O dokańczaniu prac malarsko-remontowych na balkonie nie było już mowy:

To na razie tyle o trzech różnych porach roku w ciągu jednego miesiąca.

A co w tym czasie z modelikami ?

Fakt, na przełomie września i października byłem tak zabiegany, że nie miałem czasu nie tylko zajmować się blogiem, ale  modelikami właściwie też. Niczego nowego także od dwóch miesięcy nie kupiłem. Zrobiłem za to 2 dość skuteczne i choć niezbyt pracochłonne przeróbki, o których od jakiegoś już czasu myślałem. Tym razem opiszę pierwszą z nich.

Na początku września, a dokładnie 9-tego w gimnazjum przy ulicy Conrada w Warszawie odbywała się cokwartalna giełda zbieraczy modelików. Na giełdę się oczywiście wybrałem. Nie kupiłem na niej żadnego nowego modelika do kolekcji, ale trafił mi się za całe 5 zł „rozbitek”, o którym od jakiegoś czasu myślałem: modelik VW Busa firmy Cararama. Modelik był mocno zdezelowany i miał pourywaną większość elementów, ale miał całe to czego szukałem. Miał kompletne, nieuszkodzone reflektory. Postanowiłem je zamontować do modelika, który prezentowałem tu 2 lata temu – DKW F91 firmy Schuco. Modelik ten, choć to model kolekcjonerski i wcale nie tani, miał jedną dość nieprzyjemną wadę, tę samą co opisywany kilka miesięcy temu czarny VW „garbus”. Producent modelika DKW niby dołożył wszelkich starań aby modelik był wierną kopią prawdziwego auta, ale reflektory mu najwyraźniej nie wyszły. Pomimo, że w przeciwieństwie do tych w „garbusie” ich mocowanie było zabezpieczone przed obrotem w trakcie montażu, zrobiono to nie wiadomo po co, bo reflektory w modeliku były okrągłe zamiast owalnych (typowych również dla innych aut z początku lat 50-tych). Kiedy modelik odkupiłem od innego kolekcjonera dobrych kilka lat temu, nie raziło mnie to zbytnio. Jednak kiedy 2 lata temu kupiłem modelik IFY F9 (a więc auta, które choć pochodziło z NRD, było mocno z DKW spokrewnione), postanowiłem modelik DKW jakoś poprawić.

189. DKW 1

Chyba jeszcze przed wyjazdem do Berlina wymontowałem z modelika stare lampy. rozpiłowałem na wylot pogłębienia po nich, a od strony maski, krawędzie otworów wypełniłem żywicą (a dokładnie starym klejem Distal) :

189. DKW 2

Kiedy klej wysechł, obsadziłem w otworach reflektory z „rozbitka” i odstawiłem modelik na półkę. Po powrocie z wakacji nie mogłem się nim zająć z braku czasu. Dopiero jakieś 2 tygodnie temu rozebrałem modelik, Białe nadlewki z kleju pomalowałem kremową farbką Hubroll i zmontowałem modelik. Przy okazji wysunąłem jeszcze o ok 0.5 mm przedni zderzak do przodu:

Z przeróbki jestem naprawdę zadowolony. Modelik lepiej przypomina pierwowzór i ma teraz ładne owalne, a nie okrągłe reflektory. (widoczne jest to zwłaszcza z przodu).

189. DKW 4

Co ciekawe lampy z busa „rozbitka” Cararamy pasowały do DKW wręcz idealnie. W tosunku do starych okrągłych lamp są dokładnie tej samej wysokości, ale są o pół milimetra węższe i dzięki temu mają prawidłowy kształt.

A oto powód dla którego zdecydowałem się na tę przeróbkę. Prawdziwy DKW F91, którego zdjęcie znalazłem kiedyś w sieci:

pozdrawiam

170. Prezentacja modeli – nowa gablotka

Ojej, ojej, ojej

Na przełomie października i listopada znalazłem kilka chwil i pokazałem na blogu kilka modeli. Jednak później znów byłem okropnie zagoniony. Jak nadmieniłem w ostatnim wpisie w długi weekend po 11 listopada zabrałem się wreszcie za wykonanie mojej nowej gablotki. (pokazałem ją już wiszącą, ale niezupełnie gotową 15 listopada). Poszukiwania czarnej plecówki nie dały rezultatu, ale to, że powiesiłem niegotową gablotkę na ścianie, przydało się. Doszedłem do wniosku, że z białą plecówką gablotka też będzie dobrze wyglądała.

W sobotę, 19 listopada zadzwoniłem jeszcze do hurtowni Forpłyt, gdzie wg pozyskanych od męża koleżanki z pracy informacji powinna być czarna plecówka. Okazało się jednak, iż plecówki czarnej nie ma, jest tylko bardzo ciemny brąz, a na dodatek musze kupić cały arkusz 2x 2,5 m za 60 zł. Trochę się wkurzyłem, bo potrzebowałem plecy 1,5×0,5 m. Pomaszerowałem więc do pobliskiego marketu budowlanego OBI. Tam miły pan ze stolarni od ręki przyciął mi potrzebny arkusz białej plecówki, zapłaciłem 10 zł i piechotką przyniosłem go do domu.

Kiedy wycinałem w nim prostokątne otwory pod zawieszki zadzwoniła moja mama. Okazało się, że ojciec poczuł się źle, mama wezwała pogotowie, a to zabrało go do szpitala w Pruszkowie, w którym rok temu leżała moja mama. Po obiedzie syn mojej siostry pojechał z nią do szpitala i dowiózł potrzebne rzeczy ojca.

Przed zabraniem się za dorobienie pleców do gablotki, miałem zamiar ją jeszcze nieco przerobić. Miałem zamiar wystawić na balkon stół z kuchni, położyć na nim masywny drewniany blat z jednej z szafek, zamocować do niego moją tarczówkę i w ramie gablotki, od tyłu metodą, jaką dorabiałem drzwiczki do zmywarki, zrobić rowek, w który wpuszczona byłaby plecówka, tak jak się to robi w większości mebli. Jednak tuż przed wyjściem do marketu OBI, coś mnie tknęło, zmieniłem zdanie i postanowiłem zamówić plecówkę nie mniejszą (pod rowek, wpuszczaną w ramę gablotki) a dokładnie na wymiar gabarytu gablotki i po prostu przybić ją od tyłu. Gablotka jest w ten sposób o 1cm głębsza i przy okazji uniknąłem kłopotliwego piłowania.

Decyzja o zmianie sposobu mocowania pleców okazała się słuszna. Kiedy zadzwoniła mama z informacją, że ojciec jest w szpitalu miałem właściwie wszystko już przygotowane. W pół godziny przybiłem plecówkę do ramy, a gablotkę zmontowałem i powiesiłem z powrotem na ścianie. Czekałem na dalszy rozwój wypadków. Ok. godziny 20 zadzwoniłem do mamy, która odwiedziła ojca w szpitalu i rozmawiałem z nią kilkanaście minut. Mama była dobrej myśli, mówiła, że ojciec czuje się już lepiej i chyba wszystko będzie dobrze. Kilkanaście minut później znów zadzwonił telefon. Tym razem zadzwoniła mama i powiedziała, że przed chwilą dzwoniła do niej lekarka ze szpitala w Pruszkowie i powiedziała, że ojciec z podejrzeniem zawału serca został właśnie przewieziony do Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim. Próbowaliśmy się tam dodzwonić, jednak bezskutecznie i po krótkiej naradzie z żoną (zaraz po 21) postanowiliśmy pojechać do szpitala w Grodzisku, oddalonego od naszego mieszkania o ok 40 km.

Do szpitala dotarliśmy po godz. 22. Okazało się, że ojciec właśnie przechodzi zabieg koronografii i lekarze zalecili poczekać nam jeszcze godzinę. Wyszliśmy ze szpitala i podjechaliśmy do centrum miasta na wieczorny, a właściwie już nocny spacer po Grodzisku. Do szpitala wróciliśmy w momencie kiedy ojca przewożono właśnie z sali zabiegów na OIOM. Lekarze poinformowali nas, że ojciec miał zawał serca, udało się poszerzyć jedną tętnicę, ale to wszystko co można było zrobić i stan ojca jest bardzo ciężki. Na chwilkę wpadliśmy do sali, w której podczepiony pod aparaturę leżał ojciec. Był przytomny, ale bardzo zmeczony. Do domu wróciliśmy już w niedzielę ok 1 w nocy.

W niedzielę 20 listopada znów pojechałem do Grodziska. Była ze mną moja mama i żona. Znów rozmawialiśmy z lekarzem dyżurnym, który właściwie powtórzył dokładnie to samo, co usłyszeliśmy w sobotę w nocy. Stan był bardzo ciężki. Ojciec ma 82 lata jest schorowany i właściwie nie nadaje się już do przeprowadzenia jakiejkolwiek operacji.

W poniedziałek rano do szpitala pojechała moja mama. Rozmawiała z lekarką prowadzącą ojca. Lekarka powtórzyła po raz kolejny diagnozę, na dodatek powiedziała mamie, iż przypadek mojego ojca jest najcięższym jakim się w tym momencie zajmują. Kiedy się o tym dowiedziałem (byłem z mamą w stałym kontakcie) zdenerwowałem się, ok 15 zwolniłem się z pracy (skąd mam do Grodziska niezbyt daleki, dość dobry i szybki dojazd lokalnymi drogami przez podwarszawski wsie) i po 20 minutach znów byłem w szpitalu.

Pierwsze kroki skierowałem jednak nie na oddział, ale do pokoju, w którym pracuje żona mojego kuzyna, z którą ojciec z racji więzi rodzinnych związanych nie tyle z bliskim pokrewieństwem, co tym samym nazwiskiem utrzymywał dobre kontakty. Poszła ona ze mną na oddział i do lekarza dyżurnego. Lekarz po raz kolejny objaśnił stan ojca. Na pytanie co można zrobić odpowiedział, że do operacji z racji na długotrwałą cukrzycę, przebyty kilkanaście lat temu udar i zaawansowany wiek ojciec się nie nadaje, jednak lekarze spróbują przywrócić ojca do stanu, w którym będzie mógł prowadzić „fotelowy tryb życia”. Dał więc nam nadzieję, że może jednak ojciec jakoś z tego wyjdzie.

We wtorek z Francji przyleciała moja siostra i do końca tygodnia ona wraz z mamą odwiedzały ojca w szpitalu. Bodajże w piątek dostałem informację, że w sobotę o 15 ojciec opuści szpital i wróci do domu.

W sobotę 26 listopada pojechałem do mamy, a następnie razem z nią do szpitala w Grodzisku. Odebraliśmy ojca i przywieźliśmy go do domu. Później pojechałem jeszcze do apteki gdzie mama wykupiła wszystkie zapisane ojcu leki. Było tam chyba 8 pozycji, podawanych o różnych porach i w różnej liczbie sztuk dziennie. Ponieważ rodzice są starzy, na dużej kartce, dużym pismem (prawie technicznym) przepisałem z wypisu ze szpitala wszystkie zalecenia i informacje, który lek jak podawać. Na każdym opakowaniu leków napisałem też ile razy nalezy je podawać i czy rano, czy wieczorem. W przypadku kilku leków musiałem sięgnąć do ich instrukcji, aby sprawdzić czy należy je podawać po, czy przed posiłkami. Opakowania rozłożyłem wraz z przepisaną instrukcją na stole grupując je tak, aby razem leżały leki podawane 3x dziennie, obok 2x dziennie i na końcu raz dziennie. Zajęło mi to trochę czasu i do domu wróciłem późnym wieczorem dość zmęczony, bo po wizycie w aptece pojechałem jeszcze wymienić opony na zimowe (drugi komplet opon przechowuję na strychu w domu moich rodziców).

W niedzielę odwiedziła nas siostra, która w poniedziałek odlatywała z powrotem do Bordeaux i też byłem zajęty. Wieczorem odbyła się w domu krótka narada i ustalono, że w końcu wymienimy stary, rozklekotany komplet wypoczynkowy w dużym pokoju. Weszliśmy na stronę Ikei i wytypowaliśmy co mamy zamiar ewentualnie kupić.

W poniedziałek w drodze powrotnej z pracy podjechałem do poleconego prze z kolegę szklarza (na Żoliborz) i wreszcie zamówiłem półki do nowej gablotki. Potem pojechaliśmy do Ikei obejrzeć nową kanapę i fotele. Ponieważ na stanie były 2 ostanie sztuki, kupiliśmy fotele. Jeden udało się tego samego wieczora zmontować.

We wtorek po pracy odebrałem od szklarza półki do gablotki. Schowałem je jednak do szafy i rozebrałem starą zdezelowaną wersalkę, a następnie wynieśliśmy ją na śmietnik. Kiedy już w pokoju zrobiło się więcej miejsca zaproponowałem żonie, abyśmy pojechali do Ikei po nową kanapę. Była godzina 20 i można było jeszcze sprawę załatwić. Żona nie wyraziła jednak chęci, wziąłem więc psa na spacer . Poszedłem z nim do marketu OBI, gdzie dokupiłem plastikowe podpórki podtrzymujące półki w gablotce. Po powrocie zacząłem wiercić w gablotce otwory pod podpórki. Nie mogłem tego robić dużą wiertaką, bo raz, że było już późno, a dwa że do tylnych podpórek nie bardzo był dostęp, bo gablotka została już zmontowana i między plecówką a miejscem gdzie miały być otworki wiertarka się nie mieściła. Musiałem to robić ręcznie, malutką wiertarką modelarską. Zabawa była dość upierdliwa, bo otworków trzeba było wywiercić 24 (pod 6 półek).

Nie chciało mi się mierzyć i zaznaczać miejsc na otworki. Zrobiłem szablon. W drewnianej listewce, której poszukiwanie w szufladach z narzędziami „remontowymi” zajęło mi pół godziny, nawierciłem 2 otworki 1,5 mm. Przykładałem litewkę raz z przodu, raz w głębi gablotki i przez szablon, opierający się na dole, na drewnianych półkach wierciłem otworki na głębokość 10 mm. Następnie do wiertarki zamontowałem najmniejsze wiertło do drewna jakie mam (4mm). Uff udało się . Wiertarka modelarska jest właściwie przewidziana do wierteł o maksymalnej średnicy 3,5mm, ale „czwórka” też się jeszcze zmieściła. Rozwiercanie wykonanych wcześniej otworków mimo, że robione ręcznie (bez silniczka, pokręcając palcami futerko wiertarki) szło dość sprawnie. Jednak powinny mieć one 5 mm, a nie 4, bo takie były bolce w podpórkach. Z kolei rozwiercanie z 4 na 5 mm wiertłem do drewna „z reki” – bez wiertarki, do której następne wiertło już nie wchodziło, szło opornie, a właściwie wcale. Wtedy przypomniałem sobie o kolejnym modelarskim narzędziu – frezie kulowym, jaki kiedyś kupiłem do robienia pogłębień pod odbłyśniki reflektorów w moich modelikach. Frez okazał się mieć średnicę 4,8 mm i dobrze pasował do wiertarki. Po kolejnym rozwierceniu otworków frezem okazało się, że co prawda opornie ale podpórki dają się już wcisnąć w boczne ścianki gablotki. Poprawienie średnicy wiertłem 5mm „z reki” też już nie nastręczyło problemów i ok 1 w nocy z wtorku na środę gablotka została uzbrojona w szklane półki:

170. Gablotka 1

Nowa gablotka zarówno z zewnątrz jak i od środka, prezentuje się jak prawdziwy mebel, a nie „samoróbka” jaką właściwie jest. Nie wygląda gorzej niż kupiona 10 lat temu w Ikei witryna Nartrop.

Kosz jej wykonania:

Drzwi przeszklone Linnarp – 50zł (wyprzedaż złomu meblowego Ikea)

Panel meblowy z płyty wiórowej 2,6x03m, grubość 18 mm z okleiną Venge – 26 zł (Leroy Merlin)

Plecówka biała z płyty pilśniowej – 10 zł (docięta na wymiar w OBI)

Zawieszki i uchwyt do drzwi – 11 zł (Forpłyt)

Półki szklane 6 sztuk 51,3X14 cm grubość 4 mm – 57 zł (na zamówienie)

Śruby do ramy i zawiasów, podpórki do półek 16 sztuk – razem 4 zł (Leroy Merlin + OBI)

Razem: 158 zł

Czy warto? Nie wiem. Kilkuletnie poszukiwania gotowej gabloty w kolorze czarnym o odpowiedniej szerokości, wysokości i głebokości nie dawały żadnego rezultatu. Witryna Nartrop kupina 12lat temu w Ikei w Jankach kosztowała chyba coś ok 360 zł do tego trzeba było dodrobić półkę za 20zł, a po witrynę pojechać do Janek (ok 25 km od domu). Przy luźnym, ładnym ustawieniu modeli – witryna mieści 5 x 12 modeli , gablotka 6 x 9 modeli.

170. Gablotka 1

Czasem rozładowana komórka też się przydaje. Kiedy ojciec źle się poczuł, a mama wezwała pogotowie, rozładowała mi się komórka. Mama nie mogła się do mnie dodzwonić, a ja w tym czasie poszedłem do marketu OBI kupiłem plecówkę i zacząłem ją do gablotki przybijać. Gdyby komórka się nie rozładowała, zapewne gablotka do tej pory wisiała by w stanie niedokończonym (takimjak pokazałem ją w poprzednim wpisie).

Niestety nowa kanapa nie miała tyle szczęścia. Do Ikei wybraliśmy się po nią w środę, po pracy ok godz. 19. Kiedy wyszliśmy z mieszkania okazało się, że nie działa winda. Poszedłem jej poszukać i znalazłem ją stojącą tuż przed 6 piętrem. Przez maleńkie okienko dostrzegłem na jej ścianie numer telefonu do pogotowia dźwigowego i od razu zadzwoniłem. Serwisant przyjął zgłoszenie i powiedział iż za jakąś godzinę przyjedzie. Pojechaliśmy do Ikei. W sklepie zorientowaliśmy się ile ważą paczki, trochę po nim pochodziliśmy, generalnie nie spiesząc się zbytnio. W końcu ok 21 załadowaliśmy paczki z kanapą za wózek. Nie poszliśmy jednak do kasy, ale ja zadzwoniłem do serwisanta. (Paczki z kanapą razem ważyły ok. 60 kg). Okazało się, że dopiero jest w drodze do naszego bloku. Odstawiliśmy więc wózek i znów chodziliśmy po sklepie. O 21 30 znów zadzwoniłem. Serwisant dojechał i zabrał się za naprawę. Obiecał, że jeśli uruchomi windę oddzwoni. Czekaliśmy do 21. 45 i w końcu porzuciliśmy wózek z kanapą i wróciliśmy do domu. W połowie drogi powrotnej (ok 21. 50) zadzwoniła krótko moja komórka, ale od razu się rozładowała. Przypuszczałem, że to serwisant, ale było już zbyt późno aby wracać do sklepu. Po wejściu do bloku okazało się, że winda działa, ale „już było po herbacie” .

Dzisaj przed południem na bazarku pod domem kupiłem modelik Tuk Tuka i po raz kolejny pojechaliśmy do Ikei. Kupiliśmy kanapę i kilka godzin temu ją zmontowałem.

170. Gablotka 3

Za nią, we wnęce na drzwi do dużego pokoju, mój na nowo zagospodarowany kącik modelarski. O przepraszam, kolekcjonerski.

pozdrawiam

153. PRZEPRASZAM – REMONT KUCHNI !

PRZEPRASZAM WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW, ŻE NIE ODPOWIADAM I PRZEZ JAKIŚ CZAS NIE BĘDĘ ODPOWIADAŁ NA KOMENTARZE.

Od początku tego roku nie mam jednak głowy do modelików. Od Sylwestra nie opisałem na blogu żadnego nowego modelika, ani kilku kupionych pod koniec ubiegłego roku. W tym roku kupiłem zaledwie 2 nowe modele. Oto jeden z nich (Ferreri F40 – pierwszy od prawej strony):

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Za kilka dni  może wreszcie opublikuję wpis, o moich wspomnieniach związanych z FSO. (Jest już prawie gotowy, ale nie bardzo mam głowę i czas go dokończyć)

Teraz mam inne sprawy na głowie

Miejsce, w którym w kuchni zazwyczaj rozkładam mój „warstat” znów wygląda  tak:

153. Remont 2

To „specjalne” stanowisko (własnego pomysłu) do wycinania rowków w deseczkach.

153. Remont 3

Od kilku dni, po raz drugi dorabiam panel przedni do drzwiczek nowej zmywarki. Poprzedni się udał (jak najbardziej), tylko z pośpiechu, nie przeczytałem dokładnie instrukcji montażu zmywarki i po zrobieniu panela okazało się, że można go było zrobić o prawie 6 cm dłuższy (dużo lepiej wyglada bo dół ma prawie na tym samym poziomie co pozostałe szafki). Tak więc musiałem „stary” panel pociąć i boki dorobić jeszcze raz:

153. Remont 4

Modelarskie doświadczenia zdobyte przy naprawach maleńkich modelików przy remoncie kuchni jaknajbardziej się przydają. Oto efekt moich piątkowych działań:

153. Remont 5

Panel nie jest jeszcze gotowy, ale koniec stolarskich robót w kuchni już raczej widać.

DRODZY CZYTELNICY !

REMONT JESZCZE TROCHĘ POTRWA !

Proszę uzbroić się w cierpliwość i wybaczyć mi, że nie jestem w stanie odpowiadać na wasze komentarze. 

Mam nadzieję, że ten wpis po raz kolejny wyjaśnia wyczerpująco powód mojej kolejnej nieobecności zarówno na tym, jak i na innych blogach.  

pozdrawiam