Tag: wspomnienie

298. Wspomnienie – Janusz Pawłowski

Jak co roku, w  Święto Zmarłych odwiedzamy wszyscy cmentarze. Ja też w tym roku odwiedzałem cmentarze i to każdy dwukrotnie. Dwa tygodnie temu korzystając z pięknej „letniej pogody” zamiast nad wspomniany tu w poprzednim wpisie Bug (choć miałem na to ogromną ochotę) pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta Żyrardowa , gdzie myliśmy i sprzątaliśmy dwa groby (moich rodziców i mojej babki). Tydzień później pojechaliśmy z dokładnie taką samą „misją” do rodzinnego miasta mojej żony Mińska Mazowieckiego.

W tym roku  Święto Zmarłych wypadło bardzo korzystnie, bo w piątek. Po uzgodnieniach rodzinnych pojechaliśmy więc na (wysprzątane w poprzednie weekendy ) groby do  Żyrardowa 1 listopada a do Mińska Mazowieckiego 2 listopada. Tym sposobem niedziela była dla nas prawdziwym dniem odpoczynku.

Postanowiłem wykorzystać okazję, bo żona po wizytach na cmentarzach, na których trochę przemarzła, nie miała ochoty ani na wycieczkę ani na spacer. Powziąłem więc zamiar odwiedzenia grobu człowieka, któremu wiele w życiu zawdzięczam, zwłaszcza w sferze zawodowej i wybrałem się na kolejny cmentarz, tym razem na dość odległe, wschodnie obrzeża Warszawy, do Falenicy.

Człowiek , któremu postanowiłem „zapalić lampkę” i poświęcić chwilę zadumy, odszedł już dość dawno temu, bo w marcu 1989 roku. Byłem wówczas na jego pogrzebie i chyba raz niedługo potem na jego grobie. Ale przez dobrych kilkanaście lat nie wybierałem się na jego grób, dość że zapomniałem nie tylko gdzie grób się znajduje, ale i gdzie właściwie znajduje się cmentarz, na którym został pochowany.

Pierwsze próby odnalezienia grobu podjąłem (o ile dobrze pamiętam) dobrych kilkanaście lat temu, a było to już również kilkanaście lat od pogrzebu. Święto Zmarłych wypadało podobnie jak w tym roku (też były to 3 dni wolne od pracy). Pamiętałem, że cmentarz, na który muszę trafić leży kilka kilometrów od stacji kolejowej przy linii Warszawa-Otwock, nie byłem jednak pewien od której. I tak pojechałem na cmentarz do Radości na który przypominał mi ten zapamiętany z pogrzebu, ale grobu na nim nie znalazłem.

Kilka lat później znów wybrałem się na poszukiwanie grobu (o ile dobrze pamiętam) najpierw pojechałem znów do Radości, ale potem coś zaświtało mi w głowie i z Radości pojechałem na cmentarz do Falenicy.  Próbowałem przypomnieć sobie jak wyglądał grób i gdzie był usytuowany , ale po prawie 20 latach wszytko wyglądało inaczej. Już prawie zrezygnowany, w końcu zacząłem przechadzać się alejkami cmentarza (trochę na chybił trafił)  i patrzeć na wyryte na pomnikach daty pochówków. W jednej z alejek znalazłem w końcu skromny grób rodzinny z poszukiwanym nazwiskiem, ale nie miałem pewności czy jest to grób właściwy (bo nazwisko jest dość popularne)

Janusz Pawłowski grób 1

Było już dość ciemno, jednak na grobie paliło się kilka lampek a na płycie leżała skromna chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Nie miałem już żadnych wątpliwości, po niemal 20 latch jakie minęły od pamiętnego dla mnie pogrzebu odnalazłem właściwy grób. Na grobie nie było tradycyjnych napisów z imieniem i nazwiskiem, ale samo imię i powstańczy pseudonim. Były też napisy przypominające o powstańczej przeszłości pochowanych w nim osób, na które nie zwróciłem specjalnej uwagi, bo przecież nie pojechałem szukać grobu byłego powstańca.

W ubiegłą niedzielę po dobrych kilku latach znów pojechałem do Falenicy. A że było jeszcze całkiem widno postanowiłem uwiecznić na zdjęciach grób i wspomniane napisy na nim:

Janusz Pawłowski grób 2

Wojenna historia Janusza Pawłowskiego nie jest mi znana. Był moim promotorem, u którego obroniłem dyplom magistra. 

Po powrocie do domu wklepałem w internet „Janusz Pawłowski Siódemka” i tym sposobem trafiłem do wirtualnej szkolnej izby pamięci przy Społecznym Liceum Ogólnokształcącym nr 4 im. Batalionu AK „Parasol” na której znalazłem takie oto zdjęcia:

Janusz Pawłowski 1

To poniżej, było już prezentowane na tym blogu (w nieco mniejszym formacie)

Janusz Pawłowski 2 Teraz dostrzegam podobieństwo młodego powstańca do znanego mi dobrze mężczyzny w średnim wieku z jakim miałem do czynienia.

Garść moich  osobistych wspomnienie o bohaterze tego wpisu zamieściłem przed laty tu:

154. FSO – smutny koniec historii (cz.2)

Z dr. inż Januszem Pawłowskim zetknąłem się w 1979 roku, kiedy wybrałem na studiach specjalizację z budowy nadwozi samochodowych. Studentów tej specjalizacji było tak naprawdę niewielu. W trakcie zajęć już na samym początku moją uwagę, przykuł wpięty w klapę jego marynarki maleńki znaczek parasola. Przypuszczałem, co może on oznaczać, ale ani my (studenci)  nie dociekaliśmy jak naprawdę jest,  ani nasz wykładowca nigdy nie wspominał o swojej powstańczej przeszłości. Dlatego napisałem tu, że jest mi ona zupełnie nieznana. A przecież okazji aby się o niej dowiedzieć było naprawdę sporo.

W 1980 roku  jakoś tak się złożyło, że nie zaliczyłem jakiegoś egzaminu, czy zaliczenia z nadwozi. Na zaliczenie to dr. inż Januszem Pawłowski zaprosił nas do swojego prywatnego mieszkania na warszawskim Żoliborzu i tam się ono odbyło.

Po studiach już jako młody inżynier, który właśnie niejako z polecenia dr. Pawłowskiego  trafił do FSO wielokrotnie bywałem na organizowanych przez niego spotkaniach dla absolwentów kierunku nadwozi.

W 1987 roku ja i inny wychowanek  dr. Pawłowskiego  (bo tak go nazywaliśmy) zajmowaliśmy (w trakcie naszej pracy w firmie Rücker w RFN ) około stumetrowe mieszkania w mieście Troisdorf koło Kolonii. Powracający z Anglii, gdzie prowadził wykłady  dr. Pawłowskiego odwiedził nas, a że mieszkanie było obszerne, przenocował u nas. Zaprosiliśmy go wtedy do śląskiej knajpy na kolację przy piwie, w trakcie której rozmawialiśmy o różnych nie tylko zawodowych sprawach. Pamiętam jak w pewnym momencie dr. Pawłowskiego zwrócił się do nas : „Chłopcy nie macie pojęcia jak się cieszę widząc was tutaj. Żadna praca w żadnym zakładzie w kraju nie da wam tyle ogólnego obycia technicznego, jak praca tutaj” .

Podczas kolacji opowiadał też o synu, który z kolegą wyjechali w tym czasie „na saksy” do Luksemburga. To właśnie w drodze z Luksemburga do Polski zajechał swoją granatową Zastawą 1100 do nas, do Troisdorfu. Swoją wizytę u syna skomentował tak: ” Gdybyśmy my w harcerstwie, mieli taką organizację jak Jacek i Stefan, żaden z nas wojny by nie przeżył” I to były właściwie jedyne słowa  dr. Pawłowskiego nawiązujące do jego akowskiej przeszłości jakie w ogóle zapamiętałem.

Dopiero w trakcie pogrzebu dr. Pawłowskiego dowiedziałem się, że był powstańcem, żołnierzem Batalionu „Parasol”, a w późniejszym okresie powstania żołnierzem Kompanii Ochrony Komendy Głównej Armii Krajowej. 

Kiedy w Google wpisze się „Janusz Pawłowski nadwozia” nie pokażą się żadne zdjęcia ani wspomnienia z Powstania Warszawskiego, za to pokaże się książka „Nadwozia samochodowe” której jest autorem. Można też trafić na stronę wydziału SiMR Politechniki Warszawskiej na której opisana jest powojenna kariera naszego bohatera i która wyjaśnia, dlaczego na jego grobie 30 lat po śmierci każdego 1 listopada, ktoś kładzie skromną chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj jej zawartość:

Janusz Pawłowski

Tak, to ostatnie zdanie jest z całą pewnością o mnie, ale też o innych rozsianych od Warszawy przez Mlada Bleslav, Ignostadt, Sindelfingen, Wolfsburg, Rüselsheim, aż po Detroit inżynierów samochodowych, którzy ukończyli specjalizację z nadwozi.

Informacje w Internecie są często fragmentaryczne. Możliwe, że osoby które je tam wrzucają nie zawsze chyba wiedzą, że powstaniec o pseudonimie „Śódemka” i twórca pierwszego polskiego „prawdziwego” autobusu jakim był San H01 to ta sama osoba. Dlatego postanowiłem te informacje połączyć i dedykować wpis człowiekowi, którego zawsze będę dobrze wspominał i bez którego zawodowo nie byłbym ani w przeszłości, ani obecnie tu gdzie jestem.

W przedostatnim wpisie pokazałem tu plakat i wspomniałem o giełdzie modeli . Giełda ma swojego patrona. Jest nim nieżyjący inny wieloletni pracownik Politechniki Warszawskiej i znany kolekcjoner modeli samochodów  Sławoj Gwiazdowski.  Na pewno dr. inż Janusz Pawłowski byłby godnym patronem mojej liczącej już ponad 800 modeli kolekcji, obrazującej przy pomocy miniatur może nawet nie tyle historię rozwoju motoryzacji, co właściwie historię rozwoju nawozi samochodowych.

Tylko czy postać Janusza Pawłowskiego nie zasługuje na to by być patronem jakiegoś znacznie większego przedsięwzięcia niż prywatny zbiór „samochodzików”

pozdrawiam

 

P.S.

Wczoraj po pracy pogrzebałem jeszcze trochę w Inetnecie i trafiłem na ciekawy i chyba najpełniejszy opis nieznanych mi wojennych losów dr. Pawłowskiego:

 

 

293. Ubiegłoroczne zdobycze (2018) i wspomnienie lata

 

172. Taksówki 1

Najbardziej oczekiwany wpis w roku postanowiłem umieścić tu jako pierwszy po kolejnej dość długiej przerwie i pierwszy w tym nowym już roku.   

choinka-2018-3b

W poprzednich latach zawsze udawało mi się przed Bożym Narodzeniem złożyć moim czytelnikom życzenia. W tym roku będą to niestety życzenia „poświąteczne”. Ale za to zdjęcie powyżej nie jest „przedrukiem” z poprzednich lat, ale przedstawia aktualną, żywą choinkę, która stoi nad barkiem obok witryny z modelikami.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po trzynasty. Moje wszystkie poprzednie  podsumowania można zobaczyć klikając w bocznym pasku w grupie Kategorie na zakładkę „Ubiegłoroczne zdobycze”  

Rok 2018 był dla mnie w pewnym sensie rokiem, w którym postanowiłem trochę „wyluzować” i odpocząć. Zaczął się dość spokojnie, ale w końcówce, zarówno dla mnie jak i  mojej rodziny, okazał się kolejnym trudnym rokiem.

Szczęśliwie porządkowanie spraw po zmarłej w 2017 roku mamie udało się zakończyć wraz z końcem tegoż roku, ale rok 2018 przyniósł nowe wydarzenia i wyzwania. Na początku roku postanowiłem trochę odpocząć. Nie do końca się to udało, bo najpierw atrakcji dostarczył mi portal Onet.pl, który z końcem stycznia 2018 roku postanowił zamknąć platformę, na której przez ponad 11 lat prowadziłem tego bloga.

Dlatego przez pierwsze dwa miesiące zajęty byłem przenoszeniem treści i zdjęć na now,ą platformę. Ostatecznie „stary” blog został zlikwidowany z miesięcznym opóźnieniem (1. marca), ale nawet po jego przeniesieniu jeszcze przez długi czas miałem zajęcie przy „odbudowywaniu” bloga.  Nie będę też udawał, że cała ta sprawa nie wpłynęła na moją słabą aktywność na blogu, na nowej platformie. Byłem zmęczony i jednak trochę rozgoryczony całą tą sytuacją. Dlatego w ramach „odpoczynku” odpoczywałem nie tylko od kolekcji, ale od bloga również.

W marcu i kwietniu zajęty byłem sprawami, które były niejako konsekwencją porządkowanie spraw po zmarłej mamie. A, że sprawy spadkowe, notarialne i majątkowe nie są ani łatwe, ani przyjemne, a zawsze stresujące (zwłaszcza, kiedy  prowadzi się normalne życie zawodowe) na hobby czasem nie ma już po prostu czasu.

Jak na początku napisałem, w roku ubiegłym postanowiłem więc trochę odpocząć, bo wiem, że nowy 2019 rok też łatwy nie będzie. Każdą więc wolną chwilę postanowiłem wykorzystać na relaks, a że pogoda od początku kwietnia, do połowy października była w ubiegłym roku po prostu wspaniała, nie ślęczałem nad modelikami, blogiem i kolekcją, a starałem się spędzać możliwie dużo czasu na łonie natury.

W czerwcu pojechałem na dwudniowy firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Wyjazd, jak wyjazd (służbowy) specjalnie mnie nie zrelaksował, a największe, bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie spływ kajakiem mazurską rzeką. Nigdy przedtem nie byłem na takim spływie i sam byłem bardzo zaskoczony tym, że spływ kajakiem  rzeką może być taki fajny. W ostatnich latach często korzystałem z kajaków, ale były to „rejsy” tylko po zalewach.

Inne moje „letnie” aktywności opisałem w poprzednim wpisie, więc skupię się na tym czego w nim nie opisałem.   

W ubiegłym już roku urlop  przypadł na drugą połowę lipca. Ponieważ w pracy byłem przed urlopem dość mocno zajęty, nie zaplanowałem dokładnie, co będę w jego trakcie robił. Ponieważ w tym roku musieliśmy zabrać ze sobą na urlop leciwego już niestety właściwego Artemisa (który we wrześniu skończył 14 lat) pierwszy tydzień spędziłem właściwie w domu przed komputerem. Akurat w połowie lipca pogoda się popsuła, siedziałem i szukałem możliwości wyjazdu na kilka dni i spędzenia urlopu z psem.

Wybór padł na Mazury. Tak chciała żona. Niestety kilkudniowe poszukiwania kwatery, czy hotelu w internecie nie dawały rezultatu. Ato gdzieś na odludziu, a to dopłata za psa 50 zł za dobę, a to nie wym terminie itd. itd. Czwartego dnia poszukiwań, kiedy pogoda zaczęła się poprawiać, a do wyjazdu zostało kilka dni, daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy w końcu pojechać do Hotelu Molo w Smardzewicach nad zalewem Sulejowskim, w którym w 2016 roku byliśmy na 3 dniowym wakacyjnym wyjeździe.

Wybór okazał się jak najbardziej trafny. Na dwa dni przed wyjazdem zatkało mi się ucho. Jedyną możliwością odetkania go okazała się wizyta u laryngologa i to w dniu wyjazdu na urlop. Wizyta była możliwa tylko w tym dniu i tylko w podwarszawskim Piasecznie ok godz. 14. Na miejscu okazało się, że w przychodni Luxmed było kilka osób prze de mną, co opóźniało wyjazd. Po wizycie, już z przepłukanymi uszami, z Piaseczna wyjechałem dobrze po 14. Ruszyłem prosto do Mszczonowa (polecam tę drogę, okazała pusta i bardzo ładna). Stamtąd pojechałem już szybką trasą do Tomaszowa Mazowieckiego i przed hotelem (już na właściwym urlopie) byłem o 15.15. (Doba w tym hotelu zaczyna się o 14) .

Pobyt mieliśmy zaplanowany na 5 noclegów (przybycie w poniedziałek , wyjazd w sobotę) tak więc niemęcząca, krótka podróż jest sporą zaletą zwłaszcza, kiedy na pokładzie (a właściwie w bagażniku) jedzie i patrzy w szybę klapy tylnej sporych rozmiarów labrador.

W trakcie urlopu pogoda była zmienna, ale cóż dobre planowanie to podstawa. W trakcie pobytu miałem w Iphonie ustawione 2 serwisy pogodowe, a położenie hotelu (ok 1 km od zapory i najdłuższe w Polsce śródlądowe molo) pozwalało szybko weryfikować „na gorąco” to, co podawały serwisy i podejmować właściwe decyzje czy spacer, czy kajak czy wycieczka rowerowa:

Zanim się na nią wybraliśmy, trzeciego dnia pobytu pojechaliśmy samochodem za wieś Karolinów na długi spacer z psem, lasem wzdłuż jeziora i jakieś dwa kilometry za wsią odkryliśmy przepiękne miejsce, gdzie duży sosnowy las dochodzi do samego jeziora. Miejsce to, to pokazana na obydwu filmikach Binduga Zielona.  Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się kajakiem na trzygodzinny rejs na drugą stronę jeziora, gdzie spotkaliśmy czaplę. Czwartego dnia pobytu wybraliśmy się na pożyczonych z hotelu rowerach na wycieczkę własnie nad ową bindugę.

Wycieczka okazała się trochę męcząca (zwłaszcza dla żony), bo ja postanowiłem pojechać na skrót przez las i ominąć niezbyt uroczą wieś Karolinów. Oczywiście pojechałem „na czuja” i w efekcie wylądowaliśmy gdzieś „w polu”, a nad jezioro doprowadziła nas dopiero nawigacja w telefonie.

Kiedy tam już dość zmęczeni dotarliśmy, w trakcie odpoczynku przypadkiem udało się zarejestrować takie oto zdarzenie:

Nie wiem , czy to ta sama czapla, którą widzieliśmy wcześniej podczas rejsu kajakowego, czy nie, ważne, że udało się ją sfilmować.

Pomimo, że pogoda była dość dynamiczna i trzeba ją było non stop monitorować, (w trakcie jednego z rejsów kajakowych złapała nas solidna ulewa, którą udało się szczęśliwie przeczekać pod zadaszeniem na zaniedbanej przystani dla żeglarzy) urlop był wyjątkowo udany. Wcześniej nie przypuszczałem, że nieco ponad 100 km od Warszawy można tak fajnie spędzić kilkudniowy urlop. Ostatniego dnia, po opuszczeniu hotelu pojechaliśmy nad naszą ulubioną bindugę, gdzie spędziliśmy jeszcze kilka godzin i dopiero wieczorem wróciliśmy do Warszawy.

W sierpniu (po urlopie) wybraliśmy się jeszcze kilka razy nad Zalew Tatar w Rawie Mazowieckiej i na również opisywane tu poprzednio glinianki w Zielonce.

Prawdziwe jednak turystyczne eskapady odbyłem jednak jesienią.

Otóż jesienią postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Wziąłem dzień urlopu (środa), sprawdziłem w moim służbowym Iphonie pogodę. Pomyślałem, że 24 lata mieszkam na warszawskiej Pradze, a właściwie ciągle jeżdżę w te same znane od lat miejsca, a nad Bugiem w okolicach Wyszkowa nigdy nie byłem.
Poprzedniego dnia zacząłem przeglądać w sieci mapy w Google, aby ustalić trasę. Okazało się, że cześć dróg, którymi mógłbym pojechać jest sfilmowana i można dokładnie sprawdzić, za którą chałupą, w którą drogę trzeba skręcić, aby dojechać do pięknego zakola rzeki, którego zdjęcie ktoś wstawił w Google i wyświetla się ono przy przeglądaniu map.
Wybór padł na Łochów jako początek trasy. Z domu wyjechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Łochowa i z powrotem.  Po obejrzeniu dworca w Łochowie, wpadłem do baru Smak (czyli budy przy peronie), która akurat w sieci miała najlepsze notowania. Zamówiłem kebab. Po zjedzeniu dziecinnej porcji “junior” za 12 zł (notabene większej niż drugie danie w mojej firmowej kantynie) ruszyłem w trasę. Najpierw pojechałem ok. 4 km wzdłuż DK 62 – trochę po ścieżce, trochę po chodniku, aż dojechałem do wsi Gwizdały, w której zjechałem na lokalną drogę do Kamieńczyka (która podobnie jak DK 62 też jest w Google sfilmowana). Po kolejnych 4 kilometrach dojechałem do wsi Nadliwie, gdzie rzeka Liwiec dochodzi do drogi i jest fajne miejsce na odpoczynek. Dzięki obejrzeniu filmu w sieci, zapamiętaniu trasy, a także aplikacji Google maps w telefonie, już drogą leśną dotarłem nad piękne zakole Bugu odległe od wsi Nadkole o ok 3 km. Spędziłem tam godzinę odpoczywając, robiąc zdjęcia i napawając się przepięknym widokiem.

Z tego miejsca wróciłem na asfaltową drogę lokalną w kierunku Kamieńczyka. Drogą tą przejechałem na drugą stronę rzeki Liwiec i na pół godziny zatrzymałem się na dość wysokim moście, z którego rozciąga się wspaniały widok na łąki i lasy (miejsce gdzie Liwiec wpada do Bugu).

Stamtąd, przez lasy wróciłem lokalną asfaltową drogą do stacji kolejowej Urle oddalonej od Kamieńczyka o 12 km.  Po drodze zahaczyłem jeszcze o kompleks Loretto – sanktuarium, dom opieki i ładny rozległy teren położony w lasach nad Liwcem.

Do Warszawy wracałem pociągiem.

Tyle moich reminiscencji z wypadów rowerowych nad Bug w okolicach Wyszkowa i wycieczek Łochów- Kamieńczyk Urle odbytych w środy 12 września, 19 września i czwartek 11 października (po tym samym terenie, nieco tylko innymi trasami) oraz niejako ich “pokłosiem” czyli wycieczkami z żoną, odbytymi już samochodem w niedziele 7 i 14 października (z konsumpcją pierogów w ośrodku Nadliwie).

W listopadzie jak zwykle wybrałem się na spotkanie z okazji 67. rocznicy rozpoczęcia produkcji w warszawskiej FSO.  Relacje z takich zlotów umieszczałem w poprzednich latach jako osobny wpis na blogu. Tym razem zabrakło mi „weny”, ale na telefonie pozostała mi z tego spotkania taka oto fotorelacja:

Tyle o ciekawych i przyjemnych wydarzeniach, jakie spotkały mnie w ubiegłym roku.

Ale nie tylko takie miały miejsce. Miałem też jeszcze jedną „okazję” zwiedzenia nieznanych mi, innych niż opisane powyżej, zakątków Mazowsza.

1 listopada , jak od lat, wybraliśmy się z żoną na cmentarz w Żyrardowie, aby odwiedzić grób mamy. Następnego dnia pojechaliśmy na groby do Mińska Mazowieckiego. Na cmentarz pojechała z nami teściowa. Mieliśmy pierwotnie odwiedzić kilka grobów najbliższych i wracać, bo pogoda nie zachęcała do spacerów. Teściowa (nazywana przez nas babcią Sławcią) czuła się dobrze i „obleciała” z nami calutki cmentarz, a nie tylko groby najbliższych. „Obchód” trwał półtorej godziny i wróciliśmy trochę zziębnięci,

Jakieś dwa tygodnie później teściowa, która już od jakiegoś czasu narzekała na dziwne zasłabnięcia i zawroty głowy źle się poczuła i trafiła do szpitala w Mińsku. Ze szpitala wróciła na kilka dni do domu, ale została skierowana do specjalistycznego szpitala w Rudce koło Mrozów na dokładne badania.

W szpitalu nie czuła się dobrze. Odwiedziłem ją wraz z żona 3 razy. Z pracy zwalniałem się po obiedzie. Jechałem po żonę, która kończyła pracę o 16. Razem już przebijaliśmy się przez stojącą o tej porze w korkach Warszawę. Do Rudki dojeżdżaliśmy ok 18 i z babcią Sławcią byliśmy do 21. Potem wpadaliśmy na szybkie zakupy do Topazu w Kałuszynie i z powrotem do Warszawy. Poza tym żona odwiedzała swoją mamę również w weekendy.

Przy pierwszej i drugiej wizycie babcia Sławcia czuła się w miarę możliwie. W trakcie drugiej wizyty długo pokazywałem jej zdjęcia z opisanych tu jesiennych wycieczek nad Bug i Liwiec, a babcię Sławcię bardzo ich oglądanie ożywiło i odprężyło. Kiedy po raz trzeci pojechaliśmy do niej 5 grudnia, była już bardzo słaba. Leżała i mamrotała, mieliśmy nadzieję, że to skutek męczącego badania jakie przeszła poprzedniego dnia. Przezornie, mając w pamięci moją mamę, kiedy wyszedłem z sali, w której przy swojej mamie została zapłakana żona, zadzwoniłem do córki i drugiej wnuczki babci Sławci z informacją, że babcia nie jest w dobrej formie.

W szpitalu w Rudce spędziliśmy tego dnia 3 godziny. Rozmawialiśmy też z lekarzem. Kiedy poszedłem się pożegnać z pół śpiącą i w pół przytomną Sławcią zapytałem, czy mnie poznaje. Odpowiedziała: Paweł

W mikołajki, 6 grudnia jak zwykle byłem w pracy. Ok 11 kończyła się aukcja na której bardzo mi zależało i którą udało mi się wygrać,  po czym szybko wróciłem do normalnej pracy.  Ok 16. zadzwoniła komórka. Marek, brat mojej żony poinformował mnie, że przed godziną Sławcia zmarła.

Następnego dnia znów ruszyliśmy z żoną do Mińska. Z Markiem miałem możliwość obejrzenia Mrozów (tym razem za dnia) , dokąd musieliśmy pojechać po akt zgonu. Tydzień po naszej ostatniej wizycie w szpitalu w Rudce odbył się pogrzeb.

Babcia Sławcia była dla nas osobą ważną i bliską. Kiedy w czerwcu 1996 roku urodziła się moja córka, przez pół roku Sławcia właściwie z nami mieszkała i pomagała żonie opiekować się maleńką Agnieszką. Do swojego domu w Mińsku jeździła tylko w weekendy.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 20178 był trzecim rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym nie ukazywała się już żadna z serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa” ochłonąłem już kilka lat wcześniej i ze wspomnianej serii nie dokupiłem już żadnego modelika.

W marcu wybrałem się na giełdę, na której sprzedałem dość korzystnie jeden model , ale niczego nie kupiłem. W maju, w trakcie wizyty w przychodni na Wiatracznej, kupiłem za całe 10 zł „startowy” model z kolekcji „Kultowe Autobusy PRL”, który jakimś cudem „przeleżał się” w kiosku na bazarku obok przychodni dobrych kilka tygodni, ale jest on w skali  1:72 nie będę wiec go tu prezentował, bo do właściwej kolekcji nie wchodzi.

W czerwcu, na giełdzie nie byłem, bo akurat pojechałem na wyjazd integracyjny.

W międzyczasie, zajęty różnymi sprawami niespecjalnie też zaglądałem na Allegro. W efekcie tego w mojej kolekcjonerskiej karierze nastąpiła 11 miesięczna przerwa w jakichkolwiek zakupach (od października 2017 do września 2018).

Na wrześniową giełdę wybrałem się trochę towarzysko, trochę z przyzwyczajenia, ale tym razem przywiozłem z niej aż 3 modele.

Zakupy 2018 1bSą to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S. Na początku października wylicytowałem na Allegro modelik Ford Anglia.

Zakupy 2018 2bTym samym z mojej „listy poszukiwanych” wreszcie, po kilkunastu latach od jej założenia zniknęły (prawie za jednym zamachem) aż 2 modele: Hillman i Ford. Na liście pozostały już tylko 4 pozycje, które niekoniecznie muszę mieć.

W październiku też postanowiłem kupić od kolekcjonera, od którego kilkanaście lat temu kupiłem kilka modeli modelik Fiata 1100 TV niejako w celu uzupełnienia serii aut tej marki. Transakcja okazała się jednak trudna do zrealizowania. Początkowo wszystko wyglądało dobrze. Później zaczęły się podchody, nieodebrane telefony, itd. Po trzech tygodniach wreszcie dopiąłem swego. Udało się umówić i odebrać modelik.

Zakupy 2018 3b

Miesiąc później na Allgro kupiłem okazyjnie model Peugeot 504 coupe, o którym od jakiegoś czasu myślałem. Zakup ten nieoczekiwanie zaowocował wykonaniem dość dużej i nieco pracochłonnej przeróbki innego modelika tego samochodu. Kupionego 21 lat temu starego modelika Solido. W mikołajki 6 grudnia wylicytowałem na Allegro modelik Skody 110 L firmy Abrex, która zastąpi niezbyt udany model z serii „Kultowe Auta PRL”.

Zakupy 2018 4b

Na grudniowej giełdzie nabyłem też model Porsche 911 turbo, o którym myślałem od kilku lat. Chciałem w końcu uzupełnić moją „mini kolekcję” dziewięćset jedenastek właśnie o model tej wersji. Miałem zamiar to zrobić już jakiś czas temu, przymierzałem się jednak do jakiegoś dobrego modelika, niekoniecznie z serii gazetowej. Na giełdzie trafiło mi się akurat białe Kyosho.

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 1995. W całym roku zamknęły się kwotą 298 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Zakupy 2018 5b

Kolekcja i tak jest już bardzo duża i w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca. Dlatego też każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) powinien być dokładnie przemyślany.

Ale czy do końca tak było?

Pomimo naprawdę niewielkich zakupów i tak po trosze już chyba kolejny rokz rzędu „zacząłem zjadać własny ogon” kupując 2 modele aut, które właściwie w kolekcji już od dawna mam(tylko w nieco innej wersji).

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda pod sam koniec roku,  spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu i wykonałem wspomnianą tu kompleksową przeróbkę starego modelika Solido.  Jednak w skali całego roku nie miałem zupełnie czasu na wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć żadnej z planowanej od kilku lat innych poważniejszych przeróbek.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się opisać żadnej moich nowych zdobyczy. Niestety odbudowa bloga po przymusowych przenosinach z platformy Blog.pl (co było widoczne w bieżących wpisach z pierwszej połowy ubiegłego roku) kosztowała mnie tyle czasu i po trosze nerwów, że na opisywanie kolejnych modelików zabrakło mi po prostu zdrowia. 

Może ten, nowy rok przyniesie jakąś zmianę w tym względzie. Kolekcja jak widać nie będzie się już rozwijać tak, jak w poprzednich latach, bo zgromadziłem już prawie wszystko, co chciałem mieć. Ale za to opisywać jest naprawdę co, bo przecież bardzo wielu ciekawych modeli, które kupiłem zwłaszcza w ostatnich latach jeszcze tu nie pokazałem.

pozdrawiam

 

P.S.

3 stycznia 2018

POŻEGNANIE 

We wrześniu ubiegłego roku Artemis skończył 14 lat i kiedy po raz pierwszy od wielu lat zabieraliśmy go na urlop, mieliśmy poważne obawy, jak to zniesie. Był w poważnym jak na dużego psa wieku i miał już szereg związanych z tym dolegliwości.

Nie sprawił nam jednak żadnego problemu.

wakacje 2018 2

Rano szliśmy z nim na godzinny spacer do lasu (za ośrodkiem) , wieczorem szliśmy na drugi godzinny spacer. Cały zaś dzień spędzał na zacienionym balkonie (pokój dostaliśmy na parterze, a balkon od przyległej do ośrodka ściany lasu oddzielał tylko kilkumetrowy trawnik). Byłem też bardzo zaskoczony jego zachowaniem nad wodą. Myślałem, że w podeszłym wieku będzie spokojnie leżał na kocu i nie w głowie mu będą jakiekolwiek harce. Jednak gdy zaraz po przyjeździe poszliśmy z nim nad jezioro, kiedy spuściłem go ze smyczy od razu wskoczył do wody i przez dobre pół godziny trzeba mu było rzucać patyki i gałęzie, po które pływał i przynosił na brzeg. Zachowywał się dokładnie tak samo, jak dobrych 10 lat wcześniej.

wakacje 2018 1

Jesienią jednak jego stan coraz bardziej się pogarszał. Najpierw żona przestała mu dawać suchą karmę i zaczęła dawać karmę z puszek, a przez ostatni miesiąc gotowała mu podroby i mieszała z ryżem. Ponadto od jakiegoś już czasu, kiedy pił wodę rozchlapywał ją bardzo wokół miski. Na spacery wciąż chodził chętnie, ale czasami wracał z nich zmęczony i ociężały.

Kilka dni temu zauważyliśmy, że chyba nie bardzo się czuje. Czasem nie kładł się, a stał z opuszczonym ogonem zupełnie osowiały. W ostatnim czasie jadł sporo, chodził tylko na krótkie spacery, a mimo to bardzo schudł. Wczoraj cały czas chodził za mną po mieszkaniu, jakby chciał być tuż obok bliskiej osoby. Byliśmy jego stanem zaniepokojeni i już dobrze po pierwszej w nocy, pomimo zimna i wiatru, na prośbę żony wyszedłem z nim na krótki spacer. Zachowywał się w miarę normalnie. Dzisiaj rano, przed wyjściem do pracy, żona wyszła z nim na spacer dwukrotnie.

Wracając z pracy miałem obawy w jakiej formie go zastanę. Postanowiłem nigdzie nie wstępować i jechać prosto do domu.  Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem zobaczyłem, że pies leży w końcu korytarza. Miałem zamiar od razu go wyprowadzić na spacer. Jednak Artemis nie był w stanie się już podnieść. Obok stała nietknięta, pełna miska naszykowanego przez żonę jedzenia. Na przystanek po żonę wyszedłem więc sam. Artemis cały czas leżał i nie był w stanie wstać. Wzięliśmy duży stary  koc, położyliśmy go na nim i tak we dwójkę, robiąc co kilkanaście metrów przerwy na odpoczynek,  zanieśliśmy go do lecznicy nieopodal naszego bloku.

Młoda i miła pani weterynarz przyjęła nas poza kolejką. Kiedy opowiedzieliśmy jej co i jak się stało, obejrzała psa, który leżał i prawie się nie ruszał. Zajrzała do komputera, gdzie była długa historia jego wizyt w lecznicy. Wklepała do komputera „artemis”, a ja zauważyłem kartę psa i wpis „wiek – 14 lat, 3 miesiące”. Po chwili weterynarz zapytała: „Czy jesteście państwo zdecydowani ?”

Byliśmy zgodni, a weterynarz nie była zaskoczona naszą decyzją, o której już od jakiegoś czasu, wcześniej rozmawialiśmy w domu.  W zaistniałej sytuacji wykazała pełne zrozumienie. Podzieliła naszą opinię, że dopóki komfort życia zwierzaka był akceptowalny (mógł jeść, chodzić na spacery i cieszyć się nimi) dopóty można go było leczyć, ale kiedy nie był wstanie ani jeść, ani utrzymać się na nogach, przedłużanie jego agonii nie miało sensu. Dostał najpierw zastrzyk uspokajający, po którym usnął, po czym  weterynarz poinformowała nas, że lepiej byłoby abyśmy nie byli obecni przy dalszych czynnościach i poczekali  na korytarzu.

Tak trochę jednak nieoczekiwanie pożegnaliśmy Artemisa. Był wspaniałym psem. Zawsze będę miał go w pamięci. Jako „kuleczkę”, maleńkiego szczeniaka, który kiedy tylko otworzyło się drzwi do ubikacji, podrywał się z legowiska i zanim drzwi się zamknęły, błyskawicznie wpadał do ubikacji i wywlekał na korytarz stojącą w koncie dużą szczotkę. Będę pamiętał gdy po 6 tygodniowej kwarantannie, dumna, 8 letnia wówczas nasza córka prowadziła go na pierwszy spacer. Będę pamiętał dzikie harce w Lasku Młocińskim w czasie wycieczki „na sanki” utrwalonej na zdjęciach z 2005 roku opisanych w naszych zbiorach jako „pierwsza zima Artemisa” :

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

262. POŻEGNANIE – Maurice White ( Earth Wind & Fire ) i Chevrolet Bel Air

Bywają chwile, kiedy jakaś wiadomość na moment zatrzymuje pędzący jak oszalały zegar naszej zabieganej codzienności. Tak stało się w piatek, 5 lutego.

Po pracy (jak zwykle od roku) pojechałem odwiedzić moją wiekową już bardzo mamę. Przygotowałem kolację, zaparzyłem herbatę, a mama poprosiła, abym włączył „Świat się kręci”, więc włączyłem. Najpierw jeden wywiad, później drugi, a przed trzecią częścią programu nagle na ekranie pojawili się starzy dobrzy znajomi z czasów studenckich i 3 fragmenty nagrań (w oryginale): September, Let’s Groove i Boogie Wonderland.

Nie załapałem o co chodzi, bo tuż przedtem, na chwilkę wyszedłem do kuchni, a zaraz po tym w studio rozpoczęła się rozmowa na temat futbolu amerykańskiego.

Kiedy wracałem od mamy, w samochodzie miałem włączone radio. (Jak zwykle od dłuższego już czasu Chili Zet). Byłem gdzieś w połowie drogi do domu, kiedy między kolejnymi piosenkami prezenter przekazał smutną, aczkolwiek bardzo istotną dla mnie informację:

Dziś, 5 lutego w Los Angeles w wieku 74 lat zmarł Maurice White, wspaniały twórca, założyciel i lider legendarnej grupy Earth Wind & Fire.    

Po tej informacji z głośników znów popłynęła muzyka, ale tym razem chyba najbardziej znana i popularna piosenka zespołu:

To od niej grubo ponad 30 lat temu zaczęła się moja bardzo długa przygoda z muzyką grupy Earth Wind & Fire. Podkręciłem radio, w aucie zrobiło się całkiem głośno, a wraz z muzyką na chwilę wróciły wspomnienia z dość już dawnych, ale dla mnie całkiem dobrych czasów.

Był rok 1979, po kilku przygodach, na trzecim roku studiów próbowałem podrywać koleżankę z Piastowa, Gośkę. Koleżanka mieszkała z matką po drugiej stronie miasta. Miała też starszą siostrę i dość często do nich zaglądałem. W tamtych czasach po prostu do znajomych się wpadało. Kiedyś siedzieliśmy w kilka osób i do dziewczyn wpadł też ich kuzyn. Coś się zgadało o muzyce i kuzyn oświadczył, że dostał od kogoś singla Earth Wind & Fire, ale słuchać się tego nijak nie da. Byłem zdumiony, zaskoczony i zdziwiony, ale nie odezwałem się.

Kiedy chyba rok wcześniej, po raz pierwszy usłyszałem Fantasy, byłem przekonany, że to kolejny przebój mojej ulubionej wówczas grupy Bee Gees. Szybko jednak się okazało, że to zupełnie inny zespół śpiewa. W owym czasie byłem stałym bywalcem klubów studenckich Stodoła i Remont, gdzie regularnie w każdą sobotę jeździłem na dyskoteki. Słuchałem też często „Trójki” i w dość krótkim czasie przestałem być gorącym fanem Bee Gees, a stałem się wielkim fanem muzyki grupy Earth Wind & Fire.

W trakcie studiów miałem paczkę kolegów na warszawskim Żoliborzu i często tam bywałem. W 1980 roku wybrałem się z moją pierwszą narzeczoną (która notabene moją pierwszą żoną nie została) na perski jarmark, który odbywał się wtedy na polu nad Wisłą, obok klubu sportowego Spójnia. (Notabene ten sam, na którym kilka lat później kupiłem modelik, który zapoczątkował prezentoaną tu kolekcję). Na jarmarku tym kupiłem moją pierwszą płytę, mojej ulubionej grupy (oczywiście winylową):

262. EWF 1

To właśnie emblemat z tej płyty jest od samego początku „muzyczną” wizytówką tego bloga. Kiedy tu lub na jakichś innych blogach pojawia się napisany prze ze mnie i podpisany „artemis” komentarz, zawsze obok pojawia się też mały znaczek ze złotym orłem.

262. EWF 2

Dlatego nie wypadało mi po prostu nie napisać kilku słów na pożegnanie człowieka, który na współczesną muzykę popularną wpływ miał ogromny, choć zwłaszcza w Polsce niewiele osób o tym wie.

W ubiegły piątek, zaraz po powrocie do domu od razu „odpaliłem” bloga, a z niego wszedłem na oficjalną stronę zespołu.

Strona nie działa, jest na niej tylko taki oto obrazek.

262. EWF 3

W 2001 roku pojechałem na coroczną „wigilią” imprezę firmową, która odbywała się w hotelu Sharaton. Zanim jednak tam doszedłem wstąpiłem do Smyka, gdzie odkryłem całą stertę niedrogich i ciekawych modelików (kupiłem wtedy żółte Ferrari 365 GTS Daytona). Na imprezie bawiłem się znakomicie, bo po kolacji i przemówieniach grał dla nas naprawdę dobry zespół, a jedną ze świetnie wykonanych piosenek był właśnie stary szlagier EWF September.

W przerwie, w kuluarach zaczepiłem jednego z członków zespołu i pogratulowałem wykonania. Muzyk powiedział, że ukończył wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Muzyk był zaskoczony, że  zwyczajny inżynier „samochodowy”, pracujący dla renomowanego koncernu chodził przez 7 lat do szkoły muzycznej i z głowy cytuje skład całkiem już zapomnianego zespołu .

To właśnie wtedy (od muzyka grającego na firmowej „wigilii”) dowiedziałem się, że Maurice White choruje na chorobę parkinsona.

Niejako „ku pamięci” chciałbym przypomnieć tu krótką wiązankę przebojów grupy i pokazać fragment filmu z koncertu jednego z niekwestionowanych gigantów muzyki rozrywkowej. David Foster, bo o nim mowa, współpracował z wieloma gwiazdami takimi jak choćby: Michael Jackson,  Whitney Houston,  Céline Dion,  Madonna, Andrea Bocelli, Mariah Carey czy Michael Bublé. W trakcie jednego z cykli koncertów, na których wraz nim, jego piosenki wykonywały gwiazdy światowego formatu, David Foster składa publiczny hołd bohaterowi tego wpisu.

Film naprawdę warto obejrzeć (do końca), aby przekonać się, co oznacza słowo „SZACUNEK”

Goodbye Maurice

Spoczywaj w spokoju

Twoja muzyka na zawsze pozostanie w naszych sercach

———————————————————————————————————————————–

P.S.  10 lutego

Cóż, do takiego wpisu najlepiej pasowałby jakiś modelik pogrzebowego karawanu np. Cadillaca. Niestety czegoś takiego w mojej kolekcji nie mam. Zaprezentuję więc dzisiejszy nabytek Chevroleta Bel Air z serii „Kultowe Wozy Policyjne”, jaka wychodzi już na naszym rynku już od roku. Do tej pory nie kupiłem z niej żadnego modelika. Fakt, przymierzałem się do kilku, ale z uwagi na konieczność trzymania „wydatków w ryzach”, oraz „polowania” na kolejne modele z serii „Kultowe Auta PRL”, żadnego do tej pory nie kupiłem. 

Modelik Chevroleta Bel Air zobaczyłem już jakiś czas temu najpierw w internecie, a chyba we wrześniu już ‚na żywo” w trakcie „modelikowego” spotkania z kolegą. Modelik spodobał mi się. Nawet go licytowałem na Allegro. kiedy jakiś czas temu pojawił się w zapowiedziach „policyjnej” serii postanowiłem go kupić.  

Dziś po pracy, nie pojechałem prosto do mamy, ale „zahaczyłem” o Tesco w Piastowie gdzie w kiosku Inmedio miałem zamiar go nabyć. Na miejscu okazało się jednak, że wszystkie egzemplarze jakie rano trafiły do kiosku już się sprzedały. Modelik „dopadłem” dopiero po drodze od mamy do domu w Empiku w Skoroszach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ponieważ do domu dotarłem dość późno, zdążyłem tylko okleić folią aluminiową i wypolerować dekle kół. Zresztą na razie nie planuję robienia innych poprawek. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelik postanowiłem też zdobyć dość szybko, aby „uzupełnić” niejako ten smutny wpis. W końcu czarny, typowo amerykański radiowóz z 1973 roku dobrze pasuje do wpisu i jest odbiciem czasów, kiedy na dobre „rozkręcała” się światowa kariera zespołu Earth Wind & Fire.

pozdrawiam

P.S.  14 lutego

Z okazji „walentynek” kupiliśmy do domu ……..drukarkę. Choć głównym użytkownikiem będzie moja córka, na pewno przyda się też do waloryzacji modelików. Wczoraj odwiedziliśmy kilka sklepów, później porównywałem w Internecie parametry różnych sprzętów i szukałem oczywiście „okazji”. W końcu pojechaliśmy do Marek, ale w sklepie znalezionym w internecie była tylko zakurzona drukarka z wystawy i w końcu w drodze powrotnej kupiliśmy drukarkę w Media Markt.

Wczoraj wieczorem po powrocie z CH Arkadia usiadłem przy stole w kuchni i w moim „warsztacie” zrobiłem kilka poprawek Bel Air’a.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na początek podniosłem trochę, ok 0,5 mm zawieszenie do góry.  Nie chciało mi się jednak ściągać kółek z osiek i przerabiać ich mocowanie w podwoziu. (jak w Wartburgu). Nie chciało mi się też dorabiać podkładek pod śrubki mocujące (jak w opisywanej ostatnio Wołdze czy Renault 10. Wpadłem na inny pomysł. Zauważyłem, że we wkładce imitującej wnętrze kabiny od spodu (od strony płytki podwozia) pod siedzeniami przedniki i tylnymi są prostokątne, głębokie na 1,5 mm wnęki. Wyciąłem z tacki po kotletach schabowych małe kostki ze styropianu i wcisnąłem je w te wnęki.

Następnie włożyłem wkładkę do nadwozia i przykręciłem podwozie do „pudła”. Rozwiązanie okazało się nie tylko skuteczne i znacznie mniej pracochłonne w wykonaniu od poprzednich, ale ma też dodatkową zaletę. Wysokość ustawienia nadwozia względem podwozia daje się, co prawda w niewielkim zakresie, ale jednak regulować (wkręcając lub wykręcając nieco śrubki mocujące podwozie do nadwozia)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po tej niezbyt pracochłonnej poprawce, zrobiłem też dwie inne. Wymontowałem przedni zderzak, rozpiłowałem nieco otwory pod mocujące go bolce i opuściłem zderzak w dół o około 0,3 mm, tak, aby w widoku z przodu nie zasłaniał dolnej krawędzi atrapy. 

Potem pomalowałem jeszcze pisakiem olejowym dla plastyków obwódki wokół obciągniętych wcześnie folią aluminiową i wypolerowanych dekli kół.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Teraz w modeliku zostały jeszcze do wykonania drobne poprawki malarskie.

pozdrawiam 

39. Wspomnienie

Przed chwilą na miniauto forum zobaczyłem:

39.blog_sd_3167381_3329636_tr_miniauto_forum_b

Leszek był stałym bywalcem giełdy. Na pierwszej giełdzie na jaka trafiłem (a było to prawie 10 lat temu) kupiłem od niego kilka modeli. Parę lat temu załatwiałem mu jakiś modelik i byłem u niego w mieszkaniu na Woli. Modele miał wystawione w małym pokoju w gablotach. Długo je oglądałem, było ich kilkaset, w tym kilkanaście takich, na które zachorowałem. Po tej wizycie postanowiłem zdobyć między innymi Ferrari 166 MM. (Zdjęcie jest w albumie krótka historia 1897-1949)

Leszek miał dośc specyficzny sposób zachowania i oszczędny sposób wysławiania się, a jednocześnie w pewnym sensie skądś mi znajomy. W trakcie wizyty u Leszka, w drugim pokoju dostrzegłem pianino.  Pianino jest dzisiaj nieczęsto spotykanym w mieszkaniach „meblem”. Zpytałem wiec czy i kto na nim gra. Odparł, że on sam trochę. Zapytałem wiec gdzię się tej sztuki uczył. Odparł, że na Waryńskiego. Pomyslałem – niemożliwe, bo przyszła mi od razu do głowy szkoła muzyczna, do której sam w dzieciństwie uczęszczałem. A jednak, to o tę szkołę chodziło. Okazało się, że Leszek, tak samo jak ja, pochodził z Żyrardowa.

Na ostanią wrzesniowa giełdę wpadłem na chwię. Nie wchodziłem na salę tylko czekałem na zewnątrz, na kogoś kto miał odebrać ode mnie modelik. Podjechał Zenek. Chwilę z nim pogadałem o moim nowym aucie, o giełdzie i o modelach. W którymś momencie Zenek nagle spochmurniał i cicho dodał: „Leszek się kończy”.