Kategoria: Kultowe Auta PRL

Wesołych Świąt

172-taksc3b3wki-1

Jeszcze do końca nie ochłonąłem z wrażeń po zakupie nowego, prawdziwego samochodu. A tu już święta. Wczoraj ubraliśmy choinkę.

Choinka 2019 1b

Zawsze była żywa, ale w tym roku tradycję przejęła moja córka i to dla niej kupiliśmy w promocji, w Lidlu jodłę kaukaską. O tym, żeby taką samą kupić też dla nas, jakoś nie pomyśleliśmy. Wieczorem tego samego dnia wybrałem się na spacer po Targówku. U zbiegu ulic Kersona i Borzymowskiej, z dala od bazarku i marketów, na pustym placu rozłożył się sprzedawca choinek. Cena za mała choinkę w doniczce, (jaką mieliśmy w ubiegłym roku) nie była zachęcająca (50 zł). Ubiegłoroczna choinka mimo pielęgnacji i podlewania też uschła, a później tuż przed Wielkanocą, przy próbie wyjęcia jej z doniczki, ta ostatnia potłukła się. Jakiś tydzień temu pojechałem po coś do Arkadii. Po krótkiej telefonicznej konsultacji z żoną kupiłem małą sztuczną choinkę, a niech tam, w końcu małych dzieci w domu już nie ma, a wiadomo przed świętami pracy w domu jest zawsze co niemiara.

Dwa tygodnie temu odbyła się w Warszawie, a właściwie na jej dalekich obrzeżach (bo tuż na granicy Ursusa i Gołąbek) na nowo „ożywiona” giełda modeli. A wyglądała tak:

Na giełdę pojechałem już nowym autem, pojechałem tam właściwie „towarzysko”, zobaczyć jak to będzie wyglądało. Giełda była naprawdę duża i pokazany tu filmik pokazuje zaledwie kilka stoisk już pod sam jej koniec. Moje hobby właściwie powoli umiera. Nie bardzo mam czas i ochotę „ślęczeć”  nad aukcjami na Allegro i oglądać właściwie tę samą niezbyt interesującą mnie ofertę.

Co innego giełda. To już właściwie jedyne miejsce gdzie jeszcze coś tam kupuję. Nie coś, co sobie wymarzyłem, ale coś, o czym myślałem w ostatnich latach. Prawda jest też taka, że zajęty codziennymi sprawami, po powrocie z pracy jestem przeważnie zmęczony i nie bardzo mam ochotę „ślęczeć”  nad kolejnymi modelikami. W przeciągu całego mijającego już roku nabyłem do kolekcji raptem 4 modele. Wyjątek wydarzył się na ostatniej giełdzie gdzie pomimo pierwotnego zamiaru „pooglądania i pogadania” też kupiłem 4 modele i na tym moja tegoroczna kolekcjonerska aktywność raczej się zakończy. Po trosze straciłem zapał, nowe, kolejne modeliki już mnie tak nie podniecają jak kilka lat temu, a poz tym trochę szkoda mi na nie pieniędzy.

A oto co przywiozłem z giełdy:

escort

Ford Escort z serii „Kultowe Auta PRL” . Kupiłem go za całe 10 zł. Jest niekompletny, ale nabyłem go z zamiarem przeróbki na model MK4 jakim jeździłem.

corsa

Opel Corsa również z „kultowej” serii. W mojej kolekcji nie miałem dotąd żadnego modelika tego popularnego auta. Już jakiś czas temu postanowiłem takowy nabyć. Tym razem udało się go trafić za 20 zł.

rekord

Za taką samą kwotę nabyłem też modelik innego auta tej samej marki. Opel Rekord P2 nie ukazał się w polskiej serii. Ale wyszedł w serii rumuńskiej, a że od dawna mi się podobał, postanowiłem go kupić tym razem, również okazyjnie.

fabia

I na koniec nieco droższy „modelik w zastępstwie”. Od lat podoba mi się Skoda Octavia III. Zapragnąłem więc zdobyć też jej modelik. Niestety na giełdzie zarówno oglądany jakieś dwa lata temu srebrny modelik firmy Abrex, jak i na ostatniej giełdzie modelik w kolorze niebieskim, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ale na tym samy stoisku była jeszcze Skoda Fabia III. Jej modelik jest o wiele lepiej wykonany (choć to też Abrex). Ponieważ cena bazowa była taka sama, kupiłem ten drugi. A niech tam, wydałem 55 zł, ale będę miał w kolekcji chociaż jeden modelik samochodu, który miałem szczery zamiar kupić, a którego w końcu nie kupiłem i specjalnie tego nie żałuję.

Cóż na modelik Fiata Tipo przyjdzie mi zapewne poczekać, bo na razie żadna znana mi firma takowego nie robi. Może zrobi go Burago, bo w końcu w Włoszech samochód sprzedaje się naprawdę dobrze.

pozdrawiam

 

 

299. Rowerowe przygody i Star 25

W ubiegłym tygodniu, w środę i w czwartek byłem na służbowym spotkaniu w dość „luksusowym miejscu odosobnienia”. Nie tak całkiem daleko, bo na Mazowszu (nieco ponad godzinę jazdy samochodem od mojej pracy).  Takie spotkania odbywają się już od kilku lat (z reguły w centrum Polski), a są na nich przedstawiciele firm (z którymi współpracuję) z różnych miast. Z reguły wracam z nich przeważnie z miłymi wrażeniami i niczym więcej.

Wyjątkiem było dotychczas tylko ubiegłoroczne spotkanie w Łodzi, gdzie w trakcie dłuższej przerwy postanowiłem zwiedzić obszerny park, położony naprzeciw hotelu, a którego nie udało mi się zwiedzić rok wcześniej. Kiedy obszedłem park, a właściwie wyszedłem na jego drugą stronę, trafiłem na typową starą łódzka ulicę (klimatem przypominającą mi trochę Żyrardów) i postanowiłem nią pójść i zobaczyć jak normalni ludzie „żyją w Łodzi”. Na końcu ulicy trafiłem na centrum handlowe Auchan, więc do niego wszedłem. Na likwidowanym jesienią stoisku rowerowym trafiłem na koszyczek (przeceniony z 40 na 20 zł) i szybko pobiegłem z nim do kasy. W kasie okazało się, że koszyczek kosztuje 10 zł, więc się jeszcze bardziej ucieszyłem i szybkim krokiem wróciłem przez park do hotelu. Do dziś żałuję, że nie wziąłem dwóch.

Nowy koszyczek, już w Warszawie, uzbroiłem w wymontowany ze starego koszyczka zaczep i założyłem na kierownik do „odziedziczonego” po córce ogromnego miejskiego roweru Sprick. Koszyczek w tym rowerze miał pękniętą górną część, ale nie miałem innego, więc zamontowałem go do „odziedziczonego” po żonie roweru Romet.

Romet Trekking

Okazało się jednak, że stary koszyczek z roweru „po córce” nie miał (tak jak wszystkie poprzednie koszyczki oraz ten kupiony w Łodzi, przeznaczone właściwie do montażu na kierownik) wspawanej w dno blaszki z otworami pod śrubki, pozwalającej  na pewne przykręcenie go do bagażnika. Przymocowałem go więc drucikami w czterech miejscach. Przez jakiś czas problemów nie było, aż do września kiedy to w trakcie krótkiej przejażdżki po okolicy postanowiłem przedostać się „na skrót” z Zacisza na położone po drugiej stronie torów osiedle Wilno.

Przy tym nowym, jednym z najładniejszych osiedli w Polsce, deweloper (Dom Development) wybudował przystanek kolejowy, (z którego zawsze odjeżdżam na moje jesienne rowerowe wypady nad Bug i Liwiec – do Urli lub Łochowa). Niestety od 6 lat przystanek ten jest dostępny tylko od strony osiedla. Od strony starego Zacisza trzeba się do niego przedzierać dziką ścieżką biegnąca wzdłuż torów, bo przystanek od ulicy na Zaciszu oddziela wąski co prawda ale długi, bo ponad kilometrowy pas starych pracowniczych działek.

W trakcie pojazdu na nasyp kolejowy rower zatrzymał się, a ja straciłem równowagę i „zaliczyłem glebę”. Kiedy podniosłem się z gęstych zarośli, w które wpadłem, obejrzałem dodatkową dziurę w starych używanych tylko do jazdy na rowerze spodniach, byłem w szoku, nie mogłem zrozumieć „jak to się mogło stać”.

Przed laty (dobrych 10 lat temu ) klika razy (za namową kolegi) uczestniczyłem w odbywającej się zawsze w ostatni piątek miesiąca „masie krytycznej” . Niewtajemniczonym zdradzę, że był to przejazd (z reguły) kilku tysięcy rowerzystów przez Warszawę, mający na celu „wymuszenie” na jej władzach budowy ścieżek rowerowych. O „masie” było swego czasu głośno i w radiu, czy też na jakimś portalu znalazłem wywiad z jej organizatorem, studentem, który rowerem przemieszczał się po mieście przez cały okrągły rok. Organizator „masy” ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu zdradził też, że jeździ „damką”. Ja odkąd pamiętam, zawsze właściwie jeździłem  rowerem „męskim”. Dopiero od kliku lat, kiedy mój „męski” rower po 26 latach eksploatacji „trochę” się zużył, a wsiadanie na niego zaczęło wymagać o de mnie stawania na wysokim krawężniku (i przestało być bezproblemowe, jak za młodych lat) przesiałem się na „damki”, bo skoro „rasowy” rowerzysta jeździ „damką”, to ja też mogę.

Notabene „damka” ma jedną wielką zaletę. Kiedy w jakieś sytuacji rower zatrzyma się (czy to na stromym podjeździe, czy przed światłami, czy też zwyczajnie zagrzebie się w piachu) i tracimy na nim równowagę, z „damki”  zeskakuje się na ziemię, na szeroko rozstawione nogi, a „damkę” kładzie się między nimi. Kilka razy w roku coś takiego i mi się przydarza i z opresji wychodzę bez szwanku. W opisanej sytuacji w przypadku jazdy na rowerze „męskim”  obowiązkowo „zalicza się glebę” wraz z rowerem.

Podczas feralnej, wrześniowej opisywanej tu przejażdżki, kiedy rower zatrzymał się na nasypie, też zeskoczyłem z niego, ale za siodełkiem miałem zamocowany „stary” koszyczek z pękniętą górną ramką (akurat od strony siodełka). Rozerwany koszyczek prawdopodobnie zaczepił o moje uranie i „pociągnął mnie na glebę” za upadającym rowerem. Kiedy stałem i otrzepałem się , pozbierałem z chaszczy rzeczy które wysypały się z niego. Na domiar złego koszyczek się urwał. Nie mogłem już dalej jechać, więc doprowadziłem rower z koszyczkiem w ręku do skraju peronu i zacząłem się zastanawiać co zrobić w zaistniałej sytuacji.

Do domu miałem jakieś 3 kilometry i nie uśmiechało mi się prowadzić rower. Od mieszkania córki byłem jakieś 500 metrów ale musiałbym przejść przez tory z rowerem w jednej i urwanym koszyczkiem w drugiej ręce. Peron jest ogrodzony i dostanie się na niego to też niezła gimnastyka. Ale w końcu po dokładnym rozejrzeniu się wszedłem na tory. Wstawiłem na peron najpierw koszyczek, później rower i w końcu sam wszedłem na peron po jego zewnętrznej krawędzi trzymając się ogrodzenia (jak robią to zapewne mieszkańcy Zacisza kiedy chcą pojechać do Warszawy, a którzy wydeptali ową pechową trzystu metrową ścieżkę).

I tak w końcu peronem dotarłem do windy, zjechałem nią na dół i poprowadziłem rower do mieszkania córki, w którym akurat w trakcie montażu jakiegoś wyposażenia było trochę moich narzędzi. Zaraz po upadku pozbierałem z ziemi i zabezpieczyłem druciki mocujące koszyczek. W mieszkaniu córki znów kombinerkami i drucikami przymocowałem koszyczek do bagażnika i już rowerem wróciłem na Targówek.

Naprawa była trochę prowizoryczna, ale na jakiś czas starczyła. Tegorocznej jesieni 3 razy wybrałem się w pokazane tu przy okazji opisu Fiata 1100 okolice na Liwcem i Bugiem. Moją drugą wycieczkę 14 października, jak zwykle rozpocząłem na wspomnianym tu przystanku kolejowym Zacisze-Wilno.  Wsiadłem do pociągu , wyciągnąłem z koszyczka wypakowaną prowiantem, napojami i ubraniem na chłodny powrotny wieczór torbę.  Rower powiesiłem ponowo na haku, w przedziale na rowery (w jakie wyposażane są pociągi podmiejskie Kolei Mazowieckich). Chwilę później niechcący potrąciłem wiszący rower. Pech chciał , że lekko potrąciłem właśnie koszyczek, który od razu odpadł. Przewidując taki obrót sprawy miałem ze sobą oprócz obowiązkowej pompki również moje modelarskie szczypce. Niestety druciki były już mocno zużyte. Postanowiłem, że w Łochowie (dokąd jechałem) poszukam jakiegoś  kawałka drutu lub przynajmniej sznurka.

Kiedy wysiadłem z pociągu, na peronie zacząłem kombinować, co zrobić. Miałem przed sobą jakieś 25 km do przejechania ( i to niekoniecznie po asfalcie) i nie bardzo miałem ochotę szarpać się znów z urwanym koszyczkiem . I tu „życie uratowała mi” mocna płócienna torba, w którą zapakowałem rzeczy. Miała ona mocne i dość długie uszy. Jedno zaczepiłem za sztycę siodełka, a drugie o wewnętrzną ramkę bagażnika. Było OK. I tak feralny koszyczek zakończył swój „rowerowy żywot” obok kosza na śmieci na peronie w Łochowie.

W trakcie mojej pierwszej wycieczki 13 września spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła przygoda, która wiąże się ze wspomnianymi tu: koszyczkiem, torbą i stacją Zacisze-Wilno. Opisze ją jednak innym razem.

Tak więc gdybym w trakcie ubiegłorocznego służbowego spotkania w Łodzi miał trochę więcej czasu i w Auchan kupił 2 nowe koszyczki, wspomnianych tu  wyżej przygód zapewne bym uniknął.  

Tegoroczne jesienne spotkanie odbywało się podobnie jak kilka poprzednich „w samym sercu Polski”

kawalloevent4-kopia 1b

W położonym w środku lasu gdzieś między Sochaczewem a Płockiem hotelu Kawallo

Ze spotkania nie przywiozłem tylko miłych wspomnień ale również prezenty i to dwa.

Pierwszym był słoiczek miodu spadziowego z pobliskiej pasieki, który czekał na każdego z  uczestników spotkania na stole w trakcie uroczystej kolacji.

miód 1b

Miód bardzo mnie ucieszył, bo choć ostatnio dość mocno podrożał, to w moim domu co jak co, ale słoiczek miodu zawsze znaleźć się musi. (Teram mam nawet 2) .

Drugim prezentem ze spotkania okazał się ten oto modelik, który w ostatnim czasie znów, jak w czasach „Kultowych aut PRL” rozpala żądze wszystkich kolekcjonerów modelików w skali 1:43  w całej Polsce.

Star 25 1b -zestaw

Pod koniec października , a właściwie kilka dni po ukazaniu się modelika, zajrzałem na forum motoshowminiatura, na które od czasu zakończenia (już prawie 4 lata temu) serii „Kultowe Auta PRL” zaglądałem raczej rzadko. Chciałem sprawdzić, co dzieje się w temacie giełdy i dowiedzieć też o targach Hobby 2019, które w ubiegły weekend odbywały się w Poznaniu, a na które miałem ochotę się wybrać.  I właśnie wtedy na niemrawym ostatnio forum dostrzegłem no.wy wątek : Kultowe ciężarówki z okesu PRL-u – Deagostini .

Kiedy przeczytałem wątek i zorientowałem się, że nowa „testowa” seria modeli (tym razem w słusznej skali 1:43) ukazała się tylko w kilku miastach w Polsce, postanowiłem „zawalczyć” o startowy modelik. Zwłaszcza , że na znalezionych w sieci zdjęciach wyglądał znakomicie.

Star 25 10b

Z forum dowiedziałem się, że modelik można kupić miedzy innymi w Lublinie w kioskach firmy Kolporter. Zadzwoniłem więc do kolegi z Lublina (z którym mam dobry kontakt służbowy) z prośbą aby mi go kupił, jeśli oczywiście takowy dostanie.

Star 25 11b

Po kilku dniach, znów zadzwoniłem i wtedy dowiedziałem się, że kolega był w kiosku, w którym widziano modele, ale pani ekspedientka powiedziała mu, że do kiosku przyszedł jakiś gość i od razu kupił wszystkie na raz.

Star 25 12b

Na forum,  które bardzo się ożywiło, poprosiłem aby inni użytkownicy podali w jakich miastach były widziane modeliki. Na moją prośbę na forum zaczęły się pokazywać miejscowości w których widziano stara 25.  Wtedy postanowiłem zdzwonić do kolegi ze Słupska.

Star 25 13b

Znów odczekałem kilka dni i ponowiłem telefon. Kolega powiedział, że pytał w kilku kioskach niestety modelików już tam nie było. Z kolegą rozmawiałem 7 listopada już właściwie po pracy. Podziękowałem mu za poszukiwania i doszedłem do wniosku, że trudno, nie będę już dalej wydzwaniał po kolejnych miastach, a modelik kupię na nowej „odrodzonej” znów giełdzie, gdzie przedtem go sobie obejrzę.

Star 25 14b

Ku mojemu zaskoczeniu, jakieś pół godziny później zadzwonił telefon. Tak, to był kolega ze Słupska, a odezwał się do mnie tak:

„Panie Pawle, najciemniej jest pod latarnią. Wracałem właśnie z pracy i u mnie na bazarku pod blokiem leżały dwie sztuki. Przywiozę je panu na spotkanie” 

Star 25 15b

I tym sposobem wszedłem w posiadanie najbardziej chyba pożądanego w tym roku modelika w skali 1:43.   Do zestawu z modelikiem dołączona jet gazetka z opisami historii samochodu

Star 25 2b -zestaw

Oraz prospekt z zapowiedzią kilku następnych modeli :

Star 25 3b -zestaw

Materiałów reklamowo-ankietowych jest zresztą w zestawie więcej. Czas pokaże czy seria ukaże się w całej Polsce. Na razie jednak jestem szczęśliwy ze zdobycia stara. Czy kupię następne numery , nie wiem. Startowy numer kosztował tylko 20 zł . Kolejne wyjdą już w regularnej cenie 70 zł (w kiosku). Dobrze byłoby więc przed zakupem przynajmniej je obejrzeć.

pozdrawiam

294. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

266. Kultowe Auta PRL „po taniości” – Żuk A11B

Na początku grudnia, z forum motoshowminiatura dowiedziałem się, że w niektórych marketach z elektroniką i AGD pojawiła się ciekawa wyprzedaż. Na forum znów ożył założony rok wcześniej temat „KAP, Avtolegendy i ANS – po taniości”, z którego wynikało, że w sklepach Saturn i Media Markt, pojawiły się modele z serii Kultowe Auta PRL w cenie 14,99 zł za sztukę.

Od razu zacząłem więc kombinować, do jakiego marketu podjechać. Na pierwszy ogień poszedł Saturn w Blue City, bo w dni robocze, zaraz po pracy, trzy razy w tygodniu odwiedzałem mamę i w drodze powrotnej do domu zawsze obok niego przejeżdżam. Niestety w tym Saturnie nikt nic o wyprzedaży modelików nie wiedział i ich tam po prostu nie spotkałem. Następnego dnia nie musiałem odwiedzać już mamy, bo wtedy czuła się jeszcze całkiem nieźle, więc po pracy pojechałem do Tesco na Górczewskiej zatankować samochód i przy okazji wpaść do Media Markt.

W Media Markt (w którym 3 lata temu kupiłem telewizor do sypialni) zaraz przy kasach stał duży kosz, a w nim  leżały zapakowane w oryginalne blistry modele z serii Kultowe Auta PRL. Wybór był duży, bo dostawa była kilka dni wcześniej. W koszu znalazłem chyba 3 egzemplarze modelika Żuka A11B, po który tam pojechałem.

Kiedy wiosną 2012 modelik ukazał się w kioskach, nie kupiłem go. Nie za bardzo mi się podobał, już na pierwszy rzut oka widać było, że ma zachwiane proporcje. Wyglądało na to, że ma za krótką skrzynię i wymaga sporej przeróbki. O ile miałem kiedyś pomysł na skrócenie za długiej kabiny modelika Polonez Truck, o tyle zupełnie nie miałem pomysłu na wydłużenie skrzyni Żuka A11B. Uznałem zatem, że szkoda 27 złotych na model do przeróbki, zwłaszcza, że w tym czasie oprócz  Kultowe Auta PRL, w kioskach była jeszcze seria Legendarne Samochody (wydawnictwa Amercom), z której wybrane modele też kupowałem. Postanowiłem, że jeśli Żuk trafi mi się „okazyjnie”, kupię go i wtedy pomyślę co z nim zrobić. Okazja taka trafiła mi się 8 grudnia w markecie Media Markt, w którym do tej pory kupowałem sprzęt AGD (kuchenkę i zmywarkę) oraz RTV (telewizor).

Kilka dni po zakupie pomierzyłem modelik. Wymiary porównałem ze znalezionymi w sieci rysunkami ofertowymi prawdziwego samochodu. Moje pierwotne przypuszczenia potwierdziły się, skrzynia w modeliku była nie tylko o 2 mm za krótka, ale i o 2 mm za wąska. Zdemontowałem ją i wpadłem na pomysł, aby w tej sytuacji odciąć z niej całe burty (boczne i tylną) :

Odcięcie burt poszło dość szybko. Najpierw naciąłem nieco miejsca gdzie stykają się one z podłogą skrzyni nożykiem modelarskim, później do nasadki zamontowałem opisywaną tu nie raz końcówkę-piłkę z ząbkami.

Pierwotnie, zanim jeszcze modelik kupiłem zawsze myślałem, że wydłużenie skrzyni będzie polegać na jej przecięciu na środku i doklejeniu dwu milimetrowej stawki, jednak (jak nie pierwszy raz zresztą) w trakcie pracy pierwotna koncepcja upadła, z uwagi na konieczność poszerzenia skrzyni. Tak niestety jest w wielu wypadkach. Człowiek czasem miesiącami zastanawia się, jak to, czy tamto zrobić, rozmyśla, planuje, kombinuje, a kiedy weźmie narzędzia do reki i rozpocznie pracę, przeważnie okazuje się że całe przemyślenia „na sucho” biorą w łeb, a robota „idzie sama” swoją zupełnie inną ścieżką i to przeważnie lepszą, bo w danej sytuacji optymalną. Tak było również teraz.

Po odcięciu burt od skrzyni postanowiłem je wydłużyć z dwóch stron. W szufladach, w których trzymam różne materiały modelarskie jest w zasadzie „kupa śmieci”, czyli różne „przyda się”. Żona, jak to żona, złości się, bo owe śmieci leżą w szufladach latami, a ja dość rzadko z nich korzystam. Tym razem z jednej z szuflad wygrzebałem kawałek czarnego plastiku,  tego samego, z którego kilka lat temu dorabiałem tylne drzwi do modelika Lancii Y10. Płytkę spiłowałem na grubość zbliżoną do grubości płytek burt i zacząłem kleić do krawędzi burty.

Niestety okazało się, że zwykły klej modelarski nie rozpuszcza plastiku, z którego została wykonana skrzynia. Jadnak szybko okazało się też, że idealnym i mocnym spoiwem jest Kropelka Żel, której używam zazwyczaj do mocowania bardzo drobnych elementów. Skomplikowało to nieco przeróbkę, bo ten cyjanopanowy klej łapie dość szybko, a połączenie trzeba wykonać czysto i precyzyjnie. Dlatego klejenie wymagało wzmożonej uwagi z mojej strony. Połączenie musiało być też trwałe i pewne bo elementy po sklejeniu wymagały obróbki mechanicznej. (Docinania przedłużek nożykiem-piłką i dopiłowywania pilnikami.) Podłogę skrzyni też poszerzyłem i wydłużyłem paskami wyciętymi z tego samego plastiku, co przedłużki burt.

Poszerzenie skrzyni robiłem dość szybko i szczerze mówiąc troszkę przestrzeliłem. O ile burty mierzyłem i dopiłowywałem tak, aby wydłużyć je dokładnie o 2 mm, o tyle podłogę skrzyni przerabiałem trochę „na oko”. Pewnym problemem okazało się też sklejenie całości. Najpierw do podłogi przykleiłem burtę tylną. Potem dopiłowałem jeszcze raz krawędzie skrzyni i przyklejałem burty boczne. Trafienie nimi we właściwe miejsce wcale nie okazało się proste i jedną już po przyklejeniu musiałem oderwać, oczyścić z kleju, który jak się okazało „złapał” bardzo mocno, i przykleić jeszcze raz.

Po sklejeniu całości Żuk wyglądał lepiej, jednak skrzynia została wydłużona nie o 2, jak zamierzałem, a o prawie 3 mm i poszerzona o ok.  2,5 mm. Na dodatek przerobiona podłoga, zwłaszcza od strony, gdzie burta była klejona dwa razy, nie wyglądała najlepiej. Jeszcze przed przyklejeniem burt dopiłowałem z zewnątrz doklejone do nich kawałki i wyrzeźbiłem w nich nożykiem-piłką rowki imitujące miejsca łączenia desek. Po sklejeniu całości dorobione narożniki pomalowałem farbką Humbrol numer 47, bo wydawało mi się, że miejsca malowania są niewielkie w stosunku do całego modelika i powinno być dobrze.  

Próby pomalowania podłogi skrzyni spełzły niestety na niczym i postanowiłem ją czymś przykryć. Jakiś czas temu moja córka robiła do szkoły jakiś projekt (a uczęszcza do liceum plastycznego). O ile dobrze pamiętam, była to zaprojektowana przez nią teczka na dokumenty. Elementy teczki zostały wydrukowane w drukarni na ładnym gładkim papierze. Pomagałem córce wyciąć i skleić teczkę, ale odciętych z wydruków kawałków nie wyrzuciłem. Tym razem bardzo się one przydały. Z jednego z nich wyciąłem płytkę dopasowaną do poszerzonej skrzyni modelika i włożyłem na jej spód. Choć odpad z wycinania teczki był w nieco ciemniejszym kolorze niż modelik, po włożeniu do skrzyni wyciętej z niego płytki, skrzynia wyglądała zaskakująco dobrze.

Pokazany na zdjęciu modelik, to efekt końcowy, jednak już w połowie grudnia wyglądał mniej więcej tak samo i wymagał już tylko niewielkich poprawek. 

W połowie stycznia, przypadkiem wszedłem w posiadanie imitacji plandeki od modelika Tarpana 239D. Kiedy przywiozłem ją do domu i przymierzyłem do Żuka okazało się, że pod względem szerokości właściwie idealnie pasuje do poszerzonej w grudniu skrzyni. Plandeka była tylko o 11 mm za krótka. Kiedy sprawdziłem, że zwykły klej modelarski rozpuszcza tworzywo, z którego została wykonana, postanowiłem przeciąć ją w połowie i przedłużyć tak, jak kiedyś miałem zamiar przedłużyć ewentualnie skrzynię Żuka.

Plandekę przedłużałem używając tego samego tworzywa, co w przypadku skrzyni, z tą różnicą, że tym razem musiałem użyć większych kawałków:   

Zanim jednak przystąpiłem do przeróbki plandeki, postanowiłem kupić sobie nowy klej modelarski. 

Od lat do przeróbek używam klejów dostępnych w sklepach modelarskich. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszy jest Chematic. Niestety w wielu sklepach typowo modelarskich go nie ma, ale od czego są moje letnie przejażdżki rowerowe po Warszawie. Klej kosztuje raptem 3 złote i można go kupić np. w składnicy harcerskiej na ul. Targowej. W drodze z pracy podjechałem więc tam, bo w sklepie modelarskim na Świętokrzyskiej go nie było. Decyzja zakupu nowego kleju okazała się słuszna, bo kolejna operacja wymagała użycia naprawdę dobrego kleju. Na przedłużonej plandece trzeba było jeszcze dorobić imitację sznurów mocujących plandekę do bocznych burt:  

Kolejna operacja jaką wykonałem przy plandece była naprawdę upierdliwa.  Z pokazanej na zdjęciach powyżej czarnej plastikowej płytki odcinałem nożykiem-piłką cieniutkie paseczki i przyklejałem do dolnej krawędzi przedłużonej plandeki. Po odcięciu wystających elementów, całość wymagała jeszcze dość precyzyjnego dopiłowania imitacji sznurów. Wykonanie tej ostatniej operacji zajęło mi kilka wieczorów. 

Kiedy modelik był prawie gotowy, a plandekę uznałem za skończoną, pomalowałem ją całą matową farbką Humbrol 115 i dokładne 1 lutego pokazałem na forum

Na forum zupełnie nieoczekiwanie wywiązała się ciekawa skądinąd dyskusja na temat szerokości kabiny modelika.  Na skutek nieprzemyślanego i w końcu dość obraźliwego dla mnie komentarza jednego z kolegów,  ciekawa skądinąd na początku dyskusja zakończyła się okropną (jak na to forum) awanturą. Po owym obraźliwym dla mnie komentarzu czekałem specjalnie kilka dni, czy ktoś napisze coś sensownego. Jednak na forum w temacie była zupełna cisza. Zastanawiałem się nawet, czy jest sens dyskutować z ” jakimiś pętakami” (W końcu w branży pracuję od ponad 30 lat, a od 19 jako poważy doradca techniczny w naprawdę poważnym koncernie, w trakcie kariery zawodowej pracowałem też jako konstruktor elementów nadwozi samochodowych). W końcu jednak odpowiedziałem niezbyt chyba zbytnio rozgarniętemu koledze, na wstępie w równie obraźliwym tonie, po czym wyjaśniłem dlaczego nie ma racji. Do komentarza dołączyłem zdjęcie z pomiaru szerokości kabiny modelika:

Na zadane prze ze mnie na końcu komentarza złośliwe pytanie: „Jaka jest dokładność pomiaru przy pomocy pokazanej na zdjęciu suwmiarki” koledzy odpowiedzieć nie potrafili. Pytanie to zresztą zostało z mojego komentarza usunięte, po awanturze jaka wybuchła później. 

Jak niektórzy moi czytelnicy pamiętają, forum motoshowminiatura odwiedzam, cytuję i wspieram od połowy 2010 roku, a przecież ten blog istnieje o kilka lat dłużej. Na początku przez pierwsze trzy lata cytowałem i wspierałem tutaj inne forum. Miniautoforum, bo o nim mowa, powstało na długo przed pojawieniem się w kioskach „Kultowych Aut PRL”. Było fajne, ciekawe i bardzo zasłużone dla środowiska kolekcjonerów miniaturowych autek. Niestety od dobrych kilku lat nikt już na nie nie zaglądał. Kiedy dziś próbowałem na nie wejść, okazało się, że forum już w ogóle nie ma.

Awanturę, o której tu mowa wywołał kolega, który był ostatnim moderatorem wspomnianego wyżej forum i który kilka lat temu skutecznie je rozłożył, po czym przeniósł się na motoshowminiatura i swą działalność kontynuuje w dokładnie ten sam sposób w jaki robił to na poprzednim forum. Włączył się do dyskusji o szerokości kabiny w bardzo nieelegancki dla mnie sposób. Ja z kolei przypomniałem mu jego „zasługi” dla rozwoju kolekcjonerstwa w Polsce. Odpowiedział komentarzem nie tylko dla mnie obraźliwym, ale przy okazji wkur… też chyba solidnie moderatorów i zarówno jego komentarze, jak i moja odpowiedź zostały z forum usunięte, dlatego wspomnianej tu awantury nie można już na forum zobaczyć.    

Swoją drogą może i szkoda, że tak się stało, bo czasem zwłaszcza młodszym kolegom przydała by się wiedza, kto jest kto i co sobą reprezentuje. Kilka lat temu pisałem już na forum na ten temat, w innym niewidocznym publicznie, a widocznym tylko po zalogowaniu się wątku.

Wspominam, o tym nie ze złośliwości, ale z troski o przyszłość i poziom forum.

Forum jest z całą pewnością potrzebne jako źródło ciekawych informacji, niekoniecznie o samych modelikach. Jeśli jednak na forum zaczynają pojawiać się pyskówki i obraźliwe i zupełnie niemerytoryczne komentarze, takim źródłem informacji być przestaje. Dziesięć lat temu nie było praktycznie polskich stron o modelach w skali 1:43, nie było tego bloga, ani innych. Było tylko wspomniane tu forum MINIATOFORUM. Dlatego wyboru wielkiego nie było, bo to ono nadawało ton. A swoją drogą mimo braku konkurencji poziom tego forum był naprawdę wysoki.

Dziś mamy do wyboru strony kolekcjonerów oraz blogi (Pod poprzednim wpisem komentarze zostawili tu praktycznie tylko inni blogerzy. Naprawdę dobrych blogów o modelach jest w polskiej sieci całkiem sporo i wciąż ich przybywa). Są też w końcu inne fora i forum motoshowminiatura nie jest w sieci jedynym źródłem ciekawej informacji o modelach. Poza tym to, o czym tu, czy na forum się pisze, to jest hobby i z założenia ma być źródłem frajdy i stysfakcji, a nie powodem do narzekań, obraźliwych wpisów, czy nerwów związanych z pyskówkami.

W trakcie opisanej powyżej historii miało miejsce inne istotne dla mnie wydarzenie, które postanowiłem na blogu upamiętnić okolicznościowym wpisem. Żuka i forum miałem na kilka tygodni dość. W międzyczasie kupiłem kilka nowych modeli, a Żuka odstawiłem na półkę. 

Dokładnie tydzień temu wyciągnąłem go i postanowiłem dokończyć. W trakcie przeróbki skrzyni najpierw ułamało się całkowicie przednie „ucho” w burcie prawej. W trakcie dopasowywania plandeki obłamało się też przednie „ucho” ale w burcie lewej. Kończąc przeróbkę postanowiłem to naprawić.  

Nowe „uszy” wykonałem z miękkiego drucika o grubości 0,6 mm.  

Wczoraj postanowiłem wreszcie przeróbkę zakończyć. W trakcie jej wykonywania poszczególne problemy udawało się szybciej lub wolniej rozwiązać. Jednak nieoczekiwanym i chyba najtrudniejszym okazało się pomalowanie dorobionych narożników skrzyni.  Jeszcze w grudniu narożniki pomalowałem farbą Humbrol numer 47. Niestety farba okazała się troszkę zbyt „szara” i narożniki nie wyglądały najlepiej. Po dorobieniu uszu narożniki ponownie pomalowałem tą samą farbą, ale efekt okazał się jeszcze gorszy. Wczoraj postanowiłem pomalować narożniki farbą numer 48, która na pierwszy rzut oka wydawał się zbyt ciemna, ale po pomalowaniu choć wyglądało to lepiej, rewelacji też nie było. 

W końcu musiałem zrobić to, czego naprawdę nie lubię – rozrobić farbę z trzech różnych kolorów. Tym razem efekt okazał się zadowalający i oto Żuk A11B po ostatecznych poprawkach:

  

Tak jako modelik prezentuje się ulubione auto polskiego rolnika. Chciałem je mieć w miniaturze, bo tu i tam wciąż można je na polskich drogach spotkać.

A  gwoli przypomnienia moje wszystkie pozostałe Żuki prezentują się tak: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam   

261. Kultowe Auta PRL – Wołga 21R

W końcówce minionego już roku, na brak wolnego czasu w okresie świąt nie można było narzekać. Wigilia wypadła w czwartek, pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w piątek, a po wypełnieniu „rodzinnych obowiązków” związanych ze świętami, do dyspozycji pozostały jeszcze sobota i niedziela. 

Okres poprzedzający święta był dal mnie dość gorący. Najpierw w weekend prawie całodniowa „wyprawa” po prezentu do C H Arkadia. Później zakupy, sprzątanie i przygotowania do Wigilii, którą od kilku lat urządzamy u nas w domu.  Na Wigilii jesteśmy nie tylko my z żoną i córką, ale przywożę też moją mamę, a z Mińska Mazowieckiego przyjeżdża kilka osób z rodziny mojej żony. Dlatego przygotowania do Wigilii trochę czasu zabierają. Pierwszego dnia świąt my z kolei jedziemy z rewizytą do teściowej do Mińska, a po powrocie ja odwożę mamę do Piastowa.  Kiedy wracam do domu, jest już z reguły dość późno, za późno, aby coś przedsięwziąć w moim „warsztacie”.

Jednak w tym roku dwa ostatnie dni przedłużonych o niedzielę świąt były doskonałą okazją do „podłubania” przy modelikach. Dłubanie to zacząłem w sobotę przed południem od poprawek malarskich dwóch zaległych modeli, które mam nadzieję uda mi się tu niedługo zaprezentować. Poprawki malarskie, wymagające dobierania koloru do lakieru modelika, wymagają też według mojego doświadczenia, dobrego światła. A wiadomo, najlepsze światło, to światło dzienne. Dlatego takie zabawy możliwe są tylko w weekendowe przedpołudnie. Jednak przed samymi świętami, a i wcześniej też, ciągle jest coś do załatwienia. Zanim człowiek się obejrzy, już się ściemnia i planowane wcześniej prace trzeba odłożyć na kolejny weekend.

Tym razem jednak w domu panował pełny luz. Lodówka, jak to w święta pełna, pogoda (pomimo, że było dość ciepło) nie zachęcała do wyjścia na spacer, więc z szafy wyciągnąłem farbki i zacząłem malowanie, którego nigdy zbytnio nie lubiłem, ale cóż są sytuacje, kiedy trzeba wziąć do ręki pędzel, bo innej rady nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kiedy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia (w sobotę) skończyłem prace malarskie, było już dobrze po południu, powoli na dworze zaczęło się ściemniać i dalsze ich kontynuowanie nie miało sensu. Trzeba było też przygotować coś na obiad. Jednak nie było potrzeby gotowania go (jak zazwyczaj). Z Wigilii została w zamrażarce spora porcja przygotowanych na nią przez moją teściową pierogów i po prostu je odgrzaliśmy, co nie zabrało zbyt wiele czasu.

Po obiedzie miałem przed sobą cały wolny wieczór, który dobrze byłoby pożytecznie „zagospodarować”. W perspektywie była też zupełnie wolna niedziela, co pozwalało na zabranie się za jakąś „grubsza” i trudniejszą robotę. Ale o tym za chwilę.

Dokładnie 7 lat temu ( w grudniu 2008 roku) jako jeden z pierwszych modeli, jakie ukazały się w kończącej się już za kilka dni serii „Kultowe Auta PRL”, w kioskach pojawiła się czarna Wołga M21. Kupiłem ją bez większego namysłu, a na blogu pod koniec jej prezentacji napisałem:   

Jeśli zaś będę miał czas, modelik czarny przerobię na modelik Wołgi z lat 1962-1970, takiej jakiej zdjęcia są w gazetce dołączonej do modelika:

67 wołga 5

Jest jednak to dość duża i kłopotliwa przeróbka. Trzeba dorobić: atrapę (to naprawdę dużo pracy), zderzaki – przedni i tylny (w takich przeróbkach mam spore doświadczenie), przednie migacze i uchwyt-klamkę z oświetleniem tablicy rejestracyjnej na tylnej klapie (trudne, aczkolwiek możliwe). Na koniec trzeba dorobić chromowane lub srebrne elementy ozdobne: ramki wokół okien- przedniego i tylnego, listwy podokienne, oraz listwy ozdobne na górnych powierzchniach błotników. Pracy jest dużo i może się zdarzyć, że zanim przeróbkę zrobię, na bazie dotychczasowych modelików firma IXO zrobi model Wołgi z lat 1962-1970.

Modelik Wołgi M21 był dla mnie od zawsze „przedmiotem pożądania”. Zaś „przedmiotem szczególnego pożądania” była ostatnia jej wersja. Za planowaną jednak kilka lat temu przeróbkę nigdy się nie zabrałem. Przez jakiś czas liczyłem, że może modelik pożądanej wersji Wołgi ukaże się w serii „Kultowe Auta PRL”. Czas mijał, a kolejna Wołga  jaka się w serii ukazała, była to Wołga M22, co prawda w poszukiwanej prze ze mnie wersji, ale niestety  była to odmiana kombi.  Modelik jej po pewnym namyśle też kupiłem (w czerwcu 2011 roku), jednak do końca nie byłem z niego zadowolony. Na blogu zaś napisałem: 

Modelik Wołgi w wersji kombi miałem zamiar kupić już dawno. Nie dlatego aby uzupełnić kolekcję o kopię auta, które dobrze pamiętam z dzieciństwa, bo szczerze mówiąc w ogóle go nie pamiętam i co gorsza nie pamiętam czy takie auto kiedykolwiek widziałem, ale miałem zamiar wykorzystać elementy Wołgi kombi do przeróbki czarnej „kultowej” Wołgi na nowszą wersję (z 1962 roku) bo taka Wołga zawsze najbardziej mi się podobała. ……….

Wtedy też dalej napisałem:

Na forum znalazłem jednak ciekawy wpis podsumowujący pomysł, który mi też od dłuższego czasu chodził po głowie, a który był niejako inspiracją do zakupu modelika. 

Ktoś napisał, iż niektórym z nas chodzi po głowie wykorzystanie elementów kombi do przeróbki czarnej Wołgi na nowszy model, ale czarna Wołga (która w „kultowej” serii wyszła jeszcze w 2008 roku) to (cytuję) „stara padaka IXO i z przeróbką lepiej dać sobie spokój”. 

Dobrej rady kolegów z forum wówczas posłuchałem. W pewnym momencie nawet zacząłem rozważać pomysł przeróbki kombi na sedana, ale też dałem sobie z tym spokój i pod koniec opisu Wołgi M22 napisałem :

Modelik odstawiłem na półkę i czekam, może w serii Avtolegendy ZSRR wyjdzie ładna Wołga z 1962 roku, też z nowszymi zderzakami i grilem, ale w wersji sedan, taka jaką ”czterdziestolatku” wożony był inż. Karwowski (kiedy już awansował na dyrektora).

Wciąż czekałem i liczyłem, że może w naszej „kultowej” serii ukaże się najbardziej przeze mnie „pożądana” wersja starej Wołgi. Nie ukazała się. Jakiś czas później jednak doczekałem się pojawienia się modelika we wspomnianej tu rosyjskiej serii „Avolegendy ZSRR”.  Choć na pierwszy rzut oka byłem nim trochę rozczarowany, nie mogąc doczekać się go w naszej „kultowej” serii postanowiłem go zdobyć.

Udało się to w końcu na czerwcowej giełdzie w 2014 roku:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA  

Do pełni szczęścia było jednak daleko.  Modelik był co prawda we właściwym „pożądanym” kolorze i we właściwej wersji (jak się okazało nie M21 ale 21R) , jednak ogólnie rzecz biorąc „nie wyglądał”. Jeszcze zanim go kupiłem wiedziałem, że będzie wymagał przeróbek, nie sądziłem jednak, że zajmą mi one tak dużo czasu. 

Na samym początku (o ile dobrze pamiętam zaraz po zakupie) poprawiłem nieco wygląd przednich lamp. Zamontowałem je tak, jak powinny być  zamontowane i podpiłowałem troszkę oprawy na dole, w miejscu gdzie przylegają do czarnego nadwozia. Było trochę lepiej, ale cóż oprawy wciąż były za duże i w zestawieniu z wołgą M22 przód dalej wyglądał fatalnie, jednak na zasadniczą poprawkę lamp nie miałem pomysłu. Model trafił do gablotki i czekał, aż coś wymyślę.

Jakiś czas później zabrałem się za to, za inne poprawki. Wymontowałem, a właściwie wyciąłem przednią szybę, podpiłowałem nieco górną krawędź otworu na szybę, i wkleiłem szybę z powrotem. Wołga wyglądała lepiej, ale rewelacji nie było. Chciałem też poprawić jej wygląd przez podniesienie nieco zawieszenia i zmniejszenie rozstawu kół, tak aby ośki „nie latały” w podwoziu, a koła obracały się bez problemu. Wymagało to ściągnięcia kółek z osiek, skrócenia tych ostatnich i zamontowania z powrotem. (Ot, taka typowa „modelarska” operacja, wykonywana prze ze mnie w wielu modelach i nieraz tutaj opisywana).

Z tyłu poszło gładko (jak zazwyczaj), ale z przodu jedno kółko lekko pękło i od środka dekla do rantu felgi pojawiła się rysa. Modelik znów trafił do gablotki, po czym za jakiś miesiąc postanowiłem dokończyć wcześniej zaczętą poprawkę, zdemontowałem koła znów i przy ponownym montażu pęknięte kółko, a właściwie felga pękła zupełnie (na pół). Ponieważ poprawki robię z reguły tak, aby niczego nie uszkodzić byłem zupełnie zaskoczony. W mojej ponad 30. letniej „kolekcjonerskiej” karierze coś takiego przytrafiło mi się po raz pierwszy. Pękniętą felgę spinała co prawda opona, ale kółko spadało z ośki i nie wyglądało najlepiej. Oryginalne koła od modelika trafiły więc do pudełka z kółkami „zdobycznymi” i wymontowanymi z innych modeli. Do Wołgi zamontowałem zaś „pozyskane” z Warszawy M20 oryginalne koła, a ponieważ Wołga wyglądała na nich zaskakująco dobrze, w tym stanie spędziła w gablotce rok. 

Wołgę wyciągnąłem z gablotki chyba w listopadzie. Postanowiłem zamontować w niej w końcu koła z kupionej w lutym, w Pruszkowie Pobiedy. Z zamontowaniem ich do Wołgi specjalnych problemów nie było, aczkolwiek po ostatnich złych doświadczeniach robiłem to bardzo ostrożnie. Za to w trakcie montowania kół z Wołgi do Pobiedy, już po sklejeniu feralnej felgi Kropelką żel (tej ostatniej używam od jakiegoś czasu z pozytywnym skutkiem) felga przeciwległego koła też popękała (tym razem „gwiaździście” – na trzy części). Musiałem też ją skleić i nieco podmalować, ale nie o tym modelu jest ten wpis, więc szczegóły naprawy pominę (może je kiedyś jeszcze opiszę).  

W sobotę, w drugi dzień świąt, a więc półtora roku od zakupu modelika postanowiłem wreszcie definitywnie zakończyć robione do tej pory „na raty” poprawki Wołgi i dorobić w końcu nowe lampy przednie.

Nad tym, jak to zrobić zastanawiałem się długo. Kilka miesięcy temu (chyba latem) wyciągnąłem z szafy schowaną do jakiegoś pudełka Wołgę M22 (kombi). Wymontowałem z niej lampy przednie i próbowałem założyć je do czarnej 21R. Mimo, że konstrukcja lamp jest prawie identyczna, lampy z niebieskiego kombi nie pasowały do czarnego modelika. Potrzebna byłaby przeróbka. Zarzuciłem jej pomysł, bo gdybym nawet zamontował „dobre” lampy z modelika kombi, to co zamontować do tej ostatniej ?  

Rozważałem też pomysł „odbicia” opraw lamp z kombi w plastelinie (tak jak zrobiłem swego czasu atrapę do Mercedesa W 116 czy koła do Żuka A03), a następnie odlania nowych z żywicy. Jednak operacja taka jest dość pracochłonna, bo odlanie drobnych, a jednak dość głębokich „odcisków” nie jest sprawą prostą, gdyż w takcie „zalewania” formy epoksydowym klejem Distal (jakiego od lat do różnych celów używam) tworzą się miedzy formą a żywicą pęcherzyki powietrza, które po wyschnięciu kleju trzeba uzupełniać. Istniała obawa, że najbardziej widoczne krawędzie przednich lamp w ogóle się nie odleją i trzeba je będzie formować ręcznie. Poza tym, „odlać” można tylko jedną ,widoczną stronę lamp, a czaszę która siedzi w nadwoziu trzeba by było odlewać osobno i później znów kleić distalem z częścią zewnętrzną. Distal (nowy) twardnieje po ok 2 godzinach. Klej który posiadam ma już chyba 10 lat. Kiedy go ostatni raz używałem (chyba kilka lat temu) twardniał dopiero po ok 4 godzinach. Nowego od kliku lat nie trafiłem w żadnym sklepie i nie wiem gdzie i czy w ogóle można go jeszcze kupić. Istniała więc obawa, że „narobię się jak głupi” i nic z tego nie będzie. Tak więc w końcu postanowiłem dorobić odbłyśniki taką samą metodą, jak zrobiłem to  3 i pół roku temu przy naprawie Volkswagena 1303 Cabrio.

Do przeróbki przygotowałem się już od dłuższego czasu. W gablocie mam przezroczyste pudełko po tik-takach. Przechowuję w nim różne drobne „przyda się”. Są tam głównie elementy wymontowane z innych modeli: Światła z Ify F8DKW 3=6, odbłyśniki lamp ze Skody 105S i inne bardzo drobne elementy.  W pudełku były też „grzybki” imitujące szkła lamp z Mercedesa 320D. Miały one ok 4 mm średnicy i miałem je zamiar wykorzystać do dorobionych lamp do Wołgi. Niestety już latem ubiegłego roku, okazało się, że w pudełku jest tylko jeden „grzybek”, drugi niestety zaginął. Prawdopodobnie w trakcie dorabiania „szkiełek” lamp do Skody 105S wyjąłem obydwa z pudełka i przymierzałem. Później jednego odłożonego zapomniałem schować do pudełka. „Grzybek” jest wykonany z przezroczystego tworzywa i na kuchennym stole przykrytym kolorową ceratą jest bardzo słabo widoczny. Jeśli się zapomni gdzie się go położyło i nie schowa w porę do pudełka, to można o nim po prostu zapomnieć.

Fakt  zagubienia jednego z „grzybków” był też istotnym powodem opóźnienia ostatecznej przeróbki lamp w Wołdze. W trakcie podobnego dorabiania lamp w Volkswagenie, wykorzystałem do nich „grzybki” – szkiełka wymontowane z wraka modelika, kupionego na bazarze na Namysłowskiej, za 5 zł „na części”.  Na szczęście doświadczenia z dorabianiem lamp do  Skody 105S  okazały się bardzo pozytywne, postanowiłem je więc tym razem też wykorzystać. Zanim jednak zacząłem dorabiać „szkiełka”, musiałem rozpocząć pracę od dorobienia samych opraw.

Od wielu lat do różnego rodzaju przeróbek stosuję „plastik z odzysku”. Jakieś 20 lat temu, w osiedlowym samie kupowaliśmy często lody z Zielonej Budki. Lody te były pakowane w dwa rodzaje pudełek: Okrągłe o pojemności 05 l i prostokątne o pojemności 1 l. Pudełka były plastikowe i przydatne, gdyż zamykało się je dość szczelną pokrywką. Nie pamiętam kiedy zorientowałem się, że pokrywki z tych pudełek dają się kleić i rozpuszczać zwykłym klejem modelarskim do polistyrenu. Zachowałem więc sobie kilka takich pudełek, a zwłaszcza pokrywki do nich. Jest to znakomity i zupełnie darmowy materiał modelarski. Pokrywki od pudełek okrągłych mają grubość 0,6 mm, a od prostokątnych ok 1 mm. Papierową etykietkę, jaka pokrywa dekielki można bez problemu zmyć pod ciepłą wodą. Tworzywo jest białe, pozwala się łatwo ciąć, obrabiać, a przede wszystkim skutecznie i trwale kleić zwykłym modelarskim klejem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Obecnie tego rodzaju tworzywa nie są już od wielu lat stosowane do opakowań spożywczych. Moje zapasy kurczą się, aczkolwiek powoli. Z pokrywek dorabiałem już wiele elementów w różnych, zwłaszcza starszych modelach: Od atrap klejonych jako pakiety płaskich listewek, po elementy karoserii (takie jak brakujące zderzaki, drzwi, maski czy pokrywy bagażników). W albumie „warsztat” są zdjęcia atrapy w granatowym modeliku Alfa Romeo Alfetta oraz maski i drzwi w zielonym modeliku Renault 17. Zostały one wykonane właśnie z takiego tworzywa. Z tego samego tworzywa dorabiałem też lampy w cytowanym już tutaj modeliku  Volkswagena 1303 Cabrio.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Lampy w opisywanym tym razem modeliku są przymocowane do nadwozia za pomocą wystającego z imitacji szkła bolca w puszczonego w nadwozie i „zaprasowanego” na gorąco od tyłu, tak jak w większości modeli. Nie leżą jednak na maleńkiej płaskiej powierzchni, jak zazwyczaj, ale są wpuszczone w wykonane w nadwoziu wnęki o kształcie półkuli. Na dodatek w półkulistej czaszy znajduje się maleńkie i dość płytkie pogłębienie które ma na celu zabezpieczenie lamp przed obrotem wokół osi mocującego bolca. Tak więc prace zacząłem od wykonania „podstaw” tych lamp wpuszczonych w nadwozie.

Z opisanego powyżej tworzywa wyciąłem dwa kółeczka ( mniejsze o średnicy ok 4 mm) i większe (o średnicy ok 6 mm). Mniejsze jest schowane w nadwoziu, większe stanowi podstawę lampy i jest widoczne na zdjęciu powyżej (na prawym reflektorze). W kółeczkach wykonałem otworki o średnicy 1 mm, wycentrowałem je wykałaczką i skleiłem. Na mniejsze (niewidoczne kółeczko) naklejałem kilka razy nasączony klejem styropian i wkładałem do wnęki reflektora. Kiedy styropian „osiadł”, stwardniał i całkowicie wypełnił wnęki pod lampy, zaś kółeczka przestały się we wnęce obracać, zabrałem się za wykonanie krawędzi zewnętrznych opraw. Z grubszego tworzywa wyciąłem 4 pierścienie o średnicy zewnętrznej 6 mm i wewnętrznej 4 mm i skleiłem je ze sobą na wiertle o średnicy 4 mm. Tak wykonany pierścień nakleiłem na „podstawę” lampy. Kiedy całość dobrze już wyschła, oprawie zacząłem nadawać stożkowy kształt (jak widać na zdjęciu powyżej w lewym reflektorze).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA 

Kiedy dorobiłem już obie oprawy, ich ranty spiłowałem pod kątem, a powierzchni zewnętrznej nadałem kształt już ostateczny (jak widać na zdjęciu powyżej) . Tak wykonane oprawy okleiłem samoprzylepną „sanitarną” folią aluminiową i spolerowałem. Te powierzchnie, których folią nie dało się okleić pomalowałem japońskim, olejnym cienkopisem, dla plastyków, który opisywałem tu nie raz.

Gdybym miał obydwa „szkiełka-grzybki” zamontowałbym je do tak wykonanych opraw. Niestety odbłyśniki wraz ze szkiełkami musiałem dorobić. Zrobiłem je dokładnie tak samo jak do opisywanej tutaj latem ubiegłego roku  Skody 105S. Tym razem było już łatwiej bo szkiełka zrobiłem większe (3,8 mm).  

I tak w niedzielę  28 grudnia wieczorem Wołga była wreszcie gotowa: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy okazji ostatnich przeróbek „ujawniła się” jeszcze jedna poprawka Wołgi. Nie pamiętam kiedy ją zrobiłem. Kiedy od modelika odkręciłem podwozie, okazało się, że śrubki którymi jest ono przykręcone do nadwozia, nie wypadają z płytki podwozia, jak zazwyczaj. Wziąłem do ręki lupę i zacząłem sprawdzać dlaczego. Okazało się, że śrubki trzymają w podwoziu maleńkie okrągłe podkładki wycięte z plastiku i włożone na gwinty śrubek od strony nadwozia. Fabrycznie z całą pewnością tak nie było. Podkładki trzymają śrubki „przy okazji” a ich zadaniem jest podwyższenie położenia nadwozia o ich grubość. Zupełnie nie pamiętam kiedy je dorabiałem, z czego i jak.  Pewne jest jedno, to ja to zrobiłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kupiony na czerwcowej giełdzie 2014 roku modelik miał jeszcze inną „fabryczną” wadę. Inaczej niż w moich starszych modelikach M21 i M22, tylne lamy z powodu „cięcia kosztów” wykonano w niej jako jeden element z czerwonego przezroczystego tworzywa. Musiałem je więc podmalować. Imitację świateł cofania pomalowałem białą farbą, a obwódki dookoła opisanym powyżej srebrnym pisakiem dla plastyków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Z przeróbki jestem bardzo zadowolony. Lampy mają średnicę odbłyśnika o zaledwie 0,5 mm mniejszą niż było to w oryginale. (Dorabiane mają 4 mm oryginalne miały 4,5) Czasem jednak i pół milimetra robi różnicę.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przód modelika wygląda nareszcie jak przód prawdziwej Wołgi, a nie jak chińskiej rządowej limuzyny z lat 70-tych. W końcu owe pół milimetra to jednak ponad 10% mniej, a dokładnie 11,11 % mniej niż miała pierwotna średnica lamp w modeliku, a to, w tak małej skali, już dość dobrze widać.

 

pozdrawiam

 

P.S.

Ten wpis tworzyłem „na raty” przez ponad 2 tygodnie. Wiem, że jest długi, a nawet „nużąco” za długi. Ale o jednej rzeczy zupełnie zapomniałem napisać.

Czarna Wołga, to czarna Wołga, kiedyś straszono nią dzieci, a teraz chyba przynosi pecha i to nawet jako maleńki modelik. W kolekcji mam ponad 700 modeli, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się, aby w którymś z nich w trakcie „rutynowych” w końcu poprawek, popękały kółka. Dziwną sprawą jest też zaginięcie starannie przechowywanego odbłyśnika do reflektora, przeznaczonego do modelika Wołgi. Jednak to, co wydarzyło się w trakcie dorabiania lamp przebija wszystko. 

Kiedy modelik wyglądał tak, jak na zdjęciu, na którym dorobiona jest tylko lewa oprawa, w nocy z soboty na niedzielę 27 grudnia, o godz 1. 20 nagle zgasło światło. Siedziałem właśnie przy stole w kuchni i wycinałem plastikowe pierścienie do wykonania drugiej oprawy. Na stole miałem porozkładane narzędzia i inne drobiazgi. Modelik był rozkręcony i rozłożony na kilka części, a tu cóż, nagle ciemność. Z szuflady wyciągnąłem więc latarkę, szybko posprzątałem rozłożone narzędzia i pozbierałem części  modelika. Wyszedłem do przedpokoju, z latarką w ręku, założyłem buty i narzuciłem kurtkę. Postanowiłem sprawdzić, co to za awaria.

Wyszedłem na korytarz, na którym też było zupełnie ciemno. Zorientowałem się, że winda nie chodzi. Zbiegłem na dół klatką schodową i oświetliłem latarką tablicę informacyjną, gdzie podany jest telefon do pogotowia energetycznego. Przeczytałem go kilka razy, zapamiętałem, po czym wyszedłem z budynku zadzwonić i sprawdzić, czy w innych blokach też zgasło światło.  

Zorientowałem się, że światła nie ma tylko na mojej klatce. W klatce sąsiedniej światło było. Wybrałem zapamiętany z tablicy numer i zadzwoniłem. Miła pani z infolinii poinformowała mnie, że służby energetyczne widzą o awarii i do godziny 3 będzie ona usunięta. Postanowiłem wrócić do mieszkania i położyć się spać, a rozpoczęte prace dokończyć w niedzielę.

Niestety do klatki nie mogłem już się dostać. Drzwi do klatki zatrzasnęły się, a domofon, który też jest zasilany prądem nie działał. Klucza mechanicznego do klatki nie mamy chyba od 10 lat. I tak w środku nocy wylądowałem na ulicy. Zacząłem więc dzwonić na przemian do córki i do żony, aby któraś z nich wstała, zeszła na dół i otworzyła mi drzwi od środka. Niestety w obydwu telefonach, po kilku sygnałach włączała się automatyczna sekretarka. Zorientowałem się, że żona najprawdopodobniej zostawiła komórkę w torebce w przedpokoju i z sypialni i po prostu jej nie słyszy. Ale dlaczego córka też nie odbiera kupionego jej miesiąc temu nowego Iphona 6 ?

Cóż była jeszcze możliwość dostania się do drugiej klatki, wjechania windą na 12 piętro, wejścia na 13 i stamtąd przejścia do mojej klatki. Ale czy takie przejście jeszcze tam jest? Na 13 piętrze mojego bloku nie byłem chyba od 10 lat. Aby się jednak do drugiej klatki dostać, musiałbym do kogoś z niej zadzwonić. Niestety, jak to w wielkim mieście, nikogo z drugiej klatki nie znam. Pozostało mi więc spacerować przed domem i liczyć na to, że któryś z moich sąsiadów z klatki będzie wracał z jakieś imprezy i też będzie się chciał do klatki dostać. Na szczęście byłem ubrany, miałem na sobie też kurtkę, a noc była ciepła (na dworze było ok 11 stopni i nie padało, a nie jak dokładnie tydzień później minus 15).

Po jakichś 10 minutach czekania pod klatką, zauważyłem, że z za zakrętu za blokiem wyjechał samochód pogotowia energetycznego. Podbiegłem do jezdni i zacząłem machać. Samochód zwolnił, a kierowca przez uchyloną szybę, na moje wołania odparł, że czegoś tam nie mają i odjechał. Dalej spacerowałem wzdłuż bloku i dziwiłem się, że jakoś nikt do bloku, pomimo weekendu nawet nie podszedł. Zazwyczaj w nocy z soboty na niedzielę jednak coś się dzieje i kiedy czasem wychodzę z psem spotykam pod klatką jedną lub kilka osób, a tu cóż, nic. Po jakichś pół godziny od strony miasta w ulicę wjechał ten sam srebrny Ford Transit pogotowia energetycznego. Znów zwolnił przed moją klatką, ale nie zatrzymał się i zniknął za zakrętem, z za którego wyjechał poprzednio.

Chwilę zastanawiałem się  co chodzi, ale postanowiłem go poszukać. Poszedłem szybkim krokiem za zakręt za który wjechało auto. Zaraz za zakrętem, zauważyłem, że samochód stoi przy bloku po drugiej stronie osiedla. Zacząłem się rozglądać i po chwili zauważyłem, że w przybudówce bloku, przed którym stało auto, w otwartych drzwiach bocznych klęczy monter i rozmawia przez telefon. Już szedłem w jego kierunku cały czas słysząc toczącą się rozmowę.

Z telefonu padło krótkie zapytanie:

Wacek masz 9354 ? Nie – odparł monter. To załącz 9355 – padło z telefonu

W tym momencie jakimś cudem odwróciłem się na chwilkę i zauważyłem, że w mojej klatce właśnie zapaliło się światło.  Zawróciłem od razu i pobiegłem do oddalonej o jakieś 70 m mojej klatki. Wbiłem kod na domofonie, wjechałem windą na górę i wszedłem do mieszkania. Była godzina 2.40. Pomyślałem tylko, że po co właściwie moim dziewczynom telefony, skoro ich nie odbierają. Następnego dnia okazało się, że żona oczywiście zostawiła komórkę w torebce, a córka ładowała wyciszonego na noc Iphona, a miała go pod poduszką. Strach pomyśleć co by było gdybym np w trakcie nocnego spaceru z psem doznał jakiegoś urazu albo zasłabł (w końcu swoje lata mam).  

Taka „przygoda” przytrafiła mi się w nocy w nocy z soboty na niedzielę 27 grudnia. W moim „warsztacie” ostatnio trochę się dzieje, a i materiałów na kolejne wpisy trochę się zebrało. Wczoraj, a właściwie przedwczoraj, nie chciało mi się dopieszczać kolejnej sporej przeróbki następnego modelika i sięgnąłem jednak po Wołgę, pomny przygód jakie mnie przy jej poprawkach wcześniej spotykały.  Z dorobionych w okresie świątecznym lamp wydłubałem dorobione nowe odbłyśniki i pomalowałem bezbarwnym lakierem do paznokci, kiedy schły robiłem kolejną naprawę kolejnego modelika. Kiedy skończyłem, zamontowałem pomalowane odbłyśniki do modelika Wołgi. Tym razem nic złego się nie stało, nic się nie urwało, nic nie i uszkodziło, ani nie zginęło. Wołga wygląda ostatecznie tak, jak chciałem. Może w końcu tą ostatnią, drobną poprawką udało się przełamać „pechową, złą passę czarnej Wołgi”?