Kategoria: Targi, zloty, wystawy

292. Ubiegłoroczne zdobycze (2018) i wspomnienie lata

 

172. Taksówki 1

Najbardziej oczekiwany wpis w roku postanowiłem umieścić tu jako pierwszy po kolejnej dość długiej przerwie i pierwszy w tym nowym już roku.   

choinka-2018-3b

W poprzednich latach zawsze udawało mi się przed Bożym Narodzeniem złożyć moim czytelnikom życzenia. W tym roku będą to niestety życzenia „poświąteczne”. Ale za to zdjęcie powyżej nie jest „przedrukiem” z poprzednich lat, ale przedstawia aktualną, żywą choinkę, która stoi nad barkiem obok witryny z modelikami.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po trzynasty. Moje wszystkie poprzednie  podsumowania można zobaczyć klikając w bocznym pasku w grupie Kategorie na zakładkę „Ubiegłoroczne zdobycze”  

Rok 2018 był dla mnie w pewnym sensie rokiem, w którym postanowiłem trochę „wyluzować” i odpocząć. Zaczął się dość spokojnie, ale w końcówce, zarówno dla mnie jak i  mojej rodziny, okazał się kolejnym trudnym rokiem.

Szczęśliwie porządkowanie spraw po zmarłej w 2017 roku mamie udało się zakończyć wraz z końcem tegoż roku, ale rok 2018 przyniósł nowe wydarzenia i wyzwania. Na początku roku postanowiłem trochę odpocząć. Nie do końca się to udało, bo najpierw atrakcji dostarczył mi portal Onet.pl, który z końcem stycznia 2018 roku postanowił zamknąć platformę, na której przez ponad 11 lat prowadziłem tego bloga.

Dlatego przez pierwsze dwa miesiące zajęty byłem przenoszeniem treści i zdjęć na now,ą platformę. Ostatecznie „stary” blog został zlikwidowany z miesięcznym opóźnieniem (1. marca), ale nawet po jego przeniesieniu jeszcze przez długi czas miałem zajęcie przy „odbudowywaniu” bloga.  Nie będę też udawał, że cała ta sprawa nie wpłynęła na moją słabą aktywność na blogu, na nowej platformie. Byłem zmęczony i jednak trochę rozgoryczony całą tą sytuacją. Dlatego w ramach „odpoczynku” odpoczywałem nie tylko od kolekcji, ale od bloga również.

W marcu i kwietniu zajęty byłem sprawami, które były niejako konsekwencją porządkowanie spraw po zmarłej mamie. A, że sprawy spadkowe, notarialne i majątkowe nie są ani łatwe, ani przyjemne, a zawsze stresujące (zwłaszcza, kiedy  prowadzi się normalne życie zawodowe) na hobby czasem nie ma już po prostu czasu.

Jak na początku napisałem, w roku ubiegłym postanowiłem więc trochę odpocząć, bo wiem, że nowy 2019 rok też łatwy nie będzie. Każdą więc wolną chwilę postanowiłem wykorzystać na relaks, a że pogoda od początku kwietnia, do połowy października była w ubiegłym roku po prostu wspaniała, nie ślęczałem nad modelikami, blogiem i kolekcją, a starałem się spędzać możliwie dużo czasu na łonie natury.

W czerwcu pojechałem na dwudniowy firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Wyjazd, jak wyjazd (służbowy) specjalnie mnie nie zrelaksował, a największe, bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie spływ kajakiem mazurską rzeką. Nigdy przedtem nie byłem na takim spływie i sam byłem bardzo zaskoczony tym, że spływ kajakiem  rzeką może być taki fajny. W ostatnich latach często korzystałem z kajaków, ale były to „rejsy” tylko po zalewach.

Inne moje „letnie” aktywności opisałem w poprzednim wpisie, więc skupię się na tym czego w nim nie opisałem.   

W ubiegłym już roku urlop  przypadł na drugą połowę lipca. Ponieważ w pracy byłem przed urlopem dość mocno zajęty, nie zaplanowałem dokładnie, co będę w jego trakcie robił. Ponieważ w tym roku musieliśmy zabrać ze sobą na urlop leciwego już niestety właściwego Artemisa (który we wrześniu skończył 14 lat) pierwszy tydzień spędziłem właściwie w domu przed komputerem. Akurat w połowie lipca pogoda się popsuła, siedziałem i szukałem możliwości wyjazdu na kilka dni i spędzenia urlopu z psem.

Wybór padł na Mazury. Tak chciała żona. Niestety kilkudniowe poszukiwania kwatery, czy hotelu w internecie nie dawały rezultatu. Ato gdzieś na odludziu, a to dopłata za psa 50 zł za dobę, a to nie wym terminie itd. itd. Czwartego dnia poszukiwań, kiedy pogoda zaczęła się poprawiać, a do wyjazdu zostało kilka dni, daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy w końcu pojechać do Hotelu Molo w Smardzewicach nad zalewem Sulejowskim, w którym w 2016 roku byliśmy na 3 dniowym wakacyjnym wyjeździe.

Wybór okazał się jak najbardziej trafny. Na dwa dni przed wyjazdem zatkało mi się ucho. Jedyną możliwością odetkania go okazała się wizyta u laryngologa i to w dniu wyjazdu na urlop. Wizyta była możliwa tylko w tym dniu i tylko w podwarszawskim Piasecznie ok godz. 14. Na miejscu okazało się, że w przychodni Luxmed było kilka osób prze de mną, co opóźniało wyjazd. Po wizycie, już z przepłukanymi uszami, z Piaseczna wyjechałem dobrze po 14. Ruszyłem prosto do Mszczonowa (polecam tę drogę, okazała pusta i bardzo ładna). Stamtąd pojechałem już szybką trasą do Tomaszowa Mazowieckiego i przed hotelem (już na właściwym urlopie) byłem o 15.15. (Doba w tym hotelu zaczyna się o 14) .

Pobyt mieliśmy zaplanowany na 5 noclegów (przybycie w poniedziałek , wyjazd w sobotę) tak więc niemęcząca, krótka podróż jest sporą zaletą zwłaszcza, kiedy na pokładzie (a właściwie w bagażniku) jedzie i patrzy w szybę klapy tylnej sporych rozmiarów labrador.

W trakcie urlopu pogoda była zmienna, ale cóż dobre planowanie to podstawa. W trakcie pobytu miałem w Iphonie ustawione 2 serwisy pogodowe, a położenie hotelu (ok 1 km od zapory i najdłuższe w Polsce śródlądowe molo) pozwalało szybko weryfikować „na gorąco” to, co podawały serwisy i podejmować właściwe decyzje czy spacer, czy kajak czy wycieczka rowerowa:

Zanim się na nią wybraliśmy, trzeciego dnia pobytu pojechaliśmy samochodem za wieś Karolinów na długi spacer z psem, lasem wzdłuż jeziora i jakieś dwa kilometry za wsią odkryliśmy przepiękne miejsce, gdzie duży sosnowy las dochodzi do samego jeziora. Miejsce to, to pokazana na obydwu filmikach Binduga Zielona.  Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się kajakiem na trzygodzinny rejs na drugą stronę jeziora, gdzie spotkaliśmy czaplę. Czwartego dnia pobytu wybraliśmy się na pożyczonych z hotelu rowerach na wycieczkę własnie nad ową bindugę.

Wycieczka okazała się trochę męcząca (zwłaszcza dla żony), bo ja postanowiłem pojechać na skrót przez las i ominąć niezbyt uroczą wieś Karolinów. Oczywiście pojechałem „na czuja” i w efekcie wylądowaliśmy gdzieś „w polu”, a nad jezioro doprowadziła nas dopiero nawigacja w telefonie.

Kiedy tam już dość zmęczeni dotarliśmy, w trakcie odpoczynku przypadkiem udało się zarejestrować takie oto zdarzenie:

Nie wiem , czy to ta sama czapla, którą widzieliśmy wcześniej podczas rejsu kajakowego, czy nie, ważne, że udało się ją sfilmować.

Pomimo, że pogoda była dość dynamiczna i trzeba ją było non stop monitorować, (w trakcie jednego z rejsów kajakowych złapała nas solidna ulewa, którą udało się szczęśliwie przeczekać pod zadaszeniem na zaniedbanej przystani dla żeglarzy) urlop był wyjątkowo udany. Wcześniej nie przypuszczałem, że nieco ponad 100 km od Warszawy można tak fajnie spędzić kilkudniowy urlop. Ostatniego dnia, po opuszczeniu hotelu pojechaliśmy nad naszą ulubioną bindugę, gdzie spędziliśmy jeszcze kilka godzin i dopiero wieczorem wróciliśmy do Warszawy.

W sierpniu (po urlopie) wybraliśmy się jeszcze kilka razy nad Zalew Tatar w Rawie Mazowieckiej i na również opisywane tu poprzednio glinianki w Zielonce.

Prawdziwe jednak turystyczne eskapady odbyłem jednak jesienią.

Otóż jesienią postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Wziąłem dzień urlopu (środa), sprawdziłem w moim służbowym Iphonie pogodę. Pomyślałem, że 24 lata mieszkam na warszawskiej Pradze, a właściwie ciągle jeżdżę w te same znane od lat miejsca, a nad Bugiem w okolicach Wyszkowa nigdy nie byłem.
Poprzedniego dnia zacząłem przeglądać w sieci mapy w Google, aby ustalić trasę. Okazało się, że cześć dróg, którymi mógłbym pojechać jest sfilmowana i można dokładnie sprawdzić, za którą chałupą, w którą drogę trzeba skręcić, aby dojechać do pięknego zakola rzeki, którego zdjęcie ktoś wstawił w Google i wyświetla się ono przy przeglądaniu map.
Wybór padł na Łochów jako początek trasy. Z domu wyjechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Łochowa i z powrotem.  Po obejrzeniu dworca w Łochowie, wpadłem do baru Smak (czyli budy przy peronie), która akurat w sieci miała najlepsze notowania. Zamówiłem kebab. Po zjedzeniu dziecinnej porcji “junior” za 12 zł (notabene większej niż drugie danie w mojej firmowej kantynie) ruszyłem w trasę. Najpierw pojechałem ok. 4 km wzdłuż DK 62 – trochę po ścieżce, trochę po chodniku, aż dojechałem do wsi Gwizdały, w której zjechałem na lokalną drogę do Kamieńczyka (która podobnie jak DK 62 też jest w Google sfilmowana). Po kolejnych 4 kilometrach dojechałem do wsi Nadliwie, gdzie rzeka Liwiec dochodzi do drogi i jest fajne miejsce na odpoczynek. Dzięki obejrzeniu filmu w sieci, zapamiętaniu trasy, a także aplikacji Google maps w telefonie, już drogą leśną dotarłem nad piękne zakole Bugu odległe od wsi Nadkole o ok 3 km. Spędziłem tam godzinę odpoczywając, robiąc zdjęcia i napawając się przepięknym widokiem.

Z tego miejsca wróciłem na asfaltową drogę lokalną w kierunku Kamieńczyka. Drogą tą przejechałem na drugą stronę rzeki Liwiec i na pół godziny zatrzymałem się na dość wysokim moście, z którego rozciąga się wspaniały widok na łąki i lasy (miejsce gdzie Liwiec wpada do Bugu).

Stamtąd, przez lasy wróciłem lokalną asfaltową drogą do stacji kolejowej Urle oddalonej od Kamieńczyka o 12 km.  Po drodze zahaczyłem jeszcze o kompleks Loretto – sanktuarium, dom opieki i ładny rozległy teren położony w lasach nad Liwcem.

Do Warszawy wracałem pociągiem.

Tyle moich reminiscencji z wypadów rowerowych nad Bug w okolicach Wyszkowa i wycieczek Łochów- Kamieńczyk Urle odbytych w środy 12 września, 19 września i czwartek 11 października (po tym samym terenie, nieco tylko innymi trasami) oraz niejako ich “pokłosiem” czyli wycieczkami z żoną, odbytymi już samochodem w niedziele 7 i 14 października (z konsumpcją pierogów w ośrodku Nadliwie).

W listopadzie jak zwykle wybrałem się na spotkanie z okazji 67. rocznicy rozpoczęcia produkcji w warszawskiej FSO.  Relacje z takich zlotów umieszczałem w poprzednich latach jako osobny wpis na blogu. Tym razem zabrakło mi „weny”, ale na telefonie pozostała mi z tego spotkania taka oto fotorelacja:

Tyle o ciekawych i przyjemnych wydarzeniach, jakie spotkały mnie w ubiegłym roku.

Ale nie tylko takie miały miejsce. Miałem też jeszcze jedną „okazję” zwiedzenia nieznanych mi, innych niż opisane powyżej, zakątków Mazowsza.

1 listopada , jak od lat, wybraliśmy się z żoną na cmentarz w Żyrardowie, aby odwiedzić grób mamy. Następnego dnia pojechaliśmy na groby do Mińska Mazowieckiego. Na cmentarz pojechała z nami teściowa. Mieliśmy pierwotnie odwiedzić kilka grobów najbliższych i wracać, bo pogoda nie zachęcała do spacerów. Teściowa (nazywana przez nas babcią Sławcią) czuła się dobrze i „obleciała” z nami calutki cmentarz, a nie tylko groby najbliższych. „Obchód” trwał półtorej godziny i wróciliśmy trochę zziębnięci,

Jakieś dwa tygodnie później teściowa, która już od jakiegoś czasu narzekała na dziwne zasłabnięcia i zawroty głowy źle się poczuła i trafiła do szpitala w Mińsku. Ze szpitala wróciła na kilka dni do domu, ale została skierowana do specjalistycznego szpitala w Rudce koło Mrozów na dokładne badania.

W szpitalu nie czuła się dobrze. Odwiedziłem ją wraz z żona 3 razy. Z pracy zwalniałem się po obiedzie. Jechałem po żonę, która kończyła pracę o 16. Razem już przebijaliśmy się przez stojącą o tej porze w korkach Warszawę. Do Rudki dojeżdżaliśmy ok 18 i z babcią Sławcią byliśmy do 21. Potem wpadaliśmy na szybkie zakupy do Topazu w Kałuszynie i z powrotem do Warszawy. Poza tym żona odwiedzała swoją mamę również w weekendy.

Przy pierwszej i drugiej wizycie babcia Sławcia czuła się w miarę możliwie. W trakcie drugiej wizyty długo pokazywałem jej zdjęcia z opisanych tu jesiennych wycieczek nad Bug i Liwiec, a babcię Sławcię bardzo ich oglądanie ożywiło i odprężyło. Kiedy po raz trzeci pojechaliśmy do niej 5 grudnia, była już bardzo słaba. Leżała i mamrotała, mieliśmy nadzieję, że to skutek męczącego badania jakie przeszła poprzedniego dnia. Przezornie, mając w pamięci moją mamę, kiedy wyszedłem z sali, w której przy swojej mamie została zapłakana żona, zadzwoniłem do córki i drugiej wnuczki babci Sławci z informacją, że babcia nie jest w dobrej formie.

W szpitalu w Rudce spędziliśmy tego dnia 3 godziny. Rozmawialiśmy też z lekarzem. Kiedy poszedłem się pożegnać z pół śpiącą i w pół przytomną Sławcią zapytałem, czy mnie poznaje. Odpowiedziała: Paweł

W mikołajki, 6 grudnia jak zwykle byłem w pracy. Ok 11 kończyła się aukcja na której bardzo mi zależało i którą udało mi się wygrać,  po czym szybko wróciłem do normalnej pracy.  Ok 16. zadzwoniła komórka. Marek, brat mojej żony poinformował mnie, że przed godziną Sławcia zmarła.

Następnego dnia znów ruszyliśmy z żoną do Mińska. Z Markiem miałem możliwość obejrzenia Mrozów (tym razem za dnia) , dokąd musieliśmy pojechać po akt zgonu. Tydzień po naszej ostatniej wizycie w szpitalu w Rudce odbył się pogrzeb.

Babcia Sławcia była dla nas osobą ważną i bliską. Kiedy w czerwcu 1996 roku urodziła się moja córka, przez pół roku Sławcia właściwie z nami mieszkała i pomagała żonie opiekować się maleńką Agnieszką. Do swojego domu w Mińsku jeździła tylko w weekendy.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 20178 był trzecim rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym nie ukazywała się już żadna z serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa” ochłonąłem już kilka lat wcześniej i ze wspomnianej serii nie dokupiłem już żadnego modelika.

W marcu wybrałem się na giełdę, na której sprzedałem dość korzystnie jeden model , ale niczego nie kupiłem. W maju, w trakcie wizyty w przychodni na Wiatracznej, kupiłem za całe 10 zł „startowy” model z kolekcji „Kultowe Autobusy PRL”, który jakimś cudem „przeleżał się” w kiosku na bazarku obok przychodni dobrych kilka tygodni, ale jest on w skali  1:72 nie będę wiec go tu prezentował, bo do właściwej kolekcji nie wchodzi.

W czerwcu, na giełdzie nie byłem, bo akurat pojechałem na wyjazd integracyjny.

W międzyczasie, zajęty różnymi sprawami niespecjalnie też zaglądałem na Allegro. W efekcie tego w mojej kolekcjonerskiej karierze nastąpiła 11 miesięczna przerwa w jakichkolwiek zakupach (od października 2017 do września 2018).

Na wrześniową giełdę wybrałem się trochę towarzysko, trochę z przyzwyczajenia, ale tym razem przywiozłem z niej aż 3 modele.

Zakupy 2018 1bSą to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S. Na początku października wylicytowałem na Allegro modelik Ford Anglia.

Zakupy 2018 2bTym samym z mojej „listy poszukiwanych” wreszcie, po kilkunastu latach od jej założenia zniknęły (prawie za jednym zamachem) aż 2 modele: Hillman i Ford. Na liście pozostały już tylko 4 pozycje, które niekoniecznie muszę mieć.

W październiku też postanowiłem kupić od kolekcjonera, od którego kilkanaście lat temu kupiłem kilka modeli modelik Fiata 1100 TV niejako w celu uzupełnienia serii aut tej marki. Transakcja okazała się jednak trudna do zrealizowania. Początkowo wszystko wyglądało dobrze. Później zaczęły się podchody, nieodebrane telefony, itd. Po trzech tygodniach wreszcie dopiąłem swego. Udało się umówić i odebrać modelik.

Zakupy 2018 3b

Miesiąc później na Allgro kupiłem okazyjnie model Peugeot 504 coupe, o którym od jakiegoś czasu myślałem. Zakup ten nieoczekiwanie zaowocował wykonaniem dość dużej i nieco pracochłonnej przeróbki innego modelika tego samochodu. Kupionego 21 lat temu starego modelika Solido. W mikołajki 6 grudnia wylicytowałem na Allegro modelik Skody 110 L firmy Abrex, która zastąpi niezbyt udany model z serii „Kultowe Auta PRL”.

Zakupy 2018 4b

Na grudniowej giełdzie nabyłem też model Porsche 911 turbo, o którym myślałem od kilku lat. Chciałem w końcu uzupełnić moją „mini kolekcję” dziewięćset jedenastek właśnie o model tej wersji. Miałem zamiar to zrobić już jakiś czas temu, przymierzałem się jednak do jakiegoś dobrego modelika, niekoniecznie z serii gazetowej. Na giełdzie trafiło mi się akurat białe Kyosho.

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 1995. W całym roku zamknęły się kwotą 298 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Zakupy 2018 5b

Kolekcja i tak jest już bardzo duża i w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca. Dlatego też każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) powinien być dokładnie przemyślany.

Ale czy do końca tak było?

Pomimo naprawdę niewielkich zakupów i tak po trosze już chyba kolejny rokz rzędu „zacząłem zjadać własny ogon” kupując 2 modele aut, które właściwie w kolekcji już od dawna mam(tylko w nieco innej wersji).

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda pod sam koniec roku,  spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu i wykonałem wspomnianą tu kompleksową przeróbkę starego modelika Solido.  Jednak w skali całego roku nie miałem zupełnie czasu na wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć żadnej z planowanej od kilku lat innych poważniejszych przeróbek.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się opisać żadnej moich nowych zdobyczy. Niestety odbudowa bloga po przymusowych przenosinach z platformy Blog.pl (co było widoczne w bieżących wpisach z pierwszej połowy ubiegłego roku) kosztowała mnie tyle czasu i po trosze nerwów, że na opisywanie kolejnych modelików zabrakło mi po prostu zdrowia. 

Może ten, nowy rok przyniesie jakąś zmianę w tym względzie. Kolekcja jak widać nie będzie się już rozwijać tak, jak w poprzednich latach, bo zgromadziłem już prawie wszystko, co chciałem mieć. Ale za to opisywać jest naprawdę co, bo przecież bardzo wielu ciekawych modeli, które kupiłem zwłaszcza w ostatnich latach jeszcze tu nie pokazałem.

pozdrawiam

 

P.S.

3 stycznia 2018

POŻEGNANIE 

We wrześniu ubiegłego roku Artemis skończył 14 lat i kiedy po raz pierwszy od wielu lat zabieraliśmy go na urlop, mieliśmy poważne obawy, jak to zniesie. Był w poważnym jak na dużego psa wieku i miał już szereg związanych z tym dolegliwości.

Nie sprawił nam jednak żadnego problemu.

wakacje 2018 2

Rano szliśmy z nim na godzinny spacer do lasu (za ośrodkiem) , wieczorem szliśmy na drugi godzinny spacer. Cały zaś dzień spędzał na zacienionym balkonie (pokój dostaliśmy na parterze, a balkon od przyległej do ośrodka ściany lasu oddzielał tylko kilkumetrowy trawnik). Byłem też bardzo zaskoczony jego zachowaniem nad wodą. Myślałem, że w podeszłym wieku będzie spokojnie leżał na kocu i nie w głowie mu będą jakiekolwiek harce. Jednak gdy zaraz po przyjeździe poszliśmy z nim nad jezioro, kiedy spuściłem go ze smyczy od razu wskoczył do wody i przez dobre pół godziny trzeba mu było rzucać patyki i gałęzie, po które pływał i przynosił na brzeg. Zachowywał się dokładnie tak samo, jak dobrych 10 lat wcześniej.

wakacje 2018 1

Jesienią jednak jego stan coraz bardziej się pogarszał. Najpierw żona przestała mu dawać suchą karmę i zaczęła dawać karmę z puszek, a przez ostatni miesiąc gotowała mu podroby i mieszała z ryżem. Ponadto od jakiegoś już czasu, kiedy pił wodę rozchlapywał ją bardzo wokół miski. Na spacery wciąż chodził chętnie, ale czasami wracał z nich zmęczony i ociężały.

Kilka dni temu zauważyliśmy, że chyba nie bardzo się czuje. Czasem nie kładł się, a stał z opuszczonym ogonem zupełnie osowiały. W ostatnim czasie jadł sporo, chodził tylko na krótkie spacery, a mimo to bardzo schudł. Wczoraj cały czas chodził za mną po mieszkaniu, jakby chciał być tuż obok bliskiej osoby. Byliśmy jego stanem zaniepokojeni i już dobrze po pierwszej w nocy, pomimo zimna i wiatru, na prośbę żony wyszedłem z nim na krótki spacer. Zachowywał się w miarę normalnie. Dzisiaj rano, przed wyjściem do pracy, żona wyszła z nim na spacer dwukrotnie.

Wracając z pracy miałem obawy w jakiej formie go zastanę. Postanowiłem nigdzie nie wstępować i jechać prosto do domu.  Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem zobaczyłem, że pies leży w końcu korytarza. Miałem zamiar od razu go wyprowadzić na spacer. Jednak Artemis nie był w stanie się już podnieść. Obok stała nietknięta, pełna miska naszykowanego przez żonę jedzenia. Na przystanek po żonę wyszedłem więc sam. Artemis cały czas leżał i nie był w stanie wstać. Wzięliśmy duży stary  koc, położyliśmy go na nim i tak we dwójkę, robiąc co kilkanaście metrów przerwy na odpoczynek,  zanieśliśmy go do lecznicy nieopodal naszego bloku.

Młoda i miła pani weterynarz przyjęła nas poza kolejką. Kiedy opowiedzieliśmy jej co i jak się stało, obejrzała psa, który leżał i prawie się nie ruszał. Zajrzała do komputera, gdzie była długa historia jego wizyt w lecznicy. Wklepała do komputera „artemis”, a ja zauważyłem kartę psa i wpis „wiek – 14 lat, 3 miesiące”. Po chwili weterynarz zapytała: „Czy jesteście państwo zdecydowani ?”

Byliśmy zgodni, a weterynarz nie była zaskoczona naszą decyzją, o której już od jakiegoś czasu, wcześniej rozmawialiśmy w domu.  W zaistniałej sytuacji wykazała pełne zrozumienie. Podzieliła naszą opinię, że dopóki komfort życia zwierzaka był akceptowalny (mógł jeść, chodzić na spacery i cieszyć się nimi) dopóty można go było leczyć, ale kiedy nie był wstanie ani jeść, ani utrzymać się na nogach, przedłużanie jego agonii nie miało sensu. Dostał najpierw zastrzyk uspokajający, po którym usnął, po czym  weterynarz poinformowała nas, że lepiej byłoby abyśmy nie byli obecni przy dalszych czynnościach i poczekali  na korytarzu.

Tak trochę jednak nieoczekiwanie pożegnaliśmy Artemisa. Był wspaniałym psem. Zawsze będę miał go w pamięci. Jako „kuleczkę”, maleńkiego szczeniaka, który kiedy tylko otworzyło się drzwi do ubikacji, podrywał się z legowiska i zanim drzwi się zamknęły, błyskawicznie wpadał do ubikacji i wywlekał na korytarz stojącą w koncie dużą szczotkę. Będę pamiętał gdy po 6 tygodniowej kwarantannie, dumna, 8 letnia wówczas nasza córka prowadziła go na pierwszy spacer. Będę pamiętał dzikie harce w Lasku Młocińskim w czasie wycieczki „na sanki” utrwalonej na zdjęciach z 2005 roku opisanych w naszych zbiorach jako „pierwsza zima Artemisa” :

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Reklamy

291. Wspomnienie lata i giełdowe zakupy

Oj, długa była ostatnia przerwa na blogu. Oj,  bardzo długa.

Dlaczego, tak się stało? Powodów było niewątpliwie kilka. Pierwszym i chyba najważniejszym było osłabienie, a właściwie zanik mojego zainteresowania  kolekcją. Na skutek nawału różnych prac i problemów związanych z porządkowaniem spraw po śmierci mamy nie miałem zupełnie głowy do modelików. W ubiegłym roku kupiłem ich właściwie tylko kilka. (opisałem to zresztą na początku roku). W pewnym sensie po trosze „zacząłem zjadać własny ogon” i wśród tych kilku modeli, które kupiłem znalazły się 2 modele aut, które w kolekcji miałem od wielu lat.

Drugim powodem przerwy we wpisach, było pewne rozgoryczenie i zniechęcenie związane z zamknięciem „starego bloga”, sposób w jaki się to odbyło, a także konieczność żmudnego przeglądania wszystkich starych wpisów i uzupełnianie brakujących zdjęć. Kiedy w końcu na początku maja udało się uzupełnić wszystkie brakujące zdjęcia w starych wpisach, szkoda mi było czasu na ślęczenie przy komputerze.

I tu pojawia się trzeci powód długiej przerwy – lato. W Warszawie piękna pogoda zaczęła się już w połowie kwietnia i z niewielkimi kilkudniowymi tylko przerwami trwała do końca drugiej dekady września. A jak lato , to wiadomo rower.

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się z żoną 15 kwietnia. Pojechaliśmy na nowe pobliskie osiedle Zacisze-Wilno. Była piękna, słoneczna pogoda i nie wiedzieć czemu wstąpiliśmy na stację kolejową, gdzie ja zacząłem bawić się biletomatem. Kiedy okazało się, że bilety do Zielonki kosztują ok 8 złotych kupiliśmy je, windą wwieźliśmy rowery na drugi peron i po 10 minutach oczekiwania ruszyliśmy w podróż. W Zielonce pojechaliśmy przez park nad opisywane na tym blogu glinianki. Na drzewach nie było jeszcze liści i glinianki wyglądały jeszcze dość smutno. Znad glinianek w Zielonce wróciliśmy do domu rowerami, przez las, Ząbki oraz „właściwe” Zacisze.  Cała trasa miała ok 17 km,  jak dla mnie akurat i choć żona pod koniec już dość mocno narzekała  wycieczka ta bardzo zaważyła na moich późniejszych wypadach za miasto.

Na stacji kolejowej okazało się, po 60 roku życia osobom podróżującym Kolejami Mazowieckimi przysługuje 35% zniżki o czym nie wiedziałem, a teraz zacząłem z niej skwapliwie korzystać. Koleją do Zielonki wybraliśmy się zresztą tego lata jeszcze 2 razy, za każdym razem wracając nieco inną trasą.ZielonkaLato było w tym roku naprawę wspaniałe, więc nad glinianki jeździliśmy zresztą dość często samochodem. Jeszcze 1 września pływałem w nich, a po raz ostatni byliśmy na gliniankach 9 września.

Zresztą poza wypadami na rower i glinianki w Zielonce było przez minionych kilka miesięcy cały szereg innych wydarzeń, które absorbowały mnie bardziej niż pokazywana tu zazwyczaj kolekcja miniaturowych autek.

W kwietniu, a dokładnie w sobotę 14 kwietnia wybrałem się na targi Auto Nostalgia. Odbywały się one tym razem na Stadionie Narodowym, co niekoniecznie było dobrym pomysłem. Auta stały właściwie na jego koronie i bardzo trudno robiło się zdjęcia.

Zrobiłem ich kilkadziesiąt, ale na ich publikację i nowy wpis na blogu zapału mi zabrakło.

W długi majowy weekend miała być wycieczka. Byliśmy już nieco zmęczeni pracą i różnymi domowymi sprawami. Żona wzięła wolne 2 maja, ale na wycieczkę nie pamiętam czemu nie pojechaliśmy. Była obrażona, nie pamiętam od kiedy była na mnie tak zła za jakąś nieodbytą wycieczkę. Zrzędziła i narzekała. Ale co się nieco odwlecze, czasem nawet lepiej się uda. Nie pojechaliśmy 2 maja to pojechaliśmy 4.

Była to wycieczka połączona z wizytą na grobie mamy: Nieborów – Miedniewice – Żyrardów.

W czerwcu, nie byłem na giełdzie, bo wyjechałem na firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Tydzień później 16 czerwca byłem na dwóch imprezach:

Pierwsza to targi Ekoflota, na których byłem rano. Były bardzo ciekawe. Udało mi się przejechać po kilka kilometrów jako kierowca dwoma autami elektrycznymi. Pierwsze to Nissan Leaf a drugie to Volkswagen Golf. Po południu pojechaliśmy całą rodziną na piknik rodzinny, który moja firma po kilku latach zorganizowała w Ryni (nad Zalewem Zegrzyńskim.

W lipcu wziąłem „obowiązkowy” dwutygodniowy urlop. Nie wyjechałem co prawda poza Mazowsze, a co w tym czasie robiłem, pokażę w osobnym wpisie.

Sierpień upłynął właściwie pod jednym stary znajomym hasłem : Zalew Tatar – Rawa Mazowiecka.

zalew-tatar-18b

Nad nasz ulubiony i pokazywany tu już na blogu zalew wybraliśmy się wybraliśmy się 3 razy: 13 i 19 sierpnia. Za każdym razem najpierw wypożyczaliśmy kajak i opływaliśmy nim cały zalew. Taka przyjemność trwa nieco ponad godzinę (zalew ma ok 1,3 km długości) i kosztuje w dzień powszedni 8 a w weekend 10 zł. Na ostatnią letnią wycieczkę wybraliśmy się z córką. Pierwsze 45 minut pływałem z żoną a drugie z córką. Córka chyba pierwszy raz płynęła kajakiem, ale bardzo jej się to podobało.

Tydzień później pogoda nie była już tak piękna, a Rawie kajaki zostały schowane na zimę, dlatego bez żalu w końcu udałem się na „modelikową” giełdę. Od ubiegłego roku giełda odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie. Od czasu likwidacji giełdy w Starej Gazowni, jest to już 4 kolejna lokalizacja „nowej giełdy” i do tego najlepsza, nie tylko z uwagi na ściśle związaną z motoryzacją siedzibę, ale również na warunki w jakich się ona odbywa. Naprawdę duża, przestronna a przy tym widna sala, sprzyja ciekawym transakcjom.

Pomimo znikomego zainteresowania kolejnymi nabytkami i kolekcją w ogóle, wybrałem się na giełdę w marcu. Nie kupiłem na niej co prawda nic, ale za to sprzedałem zbędny modelik i to za 80 zł.

Tym razem kupiłem 3 nowe nabytki, po prawie roku przerwy. (Poprzedni model do kolekcji kupiłem w Media Markt na początku października 2017 roku)

Zakupy 2018 1b

Są to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S.

Jesiennymi wieczorami postaram się je tu opisać. A za to niejako „na pocieszenie” pokaże, jak wyglądała giełda dokładnie rok temu:

pozdrawiam

 

P.S.

21 października

Zaktualizowałem filmiki, teraz zawierają dużo więcej zdjęć

Zainwestowałem jeszcze trochę czasu w ten wpis. Filmiki, a właściwie prezentacje stworzyłem całkiem przypadkowo na iphonie podczas przeglądania zdjęć. Jednak okazało się, że przesyłanie ich na e-mail jest możliwe tylko w ograniczonym zakresie. (Jeśli zawieraja 7-8 zdjęć jest OK, jeśli więcej nie da się ich przesłać) . jakiś czas temu córka poleciła mi aplikację weTransfer. W sobotę zainstalowałem ją na iphonie, a w niedzielę zaktualizowałem pokazane tu wcześniej przezentacje i przesłałem na Youtube.

Zapraszam do ich oglądania

 

 

 

 

 

 

285. Niekoniecznie miła, 66. rocznica rozpoczęcia produkcji w FSO

Tak byłem, widziałem:

SONY DSC

O imprezie dowiedziałem się przypadkiem z sieci, ze strony Krytyki Politycznej, kiedy zauważyłem na niej plakat „Fabryka Sensów Osobistych”.

Od kilku dobrych lat zawsze w listopadzie wybieram się na „obchody” rocznicy uruchomienia produkcji w FSO. Byłem na spotkaniach z okazji 62. rocznicy i na wszystkich kolejnych. (opisywałem je zresztą na tym blogu)
Na spotkaniach tych, 2 lata temu była możliwość „zwiedzenia” fabryki, ale niestety się nie „załapałem”.

Tym razem się udało. Na zlot udałem się wcześniej niż na wszystkie poprzednie. Wpisałem się na listę chętnych i o godz 10 wraz z grupą kilkuset innych osób wszedłem na teren byłej już fabryki.

„Spacer akustyczny” bardzo mi się podobał, bo po raz ostatni byłem w fabryce chyba w 2007 roku, a niektórych jej „zakątków” nie widziałem od ponad 20 lat.

Droga, którą „Spacer akustyczny” ruszył spod bramy głównej FSO w kierunku tłoczni.  (Po prawej budynek nowej lakierni)

Widok (sprzed bramy głównej) na ulicę (drogę wewnętrzną) w kierunku ronda Starzyńskiego. Po lewej budynek nowej lakierni w oddali po prawej  budynek w którym miały siedzibę związki zawodowe OPZZ i Solidarność 80.

Widok w kierunku przeciwnym. Przez kilkanaście lat moja codzienna droga do pracy.  

Po prawej stronie pusty teren po zakładzie 5 – narzędziowni (gdzie w metalu były wykonywane przyrządy, które rysowałem jako konstruktor-technolog w trakcie mojej pracy w FSO) Dalej był również nieistniejący już zakład 6 (produkcji silnika), gdzie mieściło się również biuro, w którym pracowałem)

W drodze na tłocznię po prawej stronie mijaliśmy budynek biurowy usytuowany z tyłu nowej lakierni. To tu przeniesiono biura technologów z zakładu 6. W 2007 roku byłem w nim odwiedzić kolegów, którymi przed laty pracowałem.

Zakład 2 – montaż , a właściwie ruiny hali jakie z niego pozostały.

I w końcu przed nami ukazał się cel „spaceru akustycznego” budynek tłoczni.

Uczestnicy spaceru kierują się w kierunku estakady prowadzącej do hali.

Po wejściu do hali zrobiłem zdjęcie pustej, pierwszej nawy. W hali tłoczni byłem ostatni raz grubo ponad 20 lat temu. Z całego wyposażenia zostały już tylko suwnice. W czasach kiedy pracowałem w FSO, w tej nawie stały tłoczniki , na których produkowane były elementy nadwozi samochodów. (Tłoczniki to przyrządy do produkcji części nadwozi wykonywane z blachy. Przyrządy te były montowane na ogromnych prasach, w które wyposażone były kolejne nawy hali tłoczni)  

W kolejnej nawie pozostały tylko „ślady” po prasach. Pras już tu nie ma. 

Owe „ślady” to wielkie dziury w stropie hali w miejscach gdzie kiedyś stały ogromne prasy do tłoczenia blach karoseryjnych. 

Poniżej filmowa relacja ze spaceru po resztkach fabryki. O dziwo w tłumie zwiedzających zobaczyłem nawet siebie: 

Tu: RELACJA ZE SPACERU AKUSTYCZNEGO na stronie organizatora

Uważam, że inicjatywa Krytyki Politycznej to świetny pomysł. 

Na zloty przyjeżdża zawsze około 100 pojazdów (przeważnie zabytkowych produkcji FSO) a wraz z nimi całe rzesze młodych entuzjastów historii rodzimej, polskiej motoryzacji.
Warto im pokazać i przybliżyć historię fabryki, bo z wielu rozmów jakie odbyłem z uczestnikami zlotu i właścicielami fiatów i polonezów, pojęcie o fabryce mają raczej blade. 

Po powrocie ze spaceru po miejscach, w których dawno temu byłem codziennym gościem, udałem się na parking przed budynkiem dyrekcji zrobić (jak co roku) kilka zdjęć zgromadzonych tam aut:

Parking na zlocie był całkowicie zapełniony, a że wiele aut przyjeżdża na zlot regularnie, wiele z nich już tu pokazywałem (przy okazji moich poprzednich relacji ) 

Polonez MR’89

Karetka, która była na zlocie rok temu. 

Polonez Caro Plus jeszcze kilka lat temu był częstym gościem na naszych ulicach. Dziś coraz trudniej go na nich zobaczyć.

Warszawy 223 

I dwie kolejne

Rajdowy Polonez

Typowe „akwarium” z lat 1987 -1989 

A to ładnie odrestaurowany rajdowy „Borewicz”

Właściciel, który stał przy samochodzie pokazywał auto i opowiadał ile czasu i pieniędzy włożył w odrestaurowanie auta.  

Pod maską silnik z dwoma wałkami rozrządu znany z rajdowej legendy jaką niewątpliwie był Fiat Abarth 124 Rally 

Chyba najbardziej pasujący wyglądem do „spaceru akustycznego” samochód : Warszawa M20 w stanie oryginalnym.

Po kilku godzinach pobytu przed FSO i spacerze po resztkach fabryki, byłem już trochę zmęczony i udałem się w stronę dawnego parkingu dla pracowników, gdzie zostawiłem mój samochód.

Tam zrobiłem jeszcze kilka zdjęć i miałem zamiar wracać do domu.

Moją uwagę przykuła najpopularniejsza kiedyś na polskich drogach sanitarka FSO 1500. 

Jak widać na zdjęciu powyżej, wciąż gotowa do akcji.

Na brzegu parkingu dla pracowników stał też taki oto Mercedes-Benz 350 (W 126), przez znawców uważany za najpiękniejsze i najlepsze auto w historii tej renomowanej marki.

Obok bardzo rzadki Triumph 1300.

Samochód jest zadziwiająco podobny do innego, chyba bardziej znanego auta tej marki jaką był Triumph Dolomite Sprint. Ten drugi powstał prawdopodobnie właśnie na bazie pokazanego na tym zdjęciu auta.

Z parkingu gdzie zostawiłem samochód jednak zawróciłem. Właśnie o godzinie 12 zaczęły się „oficjalne” obchody 66. rocznicy uruchomienia produkcji w FSO. Tak jak w poprzednich lata ich organizator – Stowarzyszenie FSO AUTOKLUB zaprosiło żyjących jeszcze byłych dyrektorów Fabryki Samochodów Osobowych.  

Dwa lata temu zrobiłem na zlocie z okazji 64.rocznicy podobne zdjęcie, na którym było jeszcze o kilku „jubilatów” więcej. Cóż niestety „szacowne grono’ z biegiem lat coraz bardziej się kurczy.

A skoro już zawróciłem, zrobiłem jeszcze kilka zdjęć: 

Syrena 102

Przed laty też wyjechała z FSO.

Naprawdę bardzo ładnie i starannie odrestaurowana. Oryginalne zderzaki z kłami, starszego typu lampy tylne i wiele innych detali. Choć pamiętam te auta z dzieciństwa bardzo dobrze, nie przypominam sobie syren w takim kolorze, ale cóż możliwe, że nie widziałem aut we wszystkich kolorach produkowanych w FSO.

A nieopodal jeszcze inny samochód z zapomnianym już silnikiem dwusuwowym

O ile dobrze pamiętam, jego właściciel podał, że auto pochodzi z roku 1971.

Równie starannie, jak Syrena 102 odrestaurowany Wartburg 353.

Na zlot (jak widać z tablic rejestracyjnych) przyjechały auta niemal z całej Polski.

Maluch też na zlocie się pojawił. W końcu historia FSO to przecież głównie PRL, a to auto jak najbardziej się z okresem PRL kojarzy.

Warszawa M20, czy może już 201 ?

Warszawa M20, a może jednak 202? Kiedyś, (a było to blisko 50 lat temu) rozpoznawałem po drobnych szczegółach każdy model auta rodem z FSO. Dziś mam z tym już trochę kłopot. 

Po blisko 4 godzinach byłem już naprawdę zmęczony i udałem się do samochodu., aby wrócić do domu. Na parkingu, gdzie go zostawiłem też spotkałem jeszcze kilka innych, ciekawych aut:   

Mercedes-Benz 200 (W115)

Fiat 126p , dokładnie taki sam, jak ten, którego razem z moim ojcem odbieraliśmy z Polmozbytu w 1979 roku. 

I kiedy już miałem wsiąść do auta i odjechać, tuż obok pojawiło się piękne BMW 2002.  Dokładnie 30 lat temu, kiedy odbudowywałem poskładany z części, kupionych na pchlim targu modelik jego następcy, objechałem rowerem calutkie, nie tak małe znowu Bonn, aby gdzieś spotkać BMW właśnie w takim „kanarkowym” kolorze.

Przez ostatnie miesiące jestem bardzo zajęty, znalazłem jednak kilka godzin na wypad 4 listopada przed FSO, a dziś też kilka na złożenie obszernej relacji z mojego tam pobytu.

Wszystkich zaś zainteresowanych tematyką związaną z opisaną tu rocznicą, zapraszam do przeczytania kilku moich wcześniejszych wpisów poświęconych Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu:

273. Niekoniecznie miła rocznica (65.)

257. Niekoniecznie miła rocznica (64.)

235. Niekoniecznie miła rocznica (63.)

211. Niekoniecznie miła rocznica (62.)

oraz

155. FSO – smutny koniec historii (cz.3) – Czy to musiało się tak skończyć ?

Dla przypomnienia: 23 lutego 2011 roku z taśmy montażowej fabryki na Żeraniu zjechał najprawdopodobniej ostatni samochód osobowy w jej historii.

283. Targi EkoFlota 2017

Na tym blogu zazwyczaj opisuję modele pojazdów, przeważnie już zabytkowych i zamieszczam relacje z targów i zlotów takich aut. Jednak tym razem postanowiłem choć trochę „popatrzeć w motoryzacyjną przyszłość”, możliwe, że wcale nie aż tak odległą.  

W ubiegłym roku, właśnie w październiku, byłem w Niemczech na jednodniowej konferencji poświęconej zmianom, jakie prawdopodobnie czekają szeroko pojętą branżę motoryzacyjną w ciągu najbliższych 5 lat, a może nawet szybciej. Po powrocie z konferencji zainteresowałem się trochę tematyką związaną z elektro-mobilnością i obejrzałem na YouTube kilkanaście filmików poświęconych głównie samochodom Tesla.  Poczytałem też trochę o firmach, jakie założył Elon Musk i muszę przyznać byłem pod wrażeniem. 

W kwietniu byłem na służbowym spotkaniu w hotelu Narvil w Serocku i tam w trakcie jednej z przerw, na podjeździe, przed głównym wejściem zauważyłem samochód, który od razu „przyprawił mnie o szybsze bicie srca”. Była to Tesla S. Wybiegłem więc obejrzeć ją choćby z zewnątrz. To auto widziałem na własne oczy po raz pierwszy i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobało. Kilka tygodni temu wracając do domu, w Alejach Jerozolimskich wjechała mi przed maskę Tesla X. Zaś latem w trakcie jednej z popołudniowych przejażdżek rowerem po Targówku Fabrycznym, na pustej ślepej uliczce, na której swego czasu „testowałem” hamulce tylnej osi w moim poprzednim samochodzie, też zobaczyłem całkiem ciekawy obrazek.

Ulica Nieświeska, bo o niej mowa, to jak na Warszawę trochę „zadupie”. Biegnie od ulicy Rzecznej, z tyłu fabryki Procter&Gamble w kierunku Ząbek.  Jest asfaltowa i dość szeroka, ma ok 800 m długości,  ale jest ślepa. Kończy się tuż przy lasku (zwanym prze ze mnie „dżunglą na Targówku”).  Wydostać się z niej można tylko rowerem, wąziutką ścieżką biegnącą przez sporą i ładną łąkę niemal wprost na ulicę Księcia Ziemowita oraz bardzo ładne, nowe osiedle Wilno – Zacisze. Kiedy nie mam zbyt dużo czasu na rowerową przejażdżkę, często wybieram się z domu na to właśnie osiedle (oddalone ode mnie ok 3 km),  a następnie przez wspomnianą łąkę „przebijam” się do Nieświeskiej i wracam Rzeczną na Targówek Mieszkaniowy. Przejazd całej trasy wraz z postojem przy nowym przystanku kolejowym Wilno – Zacisze zajmuje mi ok. 45 minut.  Wspomnianej tutaj „dżungli” od strony Nieświeskiej nawet nie próbowałem atakować. Owszem zdarzało mi się wjeżdżając w nią kilka razy z różnych innych, bardziej oddalonych od domu stron, ale nigdy od Nieświeskiej, bo niestety jazda po „dżungli” do specjalnych przyjemności nie należy. A od czasu, kiedy to raz wjechawszy w nią od strony Ząbek, w jej środku natknąłem się na jakiś dziwne siedlisko, czy raczej koczowisko (z którego wyjeżdżałem szybciej, niż w nie wjechałem) staram się w „dżunglę” raczej nie zapuszczać. (O terenach bezpośrednio przyległych do nie popełniłem zresztą kiedyś całkiem sporą wzmiankę we wpisie 203.)

Ulica Nieświeska jest zazwyczaj zupełnie pusta, bo na całej długości, jak nie z jednej, to z drugiej strony porośnięta jest wysokimi na kilka metrów krzakami, na początku jest przy niej jakiś pusty plac, a od połowy, aż do „dżungli” znajdują się przy niej wojskowe magazyny, na terenie których można zobaczyć jeszcze czasem Stara 200 czy Jelcza 315. 

Latem wracając nią rowerem ze wspomnianego osiedla Wilno – Zacisze, w jej  połowie zauważyłem zaparkowany przed jedną z bram samochód. Samochód oklejony szyldem mytaxi stał przed niedużym biurowcem należącym do firmy Innogy i był podłączony kablem do niewielkiego zielono- białego słupka, który okazał się być ładowarką do aut elektrycznych. Wątpliwości nie miałem żadnych. To był Nissan Leaf. Byłem jednak bardzo zaskoczony miejscem, w którym go spotkałem.

W ubiegłą środę lub czwartek, przypadkiem w radiu usłyszałem informację, że w weekend w Warszawie odbędą się drugie targi EkoFlota, dedykowane nowoczesnym rozwiązaniom w zakresie motoryzacji. Kiedy usłyszałem, że targi odbędą się w tym samym centrum targowym, w którym od lat odbywa się opisywana na tym blogu Autonostalgia postanowiłem je odwiedzić i na własne oczy przekonać się „co w trawie piszczy”.

Na targi wybrałem się w sobotę. Miałem zamiar być tam około godziny, byłem chyba ponad 3. I choć powierzchnia wystawowa była dwukrotnie mniejsza niż w przypadku odwiedzanej wiosną Autonostalgii, to było naprawdę co oglądać i z kim pogadać, bo tłumów zwiedzających na targach nie było.  

Przy wejściu (w przeciwieństwie do Autonostalgii wstęp był zupełnie bezpłatny) dostałem papierową reklamówkę z jakąś gazetką, wrzuciłem więc w nią butelkę wody, którą ze sobą zabrałem. Dopiero w domu, po powrocie owa gazetka okazała się bardzo ciekawym i obszernym periodykiem opisującym najnowsze trendy i wszystkie modele aut zarówno elektrycznych jak i hybrydowych pokazanych na targach. Zabrana zaś z domu butelka, też okazała się mało przydatna bo w rogu hali, przy stoisku Nissana napiłem się (gratis) bardzo smacznego cappuccino.

Pierwsze stoiska zignorowałem, ruszyłem na środek hali gdzie były wystawione auta, a zwłaszcza do tego, na którym były wystawione Tesla X i Tesla S. Do tej drugiej po kilku minutach udało mi się wsiąść i trochę pobawić się ogromnym (jak na samochód) dotykowym ekranem.

Tesla S 1

Przy modelu X było więcej osób, więc go sobie odpuściłem. Kiedy wychodząc już właściwie z imprezy podszedłem do niego, okazało się. że tylnych podnoszonych do góry drzwi nie można już otworzyć, bo któryś z oglądających urwał wewnętrzną klamkę  i auto trzeba było zamknąć. Cóż bywa.

Po drugiej stronie hali było wystawionych kilka skromniejszych pojazdów, miedzy innymi Seat Leon hatchback oraz Ibiza. Do tej ostatniej wsiadłem i „przymierzyłem” się do niej. Autko podobało mi się, Kiedy otworzyłem maskę okazało się że kryje się pod nią trzycylindrowy silnik benzynowy, zasilany również gazem. Tak takie auta też na targach były.

Dalej stało kilka aut marki Skoda, których specjalnie nie oglądałem, zaś za nimi trzy auta Hyundai Ioniq: Jedno hybrydowe, drugie hybryda Plug-In i trzecie całkowicie elektryczne. Próbowałem się zapisać na jazdę próbną wersją elektryczną, jednak wszystkie godziny były już zarezerwowane, zostawiłem więc numer telefonu na wypadek, gdyby ktoś jednak z takiej jazdy zrezygnował.

Z tego stoiska, będąc już przy drugim końcu hali postanowiłem wyjść na chwilę na zewnątrz. Z drugiej strony hali stały auta, którymi można się było przejechać. Oczywiście najwięcej chętnych było do Tesli, jednak tą można się było przejechać tylko jako pasażer. Teslą obwoził zwiedzających kierowca, a kiedy po jednej z jazd (a były one bardzo krótkie) auto wróciło, zaś chętni do kolejnej stali za samochodem i nie bardzo wiedzieli gdzie mają wsiąść, otworzyłem szybko prawe drzwi i usiadłem na fotelu pasażera obok kierowcy.

283. Eko Flota 2

Samochód ruszył delikatnie po parkingu, a następnie skręcił w krótką ślepą uliczkę (nie dłuższą niż 150 m).  Kiedy auto wyjechało za bramę, kierowca gwałtownie przyspieszył. Wrażenie było piorunujące. Po prostu wciska w fotel bardziej niż samolot w czasie startu. Na końcu uliczki kierowca zawrócił i już myślałem, że jeszcze chwilkę nas przewiezie, ale od razu wrócił na parking. Cała jazda trwała może 2 minuty (a miało być 5) ale cóż, dobre i to.

Po tej jeździe wróciłem do hali i trochę się po niej pokręciłem, wypiłem wspomnianą kawę na stoisku Nissana i z zainteresowaniem pooglądałem wystawione na nim samochody, zwłaszcza ,że miały pootwierane maski. Kiedy je oglądałem podeszła do mnie miła młoda dziewczyna i zapytała czy coś mnie szczególnie interesuje. Odparłem, że jazda próbna, na to odparła, że jest ona możliwa, ale muszę ok 40 minut poczekać. Zostawiłem więc numer telefonu, podałem potrzebne dane i poszedłem zwiedzać dalej.

Obejrzałem BMW i3 i usiadłem za jego kierownicą. Udało mi się też otworzyć w nim maskę i krótkie, tylne otwierane „pod prąd” drzwi. Pod maską (w przeciwieństwie do innych) niczego ciekawego nie było, ot niewielki schowek na kable do ładowania.

Trafiłem też na ciekawe stoisko z napisem Car Sharing firmy Panek. Tu spędziłem trochę czasu. Firma wprowadziła na warszawski rynek usług 300 pojazdów. Współdzielenie, bo tak się taka usługa po polsku nazywa, staje się w całej Europie coraz bardziej popularne. Miły młody człowiek, przy stoisku firmy wyjaśnił mi, że jeden taki wspólnie z innymi użytkowany samochód, zastępuje w mieście ok 10 prywatnych aut. Koszty usługi są relatywnie niskie : 50 gr/km + 50 gr/min . Warto się więc na stronie firmy zarejestrować, wyrobić sobie w banku nową kartę kredytową (tak chyba bezpieczniej) i wypożyczyć auto, chociażby po to aby po prostu przejechać się nowym samochodem Toyota Yaris Hybryd.

Kiedy odszedłem od stoiska firmy Panek (wypożyczającej auta na minuty) zadzwonił telefon. Miła młoda pani zadzwoniła, że za chwilę będę mógł odbyć jazdę próbną jednym z aut Nissan Leaf.

Nissan_Leaf_–_Frontansicht 2b

Niemal pobiegłem na drugą stronę hali, podszedłem do pani,z którą rozmawiałem na temat ewentualnej jazdy. Do stoiska podszedł młody człowiek i wyszliśmy na parking z tyłu hali, na którym czekał na mnie biały Leaf.

Usiadłem za kierownicą, a młody człowiek zapytał, czy jeździłem kiedyś Automatem. Odparłem, że kilka dni temu. Poinstruował mnie też jak autem ruszyć. Wyregulowałem fotel i kierownicę, bez problemu na desce znalazłem przycisk „Start”  i na dżojstiku, umieszczonym na środkowej konsoli między fotelami  wybrałem bieg „do tyłu”. Na centralnym wyświetlaczu pojawił się obraz za samochodem (z kamery cofania).  Ponieważ musiałem cofnąć i wjechać na na miejsce obok innego samochodu, nie od końca mu zaufałem i patrzyłem również w lusterka boczne.  

Nissan-Leaf-EV-front-interior-view 1b

Wyjechaliśmy z parkingu w kierunku Anina ma dobrze mi znany fragment trasy, którą dość często jeżdżę do Mińska Mazowieckiego. Była sobota, godzina 15. a jednak nawet na bocznych ulicach Wawra ruch był spory. Samochód rzeczywiście prowadzi się tak samo jak auto z automatyczną skrzynią biegów (bez użycia lewej nogi i bez konieczności „heblowania” dźwignią) Ot po prosu naciska się gaz lub hamulec i „do przodu”. Wg młodego człowieka, który siedział obok, auto było ustawione w normalnym, a nie oszczędnym trybie jazdy. Był moment kiedy na drodze zrobiło się nieco luźniej i troszkę depnąłem. Samochód przyspieszył, ale nie byłem jakoś zszokowany, rozpędziłem go gdzieś z 40km/h i gdy na liczniku pojawiło się 72 odpuściłem. W końcu to jazda po normalnych miejskich ulicach. Miałem wrażenie że samochód nie jest dużo bardziej zrywny niż np. podobnej wielkości kompakt z silnikiem 100 KM. 

Zaskoczyło mnie za to ci innego. Od samego początku zauważyłem, że samochód zupełnie „bezgłośny” nie jest.  Nawet przy normalnej miejskiej jeździe napęd wydaje delikatne odgłosy, poza tym słychać szum opon. Ale to dobrze, bo po prostu czuje się z jaką prędkością się jedzie i jest bezpiecznie. 

Samochodem przejechałem ok 7 km i byłem z przejażdżki naprawdę zadowolony. Aż tak dużej różnicy w stosunku do zwykłego benzynowego samochodu do jakiego jestem przyzwyczajony nie ma. Cóż ale to jednak nie Tesla, a poza tym jest auto, które właściwie kończy swoją karierę, gdyż w sprzedaży jest od 2011 roku i za chwilę pojawi się jego następca., a właściwie już jest.

Po powrocie do hali wystawowej pooglądałem jeszcze trochę innych pojazdów. Na targach były obecne właściwie tylko marki niemieckie i japońskie BMW, Mercedes, Volkswagen, Ford wystawił hybrydę. Duże stoisko miała Toyota światowy w końcu lider w produkcji modeli z napędem hybrydowym. Na stoisku Nissana był oczywiście Leaf oraz furgonetka e-NV200 z dokładnie takim samym silnikiem i napędem co Leaf. 

Dłużej zatrzymałem się na stoisku Volkswagena bo stojący tam elektryczny Golf miał otwartą maskę. Obejrzałem sobie dokładnie jego układ napędowy i doszedłem do wniosku, że podobnie jak inne pojazdy które oglądałem (Leaf i Ioniq) to właściwie normalne auta z których wymontowano silnik spalinowy wraz wydechem i zbiornikiem paliwa i zamontowano silnik elektryczny wraz z jego osprzętem, które w komorze silnika wcale aż tak dużo mniej miejsca nie zajmują. Wiele innych elementów to znane dobrze z normalnych pojazdów klimatyzacje, układy hamulcowe z ABS czy ESP. W samochodach był także normalny akumulator 12V. W golfie był układ chłodzenia podobny do normalnego, a przewody były doprowadzone do silnika. Trochę porozmawiałem z panem z obsługo i stoiska i ten wyjaśnił mi, że układ chłodzi nie tylko silnik, ale przede wszystkim rozmieszczone pod podłogą litowo-jonowe  baterie napędowe, a także pozwala utrzymać ich właściwą temperaturę np. zimą. Cały zestaw baterii waży ok 320 kg.   

Na koniec wizyty na targach obejrzałem też z dużym zaciekawieniem wystawioną tam jedyną ciężarówkę. Ciągnik siodłowy Iveco Stralis został wyposażony w ogromne owalne zbiorniki (po obu stronach ramy) znacznie większe niż w typowych dieslach. Samochód napędzany jest skroplonym gazem ziemnym (CNG) co pozwala ponoć uzyskać nawet do 40% oszczędności kosztów jego eksploatacji w stosunku do ciężarówek napędzanych ropą. Wszedłem też do kabiny pojazdu i też bardzo mi się w niej podobało. 

Przed wyjazdem na targi „zapobiegawczo” naładowałem mojego nowego Iphona. Niestety nie robiłem nim żadnych zdjęć. Jakoś zupełnie nie miałem do tego głowy i korzystałem tylko z telefonu.

Na YouTube znalazłem za to filmik oddający atmosferę targów. Jest to właściwie filmowa relacja tego co na targach sam widziałem.

Filmik 1b

Filmik jest dość długi, ale naprawdę warto go obejrzeć.

A dla tych, którzy czasu nie mają inna relacja (znacznie krótsza)

pozdrawiam

 

P.S.

Mój poprzedni wpis, jest niestety wciąż aktualny  

 

roboty drogowe

281. Auto Nostalgia 2017 (cz. 1)

Od dobrych kilku tygodni, a właściwie od kilku miesięcy, nie mam czasu na zajmowanie się kolekcją i modelikami. Na blogu niczego od dawna nie prezentowałem, bo nie mam w tej chwili głowy do takich rzeczy. Owszem, byłem na początku marca na „modelikowej” giełdzie, która teraz odbywa się w siedzibie Automobilklubu Polski i nawet kupiłem na niej dwa modele, nie znalazłem jednak czasu by je tu opisać.

Pod koniec lutego, mama była bardzo słaba. Kiedy wiozłem ją na badania krwi, byłem przekonany, że podobnie jak w grudniu trafi do szpitala. Nie sądziłem jednak, że trafi tam zanim z wynikami pojedziemy do hematologa. Jeszcze w dniu, w którym mamie pobrano krew, z przychodni na Koszykowej (gdzie się leczyła) zadzwoniono do niej z informacją, że wyniki są bardzo złe. Następnego dnia załatwiłem skierowanie i odwiozłem mamę do szpitala MSW przy Wołoskiej, w którym przez kilka dni (tuż przed świętami) leżała w grudniu. Pod koniec lutego, kiedy na blogu opisywałem moje ubiegłoroczne zdobycze, sytuacja nie wyglądała na krytyczną i wyglądało na to, że po podaniu krwi mama po kilku dniach ze szpitala wyjdzie. Tym razem mama trafiła jednak na inny, przepełniony oddział. Po kilku dniach pobytu na kilkuosobowej sali zaraziła się grypą i została przeniesiona do oddzielnej sali. Jej stan cały czas się pogarszał, a że na oddziale panowała infekcja, po opanowaniu grypy i trzytygodniowym pobycie, w piątek późnym wieczorem 17 marca karetka odwiozła mamę do domu. W domu opiekowaliśmy się nią z żoną, a że stan jej był ciężki jeszcze w sobotę przed południem wezwałem karetkę. Niestety do kolejnego szpitala jej nie zabrano i w nocy z soboty na niedzielę 19 marca mama zmarła.

Wszystkie te okoliczności, zwłaszcza ostatni pobyt mamy w szpitalu, codzienne tam wizyty, jej powrót do domu, śmierć, przygotowania i sam pogrzeb, spowodowały, że właściwie do tej pory nie ze wszystkimi sprawami się uporałem i na hobby wciąż brakuje mi czasu.

Ostatni majowy weekend był bardzo intensywny. W piątek po pracy pojechałem zajrzeć do domu mamy, a później na szybkie zakupy. Wieczorem, a właściwie w nocy „grzebałem” w Internecie i czekałem na telefon od córki, która wcześniej poprosiła, abym około 1 w nocy odebrał ją z Woli. Na telefon się nie doczekałem i poszedłem spać dość późno. Córka z imprezy wróciła sama nad ranem. W sobotę, po południu  pojechaliśmy na piknik rodzinny u dealera samochodowego w Aninie. Pogoda ładna i na pikniku „zjedliśmy obiad” (kiełbaski, karkówkę i inne drobiazgi). Ja spotkałem kilku kolegów z pracy, a żona pogadała sobie z żoną jednego z nich i generalnie z pikniku wróciła zadowolona.

Pierwotnie rozważałem opcję odwiedzenia w sobotę zarówno dealera w Aninie, jak i targów Auto Nostalgia, bo w drodze do dealera, przejeżdżam zawsze obok hali targowej, jednak w praktyce okazało się to niewykonalne i na targi wybraliśmy się w niedzielę. Podobnie jak w roku ubiegłym żona zgodziła się mi towarzyszyć.

Do targów tym razem się właściwie nie przygotowywałem. Na wszystkich poprzednich imprezach byłem zaopatrzony w aparat  i komórkę. Z pierwszych trzech targów zamieściłem dość obszerne relacje na blogu. W ubiegłym roku, pomimo, że nie miałem zamiaru robić wielu zdjęć, wyszło ich na tyle dużo, że relację musiałem podzielić na dwa wpisy. W tym roku też właściwie nie planowałem robienia zdjęć, bo w końcu ile razy można pokazywać te same samochody. Dlatego tym razem, na targi Auto Nostalgia nie zabrałem ze sobą aparatu, ja wziąłem komórkę, zaś żona Iphona.

Na miejscu, jednak postanowiłem kilka aut uwiecznić i jak na poprzednich imprezach, jeszcze przed wejściem do hali zrobiłem kilka zdjęć:

 Tak, tak dokładnie tego samego Wartburga już tu pokazywałem. (Pięć lat temu)

Możliwe, że i to auto też już tu pokazywałem, ale tego auta nie sposób pomylić z żadnym innym: Jaguar MK II

To też bardzo charakterystyczny samochód: Alfa Romeo Giulia

Giulia to jedna z moich ulubionych alf, więc nie mogłem powstrzymać się przed jej uwiecznieniem.

I ostatni rzut oka na auta przed halą: Triumph Spitfire i Alfa Romeo Spider. 

Po obejrzeniu aut przed halą, których było zdecydowanie mniej niż w latach poprzednich, zadzwoniłem do kolegi, który z wystawy wyszedł do holu i wręczył nam wejściówki.  Weszliśmy przez bramki do drugiej, „mniej prestiżowej” części hali wystawowej.

W tym roku auta nie były tak stłoczone, jak na poprzednich wystawach. Jednak aby zrobić dobre zdjęcia, też czasem trzeba było trochę poczekać, aby oglądający odeszli od fotografowanego eksponatu.

Po wejściu do hali „przejąłem” od żony Iphona i zacząłem robić zdjęcia. Nie wszystkie się udały, bo sama wciąż nie mam smartfona i krótkie przeszkolenie, jakie tuż przed wyjazdem na targi, przeszedłem u mojej córki, która owego Iphona używała przez 4 lata, okazało się niewystarczające. Niemniej jednak kilka zdjęć udało mi się zrobić:  

W tej części było stoisko na którym stało kilka fiatów 125p:

 Polski Fiat 125p to w Polsce samochód „absolutnie kultowy”

Bez niego, żaden zlot pojazdów zabytkowych odbyć się nie może. 

Kiedyś można go było spotkać na każdym rogu. Na tle znacznie nowocześniejszych aut zachodnich wyglądał staro i nieciekawie. Dziś, ładnie odrestaurowany egzemplarz, sprzed ponad 40 lat, naprawdę „cieszy oko”.

Fiat 132 1800 GLS . Tak, ten sam, który pojawił się w mojej relacji z obchodów 65. rocznicy rozpoczęcia produkcji w FSO

A to prawdziwy moto-rower. Takie pojazdy doskonale pamiętam z czasów mojego dzieciństwa.  

W tym roku na targach jednośladów było naprawdę niewiele. 

 BMW ? Oj chyba nie, ale podobny, a właściwie motocykl o rodowodzie BMW, ale chyba nie z Monachium. Prawdopodobnie radziecki motocykl wojskowy M-72, swego czasu spotykany również w Polsce.

No, jeszcze nie aż taki stary, ale już absolutny klasyk: Jaguar XJ6 MK III 

 I jego, o kilka lat starszy brat Jaguar XJ6 MK II

Ferrari Testarossa wciąż świetnie wygląda, a ma przecież ponad 30 lat.

Ford Mustang z 1967 roku to jedno z najpiękniejszych amerykańskich aut w historii. 

I nieco młodszy Mustang Mach I

A obok ogromny „skrzydlaty” Cadillac z 1955 roku

Ferrari 308 GTB

Na targach już od kilku lat jest pawilon z modelikami

Modeliki budziły zainteresowanie nie tylko panów.

 

A tu naprawdę duży wybór i to w mojej ukochanej skali 1:43

 Naprzeciwko stoiska z modelikami stał Polonez „borewicz”

Nieco dalej scenka rodzajowa z lat 80-tych z „maluchem” w roli głównej. 

 Dla mnie jednak niewątpliwą gwiazdą targów było takie oto auto.

Piękna Skoda 110R . Jej modelik ukazał się 2 lata temu w serii „Kultowe Auta PRL” i oczywiście go kupiłem.

W latach jej świetności nie widziałem auta nigdy na żywo, ani w NRD, ani w Czechosłowacji. W Polsce samochód był praktycznie zupełnie niespotykany.

Obok stał  Volkswagen T2a jakieś niemieckiej ochotniczej straży pożarne .

To zdjęcie musiałem zrobić: Volkswagen Polo Coupe z 1990 roku (już po faceliftingu) . To w pewnym sensie ciekawostka na targach zabytkowej motoryzacji, bo przecież ten samochód wciąż można spotkać na warszawskich osiedlowych parkingach, a tu proszę już „zabytek”.

W sobotę (dzień przed wycieczką na Auto Nostalgię) u dealera w Aninie wraz z żoną z zaciekawieniem oglądaliśmy współczesny samochód kampingowy zbudowany przez firmę Westfalia na bazie furgonetki. Toteż kiedy na wystawie zobaczyliśmy to auto, postanowiliśmy zajrzeć do środka, zwłaszcza, że drzwi były szeroko otwarte. 

Chevrolet Van ma swoich fanów i wciąż jeszcze można go na naszych ulicach spotkać.

A w środku zupełnie nie motoryzacyjna atmosfera:

Fotele i „otomana” jak u babci

Po obejrzeniu aut wystawionych w „mniej prestiżowej” części hali wystawowej, przeszliśmy do części „bardziej prestiżowej”:

Volvo PV 544  

Austin Healey 100, którego modelik był tu kilka lat temu prezentowany.

A tu na pierwszym planie jeden z moich ulubionych „anglików” MGB GT. W tle MGA.

Niestety z tej części wystawy udało się zrobić tylko kilka zdjęć, bo stary „odziedziczony” po córce Iphone żony, mimo wymiany baterii (kilka miesięcy temu) nie dał rady i prawdopodobnie się rozładował. Na wystawę wziąłem też ze sobą również moją „leciwą” komórkę. Jednak tuż przed wyjazdem z domu okazało się, że po podłączeniu jej do komputera, ten ostatni jej „nie widzi”. Ale cóż było robić. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i dalej fotografowałem już nią.  

Relację z bardziej „bardziej prestiżowej” części wystawy zamieszczę tu za kilka dni, bo po powrocie do domu jednak udało mi się „zrzucić” na komputer również zdjęcia z komórki. Na przygotowanie każdego wpisu na blogu potrzeba zawsze trochę czasu, a zdjęcia z komórki nie są jeszcze „obrobione”.  

W następnej relacji napiszę też dlaczego moim zdeniem tegoroczna Auto Nostalgia nie była tak ciekawa i oblegana jak poprzednie.

pozdrawiam

cdn.