Tag: Polski Fiat

293. Kultowe auta PRL – Polski Fiat 125p rally (wydanie specjalne)

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłem, a właściwie wciąż jestem ciągle bardzo zajęty. Powody tej „zajętości” opisywałem tu nieraz, zwłaszcza w ostatnich corocznych podsumowaniach roku.

Właściwie od stycznia 2015 roku, kiedy to moja mama zachorowała i zaczęła wymagać mojej opieki wciąż jestem zajęty. Ponad dwa lata mój czas wolny dzieliłem między moim domem, a domem mojej mamy, a po jej śmierci miałem mnóstwo zajęć związanych z porządkowaniem spraw rodzinnych i załatwianiem różnych życiowych spraw związanych z jej odejściem. A że są to sprawy ważne (można rzec o znaczeniu strategicznym). Nie bardzo mam więc głowę i czas dla modelików, a zwłaszcza na pisanie bloga.

Na to wszystko nałożyło się dorastanie mojego dziecka, które też wiąże się z koniecznością załatwiania różnych spraw i rozwiązywania różnego rodzaju problemów.

Jesienią ubiegłego roku, po uporaniu się z częścią spraw ważnych życiowo, zaczęły się sprawy związane z moją córką. Gdzieś na przełomie września i października, córka oświadczyła, że zamierza się wynieść i zamieszkać z koleżanką w centrum miasta. Nie chciałem się na to zgodzić, bo plany mieliśmy zgoła inne, ale cóż. Na przełomie listopada i grudnia zachorowała moja teściowa. Trochę korzystając z zamieszania i tego, że żona bardzo przeżywała chorobę swojej mamy, córka dopięła swego i wyprowadziła się do koleżanki. Trzeba jej było oczywiście pomóc się trochę urządzić, to i owo kupić i zawieść do jej nowego tymczasowego lokum.

Poza tym córka już od dłuższego czasu miała zamiar wyjechać na pół roku na studia za granicą w ramach programu Erasmus. Pierwotnie miała jechać na studia w ramach Erasmusa na jesieni,  a przez ten czas nauczyć się języka.  Jej wybór padł na Uniwersytet Sztuk w Berlinie. Jednak na przełomie grudnia i stycznia córka trochę spanikowała i uznała, że na jesieni będzie sporo chętnych i może się na wyjazd nie załapać, więc złożyła papiery na semestr letni i jako jedyna chętna zakwalifikowała się.

Od początku lutego zaczęły się więc gorączkowe przygotowania do jej wyjazdu.  Co prawda zajęcia zaczęły się dopiero w tym tygodniu (a więc na początku kwietnia) ale trzeba było załatwić zakwaterowanie. Córka dostała przydział do akademika w centrum Berlina, ale trzeba było zapłacić  kaucję i wynająć akademik na pół roku (już od początku marca). A skoro i tak trzeba za akademik płacić, to ustaliliśmy, że córka w trakcie marcowego pobytu w Berlinie, tam pójdzie na kurs niemieckiego. (Co zresztą wydawało się bardziej efektywne i o dziwo mniej kosztowne niż w Warszawie)

Dla mnie zaczął się dość gorący okres, bo córka nie zna języka na tyle dobrze, aby załatwiać różne związane z wyjazdem formalności , więc to ja dzwoniłem na uczelnię w Berlinie, do firmy zajmującej się wynajmem pokoi dla studentów i do samego akademika. Z braku konta walutowego, 500 Euro kaucji przelała na wskazane w dokumentach wyjazdowych konto moja siostra z Francji (trzeba jej będzie tę kwotę jeszcze zwrócić), Później zaczęły się dość gorączkowe poszukiwania niezbyt drogiej szkoły językowej, miesięcznego kursu w dogodnym terminie i na właściwym poziomie (B1.2). I ten temat też pilotowałem ja (dzwoniłem, pisałem maile itd.)

W końcu 4 marca wstaliśmy o 5 nad ranem i odwieźliśmy córkę na dworzec. Wraz jej wyjazdem nie zakończyły się automatycznie wszystkie przygotowania. Po „wylądowaniu” córki w Berlinie, „zdalnie” załatwiałem kurs niemieckiego. Było z tym trochę przygód i gorączkowych telefonów, bo w szkoła publiczna (oddalona od akademika 15 minut piechotą) córce nie bardzo przypadła do gustu. W szkole prywatnej przy Aleksanderplatz ktoś w ostatnim momencie zarezerwował ostatnie wolne miejsce i w końcu córka poszła na kurs do szkoły, którą znalazłem w Internecie jako pierwszą.

Trzy dni po wyjeździe córki pojechała do niej na kilka dni koleżanka. Trzeba więc było przygotować „paczkę” z ubraniami i innymi drobiazgami, których Agnieszka nie dała rady zabrać. A klika tygodni później ta sama koleżanka znów pojechała w odwiedziny do Berlina i znów musieliśmy wstać o 5 nad ranem i jechać na dworzec, bo koleżanka zabierała w podróż ukochany rower mojej córki:

Peugeot Saint Tropez 2

Damską wyścigówkę Peugeot Saint Tropez (model 1987) kupioną latem ubiegłego roku na OLX.

Peugeot Saint Tropez

Rower oczywiście trzeba było przygotować, przejrzeć i przesmarować  linki, kupić nową pompkę i nowy zamek (a właściwie łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą). Na wymianę przedniej szytki niestety zabrakło już czasu, więc napuściłem do niej profilaktycznie 25 ml mleczka uszczelniającego, bo stare chyba wyschło, ale skoro zalana mleczkiem szytka  przez ostatnie pół roku trzymała ciśnienie, więc i tym razem chyba „da radę”.   

Tydzień po wyjeździe córki wreszcie złapałem „chwilę oddechu” i wybrałem się na giełdę, która odbyła się w siedzibie Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie 10 marca. Na samym początku zakupiłem 4 gablotki do modeli (po 5 zł sztuka, których do tej pory nie zagospodarowałem). Później zacząłem jak zwykle oglądać wystawiony towar. Giełda była duża, jednak tym razem nic nie przykuło mojej szczególnej uwagi. Dopiero pod koniec, kiedy wystawiający zaczęli się pakować, na stoisku pewnego Czecha, który ostatnio przyjeżdża na giełdę dość regularnie, a od którego kupiłem gablotki, wygrzebałem jeden modelik i kupiłem go.

Fiat 125p rally 9

Polski Fiat 125p rally z serii Kultowe Auta PRL kiedy się ukazał, nie wzbudził mojego entuzjazmu i do gustu mi nie przypadł . ( Było to dobrych kilka lat temu – nie pamiętam nawet kiedy)  Modelik wyszedł jako wydanie specjalne, był więc droższy niż „standardowe” modele z serii. Kosztował już chyba 36 zł, a że miał kilka merytorycznych wad odpuściłem go sobie.

Jakiś rok temu właśnie na giełdzie zobaczyłem modelik , zrewaloryzowany nieco przez jednego z kolekcjonerów i ten spodobał mi się. Zacząłem więc rozważać jego „okazyjny zakup” i wykonanie poprawek jakie wtedy zauważyłem. Na Allegro jednak modelik wraz z przesyłką wychodził ok 40 zł, myślałem więc dalej. Rozważałem nawet wysłanie mojej córki do oddalonej od jej akademika o ok 3 km Classic Remise Berlin, gdzie jest stoisko sklepu ck-modelcars.de , (w którym  modelik kosztuje 6,95 Euro, a z którego prawdopodobnie pochodzi spora część wystawianego na Allegro asortymentu)   Zamiar ten jednak porzuciłem, bo na ostatniej giełdzie Czech sprzedał rajdowego fiata za 20 zł.

Fiat 125p rally 10

Na zdjęciach (ze wspomnianego powyżej sklepu) prezentuje się bardzo fajnie, ale jak już napisałem modelik posiada kilka dość jednak istotnych wad i jak w lustrze odbija się w nim bardzo słaba konsultacja merytoryczna modeli, które w serii się ukazały.

Pierwszą, której niestety poprawić się w prosty sposób nie da jest biegnący wzdłuż nadwozia niebieski pas (charakterystyczny dla rajdowych samochodów Polski Fiat 125p, które w latach 1971-1973 startowały w Rajdzie Monte Carlo). Pas powinien być poziomy, a niestety w modeliku z tyłu opada w dół. Wg mnie jest to spowodowane technologią malowania pasa. Musiał się oz zmieścić z odpowiednim odstępem z przodu nad wargą przedniego błotnika, a dalej pod wystającymi z nadwozia klamkami. (Nie wiedzieć jednak czemu, w modelikach Daffi, dostępnych powszechnie na stacjach benzynowych, a będących de facto „podróbkami” Kultowych Aut PRL  pas udało się namalować poziomo).

Kolejna wadą jest to, że modeli przedstawia fiata 125p z lat 1968-1972, a skoro tak, to najlepiej byłoby gdyby miał numer startowy #52. To właśnie Polski Fiat 125p z numerem  #52 i załogą Robert Mucha, Lech Jaworowicz  odniósł największy sukces w historii startów polskich fiatów w tymże rajdzie Monte Carlo 1972 zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce. Polski Fiat 125p z numerem 41 (takim jak modelik) i załogą  Robert Mucha, Ryszard Żyszkowski rok później (w 1973 roku) też odnieśli sukces zajmując w klasyfikacji generalnej  35 miejsce. Jednak samochód z 1973 roku był to model „przejściowy” MR ’73 z czarną plastikową atrapą i kasetowymi klamkami (co akurat w modeliku się nie zgadza)

Ponadto w  modeliku zastosowano zderzak przedni wraz z imitacjami halogenów rodem z innego (wcześniejszego) „kultowego wydania specjalnego” – milicyjnego modelika fiata 125p (opisywanego zresztą na tym blogu)  W tamtym modeliku okrągłe dodane na zderzaku elementy „robiły” za imitację klaksonów, w tym za halogeny. Rozumiem „cięcie kosztów ” , unifikacja elementów , ale może bez przesady. Ponadto chyba również nie najlepiej wyglądające koła też pochodzą ze wspomnianego modelika (z tą różnicą, że ich środek nie został pomalowany na czarno, a cała felga jest srebrna)

Tyle o wadach. Jednak chyba w ujęciu ogólnym przeważają zalety. Główną jest to, że modeli rajdowej wersji się w serii ukazał, jest fajnie pomalowany  i jest dzięki temu dobrą bazą do drobnych przeróbek, które po jego zakupie pojąłem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było rozebranie modelika. Jest z tym trochę kłopotu, bo w modeliku fiata tylna śrubka mocująca podwozie do nadwozia jest ukryta pod imitacją zbiornika paliwa.

Fiat 125p rally 11

Temat niby dobrze mi znany, bo przecież każdy z opisanych na tym blogu 5 modeli fiata 125p był rozbierany, jednak tym razem nastręczył trochę kłopotów. Aby dostać się do śrubki trzeba imitację zbiornika wyciągnąć z podwozia. Jest ona mocowana na dwóch cieniutkich bolcach i zawsze był z tym problem. Tym razem nie udało się jak w poprzednich modelikach zachować przynajmniej jeden bolec nieuszkodzony. Urwały się oba. Tylko jeden udało się później wyjąć z podwozia i przykleić do imitacji zbiornika. Drugi przy próbie wypchnięcia zniszczył się.

Fiat 125p rally 12

Tak więc teraz imitacja zbiornika trzyma się tylko na jednym bolcu (co jest trochę ryzykowne, zwłaszcza że ów bolec jest przyklejany)

Po rozkręceniu modelika przyszedł czas na poprawki tylnego pasa.

Kiedy na giełdzie wybierałem jeden z pośród kilku leżących w pudle modelików, giełda się kończyła i nie bardzo miałem czas na dokładne oględziny (zwłaszcza ze modelik był zapakowany w blister, przez który nie zawsze da się zauważyć wszystkie drobne czasem wady). Są to przeważnie wady montażowe, które tak naprawdę ujawniają się dopiero po otwarciu blistra i wyciągnięciu z niego modelika na światło dzienne.

I tak w modeliku, który kupiłem pas tyłu (tak jak w pierwszym opisywanym tu 10 lat temu modeliku fiata 125pzostał wykonany jako osobny element. Wiąże się to z tym, że między nim a pozostała częścią nadwozia widoczne są małe co prawda, ale widoczne jednak szpary. O ile szpara między klapą a pasem tyłu specjalnie nie razi, o tyle szpary na krawędziach błotników są niezbyt estetycznym „dodatkiem” bo są w miejscach w których w prawdziwym samochodzie jest gładka powierzchnia.  

W moim „starym”, pierwszym wspomnianym tutaj kremowym modeliku, po kilku latach udało się tę wadę wyeliminować:

97. Warsztat 2

Szpary miedzy pasem , a błotnikiem zakleiłem w nim klejem distal, który ma niemal ten sam kolor co nadwozie autka.

W modeliku rajdowego fiata w to miejsce trzeba będzie chyba napuścić trochę żółtej farby i zalać nią szczelinę. (Robiłem kiedyś taką operację w modeliku ferrari, ale jest ona pracochłonna i nie zawsze daje w 100% pożądany efekt). Tym razem poprzestałem więc na wymontowaniu i dokładnym dopasowaniu pasa tyłu do reszty nadwozia. Ponadto w modeliku rajdowym lampy tylne zostały niestety gorzej wykonane niż w pokazanym powyżej , prawdopodobnie dlatego, że modelik ukazał się już klika lat później niż „cywilny” i formy w których zostały odlane zwyczajnie trochę się zużyły. Efektem ubocznym tego zużycia było też to, że lampy nie zostały właściwie zamontowane. Prawą zostawiłem jak była, ale lewą musiałem „wyrwać” z pasa tyłu, oczyścić z resztek kleju wnękę w pasie w którą wchodzi i przykleić w końcu jeszcze raz. Porównując zdjęcie tyłu „starego”, pierwszego modelika (powyżej) i „rajdówki” (na końcu wpisu) widać, że moja teoria o zużyciu form jest raczej uzasadniona.

Kiedy zakończyłem poprawki tyłu, modelik odstawiłam na tydzień do witryny, a w międzyczasie zacząłem szukać zdjęć oryginału i trafiłem na zdjęcia modelików różnych wersji rajdowych fiatów 125p  wykonany w pracowni znanego mi z giełd kolegi Trackera. Zauważyłem , że jeden z modeli ma wymienione koła na takie jakie miały oryginalne fiaty startujące w rajdach Monte Carlo. Postanowiłem więc zrobić dokładnie to samo.  Z witryny wyciągnąłem kupionego na przeróbkę kilka lat temu na giełdzie „zapasowego” poloneza trucka. Posłużył mi za „dawcę” kół.   

Od tego momentu modelik wreszcie zaczął mi się podobać. Idąc za ciosem, wymontowałem też przedni zderzak, oderwałem z niego nieszczęsne „przeszczepione” z milicyjnego fiata imitacje halogenów i schowałem je do pudełeczka z drobnymi „częściami zamiennymi” wymontowanymi z innych przerabianych modeli.

Modelik znów trafił na dwa tygodnie do witryny i dopiero w ubiegły piątek zabrałem się z dorabianie nowych imitacji halogenów.  W międzyczasie poszukałem w Internecie kliku zdjęć rajdowych oryginałów. Postanowiłem „uprościć” sobie nieco życie i dorobić imitację halogenów w białych osłonach jakie stosowane są w lampach rajdowych aut (w trakcie jazd „za dnia” kiedy nie ma potrzeby włączania dodatkowych świateł.

Mniej więcej widziałem co chcę zrobić, potrzebowałem jednak odpowiedniego materiału.

Dawno, dawno temu, jeszcze w latach 80-tych kiedy pracowałem w RFN, nawet tam nie było takiego „zalewu” i dostępności modeli jak dziś. Z uwagi na to, że modele metalowe były dość drogie i nie zawsze najlepiej wykonane, kupowałem plastikowe zestawy do sklejania firmy Heller. Modele takie były jak na tamte czasy bardzo dobrze odwzorowane, a przy tym często ponad dwukrotnie tańsze od modeli metalowych. Poza tym często były to jedyne modele określonych samochodów, jakie były w ogóle dostępne.

Po ich sklejeniu i pomalowaniu nie wyrzucałem jednak ani pudełek, ani ramek ( da facto wyprasek kanałów wlewowych doprowadzających plastik w trakcie wtryskiwania go do formy do właściwych elementów modeli). Owe ramki traktowałem jako materiał do dorabiania różnych elementów modeli (w trakcie czy to napraw czy też przeróbek)

Fiat 125p rally 5

Kiedy pojąłem decyzję o przeróbce, zacząłem zastanawiać się jakiego materiału użyć. Wiedziałem, że powinien być to biały plastik, ale nie nie miałem pomysłu jaki.  Opisywany tutaj nieraz, a stosowany zazwyczaj prze ze mnie do dorabiania drobnych elementów plastik z pokrywek po lodach z „Zielonej Budki”, nie bardzo się do użycia nadawał, bo potrzebowałem elementów o  średnicy ok. 4,5 mm i grubości 2,5 mm. Plastik z pokrywek ma zaś grubość max. 1 mm, trzeba by więc było „halogeny” kleić z dwóch warstw. Wyciągnąłem wiec z mojej modelarskiej szuflady pudełko w którym znalazłem białą ramkę po sklejonym dawno temu modeliku firmy Heller. Na ramce były z dwóch stron „czopy” o średnicy ok  4,5 mm i wysokości 8 mm. (oznaczone na zdjęciu powyżej strzałką) . Są to de facto „magazyny” materiału wykorzystywane w trakcie wtrysku plastiku do ramki. To z nich odciąłem nożykiem piłką dwa okrągłe pierścienie z których później wykonałem halogeny. Niestety w trakcie piłowania okazało się że w „czopie” jest w środku dziura. Jest to normalne, bo w trakcie wtryskiwania plastiku do ramek, które de facto są niczym innym jak kanałami wlewowymi w formie wtryskowej służącej do wykonania odlewu elementów modelika do sklejania, w ramkach spotyka się zatopione w plastiku pęcherzyki powietrza. Jest to wada tego materiału, ale cóż tak jest.

Po wcięciu „pierścieni”, dziury w środku (po pęcherzykach powietrza) rozwierciłem wiertłem 1,5 mm. „Pierścienie” nabiłem na wykałaczkę i pilnikiem wypiłowałem kulisty kształt tylnej ścianki halogenów.

Fiat 125p rally 6

Z innej części ramki odciąłem kawałek pręcika o długości kilkunastu milimetrów, wsadziłem do pokazanego tu starego ołówka automatycznego i w tak obsadzonym pręciku na jego końcówce wypiłowałem kawałek pręcika o średnicy ok 1,5 mm który posłużył do zaślepienia otworów w pierścieniach imitujących halogeny. Następnie wkleiłem opiłowane końcówki pręcika we wcześniej wykonane pierścienie.

Halogen był prawie gotowy, ale trzeba go było jakoś zamocować do zderzaka.

Nie od razu miałem na to pomysł. W końcu postanowiłem obsadzić halogeny w zderzaku metodą „na sztyft” jaką wielokrotnie stosowałem przy obsadzaniu w karoseriach modelików dorabiane lusterka.

Fiat 125p rally 13

W narożach zewnętrznych wnęk w zderzaku (służących do mocowania wymontowanych wcześniej poprzednich , fabrycznych imitacji halogenów) nawierciłem wiertlem 0.8 mm otworki. tym samym wiertłem wywierciłem też otworki w imitacjach nowych, dorobionych halogenów. W otworki w halogenach wkleiłem klejem cyjanoakrylowym typu żel pręciki z drucika aluminiowego. Następnie dociąłem wystające z halogenów druciki na odpowiednią długość, po czym wkleiłem tak przygotowane halogeny w otworki w zderzaku.

Fiat 125p rally 7

Każdorazowo w trakcie wklejania, do trzymania halogenów wykorzystywałem wystające  z nich białe pręty z przodu używając do całej operacji ołówka automatycznego.

Fiat 125p rally 8

Dopiero po wklejeniu i ustawieniu halogenów odcinałem wystające z nich pręciki służące do ich trzymania w trakcie całej operacji.

Wybór plastiku-odpadu po starych modelikach Heller okazał się jak najbardziej słuszny. W trakcie odcinania prętów do trzymania okazało się, że nie da się tego zrobić żyletką chociaż do przecięcia było tylko 1,5 mm, a znów musiałem użyć nożyka piłki. Plastik modelarski (bo z takim mamy w tym wypadku do czynienia) jest twardy, ale zwykły klej modelarski do polistyreny świetnie go rozpuszcza tworząc bardzo trwałe połączenia. Dzięki temu, że plastik jest twardy, świetnie się go obrabia (np. pilnikiem) .

Dlatego po sklejeniu modeli Heller (kilkadziesiąt lat temu) nie wyrzuciłem ramek po nich do śmieci.

Modelik po przeróbce i poprawkach wygląda teraz tak:

Fiat 125p rally 1

Fiat 125p rally 2

Pierwotnie miałem zamiar dorobić jeszcze dwa takie same halogeny i zamocować je w miejscach brakujących w przednim zderzaku kłów. Niestety na razie nie mam na to czasu i na razie modelik zostanie taki jaki jest. 

Miałem też zamiar wykorzystać jeszcze jedną pozostałość po modelikach Heller. Kiedy ze starych pudełek wyciągałem plastikowe ramki, byłem przekonany, że w pudełkach oprócz ramek i instrukcji montażu znajdę też stare arkusze z kalkomaniami. Kilka modelików zostało wykonanych jako „cywilne” , a przecież zestawy do ich montażu były przeznaczone do wykonania wersji rajdowych.

Fiat 125p rally 3

Fiat 125p rally 4

Niestety w pudełkach kalkomanii nie znalazłem. Prawdopodobnie schowałem je gdzieś indziej. Cóż na razie nie będę ich szukał choć bardzo by się przydały. Były to kalkomanie między innymi z numerami bocznymi „52” i czerwoną tablicą z rajdu Monte Carlo z tym samym numerem. Cóż, niestety po kilkudziesięciu latach trudno jest przypomnieć sobie gdzie kalkomanie się schowało.

W ubiegła niedzielę była piękna pogoda, więc wybraliśmy się z żoną na wycieczkę rowerową na Saską  Kępę. W jej trakcie odwiedziliśmy chrześnicę żony, która tam teraz mieszka.

Żona pojechała kremowym rowerem miejskim Sprick, który 4 lata temu kupiliśmy córce na urodziny (wtedy taki chciała mieć). Rower ten (pokazałem go we wpisie 264.) jest duży i ciężki, ale jest wygodny i świetnie się nim jeździ bo ma amortyzatory w przednim widelcu i 7-biegową przerzutkę Shimano w piaście tylnej.

Ja pojechałem kolejnym „zabytkiem” z naszej rowerowej stajni:

Romet TrekkingPolski rower Romet Trekking, kupiony w 1995 roku dla mojej żony wciąż nam służy. Teraz jest to właściwie mój rower. Choć wygląda bardzo dobrze, zachował się w oryginale, jest z nim już trochę problemów, bo ma za sobą już kilka dobrych jeśli nie kilkanaście tysięcy kilometrów, Poza tym czas robi swoje.

 

W trakcie powrotu z Saskiej Kempy wstąpiliśmy na chwilę się do czynnego również w „niehandlowe niedziele” marketu Biedronka, przy dworcu Warszawa Wschodnia, kupić „coś na obiad”. Nieopodal wyjścia wśród zaparkowanych tam aut dostrzegłem dano nie widziany „zabytek”:

Fiat 125p 1974 1

Kiedy zrobiłem pierwsze zdjęcie, do auta podeszła dwójka młodych ludzi aby wsiąść do auta i odjechać.

Fiat 125p 1974 2

Chwilkę z nimi pogadałem  i dzięki tej pogawędce udało mi się zrobić jeszcze jedno ciekawe zdjęcie:

Fiat 125p 1974 3

pozdrawiam

 

P.S.

16 kwietnia 2018

Zabawy ciąg dalszy 

Jako odpad z dorabiania a właściwie wycinania pokazanych tu halogenów został mi maleńki „pierścień” o średnicy 4,5 mm i grubości 2 mm. W piątek przed weekendem usiadłem i pomyślałem: A może się jeszcze przyda. Postanowiłem dorobić jeszcze 2 dodatkowe halogeny i wykorzystać do tego ów „odpad.

Fiat 125p rally 14 Opiłowałem go z jednej strony po czym wyciągnąłem z mojej modelarskiej szuflady pudełko, z którego wyjąłem używaną do wykonania poprzednich halogenów ramkę i nożykiem piłką odciąłem z drugiego „czopa” mały okrągły kawałek.

Fiat 125p rally 15

W starym ołówku automatycznym pozostał też kawałek białego pręcika z dorabiania zamontowanych już do modelika lamp.

Fiat 125p rally 16

Dalej postępowałem w opisany powyżej sposób .

fiat-125p-rally-17.jpg

Kiedy w czaszach imitacji halogenów wykonałem maleńkie otworki do obsadzenia halogenów na drucikach, nożykiem piłą odciąłem imitację halogenów od pręcika obsadzonego w ołówku.

Fiat 125p rally 17a

W zderzak, od spodu nawierciłem dwa otworki o średnicy 0,8 mm i wsadziłem w nie przygotowane wcześniej druciki.

Fiat 125p rally 18

Druciki zagiąłem na zderzaku, po czym dociąłem na odpowiednią długość. Na te druciki nasadziłem dorobione wcześniej halogeny. Byłem zadowolony, ale rewelacji nie było. Ot po prostu dwa dodatkowe halogeny.

Wczoraj już po obejrzeniu transmisji z pożaru katedry Notre Dam, a właściwie w trakcie transmisji w Internecie,  kiedy było jasne, że konstrukcja jednak nie runęła i sytuacja wyglądała na opanowaną, wydrukowałem naklejki.

Fiat 125p rally 21

Przygotowałem je na podstawie zdjęć oryginalnego samochodu.

Fiat 125p rally 22

Naklejki wydrukowałem na arkuszu A4 z naklejkami „adresowymi” (stosowanymi w biurach do przygotowywania tradycyjnej, listowej korespondencji.

Teraz modelik wygląda tak :

 

Fiat 125p rally 20b

Teraz modelik przypomina auto załogi Robert Mucha, Lech Jaworowicz, które odniosło największy sukces w historii startów polskich fiatów w rajdzie Monte Carlo 1972, zajmując w klasyfikacji generalnej  24 miejsce.

Mała rzecz, a cieszy. Teraz niemal codziennie wyciągam modelik z gablotki, ustawiam na ławie lub obok komputera i oglądam go sobie. Muszę przyznać, że dawno żaden modelik nie sprawił mi takiej frajdy, jak ten kupiony okazyjnie, za całe 20 złotych.

Reklamy

233. Stare zabawki w mojej kolekcji

Kolekcja, której poświęcony jest ten blog, została zapoczątkowana 30 lat temu, wiosną 1984 roku. Nie znaczy to jednak, że w moich zbiorach nie ma modeli jeszcze starszych, zbieranych w czasach mojego dzieciństwa, czyli głębokiego PRL. Nie mam ich zbyt wiele. Ale te, które mam, choć nie wchodzą w skład mojej właściwej kolekcji, postanowiłem sobie zachować.

Kilka lat temu, przy jakiejś okazji, będąc u mamy zajrzałem na strych. W domu rodziców zostało parę moich rzeczy jeszcze z czasów młodości. Większość leży tam od ponad 30 lat (a więc od czasu kiedy dom rodzinny opuściłem na dobre). Przeglądając resztki moich dawnych „skarbów” postanowiłem jeden z nich ocalić od zapomnienia i przywieść do siebie do domu.  Zabawkę, a właściwie modelik z napędem sprężynowym na kluczyk kupiłem sobie w 1976 roku. Po maturze jako już dorosły młody człowiek postanowiłem zakończyć moje „młodzieńcze” zbieranie modeli samochodów. Jednak na „pożegnanie” postanowiłem kupić sobie trzy modele, o których od jakiegoś czasu marzyłem. O ile dobrze pamiętam pierwszym modelem był Renault 17 firmy Matchbox z serii Super fast. Drugim z całą pewnością była Skoda S 706 RT z naczepą i kontenerem w skali 1:87 z enerdowskiej firmy Premot, pasująca do innych moich modeli w tej skali, jakie w owym czasie zbierałem. I w końcu trzecim „pożegnalnym” modelem była pokazana tu teraz Toyota Corolla w skali 1:28.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Corollę, jak zresztą i dwa pozostałe, wymienione tutaj autka kupiłem w Centralnej Składnicy Harcerskiej w Żyrardowie, do którego od trzeciej klasy liceum dojeżdżałem na prywatne lekcje języka niemieckiego. Modelik Corolli był w owym czasie dość ciekawą ofertą. Wcześniej zbierałem głównie modele w skalach 1:72 (plastikowe polskie modele z serii Ruch) oraz enerdowskie modele w skali 1:87 (pasujące do kolejek H0).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Miałem też w mojej „starej”, „młodzieńczej” kolekcji 3 modele w większej skali, 1:43 (metalowego malucha włoskiej firmy Politoys oraz 2 plastikowe Panhardy z radzieckiej serii modeli produkowanych w Tbilisi, które były kopiami francuskich starych modeli firmy Norev).  Chciałem mieć jednak jakiś fajny, spory i bardziej dokładny modelik w większej skali. W połowie lat 70-tych w Centralnej Składnicy Harcerskiej pojawiły się 3 plastikowe modele samochodów japońskich, japońskiej zresztą produkcji. Były to modele do sklejania (niezbyt skomplikowane). Miały napęd na kluczyk, przez co miały też pewną wadę, jaką było płaskie i słabo odwzorowane wnętrze. Ale cóż, innych na „socjalistycznym” rynku nie było. Z owych trzech wybrałem Corollę, a o ile dobrze pamiętam, głównie z uwagi na kolor. Pozostałe 2 były po prostu białe, a Corolla jako jedyna była czerwona.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po przywiezieniu do Warszawy, modelik – zabawka trafił do gabloty z modelami z właściwej kolekcji. Od samego początku, oprócz opisywanej już wady, miał jeszcze inną. Nie wiedzieć czemu był od samego początku zbyt nisko zawieszony (podwozie „zapadało” się w nadwoziu). Już w czasie kiedy go składałem postanowiłem temu zaradzić i na brzegach płytki podwozia dokleiłem kawałki plastiku i aby wysunąć podwozie na dół, do nich, a nie do samej płytki przykleić nadwozie. Jednak w tamtym czasie nie byłem tak „wytrawnym” modelarzem jak obecnie i rozwiązanie to nie zdało egzaminu. Napęd mimo, że japoński od czasu do czasu się zacina, a wtedy trzeba z modelika wyjąć podwozie i w mechanizmie „pogrzebać”, albo po prostu go naoliwić. Z tego też powodu nie chciałem przyklejać podwozia na stałe, bo każda „konserwacja” wymagała rozcinania klejonego połączenia. Nadwozie było przyklejone więc prowizorycznie, tylko z przodu i z tyłu, co skutkowało tym, że kiedy w trakcie puszczania modelik na śliskiej podłodze wpadł w poślizg i np. uderzył w nogę krzesła, nadwozie spadało.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przez dłuższy czas nie miałem pomysłu ani czasu, jak temu zaradzić. Modelik stał w kącie na samym dole gablotki i czekał z naprawą na „święty nigdy”. Sytuacja zmieniła się rok temu. Kiedy na bazarze na Namysłowskiej przypadkiem upolowałem inny stary modelik podobnej wielkości, po jego naprawie postanowiłem naprawić również Corollę.

Na progi od wewnętrznej strony nadwozie nakleiłem czerwone plastikowe cienkie listwy. Przyklejone dawniej do płytki podwozia kawałki plastiku (z ramek od wypraski wnętrza) oderwałem i przykleiłem jeszcze raz, nieco bliżej środka. Na nie nakleiłem wycięte (z innego) plastiku płaskie płytki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W ten sposób powstał „zamek” dzięki któremu podwozie jest dobrze połączone z nadwoziem, a w razie potrzeby obydwa elementy dają się szybko rozdzielić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Stara japońska zabawka kupiona w 1976 roku obok innej, znacznie nowszej Corolli z mojej „dorosłej” kolekcji w skali 1:43:

233. Stare zabawki 7

Biała Corolla pochodzi z serii „Kultowe Auta PRL” i była już na blogu prezentowana.

Pośród rupieci na strychu w domu moich rodziców znalazło się też oryginalne pudełko od modelika. Po odpowiednim przygotowaniu, mam zamiar przystosować je do przechowywania w nim rozłożonego modelika.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Proszę, a tu Toyota jeździ i już się nie rozpada:

A wszystko zaczęło się od naprawy opisywanej tu jakiś czas temu innej zabawki z czasów PRL: Polskiego Fiata 125p.

Jak pisałem tu rok temu:

Niedaleko ode mnie na ternach dawnych basenów przy ulicy Namysłowskiej (na Pradze) w soboty i niedziele w godzinach przedpołudniowych odbywa się coś, co przypomina mi czasy PRL. Pchli targ pod gołym niebem. Od jakichś trzech lat od czasu do czasu tam zaglądam. Po co tam jeżdżę? Wiadomo po modeliki, a właściwie ich wraki, z których wyjmuję różne przydatne do moich przeróbek części. Z oczywistych względów największym rarytasem są kółka. Zdezelowany modelik kosztuje tam od 1 do 5 złotych, a skoro przeważnie i tak do przeróbek wykorzystuję praktycznie tylko kółka, doszedłem do wniosku, że lepiej i taniej będzie kupić na pchlim targu „rozbitka”, niż szukać po marketach resztek modelików firmy Hongwel (w cenie kilkunastu złotych).

Wycieczka na Namysłowską odbywa się zresztą w określonym porządku. Jadę tam przeważnie ok. godziny 12 i „przeczesuję” cały targ. Jeśli coś się trafi kupuję. Później (o ile jest to sobota) odwiedzam sklep modelarski na Jagiellońskiej, a później w zależności od pogody jadę na dalszą wycieczkę, bądź wracam do domu (zahaczając z reguły o jakiś Kaufland i Empik lub Tesco). Na Namysłowską jest ode mnie niecałe 3 kilometry, dlatego całą trasę przemierzam rowerem. Samochód trzeba by zostawić i tak jeszcze na Targówku, bo w okolicach bazaru nie ma go gdzie zaparkować, więc i tak trzeba kilkaset metrów dojść. Poza tym przy tak małym dystansie silnik nawet nie zdąży się rozgrzać, szkoda więc samochodu.

Prawdziwy „złoty strzał” przytrafił mi się rok temu (w sobotę 26 października 2013 roku).

W trakcie „obchodu” bazaru, miedzy stoiskami z kawą i (oczywiście ciuchami) moją uwagę przykuła niewielki kocyk, na której leżało kilkanaście zdezelowanych autek w różnych skalach, a wśród nich mały „rarytasik” zabawka Fiat 125p w całkiem dobrym stanie. Wziąłem ją do ręki i zapytałem zawianego nieco gościa, do którego kocyk należał: ile ? Gość był podchmielony i rzucił niezbyt wygórowaną kwotę, której nie zdradzę. Nie targowałem się. Wyjąłem z portfela tyle ile chciał i bez namysłu zapłaciłem: SAMSUNG DIGITAL CAMERAAutko było praktycznie kompletne i nieuszkodzone. Napęd okazał się sprawny. Brakowało tylko kawałka zderzaka tylnego z prawej strony. SAMSUNG DIGITAL CAMERAW moich „rupieciach” modelarskich znalazłem jednak odpowiedni kawałek białego plastiku i niedługo po zakupie dorobiłem brakujący kawałek zderzaka i kieł:

SAMSUNG DIGITAL CAMERADo Fiata nie mam pudełka. Nie wiem też do końca, kto i kiedy go wyprodukował. Na podwoziu nie ma żadnych oznaczeń i jedyne, co przez rok od jego zakupu udało mi się ustalić to, to, że został wyprodukowany gdzieś na przełomie lat 70-tych i 80-tych, najprawdopodobniej przez jakąś rzemieślniczą spółdzielnię pracy w Zielonej Górze.  (Wskazują na to ponoć stare, zielonogórskie numery na tablicach rejestracyjnych)

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPolski Fiat, podobnie jak Corolla też jeździ, ale nieco inaczej. Nie ma kluczyka i nie trzeba go nakręcać, ale trzeba go niejako rozpędzić. Ma napęd inercyjny (jest po prostu na koło zamachowe):

Fiata kupiłem bez namysłu z pierwotnym zamiarem korzystnej odsprzedaży na Allegro. Ale kiedy pokazałem go mojej mamie, powiedziała: „Zostaw go sobie, takiego nie masz, jest zupełnie inny niż wszystkie”.

Miała rację. Obydwa modele- zabawki choć są większe niż prezentowane tutaj zazwyczaj są niewątpliwą ciekawostką, a wielkością całkiem do siebie pasują:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

209. Kółeczkowe szaleństwo – lekarstwo na stres

Oj, czas wciąż niemiłosiernie mnie goni, ale ostatnio znalazłem go nieco, może nie tyle dla bloga, co dla modelików.

Od powrotu ze spóźnionych i krótkich wakacji w Krynicy minęło już półtora miesiąca. W tym czasie udało się zakończyć wreszcie remont kuchni i trochę zająć się właśnie modelikami. Zaraz po powrocie nabyłem (tak jak zresztą planowałem) Mercedesa W110 z serii Kultowe Auta PRL-u. Modelik, znany dobrze od lat z różnych wcześniejszych zagranicznych serii gazetowych ma dość poważną wadę. Jest sporo za długi, a właściwie ma za długi przód. Zanim jeszcze ukazał się w naszej krajowej serii miałem zamiar go kupić i przerobić, ale ponieważ przeróbka byłaby dość pracochłonna i z nie do końca wiadomym skutkiem, postanowiłem kupić modelik jak najtaniej. I tak po kilku latach bezskutecznego polowania na W110 na Allegro doczekałem momentu, kiedy modelik był do nabycia w kiosku pod domem i to w kolorze i cenie na Allegro raczej nieosiągalnych.

Ponieważ przeróbka trwa nie będę o niej już tu pisał. Zainteresowanych tematem odsyłam na forum na strony 353, 359 i 363 (zamieściłem tam analizę wymiarową i kilka zdjęć).

Ale dziś o tym czym zajmowałem się ostatnio z powodu zmęczenia się nieco opisaną powyżej przeróbką.

Niedaleko ode mnie na ternach dawnych basenów przy ulicy Namysłowskiej (na Pradze) w soboty i niedziele w godzinach przedpołudniowych odbywa się coś, co przypomina mi czasy PRL. Pchli targ pod gołym niebem. Od jakichś dwóch lat od czasu do czasu tam zaglądam. Po co tam jeżdżę? Wiadomo po modeliki, a właściwie ich wraki, z których wyjmuję różne przydatne do moich przeróbek części. Z oczywistych względów największym rarytasem są kółka. Zdezelowany modelik kosztuje tam od 1 do 5 złotych, a skoro przeważnie i tak do przeróbek wykorzystuję praktycznie tylko kółka, doszedłem do wniosku, że lepiej i taniej będzie kupić na pchlim targu „rozbitka”, niż szukać po marketach resztek modelików firmy Hongwel (w cenie kilkunastu złotych). Po co właściwie mi kółka, przecież „kultowe” modele, które głównie od 5 lat kupuję kółka mają. Niestety w wielu z nich właśnie kółka pozostawiają wiele do życzenia. A to są za duże, a to dekiel czy inny detal nie taki, dlatego jak już nie raz pokazywałem na tym blogu przerabiam je lub dorabiam nowe.

Wycieczka na Namysłowską odbywa się zresztą w określonym porządku. Jadę tam przeważnie ok. godziny 12 i „przeczesuję” cały targ. Jeśli coś się trafi kupuję. Później (o ile jest to sobota) odwiedzam sklep modelarski na Jagiellońskiej, a później w zależności od pogody jadę na dalszą wycieczkę, bądź wracam do domu (zahaczając z reguły o jakiś Kaufland i Empik lub Tesco). Na Namysłowską jest ode mnie 3 kilometry, dlatego całą trasę przemierzam rowerem. Samochód trzeba by zostawić i tak jeszcze na Targówku, bo w okolicach bazaru nie ma go gdzie zaparkować, więc i tak trzeba kilkaset metrów dojść, poza tym przy tak małym dystansie silnik nawet się nie zagrzeje.

W ubiegłym roku na tym targu kupiłem 2 modeliki. Jeden zdezelowany i kółka od niego zamontowałem do Łady Samary. Drugi to obity nieco Peugeot 203 z serii Taksówki Świata. Za ten dałem całe 5 złotych. Wyjąłem z niego odbłyśniki reflektorów i użyłem do odbudowywanego z wraka Volkswagena 1303 cabrio. Kółka mam zamiar wykorzystać do stareńkiego Citroena 2CV.

W tym roku wiosną i na początku lata (jeszcze przed remontem kuchni) byłem kilka razy na Namysłowskiej, ale, że nic ciekawego tam nie trafiłem zapomniałem nieco o pchlim targu. Przypomniałem sobie o nim dopiero 2 tygodnie temu.

W trakcie przeróbki Mercedesa W110 ze strychu u mamy przywiozłem pałąk do od piłki włośnicowej, którego nie używałem od dobrych 40 lat. W moich rupieciach szczęśliwie w starym pudełku z wiertłami zachowało się kilka brzeszczotów do cięcia metalu. Ale piłki używałem jeszcze jako uczeń szkoły średniej. Wtedy brzeszczoty można było dokupić w każdej składnicy harcerskiej. Teraz są już chyba nieosiągalne. Z tego co pamiętam cieniusieńkie niemal jak włos brzeszczoty bardzo łatwo się rozrywały, a że przy ostatniej przeróbce piłowania było sporo, zadałem na forum pytanie kolegom jak można ciąć karoserię modelika i jak to robią inni. Odpowiedź brzmiała tarczki do wiertarki o grubości 0,25mm. Te których używam od lat (Dremel) mają ) 0,6mm , postanowiłem więc jakoś zdobyć cieńsze tarczki. Wybrałem się po nie do sklepu modelarskiego na Jagiellońską, a że też wybrałem się tam rowerem, przejeżdżając obok targu na Namysłowskiej wstąpiłem tam. Tarczek nie kupiłem ani na Jagiellońskiej, ani na Targowej, (są najprawdopodobniej tylko do nabycia w hurtowniach dentystycznych) więc modelik pociąłem 40 letnią piłką włośnicową, ale to już temat na odrębny  wpis.

W ubiegłą sobotę była ładna pogoda i właściwie powinienem zając się porządkami na balkonie, ale postanowiłem skorzystać ze słońca i przejechać się na rowerze. Pojechałem oczywiście najpierw na pchli targ (jak tydzień wcześniej). Przy ładnej pogodzie prawdopodobieństwo trafienia na targu jakiegoś modelika jest znacznie większe niż przy brzydkiej, tak też się stało.

Już na samym początku „obchodu” na jednym z rozłożonych na ziemi folii z rupieciami dostrzegłem zdezelowany i nieco za duży modelik-zabawkę Fiata 500 firmy Welly. Obejrzałem go, ale odłożyłem, modelik nie nadawał się do niczego, ale kółka miał w dobrym stanie. Po jakimś czasie wróciłem w tą samą alejkę , przy „stoisku” stał mały chłopiec, zapytałem ile za niego chce i kupiłem „rozbitka” za całą złotówkę. Pod koniec „obchodu” w jednej z alejek dostrzegłem stoisko z dużymi modelami samochodów. Podszedłem, żeby je obejrzeć i wtedy z tyłu stolika zauważyłem zielonego „kultowego” Rafa. Miał pourywane zderzaki i lusterka, brak było też tablicy z tyłu, ale nadwozie nie było nawet porysowane, a kółka kompletne. Obejrzałem go dokładnie i zapytałem sprzedających młodych ludzi ile za niego chcą. Wyjąłem z kieszeni całe 2 złote i schowałem modelik do kieszeni.

Jeszcze tego samego wieczoru odłożyłem w kąt przerabianego właśnie Mercedesa i zacząłem oglądać świeże zdobycze z Namysłowskiej. Na początku nie bardzo miałem pomysł, co z nimi zrobić. Po chwili jednak przypomniałem sobie o Moskwiczu 408, do którego od samego początku bezskutecznie poszukiwałem na giełdach kółek od radzieckiego modelika Moskwicza 412.

I tak kółka od Fiata 500 Welly po oklejeniu dekli błyszczącą aluminiową folią wylądowały w Moskwiczu:

Oryginalne kółka w „kultowym” Moskwiczu są zdecydowanie za duże i już dawno postanowiłem temu jakoś zaradzić. Modelik był opisywany na blogu ponad 4 lata emu TUTAJ. Kółka od Moskwicza wylądowały w pudełeczku z częściami od przerabianego właśnie Mercedesa i okazało się, że przeleżą w nim tydzień.

W ubieg sobotę dość późno poszedłem spać. W środku nocy zadzwoniła komórka. Zanim wstałem z łóżka zamilkła więc próbowałem zasnąć. Za chwilę zadzwoniła znowu. Też jej nie odebrałem, ale wstałem zobaczyć, co się stało. Okazało się, że dzwoniła mama. Była niedziela przed 6 rano. Oddzwoniłem. Mama powiedziała mi, żebym szybko przyjechał, bo wtrakcie kąpieli usiadła na rancie wanny, wywróciła się i leci jej krew. Po krótkiej naradzie z żoną, 10 minut później siedzoiałem już w samochodzie. Przed siódmą dotarłem do mamy. Była roztrzęsiona. Cwilę z nią posiedziałem, po czym pojechałem z nią do przychodni. Dyżurny lekarz obejrzał ranę z tyłu głowy i polecił zawieźć mamę do szpitala w Pruszkowie. Tak też zrobiłem. W szpitalu lekarze ocenili, że z zewnątrz nie wygląda to groźnie, ale byłoby dobrze, gdyby mama została na kilka dni na obserwacji. Mama nie chciała się zgodzić. Wtedy poprosili mnie abym ją przekonał i tak kilkanaście minut później mama leżała  już w szpitalu. W niedzielę pomimo pięknej pogody nie miałem czasu ani na spacer ani tym bardziej na dalsze zabawy w modeliki. Koło południa wróciłem do domu zabrałem trochę ubrań i psa i przeniosłem się do domu rodziców. Mamę odebrałem ze szpitala we środę, ale tego samego dnia w pracy wybuchła afera, której byłem współautorem (po prostu kilka tygodni wcześniej pisząc e-mail do Niemiec załatwiając 14 czy 15 sprawę tego dnia pomyliłem się). W międzyczasie bodajże w poniedziałek żona poszła do lekarza, do którego wybierała się od kilku dni. Ten w trakcie wizyty oznajmił jej, że ona też dość szybko powinna, iść do szpitala.

Do domu wróciłem w czwartek wieczorem kompletnie rozbity. Mama po powrocie ze szpitala nie czuła się jeszcze dobrze, Żona była od kilku dni bardzo zdenerwowana i ja też. Do tego wszystkiego jeszcze afera w pracy. Usiadłem przy stole w kuchni i zamontowałem kółka od Moskwicza do RAFa (trochę się przy tym odprężyłem):

Kupiony na Namysłowskiej modelik postanowiłem odbudować. Jest w niezłym stanie, a kosztował całe 2 złote.

W piątek miałem ciężki dzień w pracy. Po pracy pojechałem na zakupy. Wciąż byłem zdenerwowany. Było późno, więc już za dalsze prace przy modelikach się nie zabierałem.

Wczoraj, w sobotę znów była piękna pogoda. Znów wskoczyłem na rower i pojechałem na Namysłowską. Tym razem kupiłem kilka rozbitków między innymi taką oto bez-skalową ciężarówkę firmy Hongwell (za 1 zł) i jeszcze drugą (ale z urwaną jedną osią za 3 zł) :

): 

Zdobycz niedroga, ale cenna. To właśnie kółka i opony z takich ciężarówek (kupionych kiedyś w Auchan) wykorzystałem do dorobienia kółek w Nysie N59, a później też w Żuku. Kółka kompletne wykorzystywałem też wcześniej do modelików Mercedesa T2.

W sobotę z opisanych powyżej powodów wciąż byłem jeszcze zdenerwowany. I tak jak w poprzednich dniach znów postanowiłem podłubać przy modelikach. Kółka z drugiej kupionej przed południem ciężarówki zamontowałem najpierw do modelika Mercedes-Benz Vario:

Modelik był opisywany na blogu 4 lata temu TUTAJ. Wtedy nie miałem już kółek od modelików Hongwel aby go w nie uzbroić.

Po zamontowaniu nowych kółek Mercedesie Vario, postanowiłem wykorzystać też kółka od pokazanego powyżej RAFa. Wylądowały w tytułowym modeliku tego bloga – „kultowej” Warszawie M20:

Kółka od Warszawy (które notabene pochodziły ze starego niekompletnego radzieckiego modelika Czajki, wylądowały (tym razem już na stałe) w kultowej Pobiedzie M20. Jak ona na tych kółkach wygląda pokazywałem też już na blogu TUTAJ.

Przeróbki kółek to jednak nie chwilka. Czasem (jak w przypadku Warszawy) wymagały tylko przełożenia kółek między modelikami, ale w innych przypadkach wymagają precyzyjnego rozwiercania otworów na ośki, tak aby później kółka nie „biły”.(tak było zarówno w przypadku Moskwicza jak i Mercedesa). Wtedy trzeba rozłożyć już na stole bardziej profesjonalne narzędzia modelarskie niż nożyk czy szczypce. Potrzebna jest nie tylko wiertarka, ale i stojak do niej. Jednak wiercenie (wbrew pozorom) odbywa się ręcznie, przez pokręcanie futerka wiertarki:

Takie szybkie mechaniczne przeróbki to dla mnie doskonałe lekarstwo na stres. Bardzo mnie to odpręża.

Wczoraj, w sobotę późnym, późnym wieczorem po zakończeniu „kółkowych” przeróbek usiadłem do komputera i napisałem klika słów na forum o przeróbce W110. Chwilę później postanowiłem jeszcze pochwalić się pewną ciekawą zdobyczą z wycieczki na Namysłowską. Niestety drugiego wpisu na forum nijak nie dało się wysłać, więc szybko wkleiłem go do bloga i właściwie od niego zacząłem pisać ten długi wpis:

Innym kolegom melduję, że niestety z różnych powodów nie kupiłem Zaporożca (choć to naprawdę ładny modelik, ale ładnych modelików mam już pełną witrynę i gablotę też oraz kilka sporych pudeł w szafach)
Nie kupiłem też rajdowego PF 125. Zniechęcił mnie opadający do tyłu niebieski pas i to, że modelikowi trzeba poświęcić sporo czasu, którego niestety nie mam.
Poza tym czekam na wypłatę. Po, może się złamię i kupię, ale najpierw muszę sprawdzić jakie mam rajdowe kalkomanie od modeli Hellera.

Kupiłem za to dokładnie tę samą wersję fiata na jednym z bazarów:

Nie wiem, co to jest? Z młodości zupełnie sobie tego nie przypominam.

Wygląda to na wyrób Zakładów Przemysłu Terenowego „Ruch” , ale jakiś trochę duuuży!  (Niestety na podwoziu żadnych napisów nie ma, ale za to napęd mimo swoich co najmniej 40 lat w pełni sprawny).

Kupiłem tanio z zamiarem naprawy i sprzedaży (nie zbieram tej skali).

Kiedy jednak postawiłem to obok pamiątki z czasów młodości – Toyoty Corolli, w skali 1:28, z napędem na kluczyk, kupionej w Centralnej Składnicy Harcerskiej latem 1976 roku, nabrałem wątpliwości :

I tym sposobem zawędrowaliśmy tutaj do realnego PRL-u !

pozdrawiam

 

P.S.

3 listopada

Przez ostatnich kilka dni, co prawda dość pobieżnie, szukałem w Internecie informacji na temat plastikowego, niebieskiego Fiata 125p. Niestety nigdzie ich nie znalazłem. W marcowej relacji z giełdy zamieściłem zdjęcie autentycznych zabawek i modeli z czasów PRL (jakie stały na jednym ze stoisk). Jednak na nim też takiego autka nie ma.

Zadałem więc kolegom na forum pytanie „co to jest?”, w wątku „dla znawców”. Aby mogli lepiej modelik rozpoznać, dodałem jeszcze kilka jego zdjęć :

 

203. Kultowe Auta PRL – FSO 1500 sanitarka – (wydanie specjalne)

Zimo-wiosna

Dziś zauważyłem, że po kuchni lata pierwsza w tym roku mucha. Na pokazywanym tu ostatnio „polu” przed moim blokiem rozkłada się wesołe miasteczko. Właśnie grzmi, bo z oknem ściemniło się i przyszła pierwsza w tym roku wiosenna burza.  A przecież jeszcze kilka dni temu, na tym samym „polu” leżał śnieg, bo w Warszawie zima skończyła się dopiero 10 kwietnia.

Kiedy w sobotę 24 marca opisywałem tu modeliki Hondy, byłem przekonany, że pokazuję na blogu ostatnie w tym roku zimowe zdjęcia. Synoptycy zapowiadali rychłe ocieplenie i przyjemną Wielkanoc. Nie sądziłem w ogóle, że zima potrwa jeszcze 2 tygodnie.

W Wielką Sobotę przywiozłem do nas moją mamę i byłem z nią na Starówce „na grobach”. Trochę dziwnie się czułem, bo było zimno i wszędzie leżało jeszcze sporo śniegu. W Wielką Niedzielę, tuż po świątecznym obiedzie w Warszawie rozszalała się prawdziwa śnieżyca i mama musiała zostać u nas jeszcze na jedną noc. Odwiozłem ją do jej domu dopiero w drugi dzień Świąt, który przypominał bardziej drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia niż Świąt Wielkiej Nocy. W Piastowie mama nie mogła otworzyć furtki bo było tyle śniegu. Ja w ten dziwny „lany poniedziałek” złapałem się za szuflę do jego ogarniania, a nie za wiadro z wodą.
Wielkanoc minęła, a wiosny wciąż nie było widać. W połowie tygodnia, już po Wielkanocy znów rozszalała się zadymka i spadło kolejne 20 cm świeżego puchu. W sobotę 6 kwietnia byłem już zimą zmęczony i choć pogoda nie była najgorsza, na wypad za miasto jakoś nie mogłem się w żaden sposób wybrać. Zrobiłem to w niedzielę 7 kwietnia. Wybrałem się do Rembertowa na dawny wojskowy poligon. Jak tam trafiłem ?

Otóż, 4 lata temu miasto stołeczne Warszawa, po dwudziestu latach od upadku PRL zebrało się w sobie i w końcu postanowiło  połączyć ulicę Strażacką (znaną miłośnikom starszych aut z kilku znajdujących się przy niej złomowisk, na których można się było zaopatrzyć w tanie części zamienne) z ulicą Zabraniecką, na końcu której stoi spalarnia śmieci. (O budowę tej ostatniej dobrych kilkanaście lat temu była w Warszawie okropna awantura). Nową ulicę otwarto pod koniec grudnia 2009 roku i zawsze kiedy nią jeżdżę, nie mogę wyjść z podziwu, że wybudowanie, tego liczącego sobie 1400 metrów odcinka drogi, która jest najkrótszym połączeniem Rembertowa i Sulejówka z warszawską starą Pragą, Starówką, Wolą i Placem Bankowym zajęło miastu 20 lat.

Na warszawskim Targówku mieszkam od wiosny 1994 roku i od początku kiedy tylko się tam sprowadziłem, na wypady za miasto, przeważnie rowerem, jeździłem w kierunku Białołęki lub Marek, czasem jeszcze w kierunku Zielonki. Tereny Targówka przemysłowego, choć położone bardzo blisko, wydawały mi się zupełnie nieatrakcyjne. Pamiętam, że w okolice te wybrałem się raz gdzieś w połowie lat 90-tych i przebiłem się rowerem ze Strażackiej na Zabraniecką, zanim jeszcze nowa droga była w jakichkolwiek planach. Wycieczka ta nie pozostawiła po sobie jednak miłych wspomnień, więc długie lata tam po prostu nie jeździłem.  Dobrych 10 lat później, gdzieś w 2006 albo 2007 roku latem, po pracy, wybrałem się rowerem w okolice sławetnej spalarni śmieci. Do spalarni jest od mnie jakieś 4 kilometry więc to żadna przejażdżka. Do spalarni wiedzie szeroka ulica Zabraniecka (wybudowana jeszcze w czasach PRL) i jechało się nią bardzo dobrze. Od spalarni w kierunku Rembertowa, aż do bocznicy kolejowej prowadzącej na Targówek Fabryczny, wiódł kilkusetmetrowy odcinek drogi wyłożonej betonowymi płytami . Niestety tuż za bocznicą betonowa droga się kończyła i dalej była już mocno rozjeżdżona droga polna. Kiedy tam dojechałem i zobaczyłem jak osobowy samochód przebija się z trudem przez wypełnione czarną mazią półmetrowej głębokości doły, to choć wiedziałem, że od wysypanej przy złomowiskach żużlem Strażackiej dzieli mnie zaledwie jakieś 600- 700 metrów, z dalszej jazdy zrezygnowałem i zawróciłem do domu. Chyba latem 2009 roku znów pojechałem rowerem pod spalarnię i ze zdumieniem zauważyłem, że w miejscu gdzie zaczynała się wyłożona betonowymi płytami droga stoi płot, a na nim wisi tablica z dumnym napisem „budowa ulicy Strażackiej”. Zanim jednak ulicę otwarto przyszła zima i na przejażdżkę nią rowerem wybrałem się dopiero wiosną 2010 roku.

Ulicę wybudowano bardzo ładnie. ( Ja czekałem na nią w końcu 15 lat, a inni trochę dłużej). Wzdłuż ulicy zrobiono szeroki  chodnik i asfaltową ścieżkę rowerową. Okolica przez jaką wiedzie nowa ulica nie jest zbyt ciekawa, jednak dzięki niej otworzyły się przede mną możliwości poznania nowych terenów, które teraz stały się dużo bardziej dostępne.

Dwa lata temu wybrałem się na wycieczkę rowerową nową ulicą Strażacką na obrzeża Rembertowa. Stamtąd pojechałem przez las do znanej mi z wcześniejszych wycieczek drogi łączącej Zielonkę z Ząbkami. Dalej znów przez las do Ząbek, skąd na Targówek wróciłem spokojnymi, bocznymi ulicami warszawskiego Zacisza. Cała przejażdżka zajęła mi raptem 2 i pół godziny, więc kilka razy trasę tę później powtórzyłem. Przy okazji jednej z takich wycieczek odkryłem położoną w lesie miłą stacyjkę Zielonka Bankowa, a przy niej parking.

Jesienią ubiegłego roku moja mama miała ochotę na spacer po lesie. Pojechałem po nią na Dworzec Wschodni samochodem.  Nie miałem jednak ochoty jechać z nią na dość odległą Białołękę, na którą czasem zabierałem rodziców na spacer, ale pojechaliśmy na położony dużo bliżej parking przy stacji Zielonka Bankowa. W trakcie tego spaceru okazało się, że las, przez który do tej pory jeździłem rowerem, wcale nie jest taki mały, jak mi się wcześniej wydawało. Jakieś półtora kilometra od parkingu wyszliśmy na szeroką przecinkę. Dalej szlak prowadził drogą przez las w kierunku Rembertowa. Nie poszliśmy tamtędy, bo było by to za daleko od parkingu, jednak na końcu owej drogi, kilkaset metrów od przecinki, na której staliśmy było widać że leśną drogę przecina jakaś ulica, którą jeżdżą samochody. Wtedy postanowiłem przy jakiejś okazji sprawdzić, co to za ulica.

Do Zielonki Bankowej pojechałem jeszcze raz pod koniec stycznia na spacer z psem. Pojechałem tam (tak samo jak z mamą) przez Ząbki i jakieś 2 godziny chodziłem po lesie między Zielonką a Rembertowem, ścieżkami i drogami znanymi mi z letnich wycieczek rowerem. Okazało się, że do parkingu, na którym byłem z mamą jest ode mnie z domu niecałe 10 km samochodem, a więc o 5 km bliżej niż na Białołękę, na którą jeździłem do lasu od wielu lat.

W sobotę 16 marca była piękna pogoda. Było co prawda kilka stopni mrozu i leżał śnieg, ale świeciło piękne słońce. O dziwo, żona wyraziła chęć wybrania się do lasu na spacer z psem. Tym razem też pojechaliśmy do tego samego lasu, jednak postanowiłem wejść do niego nie od strony Zielonki, ale od strony Rembertowa. Do lasu pojechaliśmy nie przez Ząbki, ale „nową” Strażacką. Ze Strażackiej wjechałem na ruchliwą i znaną mi dobrze drogę z Wawra do Nieporętu (na której zaliczyłem kiedyś stłuczkę). Jadąc w kierunku Zielonki na pierwszym skrzyżowaniu skręciłem w prawo i pojechałem do końca. Szeroka biegnącą obrzeżami Rembertowa ulica doprowadziła nas do przejazdu kolejowego, tuż za którym jest parking dla turystów. Zostawiliśmy tam samochód i idąc wzdłuż linii kolejowej w kierunku Zielonki już po kilkuset metrach doszliśmy do przecinki na której byłem na jesieni z mamą. Pochodziliśmy znów około 2 godzin po tym samym co wcześniej lesie, ale weszliśmy do niego z zupełnie przeciwnej strony.

Następnego dnia (w niedzielę 17 marca) pogoda nie była już tak dobra. Jednak odkrycie nowego miejsca bardzo mnie kręciło. Z bagażnika w samochodzie wyjąłem półkę, rupiecie przełożyłem na tylne siedzenie i do bagażnika wsiadł właściwy Artemis (już niestety 8 leni labrador). Pojechałem z nim na ten sam parking co poprzedniego dnia z żoną. Nie poszedłem jednak do znanego mi lasu między Rembertowem i Zielonką, ale ruszyłem w kierunku przeciwnym, do lasu, do którego przylega parking. Tak trafiłem na teren poligonu w Rembertowie.

Na poligon wybrałem się też po raz drugi tydzień później  24 marca. Wtedy dotarłem kilka kilometrów od parkingu i odkryłem dokąd biegnie poprowadzona jego środkiem asfaltowa i wygodna do spacerowania droga pożarowa.

W ubiegłą niedzielę 7 kwietnia znów była ładna pogoda i świeciło słońce. Miałem jednak obawy czy warto jechać do lasu, bo  w lesie mogło być mokro. W końcu to jednak kwiecień, a nie luty, słońce świeci dość mocno i rozpuszcza szybko śnieg. Postanowiłem jednak zaryzykować i po raz kolejny wybrałem się na poligon w Rembertowie:

Kiedy wszedłem do lasu, okazało się, że śnieg jest co prawda mokry, ale żadnego błota nie ma bo jest go tak dużo, że słońce nie daje rady go stopić.

Poligon w Rembertowie to dziwny las. W trakcie moich ostatnich trzech wypadów spotkałem tam więcej pojazdów mechanicznych niż pieszych turystów.

203. Polski Fiat 3

Po drogach i ścieżkach poligonu nie jeżdżą jednak tak popularne na warszawskich ulicach auta typu SUV (zwane złośliwie bulwarowymi terenówkami), ale rasowe, choć już nie młode typowe auta terenowe. Najwięcej spotkałem tam kanciastych Jeepów Cherokee (chyba z 10). Widziałem też terenowe pick-upy Nissana i Toyoty.  Nieźle radził sobie też Suzuki Samurai (nie jeździł pokazaną na zdjęciu drogą pożarową, ale piaszczystymi ścieżkami, które ją w poprzek przecinały). Spotkałem też kilka quadów.

Prawda, że zimo-wiosna też potrafi być piękna. Jakieś 4 kilometry od parkingu w głąb poligonu zobaczyłem taki oto widoczek:

Na parkingu wysiada się z samochodu i od razu wchodzi w las. Pierwsze zdjęcie (na samej górze) zrobiłem nie dalej niż 200 metrów od parkingu.

Tyle na temat tegorocznej zimo-wiosny.  

A teraz kilka refleksji na temat modelika, który kupiłem pod koniec lutego. 

Kiedy w zapowiedziach na stronie serii „Kultowe Auta PRL” pojawiła się karetka, ucieszyłem się. Do uzupełnienia sporej już serii modeli Fiatów 125p, już tylko jej mi brakowało. Na małym zdjęciu na stronie, modelik nie wyglądał najgorzej i sądziłem, że w rzeczywistości okaże się fajny. Jednak gdy w dniu jego ukazania się, w Empiku w Skoroszach ekspedientka wyniosła z zaplecza dwa egzemplarze i zacząłem je oglądać, bynajmniej nie pobiegłem od razu do kasy, ale dłuższą chwilę zastanawiałem się czy w ogóle modelik wziąć. W końcu go kupiłem, ale już pierwsze wrażenie nie było najlepsze.

W przypadku karetki, chyba każdy z nas oczekiwał modelika wykonanego na tym samym poziomie, co inne modele z wydań specjalnych serii, zwłaszcza, że dotychczasowe modele z takich wydań prezentowały się dobrze i od razu po zakupie naprawdę cieszyły oko. Oczekiwania były zresztą uzasadnione bo model jest od zwykłego „kultowego” modelika droższy i nie kosztuje 27, ale już 35 zł.

Tym razem stało się inaczej. Kiedy po kilku dniach od zakupu wyjąłem wreszcie karetkę z blistra, byłem nią nie tylko rozczarowany, ale wręcz  mnie ona wkurzyła.

W tym roku z serii „Kultowe Auta PRL” kupiłem 3 modele: Poloneza, Simsona Duo i karetkę. (Ponoć pięknie wykonana „moto-furmanka” czyli Tarpan 239D zupełnie mnie nie interesowała). Poloneza trochę poprawiłem i jestem z niego zadowolony. Simson, jak się okazało z informacji na forum, wymaga koszmarnej przeróbki: Trzeba go pociąć i od ściany przedniej do końca poszerzyć o ok 5 mm (może kiedyś to zrobię, ale na razie nie bardzo mam na to czas i pomysł). Karetka niestety też wymagała przeróbek i to sporych. Na forum trwały narzekania i wyliczanie niedoróbek i wad karetki (nie będę ich tu cytował, choć moim zdaniem tym razem były w pełni uzasadnione). Ja w tej dyskusji też wziąłem udział i między innymi napisałem:

 

„Od jakiegoś czasu zaczynam się zastanawiać, czy co drugi model z serii trzeba poprawiać. Czy rzeczywiście nie da się zrobić czegoś, co można byłoby postawić spokojnie na półkę i zwyczajnie się cieszyć, a nie kombinować (nie pierwszy zresztą raz), co z tym zrobić.”

Dyskusja na forum na temat karetki była naprawdę ożywiona. Śledziłem ją dość uważnie, a w międzyczasie zabrałem się za pierwsze poprawki modelika. Zacząłem od kół, które nie podobały się wszystkim bo nijak nie przypominały kół od Fiata 125p. Niektórzy koledzy proponowali przełożeni kół i innych elementów z wcześniejszych modeli Fiatów lub Polonezów. Ja jednak nie miałem ochoty polować i czekać na okazyjnego „rozbitka” na Allegro czy giełdzie. Wpadłem na pomysł jak można by koła poprawić i zacząłem to robić, o czym poinformowałem kolegów na forum:     

Poprawić można wszystko, można kupić inny model, przerzucić koła, można kupić następny model przerzucić zderzaki itd., aby w efekcie mieć model o podobnej jakości, co inne modele z wydań specjalnych. Tylko wtedy karetka nie będzie kosztowała 35 zł.

Można oczywiście nie kupować, ale skoro w witrynie stoją wszystkie jakie do tej pory wyszły modele Fiatów 125p, wspaniałym uzupełnieniem i właściwie ostatnią naprawdę pożądaną odmianą tego auta jest karetka.
Można kupić i próbować model zwaloryzować. Jednak np. żle wykonanych zderzaków poprawić się praktycznie nie da. Można to jedynie jakoś „zaklajsrować” i tak zrobiłem wbijając kliny między zderzak a nadwozie (1 z przodu, 2 z tyłu) aby zderzaki nieco się wygięły i w widoku z góry nie były beznadziejnie proste (zwłaszcza przedni).
Można próbować poprawić koła.

Ja nawierciłem między istniejącymi otworkami w felgach dodatkowe otworki szpiczastym, stożkowym frezem o średnicy 2 mm (ciekaw jestem ilu zbieraczy KAPu ma taki frez) 
Można (tak jak jeden z kolegów tu pokazywał) zmyć czy zeskrobać białą farbę z szyb i w jej miejsce pomalować je matującym lakierem. (Ja akurat takiego lakieru nie mam, bo przez 30 niemal lat zbierania skali 1 :43, odnawiania modeli, przerabiania, składania z plastikowych zestawów, taki lakier nigdy do niczego nie był mi potrzebny) Pozostałe 2 karetki z KAP mają szyby matowe więc i w 125p też takie by się przydały. 

Pytanie tylko, kto ma na to wszystko dzisiaj przede wszystkim czas, a do tego jeszcze cierpliwość, dobry wzrok, potrzebne narzędzia i materiały i jeszcze jedną drobną rzecz. Wprawną, nie drżącą rękę i przynajmniej kilkuletnie doświadczenie w takich przeróbkach, tak aby od razu czegoś nie popsuć ?

Wpis na forum i zdjęcie pochodzi z 2 marca. Kilka dni wcześniej oglądając koła karetki wpadłem na pomysł, aby pierwotne prostokątne otworki w felgach nieco rozwiercić, a miedzy nimi wywiercić dodatkowe. Zacząłem od koła tylnego prawego i felgi nawiercałem najpierw wiertłem 0,8 mm (takie mam najmniejsze). Z efektu nie byłem do końca zadowolony i po nawierceniu otworków w prawym kole przednim zmieniłem nieco metodę. Do rozwiercania starych otworków i nawiercania nowych użyłem stożkowego spiczastego freza, który przy bardziej precyzyjnych pracach służy mi zazwyczaj do punktowania miejsca gdzie będę większym wiertłem wiercił jakiś nowy otworek. Pokazane na zdjęciu lewe koło tylne wyszło nieco lepiej od poprzednich, jednak z efektów prac wciąż nie do końca byłem zadowolony. Zmęczony poprawkami karetki odstawiłem ją na miesiąc do witryny.

Na początku kwietnia odebrałem w Izabelinie modelik ciężkiego pojazdu Wermachtu z okresu II Wojny Światowej. Przy okazji wyciągnąłem z pudeł pozostałe niemiecki pojazdy z czasów wojny i przy okazji postanowiłem zrobić to, na co wcześniej nie miałem pomysłu, a w czym niejako wyspecjalizowałem się dzięki poprawkom modeli z „kultowej serii”. Postanowiłem zwęzić nieco rozstaw kół w Volkswagenie Typ 82 Kübelwagen. Przeróbkę robiłem w ubiegłą sobotę, 6 kwietnia i w modeliku poprawiłem też kilka innych rzeczy. Później postanowiłem lepiej obsadzić plandekę w modeliku Opel Blitz, tak aby z niego nie spadała. (Obydwa modele są pokazane w jednym z albumów). Kiedy skończyłem te dość udane przeróbki, postanowiłem „pójść za ciosem” i dokończyć „rozgrzebaną” miesiąc wcześniej karetkę.

Najpierw dokończyłem przeróbkę lewego przedniego koła. Później próbowałem wymontować z modelik przedni zderzak. Nawiercałem od tyłu bolce mocujące zderzak wiertłem 1,2 mm, jednak zderzak nie dał się od tyłu wypchnąć. Ponieważ już wcześniej miedzy zderzak (na jego środku) a karoserię wbiłem zrobiony z wykałaczki maleńki klin, który miał za zadanie wygięcie zderzaka, postanowiłem klin ten wymienić i wsadzić klin nowy, nieco grubszy. W trakcie tej operacji w pewnym momencie jeden ze wsporników mocowania zderzaka do karoserii puścił, więc pod drugi wspornik też zacząłem wpychać wykałaczkę i tym sposobem, po godzinie zabawy, udało mi się wyciągnąć zderzak z karoserii. Wymontowany zderzak, który prze miesiąc był napinany klinem, delikatnie jeszcze dodatkowo podgiąłem i osadziłem w karoserii z powrotem. Efekt jest niestety mało widoczny, bo zderzak jednak sprężynuje i wraca do pierwotnego kształtu. Zderzak powinien w widoku z góry mieć kształt łuku, a nie być prosty. Niestety twórcy modelika o tym jakoś nie pomyśleli i jest to wada widoczna zwłaszcza, kiedy postawi się karetkę obok innych modeli Fiatów 125p.

Później postanowiłem zrobić coś z tylnymi szybami. Białą farbę udało się z nich zmyć bez większych problemów spirytusem. Nie miałem jednak zamiaru szyb matować. Efekt matowych szyb można uzyskać na kilka sposobów. Można szyby przetrzeć papierem ściernym. Można pomalować specjalnym lakierem (jak to pokazał na forum jeden z kolegów). Można zamiast lakieru użyć też kleju do tworzyw lub rozcieńczalnika do farb modelarskich. Jednak w karetce szyby są zmatowione tylko do pewnej wysokości, a uzyskanie ładnej i prostej linii podziału, bez wymontowywania szyb z modelika, wydawało mi się bardzo kłopotliwe.

Postanowiłem „zmatowić” szyby inną metodą. W moich rupieciach mam starą, matową samoprzylepną taśmę firmy Tesa, której używałem jeszcze w czasach, kiedy w Niemczech pracowałem na desce kreślarskiej jako konstruktor. Taśma służyła do sklejania np. rozerwanych kalek, a matowa była po to, aby można było na niej pisać i rysować. Po zakończeniu pracy w Niemczech została mi cała rolka tej taśmy, a że szkoda mi było jej wyrzucić, leżała ponad 20 lat w szufladzie z modelarskimi rupieciami. Nigdy przedtem do niczego mi się nie przydała, ale teraz postanowiłem ją wykorzystać i nakleić na okna przerabianej karetki.

Najpierw, na próbę nakleiłem taśmę na szybę w klapie tylnej. Efekt był zadowalający. Później spróbowałem nakleić kolejny pasek  na szyby boczne. Jednak ta operacja okazała się trudna. Pierwszą naklejoną taśmę musiałem zerwać i ponownie zmywać szyby spirytusem. Usuwanie resztek kleju z maleńkich szybek wcale nie jest proste. Klej rozmazuje się po nich i nie daje się zebrać. Kiedy wreszcie oczyściłem szyby, postanowiłem nakleić na nie taśmę jakimś innym lepszym sposobem.

Ze starej karty magnetycznej wyciąłem płytkę szerokości obu okien tylnych. Taśma Tesa nie jest na szczęście zwykłą taśmą samoprzylepną, ale jest fabrycznie naklejona na pergamin. Dzięki temu przed naklejeniem można wyciąć kawałek o odpowiedniej długości i kształcie, a przed właściwym naklejeniem przymierzyć do obiektu na który taśma ma być naklejona. Po wykonaniu tej operacji, oderwałem dopasowany wcześniej pasek taśmy od pergaminu i jego rant nakleiłem na płytkę zrobioną z karty tak, aby powierzchnia paska, która miała zostać naklejona na szyby wystawała poza płytkę. Nawozie ułożyłem na styropianowej tacce (po jakimś serze czy wędlinie). Przedtem w tacce zrobiłem otwór na wystające z nadwozia lusterko. Następnie płytkę (z paskiem taśmy) wsunąłem do nadwozia, a kiedy uznałem, że jest ona dobrze ułożona, zacząłem naklejać wystający z płytki pasek taśmy samoprzylepnej na szyby. Po wstępnym naklejeniu odciąłem pasek od płytki nożykiem modelarskim. Na koniec docisnąłem mocniej palcami już ułożony na szybach pasek taśmy.

Kiedy oklejone taśmą szyby były gotowe zmontowałem modelik. Postanowiłem go jednak dodatkowo upiększyć. W Internecie zacząłem szukać zdjęć lub filmów z widokiem wnętrza karetki. Nie jest łatwo znaleźć takie zdjęcia, więc na jednym z filmików zatrzymywałem klatki i patrzyłem jaki kolor miało wnętrze prawdziwego auta.

Do pomalowania wnętrza musiałem rozrobić farbę. Jako bazy użyłem jasnej szarej matowej farby, którą w styczniu pomalowałem fotele w Polonezie. Do niej dodawałem stopniowo po maleńkiej kropelce farby jasnej zielonej i jasnej niebieskiej. Kiedy uznałem, że kolor może być, małym pędzelkiem zacząłem malować wnętrze karetki. Farbę rozrabiałem z małej wyprasce, jakiej dentyści używają do rozrabiania materiałów na plomby. Na oko wydawało się, że farby powinno wystarczyć, jednak pojemniczek w wyprasce okazał się za mały i aby pomalować całe wnętrze wraz z boczkami, farbę musiałem rozrabiać jeszcze dwukrotnie, bo i niektóre elementy trzeba było też malować dwa razy.

Na koniec pomalowałem jeszcze podstawy „kogutów” białą farbą.

W trakcie tych wszystkich operacji niestety kilka rzeczy w modeliku się uszkodziło. Od ciągłego trzymania nadwozia w rękach starła się częściowo czarna farba imitująca boczne listwy na drzwiach. Trzeba to było naprawić. Ponadto złamał się jeden z sygnałów dźwiękowych na dachu, odłamałem więc i drugi, po czym przykleiłem oba do belki sygnałowej jeszcze raz. Dlatego klaksony w mojej karetce są zamocowane nieco niżej niż były pierwotnie.

Po wykonaniu wszystkich dotychczasowych poprawek karetka wygląda tak:

Rewelacji z całą pewnością nie ma, ale tragedii też nie. W modeliku przydało by się jeszcze poprawić to i owo. Jednak dalsze poprawki są bardzo kłopotliwe z jednego względu. Modelika nie można tak, jak innych „kultowych” modeli bezproblemowo rozebrać i wymontować wszystkie wystające z niego elementy, które w trakcie poprawek mogą łatwo ulec uszkodzeniu. Modelik został bowiem zmontowany tak, jak są zazwyczaj zmontowane drogie modele kolekcjonerskie, a nie modeliki z serii gazetowych. Wszystkie drobne elementy zostały do nadwozia wklejone dość mocnym klejem, co sprawia, że ich demontaż jest praktycznie niemożliwy. Szkoda tylko, że przy opracowywaniu modelika nie przyłożono się do niego tak, jak do opracowania modelika kolekcjonerskiego i nie wykonano go równie dobrze, jak wcześniejszych całkiem fajnych modeli z wydań specjalnych serii.

Karetka sama w sobie tragicznie nie wygląda. Możliwe, że nie spodobała mi się też dlatego, że dzień przed jej zakupem odebrałem na warszawskim Żoliborzu wylicytowanego na Allegro tak samo białego Forda Mustanga firmy Minichamps. Ale to już inna bajka na zupełnie inny wpis.

pozdrawiam

 

P.S.

Na pokazanych powyżej zdjęciach rzeczywiście przeróbka nie wygląda najlepiej. Zresztą nie wszystko i nie zawsze się do końca udaje, cóż takie jest życie. Ja też tak jak tu napisałem, nie do końca jestem z niej zadowolony. Oglądając same zdjęcia można rzeczywiście odnieść wrażenie niedokładności i niestaranności wykonanych prac. Jednak należy pamiętać, że na niektórych monitorach modelik na zdjęciach może wyglądać na prawie dwukrotnie większy niż jest  w rzeczywistości.  Dziś w pracy zmierzyłem na monitorze długość karetki na zdjęciu z boku. Wynik: 17 cm, a przecież modelik mierzy de facto 10 cm, a dokładnie 99 mm. Dlatego zdjęcia samego modelika nie dają właściwego obrazu sytuacji. Można ją uzyskać dopiero np. prze porównanie takie jak to (zestawiając przerobiony modelik z innym):

Na tym zdjęciu widać czy przeróbka np. kół miała w ogóle sens i jak de facto w skali zbliżonej do rzeczywistej wygląda modelik.

182. Kultowe Auta PRL – MR’87: Polonez i Fiat 126p

W ostatnim czasie wszystkich opanował szał związany z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej. Mi też ten nastrój w pewnym sensie się udzielił i chociaż piłką (kopaną) się nie interesuję, z ciekawością obejrzałem wszystkie trzy mecze naszej drużyny oraz pojedynek Czechy – Rosja. O ile po dwóch pierwszych meczach (zwłaszcza po remisie z Rosją) byliśmy wszyscy podekscytowani i pełni nadziei, o tle to, co stało się we Wrocławiu  w późny sobotni wieczór nasze nadzieje zupełnie rozwiało. Już miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Nie tylko zresztą ja porzuciłem na chwilę dłubanie przy modelikach i zasiadałem przed telewizorem kiedy grali nasi, ale nawet blogerzy, których nie podejrzewałem o najmniejsze zainteresowanie piłką, na swoich blogach poruszyli temat Euro i sprawę niezakwalifikowania się naszej drużyny do dalszych rozgrywek. Pod jednym z takich tekstów zamieściłem taki oto komentarz :

EURO, EURO, NO I PO
Niestety złośliwe słowa Jana Tomaszewskiego okazały się prorocze. Ale tak naprawdę to czemu się dziwimy.
Nie interesuję się piłką i nie jestem kibicem, ale sprawa piłki urosła w Polsce do rangi narodowej, więc chcąc nie chcąc wpadają mi  w ucho czasem komentarze różnych „znawców”,  a czasem odgłosy jakiejś „awanturki”.
Cóż kiedy byłem w wieku mojej córki i zaraz po Olimpiadzie w 1972 roku (na której zdobyliśmy złoto) poszedłem do szkoły średniej. Koledzy przeżywali występy klubowe i nazwiska piłkarzy pierwszej „złotej drużyny” były mi znane zanim zdobyła ona na MŚ brązowy medal, a gdyby nie sławetny mecz w wodzie ( z Niemcami), który powinien zostać przerwany, bo piła w trakcie gry zatrzymywała się w kałużach na trawie, Polacy mieli duże szanse na lepszą pozycję.
Ale wtedy liga wyglądała inaczej. Jan Domarski, Grzegorz Lato i Henryk Kasperczak to było trio ze Stali Mielec. Górnik Zabrze, ŁKS, Legia (była wtedy jeszcze CWKS a nie ITI czy tam TVN) to były kluby, których grą młodzi ludzie się interesowali i to one dostarczały świetnych piłkarzy do drużyny narodowej. Kluby były wspierane przez zakłady pracy (a więc miały dużych solidnych sponsorów) wszystko się kręciło i mieliśmy naprawdę duże sukcesy. Apogeum był brąz na MŚ w Hiszpanii w 1982 roku  i na tym złoty okres się zakończył. W tamtym czasie trener reprezentacji nie musiał tak jak dziś Smuda tułać się po Europie i namawiać dzieci emigrantów, aby łaskawie zgodziły się zagrać w drużynie narodowej.
Dziś jaka jest liga, każdy widzi. Kluby walczą o sponsorów, a były i takie przypadki, jak ten, kiedy kilka lat temu łódzki klub zdobył bodajże Puchar Polski, a właściciel klubu (jakiś nie bardzo znany prywatny przedsiębiorca) nie dość, że nie wypłacił obiecanych nagród, to jeszcze zalegał z pensjami od kilku miesięcy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „cały ten smród”  wokół PZPN i mamy to co mamy. Ja, ponieważ pamiętam  czasy świetności polskiej piłki nie dziwię się, że stało się, jak się stało.
Jeśli prawie wszyscy piłkarze naszej reprezentacji grają w zagranicznych klubach i tam de facto żyją, to nie dziwmy się że trudno z nich sklecić „na zawołanie” świetny zespół. A przecież piłka to gra zespołowa.
pozdrawiam
artemis
Kiedy załączyłem tu ten komentarz, po rozmowie z kolegą myślałem, żę jest może trochę za ostry i zbyt pesymistyczny. Przed chwilą wszedłem na Onet i oto co na smej górze tam zobaczyłem:

A właśnie, że się stało! Alfabet polskiej katastrofy

Wszyscy śpiewają „nic się nie stało”. A właśnie, że nie. Stało się

Tyle na gorący ostatnio temat

Wróćmy zatem do modelików.
Zanim wszystkich opanował piłkarski szał związany z Euro, 16 maja, w kioskach  ukazał się modelik Poloneza „akwarium” z roku 1987. Kiedy zdjęcie modelika pojawiło się kilka miesięcy temu na stronie wydawnictwa deAgostini. Modelik miałem zamiar kupić. „Akwarium” nie było autem na którego modelik czekałem, ale pomyślałem sobie „tyle lat pracowałem przecież w FSO, 27 zł nie majątek, więc jako były pracownik kupię go, bo wypada”. Kiedy powstawało akwarium pracowałem już za granicą i w przygotowaniach do jego uruchomienia nie miałem udziału. Samochód miałem zamiar nawet kupić, ale jak ten zamiar się zakończył opisywałem już na tym blogu tutaj. (Pod sam koniec tamtego wpisu) Jedyne wspomnienie jakie łaczy mnie z „akwarium” to to, że samochód nie miał chyba najlepszej opinii wśród użytkowników, o czym mogłem się osobiście przekonać w roku 1989, kiedy to przez rok znów pracowałem w FSO.
W tym czasie jeden z kolegów z biura namawiał mnie abym sprzedał mojego świeżo nabytego Forda Escorta i kupił właśnie „akwarium” wyposażone w najnowsze zdobycze technologii: tłoczoną podsufitkę „poroso” i jasną tapicerkę „w pepitkę”. Któregoś dnia po pracy zaparkowałem na Saskiej Kępie przed samem przy skrzyżowaniu ulicy Saskiej z trasą AK obok szarego Poloneza „akwarium”. Z ciekawości zacząłem oglądać samochód. Po chwili przyszedł jego właściciel i zdziwił się, że tak oglądam jego auto. Wyjaśniłem, że oglądam ten nowy model, bo ponoć został ulepszony i to już całkiem inne auto. W pewnym momencie właściciel Poloneza zapytał „a pan czym przyjechał”, wtedy wskazałem na stojącego obok czerwonego i równie nowego Forda Escorta. Właściciel machnął ręką i odparł „panie, ja miałem Volkswagena, miałem Audi, a teraz tego skur…..a”

182. Polonez 1

Z zakupem modelika (chyba dokładnie w tym samym kolorze co Polonez opisany w historyjce powyżej) też nie obyło się bez perypetii. Kiedy się ukazał oglądałem go w kilku kioskach i nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Przez folię i blister wyglądał nie najlepiej, był zalany farbą, a w każdym z oglądanych egzemplarzy dostrzegałem jakieś drobne wady. Mijały dni, a ja modelika nie kupiłem, dopiero późnym popołudniem 28 maja, a więc na dzień przed wycofaniem resztek modeli „akwarium” z kiosków,  pojechałem rowerem po kilka rzeczy do Kauflandu na warszawskiej Pradze i w Empiku, który jest obok kupiłem modelik.

182. Polonez 2

Modelik od razu rozebrałem i trochę poprawiłem. Wymontowałem wkładki reflektorów i przednie migacze, a wnęki pod nie (w atrapie i zderzaku) pomalowałem srebrną farbą. Podniosłem też zawieszenie (z przodu i z tyłu) metodą, którą dokładniej opisywałem tutaj. Niestety nie udało się porządnie pomalować listew bocznych, bo farba się z nich łatwo ściera. Pomalowałem za to jeszcze raz na czarno listwę nad lampami tylnymi pod a’la spojlerem, czyli antyimportowym pomysłem racjonalizatorskim dyrektora technicznego FSO w latach 80-tych. A’la spojler kiedy pierwszy raz go zobaczyłem (jeszcze w fabryce) wydał mi się paskudztwem równym wyrobom czekoladopodobnym jakie w czasach niedoboru surowców do produkcji, po stanie wojennym oferowano w sklepach. A’la spojler o dziwo nie tylko przetrwał „akwarium” ale załapał się też do wydłużonej klapy tylnej od „Caro”. Możliwe, że dlatego, iż klapa ta powstała jeszcze w1989 roku do późniejszej wersji „akwarium”. Dopiero Koreańczycy uruchamiając w 1995 roku model „Atu” zasłonili poziomym, ładnie wkomponowanym w nadwozie spojlerem owo antyimportowe cudo, wynalazek racjonalizatorów z FSO.
Z modelika jestem jednak zadowolony, od starszych wersji różni się nie tylko kolorem i ładnie uzupełnia sporą już kolekcję moich Polonezów:
182. Polonez 3

Dwa dni po zakupie Poloneza w kioskach ukazała się kolejny model z serii – Polski Fiat 126p również z roku 1987. Modelika tego (odwrotnie niż w przypadku Poloneza) nie miałem zamiaru kupować. W kolekcji mam kilka maluchów, a w szufladach z rupieciami leży jeszcze gdzieś „Estetyka” z której zderzaki i koła trafiły do Fiata 126 firmy Polistil, którego kupiłem jeszcze w 1973 roku. W końcu kolejnego „kultowego malucha” kupiłem, jednak do mojej kolekcji nie trafił.
Otóż, od jakiegoś czasu moja mama, kiedy mnie odwiedzała napomykała, że chciała by mieć modeliki „malucha” i Trabanta, ale najlepiej w takich kolorach, w jakich moi rodzice mieli te samochody. Kiedy powiadomiłem ją, że po Polonezie wyjdzie żółty maluch powiedziała, żebym go jej kupił.
182. Polonez 5

Zanim go jednak kupiłem, z Empiku zadzwoniłem do mamy z pytaniem czy na pewno go chce. Moi rodzice mieli malucha w kolorze żółtym piaskowym, samochód był z roku 1979, miał więc chromowane zderzaki, starego typy koła, małe wloty w błotnikach i nie miał listew bocznych z boku. Mama jednak na żółtego malucha się zdecydowała i w niedzielę przyjechała złożyć życzenia z okazji Dnia Dziecka dorastającej wnuczce i odebrać malucha.
182. Polonez 6

Z modelika miałem szczery zamiar wymontować hak i przerzucić go do Poloneza, zwłaszcza, iż już wiadomo, że w kultowej serii ukaże się przyczepa N126 (nie wiadomo tylko kiedy). Sądziłem, że hak w modeliku i tak ktoś ułamie, a mi by się przydał. Jednak mama zażyczyła sobie, aby zapakować modelik z powrotem do blistra, bo tak nie będzie się kurzył, więc hak zostawiłem w spokoju. Przed oddaniem modelika wyjąłem go z blistra i zrobiłem kilka zdjęć:

182. Polonez 7

Kiedy je robiłem skonstatowałem, że najładniejszy maluch z serii nie wylądował w mojej nowej gablotce tylko stoi zapakowany w blister w Piastowie na stoliku pod telewizorem.
pozdrawiam