315. Naprawa myszki i Morris Minor Traveller

Jakiś czas temu, przy okazji prezentacji Żubra A80 zadałem pytanie „czy warsztatowe przygody mogą się do czegoś przydać? ” We wpisie tym pokazałem jak naprawiłem mieszadełko od blendera i przypomniałem inne wpisy związane z naprawami różnych rzeczy, niekoniecznie modelików.

Kiedy kilka dni temu skończyłem poprzedni wpis i kliknąłem „zapisz szkic” zepsuła się myszka. Odziedziczyłem ją po córce, która wyprowadzając się, przed wyjazdem do Berlina zostawiła torebkę z różnym „elektro-złomem”. Były tam kable, oczywiście słuchawki, ale znalazłem też bezprzewodową myszkę. początkowo myślałem, że do niczego się ona nie przyda, bo przecież nie wiadomo gdzie jest do niej nadajnik USB. Ale po kilku tygodniach kiedy wziąłem ją po raz drugi do ręki, okazało się, że nadajnik siedzi w specjalnej kieszonce obok klapki na baterie. Wsadziłem nadajnik do komputera i okazało się, że myszka działa. Odstawiłem więc na bok swoją, kupioną jeszcze na początku pandemii i zacząłem używać myszki odziedziczonej po córce.

Po kilku miesiącach w trakcie pracy w domu (a na stole w kuchni gdzie pracuję) nie jest zbyt dużo miejsca i stawiając na nim szklankę z napojem niechcący potrąciłem myszkę tak, że spadła na podłogę. Kiedy ją podniosłem okazało się, że myszka dalej działa i łączy się z komputerem, ale nie działa kółko do przewijania stron. Ponieważ kiedyś naprawiałem już takie kółko w innej myszce, zacząłem przymierzać się do naprawy. Niestety nie znalazłem sposobu, jak myszkę rozebrać. Pamiętam, że oglądałem ją z zewnątrz na wszystkie strony i nie znalazłem żadnych śrubek do jej rozkręcenia.

Przeprosiłem się zatem z moją starą niebieską myszką, a ta czarna „odziedziczona” wylądowała z powrotem w torebce z „elektro-złomem” córki.

Kilka tygodni temu, w trakcie pracy w domu, wydało mi się, że moja stara niebieska myszka nie łączy się dobrze z komputerem. Kursor czasem skakał po ekranie niestabilnie, w trakcie pisania tekstu przeskakiwał w środek napisanych już wcześniej wyrazów itp. Postanowiłem to sprawdzić i podłączyć na chwilę nie do końca sprawną myszkę po córce. W trakcie przekładania baterii z mojej myszki do „odziedziczonej” w tej ostatniej, na dnie pojemnika na bateryjki dostrzegłem długo wcześniej poszukiwaną śrubkę mocującą górę myszki z jej podstawą.

A że jako wytrawny kolekcjoner i poniekąd modelarz wkrętaki mam na stole „pod ręką”, od razu myszkę rozkręciłem. Okazało się, że w trakcie upadku na podłogę prawdopodobnie myszka uderzyła w nią właśnie wystającym z obudowy kółkiem do przewijania stron. Pękł grubszy bolec miedzy właściwym kółkiem a czujnikiem obrotowym, przez co funkcja przewijania stron przestała działać. Kiedy wyjąłem kółko z myszki okazało się, że maleńki bolczyk na końcu, który wchodzi do czujnika i obraca go siedzi w odłamanej skosem końcówce grubszego bolca.

Od jakiegoś czasu do szybkich, ale zazwyczaj skutecznych napraw zwłaszcza drobnych elementów w modelikach używam cyjanopanowego kleju Pattex żel. Klej ten dobrze przechowywany może służyć nawet 2 lata, a klei dobrze nawet bardzo drobne elementy takie jak pałąki lusterek czy inne drobne elementy kiedy np. przypadkowo się ułamią.

I tak, w trakcie opisywanego tutaj ostatnio podwyższania podwozia autobusu M-B O302, którego nie udało mi się rozebrać, przeróbkę musiałem robić na kompletnym modeliku, co jest zawsze bardzo kłopotliwe. W jej trakcie pękł górny pałąk prawego lusterka. Stary używany chyba od kilku lat poprzedni klej nie wiązał już bardzo mocno. Ponieważ tubka był już prawie wyciśnięta, postanowiłem kupić klej nowy. Wsiadłem na rower (też odziedziczony po córce) i pognałem do Castoramy. Kiedy wróciłem do domu z tubką nowego kleju, okazało się, że w szufladzie z narzędziami modelarskimi jest jeszcze jedna, nie rozpieczętowana. Starą tubkę wyciskałem prawdopodobnie tak długo, że zupełnie zapomniałem o tym, że w szufladzie mam nowy klej. (Bo nie pamiętam kiedy i gdzie go kupiłem, co świadczy o jakości opisywanego produktu)

Ale wróćmy do naprawy myszki. Kiedy zorientowałem się, że mam w domu dwie tubki kleju otworzyłem tą starszą. Naprawę wykonałem dość szybko nie pamiętam czy wyjmowałem odłamany kawałek kółka z obrotowego czujnika, czy nie, po prostu nałożyłem odrobinkę kleju na rozerwane powierzchnie, docisnąłem je do siebie i wycentrowałem oś kółka na tyle, na ile się dało.

Niestety naprawa nie okazała się skuteczna. Myszką pracowałem coś około tygodnia, może dłużej i znów się zepsuła. Kiedy ją rozebrałem, tym razem okazało się, że odłamał się mały bolczyk, który napędza czujnik. Prawdopodobnie miejsce gdzie łączy się z grubszym bolcem było już „nadwyrężone” upadkiem myszki, a „centrowanie” klejonych elementów nie wyszło idealnie i chyba w trakcie obracania kółkiem mały bolec, który siedzi w czujniku dość ciasno, był cały czas zginany, aż w końcu pękł.

Myszkę trzeba wiec było naprawić starą sprawdzoną już dobrych kilka lat temu metodą :

Najpierw z obrotowego czujnika wypchnąłem mały odłamany bolczyk. W osi grubszego bolca kółka (w miejscu zaznaczonym czerwoną strzałką) wywierciłem otworek o średnicy 1,2 mm i głębokości ok. 5 mm. Następnie ustawiłem kółko w pozycji roboczej i w wywiercony otworek oraz otwór w czujniku wepchnąłem wykałaczkę. Sprawdziłem czy kręcąc wykałaczką czujnik obraca się. Kiedy okazało się, że wszystko jest OK, obsadkę nożyka modelarskiego uzbroiłem w opisywaną na tym blogu końcówkę z „piłą” i uciąłem wykałaczkę w miejscu zaznaczonym żółtą strzałką strzałką. Zostawiłem wystający z czujnika kawałek wykałaczki, na wszelki wypadek, aby można ją było wyciągnąć, gdyby to całkowicie mechaniczne połączenie w którymś miejscu „puściło”. Na razie wszystko działa, zdjęcie pochodzi z 13 września, a jeśli kogoś interesują szczegóły, polecam otworzyć pokazany tu obrazek w nowym oknie i powiększyć.

Tyle o myszce, a skoro już znaleźliśmy się w moim „warsztacie” to kontynuując temat zastanawiałem się jaką naprawę, czy przeróbkę modelika przy okazji powyższych dywagacji pokazać. Zrobionego kilka lat właściwie z niczego, bo z zabawki Bburago Suzuki Viterę, zapowiadanego tu swego czasu Peugeota 504 Coupe z przerobioną ścianą przednią, a może nietuzinkową przeróbkę dachu Warszawy 203P z aktualnej serii legend FSO ? Nie, bo te modele wymagają dłuższego opisu i publikacji wielu zdjęć, a to już byłoby jak na jeden wpis za wiele. Kiedy przeglądałem zawartość zdjęć w moim telefonie przypomniał mi się Morris Minor Traveller.

Modelik długo przeze mnie rozważany, a później też raczej poszukiwany, kupiłem na grudniowej giełdzie w trochę sfatygowanym opakowaniu za całe 35 złotych.

Modelik firmy Lledo z serii Vanguards świeżutki nie jest, bo pochodzi z 2004 roku (przynajmniej taka data widnieje na jego opakowaniu), a co za tym idzie, nie jest idealny i wymagał kilku drobnych poprawek:

Pierwszą rzeczą jaką należało zrobić to „roznitować” modelik (na co wskazuje zaznaczony żółtą strzałką rozwiercony czop do mocowania nadwozia z podwoziem). Mocowanie przerobiłem na śrubkę w sposób opisywany dokładniej tutaj. Po przeróbce mocowania (prawdopodobnie niedługo po zakupie) postanowiłem modelik troszkę upiększyć. Rozkręciłem go, wyciągnąłem z niego atrapę i okleiłem ją samoprzylepną folią aluminiową, którą kiedyś dostałem od kolegi, a która czasem służy do napraw elementów chromowanych. Wydawało mi się, że kremowa atrapa nie bardzo pasuje do modelika i chromowana będzie lepsza. Tak lekko zwaloryzowany modelik wylądował w opakowaniu w „starej” witrynie na dolnej półce, na którą od 2 lat trafiają modele, które nie mieszczą się już w różnych pudełkach i pudłach.

Z przeróbki nie byłem do końca zadowolony i kiedy obejrzałem zdjęcia samochodu w Internecie postanowiłem spróbować zostawić jednak poziome szczeble atrapy w kolorze żółto-kremowym, a z okleiny zostawić tylko srebrną ramkę okalającą atrapę. Odbyło się to już jakieś dobre 2 miesiące od zakupu modelika.

Pokazane tu zdjęcia pochodzą z 20 lutego tego roku. Nie do końca się to wszystko od razu udało. Pierwsza ramka „wycięta” z pierwotnej okleiny nie bardzo się udała. musiałem zerwać folię i nakleić nowy kawałek jeszcze raz, „rozsmarowując” folię szczególnie dokładnie na obrzeżach atrapy, tak aby dobrze się do plastikowej wkładki przykleiła. Następnie delikatnie odciąłem nożykiem modelarskim środek i kawałek po kawałku wydłubałem z atrapy (co widać na pierwszym górnym zdjęciu w miejscu oznaczonym czerwoną strzałką).

Modelik, oglądany na giełdach, w Internecie, czy na Allegro, zarówno w starej wersji (wydanej jeszcze jako Corgi Classics) jak i pokazanej tu nowszej (Lledo Vanguars) ma jedną wadę, która trochę mnie do jego wcześniejszego zakupu zniechęcała. Modelik Vanguars występował też w 2 wersjach, starszej z pełnymi chromowanymi imitacjami reflektorów – bez przezroczystej wkładki i nowszej (pokazanej tutaj) z reflektorami z odbłyśnikami z cyrkonii, co najlepiej można zobaczyć tutaj . Ze zdjęć w Internecie wynika, że wspomnianej wady nie ma, lub występuje ona w niewielkim stopniu właśnie w starszej wersji modelika Vanguars. Jednak w Polsce modelik w tej wersji nie jest zbyt popularny i taka mi się nie trafiła.

Na czym polega owa wada:

Otóż jak widać na zdjęciu, w miejscu zaznaczonym strzałką, imitacja drewnianej górnej ramki okna nie przylega dobrze do dachu i w środku tworzy się brzydka szpara, ramka zamiast na zewnątrz być wypukła jest wklęsła. Wielu kolekcjonerów nie zwróciłoby na to uwagi, ale mnie w końcu „nadwoziarza” z wykształcenia, a i trochę z praktyki zawodowej, takie rzeczy denerwują.

Próbowałem temu zaradzić. Rozebrałem modelik wyjąłem ze środka wkładkę z szybami i próbowałem ściągnąć z nadwozia imitację drewnianej „klatki”. Niestety mi się to nie udało. nie chciałem się z modelikiem „szarpać” bo jest on „gablotkowy” i w przeciwieństwie do starszych modeli tej firmy (pakowanych w kartonowe pudełka) lusterka w błotnikach ma wklejone na stałe, a nie wyjmowane, co wydatnie utrudnia wszelkie zabiegi przy jego waloryzacji.

Miałem nadzieję, że kiedy klatkę wyjmę z nadwozia uda mi się ją tu i ówdzie ją dopiłować czy przygiąć i dopasować do nadwozia tak, aby wspomnianej szpary przy dachu nie było. Kiedy się to jednak nie udało, zacząłem rozważać przyklejenie górnej ramki okna, klejem kontaktowym do krawędzi dachu. Jednak taka operacja jest dość ryzykowna, jeśli klejonych elementów nie można przed nią rozdzielić i występuje duże prawdopodobieństwo uszkodzenia lakieru.

W końcu postanowiłem ramkę „podeprzeć” w trochę prowizoryczny, aczkolwiek skuteczny sposób:

Z opakowania po drażach z Biedronki, czyli cienkiego przezroczystego plastiku zrobiłem „podpórki” które mają ok 0,5 mm szerokości i 1 mm głębokości. Dopasowałem je do wysokości okna tak, aby przylegały do szyby, nie wystawały na zewnątrz, a podpierały górną krawędź ramki okna tak aby przylegała ona do dachu.

Rozwiązanie jest jak napisałem nieco „prowizoryczne” bo „podpórki” nie są przyklejone a tylko wciśnięte w ramkę okna. Siedzą ciasno, same nie wypadają, ale gdyby przypadkowo złapać modelik palcami za tylne okno, wypaść jednak mogą. Są tak małe it dopasowane tak, że można je włożyć tylko pęsetką.

Na koniec, nie pamiętam już czy przy pierwszych, czy już drugich „lutowych” poprawkach, pomalowałem jeszcze srebrną farbą, a właściwie pisakiem ze srebrną farbą kupionym w sklepie dla plastyków, ramkę przedniego okna.

Było przy tym trochę zabawy, bo modelik, jak na późnego Vanguars’a przystało, ma fototrawione wycieraczki szyby przedniej. Nie jestem fanem takiego rozwiązania, pożądanego skądinąd przez wielu „rasowych” kolekcjonerów. Wycieraczki takie są słabo widoczne, a przez to łatwo je przez nieuwagę zgiąć czy uszkodzić, a przy tym są one dość kłopotliwe do naprawy, czy wyprostowania. W przypadku tego modelika chyba tak właśnie się stało.

Modelik jest wyposażony w imitację przednich lamp z chromowaną obwódką i odbłyśnikiem z cyrkonii.

Firma Corgi stosuje takie rozwiązanie od niepamiętnych czasów (chyba nawet od 1961 roku), a Lledo to w końcu Corgi, bo marka ta jakiś czas temu znikła, a modele z serii Vanguads są aktualnie oferowane pod marką Corgi. W opisywanym modeliku zastosowano te sama wkłady lam przednich, co wielu innych modelach tej marki. Są to dokładnie takie same wkłady jakich swego czasu użyłem do przeróbki lamp przednich w modeliku IFA F8. Moim zdaniem, choć na pozór wyglądają dobrze, są nieco za małe.

Ale cóż, za pieniądze jakie za modelik dałem, wypada się naprawdę cieszyć a nie narzekać !

pozdrawiam

314. Kolekcjonerskie reminiscencje – Renault RS11

Ten blog od samego początku, a 9 września obchodził już 16 urodziny, nazwałem „krótka historia motoryzacji w miniaturze”. Pokazuje on moją subiektywną (skądinąd) historię motoryzacji, zobrazowaną modelami samochodów, które zbieram od ponad 38 lat. Historia ta obejmuje różne okresy i dotyczy różnego rodzaju pojazdów. Prezentuję i opisuję tu zazwyczaj samochody osobowe, te mniej i bardziej z historii znane, ale nie tylko. Opisywałem tu i pokazywałem także modele samochodów dostawczych, ciężarowych, pojazdy wojskowe, a nawet czołgi czy ciągniki rolnicze.

Moja kolekcja to głównie modele aut popularnych, takich jakie można było w okresie głównie XX wieku spotkać na ulicach miast. Stosunkowo mało miejsca poświęciłem tu sportowym odmianom takich właśnie zwykłych samochodów. Modeli takich mam w kolekcji relatywnie niewiele, więc i wpisów na blogu było zaledwie kilka (Polski Fiat 125p rally, Toyota Corolla WRC i Lancia Stratos). Mam też w kolekcji kilka innych rajdówek, a także kilka modeli aut z wyścigów samochodów turystycznych czy DTM (co widać w albumach obok). Niestety modele te trafiły mi się na kilka lat przed założeniem bloga i na wpis się nie załapały. Kupioną zaś 5 lat temu Sierrę RS500, w trakcie próby szybkich poprawek trochę uszkodziłem (i nie bardzo wiem jak to naprawić), dlatego jej tu nie opisałem.

Do tej pory nie miałem też okazji opisać tu bolidu Formuły 1. Okazja się oczywiście nadarzyła. W 2013 roku udało mi się po wielu latach poszukiwań kupić na Allegro modelik Ferrari 126 C2. (Co prawda nie z numerem startowym 27 jaki miał Gilles Villeneuve, a 28 jaki miał Didier Pironi). O jego opisanie jakoś się jednak nie pokusiłem, bo przecież w owym czasie wszyscy chyba kolekcjonerzy w Polsce byli owładnięci manią „kultowych aut PRL”. Seria wciąż się jeszcze ukazywała, budziła emocje i to był wtedy „temat na czasie”. Może też właśnie dlatego udało się Ferrari w ogóle kupić.

„Krótka historia motoryzacji” nie byłaby jednak pełna, gdybym nie pokazał tu i nie opisał choćby jednego bolidu Formuły 1.

Jak zapowiedziałem w poprzednim wpisie, w ubiegłą niedzielę w Warszawie, a właściwie podwarszawskim Ursusie odbyła się kolejna giełda modeli.

Dzień wcześniej, jeszcze w trakcie naszego (z żoną) pobytu na reklamowanym tu również 45. Święcie Kwiatów Owoców i Warzyw (w Skierniewicach) zadzwonił kolega i zapytał czy się wybieram. Odpowiedziałem, że tak, bo giełdy staram się nie odpuszczać. Wybierałem się na nią raczej towarzysko, bo kolekcja (jak już tu nie raz pisałem) „pęka w szwach”. Z poprzedniej giełdy przywiozłem tylko modelik: Renault 10 w kolorze brązowy metalik (zdecydowanie ładniejszy i trochę lepiej wykonany od opisywanego tutaj), co prawda bez lusterka, ale za całe 10 zł . Tym razem stało się jednak inaczej.

Kiedy wszedłem do hali Neo Garage, już na jednym z pierwszych oglądanych stoisk zauważyłem żółty bolid Renault, o którym już od kilku dobrych lat myślałem.

Zapakowany w blister modelik wziąłem do ręki i zapytałem znanego mi z giełdy kolegę z Gdańska (któremu kiedyś podarowałem zdjęcie mojej córki z serialu „Do dzwonka” z jej autografem) „ile za to?”. Wtedy pojawił się inny kolega z Gdańska (od którego kilka lat temu kupiłem opisywany tu modelik Nissan Fairlady Z 432) i odpowiedział: 30zł.

Nie zastanawiałem się ani chwili. Wyjąłem szybko portfel, aby nikt mnie nie ubiegło i od razu modelik kupiłem. To było to, czego od lat szukałem. Po różnych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że trzeci w kolekcji model Formuły 1 będzie to chyba żółty Renault (z końca lat 70-tych), bo bolidy z tego okresu są moim zdaniem najładniejsze. Napisałem tu „chyba”, bo do żółtego modelika Renault dojrzałem kilkanaście lat temu, jeszcze w czasie „kultowego szaleństwa”, kiedy takie modele można było na Allegro trafić i nie były one wcale aż takie drogie.

Nawet chyba wtedy któryś obserwowałem i licytowałem, ale kupić mi się nie udało. Później, w 2016 roku gdy „kultowe szaleństwo” się skończyło, modeliki też jakby z rynku zniknęły. Cóż w kolekcjonerstwie tak była. Kiedy przegapi się właściwy moment, trzeba później wykazać się „anielską” cierpliwością i czekać na kolejną okazję czasem wiele lat.

Moja przygoda z modelikami bolidów Formuły 1 trwa już prawie 20 lat, a prezentowany tu model to raptem trzeci taki model w kolekcji. Dlaczego ? Otóż kiedy zacząłem zbierać modele w skali 1:43 od samego początku wykluczyłem z nich modele wszelkiej maści pojazdów prototypowych, doświadczalnych i tych z bardzo krótkich serii, w których powstaje kilka, czy kilkanaście sztuk, a do takich właśnie pojazdów należą bolidy Formuły 1.

W 2003 roku trafiły mi się okazyjnie modeliki McLaren: MP4/13 #7 i dwa MP4/15 #2, których kierowcą był David Coulthard. Dwa z nich na giełdach sprzedałem i zarobione pieniądze wsparły zakupy innych modeli do kolekcji. Ponieważ były to modele renomowanej firmy Minichamps, ostatni postanowiłem sobie zostawić. Modelik przedstawia bolid z 2000 roku, a że w owym czasie Mercedes-Benz właściwe niejako „wchodził” do Formuły 1, więc modelik bolidu potraktowałem jako „urozmaicenie” sporej już wtedy kolekcji modeli aut tej marki.

Po jakimś czasie, kiedy w mojej kolekcji było już kilkanaście modeli Ferrari, doszedłem do wniosku, że ta „mini-kolekcja” nie może się składać z samych samochodów sportowych. Przecież samochody Ferrari są w Formule 1 obecne nieprzerwanie od samego jej powstania.

Z podobnych powodów w kolekcji znalazł się pokazany tu żółty bolid.

W kolekcji miałem dotychczas 39 modeli samochodów Renault. Jest to pod względem liczebności czwarta marka w mojej kolekcji, po modelikach marek Mercedes-Benz, Fiat i Volkswagen, który teraz liczy tylko 1 sztukę więcej niż Renault. Toteż doszedłem do wniosku, że warto byłoby uzupełnić modele Renault o bolid Formuły 1, bo przecież auta czy też silniki tej marki były obecne w Formule 1 od 1977 roku (aż do 2020 roku). Przyznam się jednak szczerze, że w temat zbytnio się nie zgłębiałem. Po prostu oglądałem od czasu do czasu (przeważnie przy okazji) w sklepach internetowych i na aukcjach, różne modele bolidów Renault. Wybór padł na RS11 przede wszystkim ze względów estetycznych i kolorystycznych (dokładnie tak samo jak w przypadku Ferrari).

Żółty kolor modelika kojarzy się jednoznacznie z marką i banerami oraz „obrandowaniem” salonów samochodowych Renault. A bolidy z drugiej połowy lat siedemdziesiątych są moim zdaniem najładniejsze w jej historii. Może to i subiektywna ocena, ale cóż współczesne długie „rozwleczone” bolidy choć na pewno o wiele bezpieczniejsze niż te starsze, po prostu mi się nie za bardzo podobają.

Modelik dostępny jest na rynku od wielu chyba lat. Kiedy otworzyłem opakowanie, a właściwie rozpiąłem dwie połówki blistra, byłem trochę zaskoczony kiedy ujrzałem logo renomowanego producenta modeli. Jeszcze ciekawsza okazała się historia samego samochodu, którą co prawda po angielski, można przeczytać tutaj:

NOREV 518945 Scale 1/43 | RENAULT F1 RS11 N 15 GP DIJON 1979 J-P.JABOUILLE YELLOW WHITE (carmodel.com)

Kiedy ją przeczytałem, zrozumiałem, dlaczego modelik Renaullt RS11 jest na rynku od wielu, wielu lat. Ten samochód był pierwszym bolidem Renault, który w Grand Prix Francji na torze Dijon odniósł podwójne zwycięstwo. Jean-Pierre Jabouille był bezapelacyjnie pierwszy. Zaś o drugie miejsce zaciętą walkę, która przeszła do historii, stoczyli Gilles Villeneuve w Ferrari 312 T4 oraz drugi bolid Renaullt pilotowany przez René Arnoux:

Renaullt RS11 było też pierwszym samochodem z silnikiem turbodoładowanym, który odniósł spektakularne zwycięstwo w wyścigu Formuły 1. Prezentowany tu modelik pochodzi prawdopodobnie z jakieś serii gazetowej, bo kiedy obejrzałem zdjęcia innych modeli tego auta, doszedłem do wniosku, że w modeliku warto by poprawić (np. pomalować na srebrno) kolektory dolotowe na silniku, tak aby były lepiej widoczne. (To samo dotyczy rur wydechowych). Aby upewnić się, jak powinno to wyglądać zacząłem z Internetu ściągać zdjęcia silnika, które dość szybko znalazłem. Znalazłem też przy okazji coś takiego:

Aby przymierzyć się do przeróbki, a właściwie drobnej waloryzacji, odkręciłem od sporu 2 śrubki i próbowałem wyjąć podwozie. Z tyłu ładnie odeszło, jednak w samym „dziobie” siedziało twardo w nadwoziu. Rozkręcałem i skręcałem modelik kilka razy i nic. Płytka podwozia pozwalała się mocno odgiąć jednak dostęp do górnej części silnika był słaby. Za którymś razem jednak w ręku została mi tylko górna część nadwozia :

Wtedy okazało się, że modelik można rozłożyć niemal tak samo, jak rozkładał się prawdziwy samochód. Teraz dostęp do silnika jest dość dobry. Zachodzi jednak pytanie, jak waloryzację zrobić? Pomalować po prostu kolektory srebrną farbą, czy okleić aluminiową folią i spolerować, aby uzyskać efekt bardziej przypominający chrom ?

A przy okazji proszę, tak wyglądają wspominane tu wszystkie 3 moje modele Formuły 1 razem :

Od lewej: McLaren Mercedes Mp4/15 # 2 David Coulthard z sezonu 2000 firmy Minichamps, Ferrari 126 C2 z GP San Marino 1982 # 28 Didier Pironi firmy Brumm i Renault RS11 z GP DIJON 1979 # 15 Jean – Pierre Jabouille firmy Norev.

pozdrawiam

P.S. 20 września

Kiedy w poszukiwaniu materiałów do tego wpisu, przeglądając Internet trafiłem na ciekawą stronę o modelikach aut: https://www.maronline.org.uk/ To właśnie z niej dowiedziałem się, że opisywany tu i pokazany na filmie historyczny pojedynek kierowców Formuły 1 w trakcie Grand Prix Francji na torze Dijon firma Brumm zobrazowała również w formie modelików w skali 1:43 :

313. Podróże małe i duże (cz.1) i Mercedes-Benz O302

W ostatnim czasie niczego na blogu nie publikowałem. Ostatni wpis ukazał się tutaj w połowie stycznia. Na luty niejako z okazji smutnej 11 rocznicy zakończenia produkcji samochodów w FSO planowałem ostatni wpis z serii „FSO smutny koniec historii”, który zacząłem pisać tuż po trzech pierwszych, kiedy temat był jeszcze „gorący”, jednak wtedy nie bardzo miałem czas na jego właściwe przygotowanie. Tekst „wisi” od lat w nieopublikowanych szkicach, co jakiś czas do niego wracam, ale jak widać wciąż nie mam możliwości dokończenia go. Tym razem powodem wstrzymania działalności na blogu było to, co stało się 24 lutego, a co było dla mnie źródłem ogromnego szoku i frustracji.

W trakcie poprzedniej długiej przerwy w pisaniu bloga, w 2020 roku, przyczyną zaprzestania umieszczania nowych wpisów była pandemia, która dla mnie zwłaszcza w pierwszym okresie też była dużym szokiem. W 2021 roku z tego szoku udało mi się nieco ochłonąć i zamieściłem na blogu 9 wpisów.

Tym razem przyczyną mojego równie głębokiego szoku stała się wojna. Należę do pokolenia, które wojnę w Europie zna z historii i relacji rodziców, którzy ją przeżyli. Ja myślałem, że już nic takiego w najbliższych latach się nie wydarzy, dlatego wybuch wojny, a właściwie rosyjska agresja na Ukrainę była dla mnie szokiem. Toteż nie miałem głowy do prowadzenia bloga.

Pomimo napiętej atmosfery międzynarodowej (staram się śledzić to, co dzieje się na Ukrainie) próbujemy, a właściwie staramy się w miarę normalnie żyć, a więc i od czasu do czasu odbywać mniejsze i większe wypady w Polskę.

Na początku marca zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami pojechaliśmy z żoną odwiedzić naszą córkę , która studiuje w Berlinie. W kwietniu i maju trafiły mi się 2 wyjazdy służbowe do Szklarskiej Poręby i zamku Topacz (gdzie też znajduje muzeum motoryzacji). Na początku czerwca miałem możliwość zwiedzania fabryki silników mercedesa w Jaworze.

W czerwcu zaczęło się robić już bardzo ładnie i naprawdę ciepło. Sezon wycieczek rozpoczęliśmy w sobotę 11 czerwca od wycieczki do Piaseczna, skąd wyruszyliśmy na kilkugodzinną przejażdżkę kolejką wąskotorową do Tarczyna i z powrotem. Tak wyglądało to na dworcu:

A już w wagonie wyglądało to tak:

Tak wyglądał początek przejażdżki na stacji w Piasecznie. Ale kiedy kolejka dojechała do odległego o kilkanaście kilometrów Tarczyna, zaszła potrzeba przepięcia lokomotywy na drogę powrotną:

W drodze powrotnej okazało się, że nasz wagon jest teraz nie pierwszy a ostatni i z pomostu rozciągał się taki oto widok :

Pod koniec czerwca zaczęły się upały i tym samym rozpoczęliśmy „coroczny” cykl wycieczek do Rawy Mazowieckiej (na kajaki).

Zalew Tatar polecałem i zachwalałem na tym blogu już nie już raz. Ale w tym roku przy okazji pierwszego chyba nad nim pobytu, postanowiłem nakręcić kilka krótkich filmików o jego zaletach :

A co nowego w kolekcji ?

W przeciwieństwie do bloga kolekcja, która i tak jest już (jak na możliwości naszego mieszkania) monstrualna, rozwija się dalej, właściwie można by rzec, że puchnie. W ubiegłym (nie opisanym jeszcze roku) w kolekcji przybyło 18 modeli, głównie za sprawą serii „Kultowe ciężarówki z epoki PRL”, ale nie tylko. Pokłosie grudniowego wyjazdu do Berlina pokazałem tu w grudniu .

W tym roku do kolekcji już doszło już 10 modeli, a na pewno 2 dojadą jeszcze z Berlina.

Na początku sierpnia jakoś tak „zaplątałem się” na Allegro. Przy okazji przeglądania ofert, trafiłem na 2 ciekawe modele autobusów. Pierwszy z nich doskonale pasuje do pokazanego tu zalewu i ogólnie tematyki tego wpisu, bo choć przez Rawę Mazowiecką też przebiega linia kolejki wąskotorowej (z Rogowa do Białej Rawskiej) to pociągi już od lat tam nie kursują i nad Zalew Tatar można dojechać tylko samochodem lub właśnie autobusem.

Kilka lat temu we Francji ukazała się gazetowa seria „Autobus & autocars du Monde” W serii tej ukazało się 100 modeli autobusów z różnych okresów i różnych krajów. Ja postanowiłem wyłuskać z niej prawdziwe „rodzynki”. (Opisywanego tu kilka lat temu londyńskiego piętrusa , czy pokazanego w poprzednim wpisie warszawskiego Jelcza PR100).

Kiedy więc na Allegro na początku sierpnia znany mi od lat pan Michał ze sklepu Modeliki wstawił modele autobusu turystycznego Mercedes-Benz O302 (tu pokazany) i miejskiego O305 (pokazanego w albumach) , w dość atrakcyjnej jak, na tego rodzaju modele cenie (po 115 zł), najpierw zastanawiałem się który kupić, a po kilku dniach zdecydowałem się na obydwa i tego nie żałuję.

Prezentowany tu modelik autobusu Mercedes-Benz O302 przedstawia krótką, 9,6 metrową wersję autobusu. Modelik prawdopodobnie pochodzi z serii wydanej we Włoszech i jak zresztą wiele mu podobnych (z innych znanych serii gazetowych) wyprodukowała go firma IXO. Można go też obecnie nabyć w sklepach modelarskich w innych wersjach kolorystycznych z nieco staranniej wykonanymi detalami .

Modelik nie jest może szczytem modelarskich marzeń i wymagał pewnych poprawek, ale cóż zaletą jego jest to, że mimo drobnych wad kształtu nadwozia, i pewnych uproszczeń, zwłaszcza wnętrza, nie kosztuje majątek, a prezentuje się całkiem dobrze.

Model dłuższej (bardziej chyba popularnej wersji) produkowała firma Minichamps. Jest on znacznie lepiej wykonany i kiedy patrzy się na jego zdjęcia wygląda jak prawdziwy autobus. Ale cóż kosztuje ok 150 Euro.

Prezentowany tu modelik wymagał podniesienia zawieszenia to jest podniesienia nadwozia o ok 1,5 mm w stosunku do położenia kół. Robiłem to metodą opisywaną tu już kilkakrotnie . Po rozpiłowaniu w dół otworów przez które przechodzą ośki kół, nad ośki wsadziłem podkładki wykonane z zapałek. Niestety nadwozie udało się podnieść tylko o ok 1 mm, bo tylna oś leży niejako na płaskiej płytce podwozia i wyrzeźbienie w niej rowka, w który wchodziłaby ośka byłoby bardzo trudne i pracochłonne, bo niestety nie wiadomo jak model rozebrać i poprawki trzeba wykonywać na kompletnie uzbrojonym autobusie, co jest dość kłopotliwe.

Jednak i tak model nie wygląda najgorzej, a oryginał wyglądał tak :

pozdrawiam

P.S. 8 września

W tym roku , nad zalewem Tatar byliśmy 7 razy. W czerwcu 2 razy w lipcu też 2 a w sierpniu 3.

To, że nad sam zalew można dojechać samochodem udokumentowałem w trakcie wycieczki 15 sierpnia:

Tego samego dnia wyciągnęliśmy z zaparkowanego przy zalewie auta kijki i przy ich wsparciu obeszliśmy zalew dookoła. Dystans ścieżką dla pieszych i rowerzystów to ok 3,8 km . A tak wygląda zalew z zapory:

A jak wygląda zalew z kajaka uwieczniłem na filmiku w trakcie drugiej czerwcowej wycieczki :

Wypożyczenie dwuosobowego kajaka w OSiR Rawa Maz. za 1 godzinę kosztowało w tygodniu 10zł, w weekendy i święta 12 zł. Opłynięcie zalewu kajakiem (z przystani OSiR do tamy głównej , następnie wzdłuż lewego pónocno-zachodniego brzegu aż do stopnia wodnego i mostka oddzielającego główny „ucywilizowany” zbiornik od „dzikiego” sporego zbiornika położonego już zupełnie poza miastem i powrót do przystani kanałem między zalesionym brzegiem a wyspą) to dystans ok 3,5 km i godzina w zupełności wystarcza na pokonanie go, nawet gdy wiosłuje tylko 1 osoba.

312. Ubiegłoroczne zdobycze – uzupełnienie (2019 i 2020)

Przez długi czas prowadzenia tego bloga, niemal zawsze, na początku każdego nowego roku ukazywały się wpisy podsumowujący rok poprzedni. I tak w prawym panelu bocznym bloga w zakładce „kategorie” można znaleźć odnośnik (Ubiegłoroczne zdobycze) po kliknięciu na który, ukaże się 13 wpisów podsumowujących moje zakupy z okresu prowadzenia bloga, a więc pierwsze z roku 2006 a a ostatnie z roku 2018. Nie pamiętam już dlaczego w kolejnych latach takiego podsumowania nie zrobiłem.

Teraz mam zamiar to naprawić.

Na początku marca 2020 roku zdążyłem pojechać jeszcze na jedną „modelikową” giełdę i kupić kilka modeli, ale zaraz potem w Polsce wybuchła pandemia i tydzień po wizycie na giełdzie wylądowałem na „pracy z domu”. Może nie wszyscy pamiętają, ale w owym czasie panowało przerażenie i panika i ja też byłem tym wszystkim na tyle przerażony, że nie miałem zupełnie głowy ani do bloga, ani do modelików. Pierwszy wpis w 2020 roku, jaki ukazał się na blogu, zamieściłem dopiero pod koniec grudnia !

Czy w tym czasie nic się z kolekcją nie działo, owszem działo się ale w porównaniu z poprzednimi latami , naprawdę niewiele.

Co się w roku 2019 udało?

Ro 2019 upłynął właściwie pod znakiem dwóch wydarzeń: Urządzania mieszkania córki i szarpania się ze starym (12 letnim wówczas samochodem). Akurat latem moje poprzednie auto (o czym zresztą na blogu pisałem) zaczęło wykazywać oznaki zużycia. Latem silnik zaczął źle chodzić na wolnych obrotach i choć samochód jeździł, na przełomie lipca i sierpnia na kilkudniowy udany zresztą wypad do hotelu Omega w Olsztynie wybraliśmy się pociągiem. (Co okazało się bardzo dobrym pomysłem)

Olsztyn a zwłaszcza okolica położonego na uboczu miasta, nad jeziorem Ukiel hotelu, bardzo przypadła nam do gustu:

Nie chciałem tu zamieszczać „tasiemcowej” relacji z całą masą zdjęć (jak w przypadku poprzednich opisywanych tu urlopów) ale postanowiłem je skomasować w dwie krótkie prezentacje, które mam nadzieję oddają atmosferę kilkudniowego urlopowego wypadu na Mazury:

Z Olsztyna wróciliśmy 1 sierpnia i chyba tego samego dnia z Erasmusa z Berlina wróciła nasza córka. I tak resztę urlopu spędziłem na skręcaniu szafek kuchennych i montowaniu kuchennego ich wyposażenia.

Jeśli chodzi o nowości, jakie pojawiły się w roku 2019 w mojej kolekcji (a nie było ich wiele w porównaniu do lat poprzednich) kilka było prezentowanych na blogi, a kilkoma się też pochwaliłem, tym niemniej pragnę je tu razem (w kolejności zakupów) przypomnieć :

Modelik był na blogu opisywany i prezentowany.

Kupiony dość okazyjnie na czerwcowej giełdzie 2019 roku Volkswagen T5 (firmy Minichamps) nie był na blogu prezentowany. (Może jeszcze będzie, bo to istotny model w historii marki jak i w kolekcji też)

Na tej samej giełdzie kupiony został też opisany już na blogu model BMW

W październiku 2019 na służbowym spotkaniu dostałem od kolegi ze Słupska kupione tam 2 modele Star 25 z próbnej jeszcze wówczas serii „Kultowe Ciężarówki z okresu PRL” i oczywiście opisałem na blogu.

A to pozostałe modele, które były na blogu wymienione przy okazji bożonarodzeniowego, świątecznego wpisu z filmikiem z grudniowej giełdy :

escort

Ford Escort z serii „Kultowe Auta PRL” . Kupiłem go za całe 10 zł. Jest niekompletny, ale nabyłem go z zamiarem przeróbki na model MK4 jakim przez 8 lat jeździłem.

corsa

Opel Corsa również z „kultowej” serii. W mojej kolekcji nie miałem żadnego modelika tego popularnego auta. Już jakiś czas temu postanowiłem takowy nabyć. Tym razem udało się go trafić za 20 zł.

rekord

Za taką samą kwotę nabyłem też modelik innego auta tej samej marki. Opel Rekord P2 nie ukazał się w polskiej serii, ale wyszedł w serii rumuńskiej, a że od dawna mi się podobał, postanowiłem go kupić.

fabia

I na koniec nieco droższy „modelik w zastępstwie”. Od lat podoba mi się Skoda Octavia III. Zapragnąłem więc zdobyć też jej modelik, a że dobrze wykonana się nie trafiła, kupiłem Fabię III.

Na początku listopada jak od kilku lat zresztą wybrałem się na spotkanie pod bramą FSO, na którym spędziłem kilka godzin:

Okazało się, że było to właściwie ostatnie spotkanie, na którym panowała atmosfera znana z poprzednich. W następnym roku z powodu pandemii odbył się co prawda jakiś zlot (ale bez zwyczajowego spotkania pod bramą FSO) zaś w ubiegłym roku (2021) właściwie tylko „zajrzałem” na zlot, bo ja z kolei byłem chory.

Pod koniec listopada udało się wreszcie zmienić samochód na nowy, (co na blogu zostało oczywiście też odnotowane).

Co się w roku 2019 nie udało?

W opisywanym roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Właściwie wszystkie moje warsztatowe poczynania zostały na blogu pokazane i opisane. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety na blogu w 2019 roku ukazało się 9 wpisów (co i tak jest wynikiem lepszym niż w 2018 roku, ale gorszym niż we wszystkich poprzednich latach, kiedy blog funkcjonował na nieistniejącej platformie Blog.pl i Blog Onet.pl). Niemniej jednak wpisy były obszerniejsze i zawierały sporo nie związanych z modelami informacji. Tak więc blog powoli zaczął się poniekąd przekształcać w „blog turystyczno-hobbystyczny” (Co w ostatnim czasie też jest widoczne)

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w 2019 roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 2018. W całym roku zamknęły się kwotą 270 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Co się z kolei udało w roku 2020 ?

Niewiele, naprawdę niewiele. Rok ów zaczął się dla mnie niezbyt fortunnie i przypuszczam, że podsumowania roku 2019 nie napisałem, bo na przełomie stycznia i lutego 2020 zachorowałem na jakąś dość ciężką i bardzo szybko obezwładniającą odmianę grypy. (Myślałem nawet, czy to czasem nie był Covid, którego w owym czasie oficjalnie w Polsce jeszcze nie było). Przeleżałem ledwo żywy kilka dni w łóżku, do modelików i bloga głowy zupełnie nie miałem, ale pozytywnym efektem choroby było zupełnie nagłe, właściwie bezproblemowe i bez żadnego wspomagania rzucenie palenia (po kilkudziesięciu latach). Raczej jest ono skuteczne, bo do tej pory, a minęło już prawie 2 lata wciąż nie palę.

Jak się okazało, był to ostatni moment na taką, ze wszech miar właściwą i zdroworozsądkową decyzję, bo od połowy marca rozszalała się w Polsce pandemia. To ona była właściwie przyczyną zaprzestania mojej działalności zarówno kolekcjonerskiej jak i blogowej. Na pandemię nałożyła się jeszcze inna niezbyt miła dla nas sprawa.

W połowie roku 2019 żona dostała propozycję podjęcia pracy w innej podobnej jak dotychczas firmie (prowadzącej szkoły językowe). I tak żona odeszła z firmy w której pracowała przez ostatnie 3 i pół roku i przeszła do nowej. Przejście to zaowocowało kilkoma dniami wolnego i czerwcowym wypadem nad Liwiec (pokazanym tu zresztą też). Niestety już w grudniu 2019 roku żona została z nowej firmy zwolniona. Początek 2020 roku nie był więc dla nas miły, bo żona siedziała w domu i wysyłała odpowiedzi na różne ogłoszenia o pracę, co przeważnie nie dawało żadnego rezultatu.

Dopiero w marcu dostała propozycję pracy w firmie, która zaoferowała pracę w biurze położonym po drugiej stronie naszego osiedla. Niestety był to okres początku pandemii, wszyscy byli spanikowani, ja nagle wylądowałem w domu na „home office” (z którego wcześniej wcale nie korzystałem) i żona pracy wówczas nie pojęła. Umówiła się jednak z ową firmą, że jeżeli sytuacja trochę się uspokoi a oferowane stanowisko będzie dalej możliwe do obsadzenia, pracę chętnie podejmie.

Nowa firma odezwała się w połowie czerwca i żona podjęła pracę od 1 lipca. Nie potrzebowała tym razem żadnego biletu miesięcznego, bo do biura w nowej pracy chodziła piechotą, co zajmowało ok 10 minut. (Ja powiem szczerze trochę jej zazdrościłem, bo w całej mojej 40 letniej zawodowej karierze tylko w trakcie mojego pobytu w Niemczech miałem do pracy bliżej niż ona teraz) .

Podjęcie nowej pracy przez żonę po kolejnej (tym razem półrocznej ) zawodowej przerwie (poprzednia trwała w jej przypadku ponad 11 lat – do listopada 2015 roku) wiązało się z niemożnością wyjazdu na jakikolwiek wspólny urlop (nawet tylko kilkudniowy jak w 2016, 2018 czy 2019 roku). Dlatego działać trzeba było szybko.

Na moim poprzednim Iphonie (za namową kolegi) zainstalowałem sobie jakiś czas temu aplikację WeatherPro. W trakcie naszego kilkudniowego pobytu w Smardzewicach w 2018 roku, aplikacja jak najbardziej się sprawdziła. Toteż tym razem, w ostatnim tygodniu czerwca obserwowałem na niej pogodę codziennie i zdałem się na nią całkowicie. W wtorek wypisałem 2 dni urlopu i zarezerwowałem (w opisanym powyżej) hotelu Omega w Olsztynie 2 pokoje z noclegami w czwartek i piętek. W środę pojechałem do pracy i nie byłem pewien czy wypad się uda, bo pogoda była okropna. W Warszawie padał deszcz i o ile dobrze pamiętam było ok 12 stopni ciepła (do samego wieczora). Następnego dnia rano podjechałem do córki zabrać ją i jej bliską koleżankę na 3 dniowy „mazurski” wypad. Zgodnie z zapowiedziami na WeatherPro świeciło piękne słońce i było ok 25 stopni. W czwartek po przyjeździe do Olsztyna całe popołudnie spędziliśmy na pokazanej tu, na prezentacji powyżej, plaży nad jeziorem Ukiel. Wieczorem córka (niejako w podziękowaniu) zaprosiła nas do eleganckiej restauracji po drugiej stronie jeziora. Bardzo jej się nad jeziorem Ukiel podobało. W piątek znów byliśmy na plaży i był nawet upał, pamiętam, że córka z koleżanką przed południem wypożyczyły rower wodny i koleżanka się kąpała, a o15. odstawiłem ją na dworzec Olsztyn Zachodni skąd (podobnie ja my z żoną w poprzednim roku) pojechała do domu pociągiem. Córka zaś została z nami na kolejny dzień.

W sobotę musieliśmy hotel opuścić, ale straty nie było. W nocy z piątku na sobotę pogoda (jak to w Polsce bywa) znów się popsuła. W nocy padał deszcz, a rano nie było już ładnie (jak w ciągu poprzednich dwóch dni). Postanowiłem nie wracać jednak prosto do Warszawy, ale pojechać na wycieczkę na północ, do Lidzbarka (tym razem) Warmińskiego, bo doszedłem do wniosku, że warto zobaczyć to miasto, w którym nigdy przedtem nie byłem. Z Olsztyna to tylko 70 km, a następna taka okazja nie wiadomo było czy i kiedy się nadarzy:

Zdecydowanie było warto. Z Lidzbarka Warmińskiego pojechaliśmy do Ostródy (którą byliśmy nieco rozczarowani i nie mam stamtąd zdjęć) a stamtąd (już po obiedzie) wróciliśmy do Warszawy. W trakcie całej wycieczki zaliczyliśmy chyba ze 2 burze. W trakcie pierwszej musiałem się nawet w Dobrym Mieście zatrzymać, bo przez chwilę lało tak, że nie było nic widać i nie można było samochodu prowadzić.

Jak już tu napisałem wycieczka z Olsztyna odbyła się do Lidzbarka (tym razem) Warmińskiego, bo dość uroczy Lidzbark Welski odwiedziliśmy latem 2020 roku nawet 2 razy (w trakcie całodziennych) weekendowych wypadów z Warszawy w czerwcu:

Ale też w lipcu:

W trakcie tej drugiej wycieczki opłynęliśmy przepiękne Jezioro Lidzbarskie kajakiem.

Obydwie wycieczki, były to najdłuższe jednodniowe wypady za miasto jakie w 2020 roku zrobiłem (Do Lidzbarka jest z Warszawy ok 175 km). Poza tym (z nowych nieznanych miejsc) byliśmy jeszcze w Nowym Mieście nad Soną (Niedaleko Płońska, nad tamtejszym zalewem). Byliśmy też kilka razy nad pokazywanym na blogu Zalewem Tatar w Rawie Mazowieckiej, nad Liwcem i w Serocku nad Zalewem Zegrzyńskim.

Jeśli chodzi o modeliki, jakie w roku 2020 do mojej kolekcji kupiłem (w porównaniu do lat poprzednich) było ich naprawdę niewiele.

Dokładnie w zapomniane już nieco święto – „Dzień Kobiet”, 8 marca odbyła chyba pierwsza i ostatnia w 2020 roku giełda modeli w NEO Garage w podwarszawskim Ursusie (czy raczej Gołąbkach). Pamiętam, że jeszcze wtedy specjalnej paniki nie było, bo oficjalnie w Polsce było zaledwie kilka przypadków Covid-19 i na giełdzie wszyscy nadchodzącą pandemią raczej się nie przejmowali. Kilka dni później otwarcie giełdy byłoby już jednak niemożliwe. W czerwcu, wrześniu i grudniu giełdy zostały odwołane. Na giełdę oczywiście pojechałem i wtedy zupełnie nie przypuszczałem, że na kolejną wybiorę się dopiero w grudniu 2021 roku. Kupiłem 3 modeliki trochę na zasadzie, aby nie wracać z giełdy „bez niczego”. Nie były one tu jednak prezentowane i teraz pragnę je tu razem (w kolejności zakupów) pokazać:

Pierwszym zakupem był model Seat Toledo (firmy Minichamps). Był to zakup jak najbardziej zamierzony, bo samochód ten uważam za jedno z najładniejszych i najspójniej skomponowanych nadwozi końca lat 90-tych. Modelik kosztował 75 złotych, a więc ani tanio, ani drogo, a kupiłem go bo sądziłem, że na Allegro nie uda mi się go upolować.

Drugi model, kupiony już trochę przy okazji pogawędki ze sprzedającym to Alfa Romeo 155 (firmy Garni & Partners z serii gazetowej DeAgostini) kosztował 30 złotych, a więc OK. Chciałem mieć cywilną wersję alfy 155, bo uznałem że do kupionej w 1998 roku we Francji wersji z wyścigów DTM przydała by się normalna „drogowa” wersja, tego trochę niedocenianego, ale moim zdaniem ładnego samochodu. Modelik na pozór wygląda atrakcyjnie, ale aby był naprawdę ładnym modelem alfy 155, wymaga dość kłopotliwej przeróbki. Przejście między maską i błotnikiem przednim jest zupełnie źle wykonane (jak zresztą w wielu współczesnych modelikach starych już dziś samochodów) i kiedyś będzie trzeba odciąć maskę, nieco ją wygiąć a błotniki uzupełnić żywicą tak aby linia podziału miedzy maską a błotnikiem tworzyła łagodny łuk (jak w samochodzie), a nie linię prostą (jak zrobiono to w modeliku).

I ostatni już „giełdowy” zakup – Auburn 851 Speedster (firmy Matchbox z serii Models of Yesterear). Jest kompletny, trochę poobijany, a kupiłem go zupełnie przy okazji jako wrak za 8 zł, bo ma oryginalne kółka, których niestety mój wypieszczony, a zdobyty (również na giełdzie) 20 lat wcześniej Auburn ich nie ma.

W listopadzie, jakoś przypadkowo zajrzałem na Allegro. Zorientowałem się, że są tam oferowane modele autobusów z serii gazetowej, która ukazała się kilka lat temu we Francji. Ceny nie były może niskie, ale były akceptowalne i nad zakupem kilku modeli zacząłem się zastanawiać. W końcu wylicytowałem model warszawskiego autobusu miejskiego MZK – Jelcz PR100. Taki jakiego zapamiętałem z czasów studenckich:

To już ostatni, jednak dla mnie nader ważny i cieszący oko nabytek z 2020 roku. Kosztował mnie 156 złotych i pojechałem po niego po drodze z pracy na warszawski Ursynów (na który nie przepadam jeździć, bo się tam gubię i czuję się jak w obcym, nieznanym mi mieście). Modelik nade wszystko przełamał moją pandemiczną apatię i przywrócił niejako z powrotem zainteresowanie kolekcją.

Co się w roku 2020 nie udało?

W opisywanym roku, pomimo pandemii i przebywania dużo w domu praktycznie nie zaglądałem do mojego „warsztatu”.  W archiwum zdjęć na moim telefonie nie ma żadnych zdjęć z przeróbek i napraw, oprócz pokazanych w grudniowym wpisie dwóch nowych opakowań do kupionych wcześniej modelików.

Blogowi też w ogóle nie poświęcałem czasu. I stało się tak, jak napisałem tu na początku : Pierwszy wpis w 2020 roku, ukazał się na blogu dopiero pod koniec grudnia ! Co ciekawe, w roku 2020 pomimo, że ukazał się tylko 1 wpis, blog odnotował o kilka tysięcy więcej osłon niż w 2019 i 2021 roku, kiedy to na blogu ukazało się po 9 wpisów.

W kolekcji pojawiły się zaledwie 4 a właściwie 3 nowe modele.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach.  Modeli kupiłem jeszcze mniej niż w 2019 roku. Było ich tyle co w zamierzchłym 1985 roku, a nawet mniej niż w 1984 i 1989 roku (a więc na samym początku kolekcji).   

Wydatki na modele były też najniższe od lat i były dokładnie takie jak w 2006 roku. Dzięki sprzedaży kilku niepotrzebnych gadżetów z jeszcze z FSO zamknęły się oszałamiającą kwotą 229 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niezbyt wygórowaną.

pozdrawiam