Wesołych Świąt

172-taksc3b3wki-1

Jeszcze do końca nie ochłonąłem z wrażeń po zakupie nowego, prawdziwego samochodu. A tu już święta. Wczoraj ubraliśmy choinkę.

Choinka 2019 1b

Zawsze była żywa, ale w tym roku tradycję przejęła moja córka i to dla niej kupiliśmy w promocji, w Lidlu jodłę kaukaską. O tym, żeby taką samą kupić też dla nas, jakoś nie pomyśleliśmy. Wieczorem tego samego dnia wybrałem się na spacer po Targówku. U zbiegu ulic Kersona i Borzymowskiej, z dala od bazarku i marketów, na pustym placu rozłożył się sprzedawca choinek. Cena za mała choinkę w doniczce, (jaką mieliśmy w ubiegłym roku) nie była zachęcająca (50 zł). Ubiegłoroczna choinka mimo pielęgnacji i podlewania też uschła, a później tuż przed Wielkanocą, przy próbie wyjęcia jej z doniczki, ta ostatnia potłukła się. Jakiś tydzień temu pojechałem po coś do Arkadii. Po krótkiej telefonicznej konsultacji z żoną kupiłem małą sztuczną choinkę, a niech tam, w końcu małych dzieci w domu już nie ma, a wiadomo przed świętami pracy w domu jest zawsze co niemiara.

Dwa tygodnie temu odbyła się w Warszawie, a właściwie na jej dalekich obrzeżach (bo tuż na granicy Ursusa i Gołąbek) na nowo „ożywiona” giełda modeli. A wyglądała tak:

Na giełdę pojechałem już nowym autem, pojechałem tam właściwie „towarzysko”, zobaczyć jak to będzie wyglądało. Giełda była naprawdę duża i pokazany tu filmik pokazuje zaledwie kilka stoisk już pod sam jej koniec. Moje hobby właściwie powoli umiera. Nie bardzo mam czas i ochotę „ślęczeć”  nad aukcjami na Allegro i oglądać właściwie tę samą niezbyt interesującą mnie ofertę.

Co innego giełda. To już właściwie jedyne miejsce gdzie jeszcze coś tam kupuję. Nie coś, co sobie wymarzyłem, ale coś, o czym myślałem w ostatnich latach. Prawda jest też taka, że zajęty codziennymi sprawami, po powrocie z pracy jestem przeważnie zmęczony i nie bardzo mam ochotę „ślęczeć”  nad kolejnymi modelikami. W przeciągu całego mijającego już roku nabyłem do kolekcji raptem 4 modele. Wyjątek wydarzył się na ostatniej giełdzie gdzie pomimo pierwotnego zamiaru „pooglądania i pogadania” też kupiłem 4 modele i na tym moja tegoroczna kolekcjonerska aktywność raczej się zakończy. Po trosze straciłem zapał, nowe, kolejne modeliki już mnie tak nie podniecają jak kilka lat temu, a poz tym trochę szkoda mi na nie pieniędzy.

A oto co przywiozłem z giełdy:

escort

Ford Escort z serii „Kultowe Auta PRL” . Kupiłem go za całe 10 zł. Jest niekompletny, ale nabyłem go z zamiarem przeróbki na model MK4 jakim jeździłem.

corsa

Opel Corsa również z „kultowej” serii. W mojej kolekcji nie miałem dotąd żadnego modelika tego popularnego auta. Już jakiś czas temu postanowiłem takowy nabyć. Tym razem udało się go trafić za 20 zł.

rekord

Za taką samą kwotę nabyłem też modelik innego auta tej samej marki. Opel Rekord P2 nie ukazał się w polskiej serii. Ale wyszedł w serii rumuńskiej, a że od dawna mi się podobał, postanowiłem go kupić tym razem, również okazyjnie.

fabia

I na koniec nieco droższy „modelik w zastępstwie”. Od lat podoba mi się Skoda Octavia III. Zapragnąłem więc zdobyć też jej modelik. Niestety na giełdzie zarówno oglądany jakieś dwa lata temu srebrny modelik firmy Abrex, jak i na ostatniej giełdzie modelik w kolorze niebieskim, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ale na tym samy stoisku była jeszcze Skoda Fabia III. Jej modelik jest o wiele lepiej wykonany (choć to też Abrex). Ponieważ cena bazowa była taka sama, kupiłem ten drugi. A niech tam, wydałem 55 zł, ale będę miał w kolekcji chociaż jeden modelik samochodu, który miałem szczery zamiar kupić, a którego w końcu nie kupiłem i specjalnie tego nie żałuję.

Cóż na modelik Fiata Tipo przyjdzie mi zapewne poczekać, bo na razie żadna znana mi firma takowego nie robi. Może zrobi go Burago, bo w końcu w Włoszech samochód sprzedaje się naprawdę dobrze.

pozdrawiam

 

 

300. Pożegnanie i powitanie – Nowy nabytek 1:1

300 wpisów na blogu 2b

I chociaż nie będzie to wpis o modelikach, starałem się aby taki był. 

Zaraz, ale jak to się stało, że poprzedni wpis miał jeszcze niedawno numer 298, a teraz wypada „jubileusz” ? Otóż nadarzyła się okazja szczególna, warta „uwiecznienia” na blogu, a skoro się nadarzyła, to dobrze byłoby, aby wpis z tej okazji miał okrągły „jubileuszowy” numer. Ale jak to zrobić ? Początkowo, miałem zamiar dodać jeden „szybki” wpis np. reklamujący „odrodzoną” po raz kolejny „modelikową” giełdę. Później przypomniałem sobie jednak, że kiedy zakładałem „nowy” blog (pod tym adresem), na samym początku zamieściłem na nim krótki wpis „Witam w nowym miejscu”. Wpis ten nie został za-numerowany,  bo „stary” blog, z którego treści zostały przeniesione tutaj później, jeszcze istniał. Po migracji „powitalny” wpis nie dostał jakoś numeru, bo znajdował się miedzy ostatnimi wpisami jeszcze ze „starego” bloga.

Olśniło mnie więc i nadałem „powitalnemu” wpisowi na WordPress zgodny z kolejnością numer, bo przecież bloga miniauto-43 (założonego jeszcze na Onet.pl) od prawie 2 lat już nie ma. Następujące po nim wpisy prze-numerowałem i tym sposobem mamy oto kolejny „okrągły jubileusz”

Ale do rzeczy:

Dobrych kilka lat temu zacząłem rozglądać się po rynku motoryzacyjnym i powoli przymierzać się do ewentualnej zmiany auta. Doszedłem do wniosku, że córka dorasta, pies się starzeje i duży rodzinny samochód nie będzie nam już potrzebny. Moje zainteresowanie wzbudził mały Volkswagen Up! W trakcie noworocznej wyprzedaży rocznika wybrałem się do salonu, gdzie obejrzałem auto i przymierzyłem się do niego. W innym salonie obejrzałem też bliźniaczą Skodę Citigo. Samochód spodobał mi się i nawet jakiś czas później pojechałem nim na jazdę próbną.  Nie było jednak wtedy żadnej „palącej potrzeby” bo moja Astra sprawowała się dobrze, więc na oględzinach Up’a się skończyło.

Dokładnie 3 lata temu w grudniu „znalazłem” na Otomoto wyglądającą na całkiem rozsądną ofertę sprzedaży „prezentacyjnego” egzemplarza samochodu Astra J sedan z przebiegiem 3 tys km. Pokazałem zdjęcia auta mojej mamie, która wówczas jeszcze żyła. Samochód bardzo się jej spodobał i nawet trochę namawiała mnie do jego zakupu. W tym aucie byłem powiem szczerze „trochę zakochany”. W Black Weekend kilka lat temu wybrałem się nawet do salonu i odbyłem jazdę próbną, po której nieco ochłonąłem. Cóż Astra jak Astra, choć z zewnątrz i w środku prezentowała się znakomicie, jeździła niemal dokładnie tak samo, jak moja starsza o 2 generacje, ale wyposażona w podobny silnik. Samochód z silnikiem 1,6 o mocy 105 KM wydawał nawet prawie identyczne odgłosy co mój, a komfort wcale „nie powalał”.  Auto podobało mi się, ale zwyciężył rozsądek. Samochód był od mojego dokładnie 10 cm szerszy, 0,5 metra dłuższy i …. cięższy o 250 kg. Moją „miłość” do Astry J w wersji sedan udało  mi się za to „uwiecznić” w postaci modelika (opisanego zresztą na tym blogu).

Później nastąpił opisywany zresztą tutaj ciąg wydarzeń, który pokrzyżował moje marzenia i plany. W marcu 2017 roku zmarła moja mama. Uporządkowania wymagał nie tylko dom po niej (a pracy było co niemiara) ale i sprawy spadkowe (w końcu mam też siostrę, która co prawda mieszka nad Atlantykiem, ale mam). Moja dotychczasowa Astra służyła mi dalej dzielnie w trakcie załatwiania tych wszystkich spraw i wciąż sprawowała się bardzo dobrze. Kiedy to, co trzeba było załatwić zostało załatwione, późną jesienią ubiegłego roku najpierw zachorowała, kilka tygodni później zmarła moja teściowa. Sytuacja znów się zmieniła, a ja nie miałem głowy do zajmowania się zmianą auta.

Kiedy wydawało się, że już wyszliśmy na prostą, na początku marcu córka wyjechała na „erasmusa” do Berlina i znów nie było czasu na wycieczki po salonach. Dotychczasowy samochód jeździł i co prawda okazywał już oznaki zużycia, ale „dawał radę”.

Rok temu zepsuł się zawór EGR, ale że zaciął się w pozycji „zamknięty” i tylko paliła się kontrolka na zestawie wskaźników, z awarią jeździłem ponad miesiąc zanim go wymieniłem.  W maju tego roku nagle przestała działać klimatyzacja. Naprawa kosztowała 500 zł, ale przed latem było warto to zrobić. W połowie lipca pękła lewa sprężyna z przodu i trzeba było wymienić całe kolumny przedniego zawieszenia za 900 zł. Niedługo potem, a właściwie w trakcie tej naprawy (mój mechanik założył złe, za wysokie sprężyny i wymieniał je jeszcze raz) coś złego zdarzyło się z silnikiem. Zaczął szarpać na wolnych obrotach. Ponieważ awaria nastąpiła tuż przed urlopem, na 4 dniowy (bardzo udany zresztą) pobyt w hotelu Omega w Olsztynie pojechaliśmy pociągiem. Nie chciałem ryzykować i auto zostawiłem w Warszawie. Zresztą dzięki zniżce „seniora” jaka mi w PKP przysługuje, bilety kosztowały tylko 2x po 90 zł , podróż pociągiem Intercity nie była długa, a komfortowa. Na miejscu samochód okazał się zupełnie niepotrzebny, więc gdybym nim pojechał może zaoszczędziłbym na benzynie 10 – 15 zł , a nerwów bym stracił co niemiara.

W okrągłą 12 rocznicę odbioru Astry z salonu, 1 sierpnia z Berlina wróciła już na stałe moja córka. Ja zająłem się pomocą w urządzaniu się jej. W tym czasie samochód trafił na kilka dni do warsztatu. Mój mechanik jednak się poddał. Sprawdzał to i owo, ale niczego nie wymienił nie wziął też za próby usunięcia usterki żadnych pieniędzy.

Jeszcze w lipcu, w trakcie dwukrotnej naprawy sprężyn, wygrzebałem na Otomoto dość rozsądną ofertę samochodu Skoda Fabia z silnikiem 1.0 o mocy 75KM. Salon który auto oferował, leży w pobliżu mojej codziennej drogi do pracy, więc do niego wpadłem. Na miejscu bardzo miły sprzedawca (notabene rówieśnik mojej córki) oznajmił, że ma taki samochód, ale z instalacją gazową. Rozważałem nawet jego zakup, ale na przeszkodzie stanęła jednak cena. Można było co prawda wziąć auto z kredytem 50/50. Ale rata za spłatę „drugiej” połowy wartości była rozłożona na 3 lata  i wynosiła ok 780 zł miesięcznie.

Fabia 3

Oferta była dość atrakcyjna, bo choć rata nie była mała, po zakupie auta mógłbym zaoszczędzić ok 300 zł miesięcznie na „gazie”. Jednak po spłacie samochód byłby de facto o 4 tys zł droższy niż jego formalna cena zakupu. Nie to jednak ostatecznie mnie powstrzymało. Przed zakupem powinienem się dokładnie przebadać „pod kątem kredytu”. 3 lata to w moim wieku kawał czasu i powinienem sprawdzić jaki jest stan mojego zdrowia, zanim na kredyt się zdecyduję.

W trakcie wizyty w salonie pożegnałem się też już ostatecznie z ewentualnym zamiarem zakupu Skody Citigo. Dowiedziałem się, że auto oferowane tylko z silnikiem 60 KM, jest niezbyt atrakcyjne cenowo. Od stycznia 2020 będzie dostępne tylko jako samochód elektryczny, a więc wiadomo, że będzie kosztowało majątek.

Do salonu podjechałem Astrą tuż przed drugą wymianą sprężyn (ze złymi jeździłem raptem 3 dni) ale przód auta był o 5 cm za wysoko i auto nie nadawało się oględzin, w trakcie których oszacowano by kwotę, jaką dostałbym w rozliczeniu przy zakupie Skody.

Astra co prawda zaliczyła już ciąg usterek, ale jeździła. W sierpniu pojechaliśmy nią 2 razy na wycieczki do Rawy Mazowieckiej i raz nad Liwiec. Po zrobieniu jednej z dłuższych tras poszarpywanie silnika na wolnych obrotach ustało. Nawet kiedy silnik pooszarpywał, obroty „trzymał” i wystarczyło dodać lekko gazu, a przy ok 1200 obr/min poszarpywanie ustawało. Poza tym samochód normalnie jeździł. W trakcie wycieczki nad Liwiec postanowiłem go nieco „przegonić” i na nowej obwodnicy Marek rozpędziłem go na chwilę do 160 km/h. Zapewne poszedłby więcej, bo „pod pedałem” było jeszcze sporo luzu, ale obok siedziała żona i niestety przy tej prędkości próbę „pogonienia” musiałem szybko zakończyć.

We wrześniu, kiedy zrobiło się chłodniej, znów się pojawiło poszarpywanie na wolnych obrotach. Samochodem cały czas dojeżdżałem do pracy ok. 62 km dziennie. W trakcie jazdy auto normalnie się zachowywało, gorzej było na skrzyżowaniach i w korkach. Toteż jak ognia unikałem jazdy po mieście, a do pracy jeździłem trasą S8.

W połowie września wybrałem się do poleconego przez kolegów z pracy warsztatu w Ożarowie Mazowieckim. Warsztat sprawdził auto, przeczyścił wymieniany w grudniu zawór EGR, zainkasował 220 zł i znów z usterką sobie nie poradził. Wyglądało więc na to, że auto trzeba zaprowadzić do autoryzowanego serwisu, bo normalne warsztaty nie są w stanie go dobrze naprawić. Po tej ostatniej próbie przejechałem ok 4 tys km i chociaż nic złego się specjalnie nie działo, miałem świadomość, że samochód już swoje odsłużył i nawet jeśli coś się w nim zepsuje, nie mogę mieć do niego pretensji.

Miałem też w pamięci słowa mojego drugiego szwagra, który w ośrodku badawczo-rozwojowym Forda koło Kolonii przepracował wiele lat. Powiedział mi (gdzieś w latach 90-tych) , że samochody klasy kompakt, czyli auta segmentu C (niższej klasy średniej) takie jak Golf, Escort, Focus czy Astra są projektowane na 12 lat i 200 tys. kilometrów przebiegu. A moja Astra taki wiek właśnie osiągnęła, a przebieg miała nawet większy.

Na to wszystko nałożyła się sytuacja w pracy. Od powrotu z urlopu praktycznie cały czas jestem zestresowany, bo pracy jest tyle, że czasem muszę nawet dłużej zostawać. Moja firma notuje w ostatnich latach kilkunastoprocentowe wzrosty obrotów, co przekłada się bezpośrednio na obciążenie pracowników. Dlatego uznałem, że szarpanie się dodatkowo z dojazdami starym, wysłużonym samochodem jest „ponad moje nerwy”. Dlatego zaraz po Świecie Zmarłych znów zacząłem przeglądać oferty na Otomoto. Pierwszy wybór padł na samochód Skoda Fabia.

fabia3

W sobotę 9 listopada wybraliśmy się z żoną do salonu przy Grochowskiej. Żona nie była specjalnie przekonana do całej planowanej operacji. Ale cóż, na wizytę w salonie dała się namówić. Nie oglądaliśmy w nim żadnego samochodu, bo takowego w salonie nie było (były za to tylko droższe modele). Porozmawialiśmy z miłą panią, która przedstawiła nam ofertę finansowania w różnych wariantach . Wtedy też okazało się, że oglądana przeze mnie w sierpniu Skoda Fabia z silnikiem 75 KM nie jest już w ogóle oferowana. Umówiliśmy się więc na jazdę próbną tym, na co byłoby nas stać.

W kolejną sobotę 16 listopada miałem pierwotny zamiar skorzystać po raz kolejny ze  zniżki „seniora” na pociąg  Intercity i wybrać się na targi Hobby do Poznania. Zamiar ten jednak porzuciłem, bo o godz. 11 zjawiliśmy się w salonie skody, gdzie na godzinę dostaliśmy kluczyki do samochodu Skoda Fabia z silnikiem 60 KM.

Autem ruszyliśmy sami z żoną najpierw po Grochowie, później pojechaliśmy Trasą Łazienkowską z Ronda Wiatraczna do stacji metra Politechnika. Po mieście Skoda „dawała radę”, jednak już w trakcie szybszego przejazdu przez Most Łazienkowski zauważyłem, że auto przy ok 100 km/h, na 5 biegu, praktycznie nie reaguje na pedał gazu. Przy akademiku Riwiera zawróciliśmy i po praskiej stronie pojechaliśmy Wałem Miedzeszyńskim, a stamtąd na estakady wychodzące z Mostu Siekierkowskiego w stronę Rembertowa. Na nich udało mi się rozpędzić auto do 135 km/h. Samochód jechał, ale w środku stał się nieprzyjemnie hałaśliwy.

Reasumując auto z najsłabszym 3 cylindrowym silnikiem benzynowym nadawało się do miasta, ale na trasę już niekoniecznie, a do „zagazowania” moim zdaniem wcale, chociaż Skoda oferuje taką opcję, za dość korzystną dopłatą ok 2 tys. zł. Poza tym, aby samochód naprawdę „jechał i dawał radę” obroty silnika trzeba było utrzymywać w zakresie 3 – 4 tyś obrotów/min, a więc o co najmniej 500 a nawet do 1 tyś obrotów/min wyżej niż w moich poprzednich autach, które miały silniki 4 cylindrowe.

Po powrocie, w salonie porozmawialiśmy o ostatecznej ofercie. Była korzystniejsza niż lipcowa, a auto było „wypasione”, miało nawet aluminiowe felgi i fabryczne radio (była to wersja Ambition). Jednak oferta nas nie zachwyciła i trzeba było poważnie się nad nią zastanowić.

Z salonu Skody na Grochowie pojechaliśmy wprost do najbliższego salonu Fiata przy Ostrobramskiej. Chciałem żonie pokazać nowe Tipo. Wcześniej nie brałem pod uwagę zakupu tak dużego auta, ale w salonie samochód żonie bardzo się spodobał. Spodobał się jej też pastelowy czerwony kolor, do którego Fiat nie wymaga dopłaty (w skodzie za taki kolor trzeba dopłacić 1200 zł). Niestety było trochę przed godziną 14. i choć salon czynny był do 16. obecny w nim sprzedawca zupełnie nie był rozmowny.

Zaczęliśmy rozważać możliwość zakupu auta w wersji sedan, bo takie Tipo jest po prostu najtańsze. W końcu dlaczego nie ? Samochód do miasta nie jest nam właściwie potrzebny. 15 września w Warszawie uruchomiono kolejny odcinek 2 linii metra. Teraz mamy z mieszkania do wejścia do metra mniej więcej tyle, co z wejścia do metra na peron. Po co więc nam mały, słaby, typowo miejski samochód. Żona już od dawna dojeżdża do pracy metrem, a ja kiedy potrzebuję coś załatwić w centrum miasta, kupuję 20 minutowy bilet za 3,40 zł i po 15 minutach wysiadam pod Pałacem Kultury.

W środę 20 listopada mieliśmy do załatwienia sprawę w kancelarii notarialnej na Starym Mieście. Żona ma kartę miejską, a ja za 15 zł kupiłem sobie bilet ważny 24 godziny na wszystkie linie. Z kancelarii pojechałem do salonu Opla przy Połczyńskiej, w serwisie którego od kilku lat wymieniałem olej w samochodzie. Tam obejrzałem Corsę 1,2 i porozmawiałem ze sprzedawcą. Później poszedłem do salonu Fiata, który jest obok. Niczego jednak nie załatwiłem, bo musiałem szybko podjechać do centrali mojej firmy, gdzie kolega, z którym przez blisko 20 lat współpracowałem o godz. 14. zorganizował dość „huczne pożegnanie” z okazji przejścia na emeryturę. Na pożegnanie to po prostu nie wypadało mi nie pojechać. Z centrali pojechałem autobusem z powrotem na Połczyńską, tym razem już tylko do salonu Fiata.

Porozmawiałem ze sprzedawcą, obejrzałem po raz kolejny samochód i zapytałem o jazdę próbną. Sprzedawca dał mi kluczyki do zielonego Tipo z napisem „jazda  testowa”.  Pojechałem sam, najpierw Połczyńską w kierunku Mor, a następnie wjechałem na trasę S8 i autostradę A2, na znany mi z codziennych dojazdów do pracy odcinek do węzła Pruszków. Po zjeździe z autostrady pojechałem w kierunku mojej firmy i na chwilę wjechałem w ślepą uliczkę, na której zatrzymałem auto. Włączyłem lampkę , aby nieco zapoznać się z jego wnętrzem. Samochód był wyposażony w 4 cylindrowy silnik benzynowy o mocy 95 KM (dokładnie taki sam jak bazowa wersja, którą byłem zainteresowany) ale miał 6 biegową skrzynię. Pomyślałem cóż, to przecież „testówka” i musi być „wypasiona”.

Autem jechało mi się bardzo dobrze. Od razu na samym początku wyłączyłem radio, aby posłuchać silnika. Auto przy prędkości do 130 km/h było ciche. Nie było w nim słychać ani silnika, ani odgłosów oporu powietrza. (Samochód ma współczynnik oporu aerodynamicznego 0,29, co tym segmencie jest bardzo dobrym wynikiem). Po powrocie do salonu zwróciłem uwagę sprzedawcy, że testowany samochód miał 6 biegów, a mnie interesuje przecież  wersja podstawowa.  Wtedy sprzedawca zaprosił mnie do granatowego fiata w podstawowej wersji wyposażenia i oznajmił: „niech pan zobaczy, ten też ma skrzynię „szóstkę”, każdy ma”. Później dostałem od niego namiary do kolegi od aut używanych i umówiłem się na oględziny Astry.

W kolejną, trzecią już sobotę z rzędu, 23 listopada znów pojechaliśmy z żoną do salonu samochodowego. Tym razem na wycenę Astry. Nie były to jednak pobieżne oględziny starego auta, jak w przypadku mojej poprzedniej (pierwszej) Astry. Podjechaliśmy kilkaset metrów na położoną obok salonu Opla stację diagnostyczną. Podobnie jak salony Opla, Fiata, Citroena i salon Kia należy ona do znanej w Warszawie firmy Carserwis. Astra pomyślnie zaliczyła ścieżkę diagnostyczną i nie rozpadła się. Oferowana za nią cena była dla mnie zadowalająca. Wróciliśmy więc do salonu. Tym razem żona wyciągnęła swoją kartę płatniczą i zapłaciła 1000 zł zaliczki za zarezerwowany już wstępnie samochód.

W środę 27 listopada znów wziąłem urlop. Miałem zamiar podjechać do Urzędu Dzielnicy Targówek autobusem, ale w końcu podjechałem Astrą. Po dwóch godzinach oczekiwania odebrałem nowe tablice rejestracyjne. Od czasu zakupu Astry dzielnica trochę się rozbudowała, a kolejki wydłużyły. Z urzędu wróciłem do domu, zabrałem z samochodu resztę rzeczy i wyruszyłem na ostatnią przejażdżkę moim stary autem. Po załatwieniu reszty formalności ok godz. 15 do domu wracałem już nowym:

Fiat Tipo 1b

Fiat Tipo II w bazowej wersji wyposażenia o nazwie Tipo (inne, wyższe wersje mają inne nazwy np. Pop) kosztował mniej niż kupiona ponad 12 lat temu Astra. W żadnym razie nie jest od niej jednak wyposażony gorzej. Nie ma tylko elektrycznych lusterek, które Astra miała, nie ma też chromowanych klamek we wnętrzu i malowanych na kolor nadwozia obudów lusterek. Podobnie jednak jak Astra ma manualną klimatyzację i elektryczne szyby z przodu. Ma też wyposażenie, którego Astra nie miała.

Fiat Tipo 2b

Ma kierownicę regulowaną w dwóch płaszczyznach, fabryczne radio z portem USB, komputer pokładowy, klapę bagażnika otwieraną również pilotem, a także 6 a nie 5  biegów. Dużą moim zdaniem zaletą samochodu jest benzynowy, 4 cylindrowy „znany i uznany silnik Fire” (jak napisano w prasie motoryzacyjnej ) o pojemności 1,4 litra i mocy 95 KM (Astra też miała silnik 1,4 o mocy 90 KM) Jest to silnik może nie najnowocześniejszy, ale dobrze sprawdzony w starszych modelach.

Obecnie w większości aut typu kompakt, nawet takich jak Opel Astra (K), Ford Focus czy nawet Skoda Octavia są stosowane jednostki 3 cylindrowe, z reguły o pojemnościach od 1.0 do 1.2 litra, a osiągające moce nawet do 140 KM (rzecz jasna z turbodoładowaniem). Silniki 4 cylindrowe przechodzą, co prawda do lamusa, ale w samochodach rodzinnych stosowane były praktycznie bez przerwy od ponad 100 lat ! Samochody klasy kompakt wyposażone w nowoczesne „ekologiczne” 3 cylindrowe jednostki przeważnie o pojemności 1 litra powstały niejako z silników 4 cylindrowych o pojemności 1,4 przez „obcięcie” jednego cylindra. Są mniejsze, lżejsze i prawdopodobnie tańsze w produkcji. Jednak na rynku są stosunkowo krótko. Ich osprzęt jest dużo bardziej skomplikowany, są też jak na swoją pojemność dość mocno „wyżyłowane”, a na określenie ich realnej trwałości jest jeszcze trochę za wcześnie. Miedzy innymi to skłoniło mnie do zakupu Fiata, bo jest to jeden z ostatnich „tradycyjnych” samochodów, który gdyby wydano książkę z serii „sam naprawiam” można by było obsługiwać samemu we własnym garażu.

A co do ekologii. Mój nowy samochód jest wyposażony w system start-stop, który jak na razie działa świetnie. Podczas postoju przed światłami auto nie emituje spalin ani hałasu, bo silnik po porostu nie pracuje. System można co prawda w razie potrzeby wyłączyć, ale takie auto (w stosunku do „normalnego”) ma z reguły wzmocniony rozrusznik i alternator oraz akumulator o zwiększonej pojemności, wiec skoro już taki system jest, niech działa.

Cała ta „motoryzacyjna ekologia” to zresztą po trosze „pic”, o czym przekonałem się rok temu. Zawór recyrkulacji spalin (EGR), który ma ograniczać emisję szkodliwych związków, jest zamknięty zarówno w trakcie pracy silnika na postoju, jak i pod większym obciążeniem. Otwiera się i pełni swoją rolę tylko przy częściowym obciążeniu silnika np. w trakcie równomiernej i spokojnej jazdy po autostradzie. A wtedy najczęsciej wiatr rozwiewa czystsze nieco spaliny po polach.  W trakcie jazdy po mieście praktycznie więc nie działa. Mogłem się o ty przekonać również namacalnie. Kiedy zawór się zepsuł, kontrolka sygnalizująca jego awarię w mieście się nie zapalała. Zapalała się dopiero po przejechaniu kilku kilometrów autostradą, przy stałej prędkości ok. 90km/h.

A teraz kawałek mojej prywatnej historii motoryzacji,  a w niej wszystkie auta, jakie od czasu uzyskania prawa jazdy użytkowałem:  

1979 – Polski Fiat 126p

Fiat 126p

(drugi samochód moich rodziców)

Tak, tak, z tym autem miał do czynienia chyba każdy dorosły Polak, a przynajmniej już na pewno każdy urodzony w PRL . Samochód pokazany powyżej nie był co prawda mój, ale często z niego korzystałem.

Chyba w 1975 roku , kiedy moi rodzice ochłonęli nieco po przeprowadzce z Żyrardowa do podwarszawskiego Piastowa, z inicjatywy mojej mamy założyli „książeczkę samochodową”. Trabant 601 Universal (jakim wtedy jeździli) miał co prawda 5 lat, ale wiadomo było, że zakup kolejnego nowego auta nie będzie już tak prostą sprawą, jak w jego przypadku. Bodajże w sierpniu 1979 roku, po wpłaceniu  kilkudziesięciu rat,  przyszło zawiadomienie, że „książeczka” moich rodziców została szczęśliwie wylosowana i samochód czeka na odbiór. Po odbiór auta pojechaliśmy z ojcem do Polmozbytu w Warszawie przy ul. 1 Sierpnia. W dużej sali stało do wyboru kilkadziesiąt „maluchów” w dostępnych tego dnia kolorach : „kość słoniowa”, albo „piasek pustyni”.  Chociaż Trabant też był pastelowo żółty, wybraliśmy  drugi z wymienionych kolorów.

Autem odbyłem 3 samodzielne wyjazdy na urlop. W 1982 roku pod namiot do Piecek koło Mrągowa. W 1984 roku też pod namiot do Okuninki koło Włodawy, a  w 1985 roku do Krasiczyna koło Przemyśla (gdzie FSO miało swój ośrodek wczasowy) . Za każdym razem rodzice zaopatrzyli mnie w odpowiednią ilość „kartek na benzynę” i dzięki temu udało się nie tylko odbyć urlopowe podróże, ale i też pozwiedzać trochę okolice. Malucha używałem czasem też w okresie, gdy miałem już swój własny samochód.

A to już bezpośredni poprzednicy FIATA TIPO :

1988 – Ford Escort 1.6 DC MR ’89

Escort 1b

 (mój pierwszy własny samochód)

15 listopada 1988 roku na plac w pobliżu Dworca Gdańskiego, gdzie w owym czasie stał barak, w którym mieścił się Urząd Celny (a gdzie obecnie  stoi centrum handlowe Arkadia) przyjechały wprost z Kolonii 2 lawety nowiutkich aut. Z jednej z nich zjechał mój pierwszy własny samochód. Jak stałem się jego posiadaczem opisałem przy okazji wspomnień o mojej karierze w FSO (pod koniec wpisu 155. smutny koniec historii).

Escort 2b

Zamieszczone powyżej zdjęcia zostały wykonane prawdopodobnie późną jesienią roku 1994, kiedy moja żona jeszcze nią nie była.

Escort 5b

Przełom sierpnia i września roku 1991 i moja „samochodowa podróż życia”. Z podwarszawskiego Piastowa na Lazurowe Wybrzeże. Na zdjęciu powyżej : Postój na „Drodze Napoleońskiej” gdzieś w Prowansji miedzy Grenoble a Cannes. Widoczna na zdjęciu jasna smuga u podnóża gór po drugiej stronie doliny to droga, którą pojechaliśmy chwilę później.

Escort 4b

Mój ojciec, który towarzyszył mi w tej wyprawie na tle poru w Nicei. Obok Ford Escort 1,6 DC wyposażony w wolnossący wysokoprężny silnik o pojemności 1,6 litra i mocy 54 KM.  (w drodze do Monte Carlo)

Escort 6b

Jesień 1991 . Pan inżynier konstruktor z FSO na kontrakcie w RFN. Wycieczka z Koblencji w górę rzeki Mosel do miasta Cochem, gdzie na wzgórzu, nad miastem góruje dobrze zachowany średniowieczny zamek (jak z bajki).

Escort 3b

Lato roku 1996. Oba auta razem przed domem moich rodziców. Jola trzyma na rękach kilkutygodniową Agnieszkę. Mój ojciec nie był estetą. W maluchu po kilkunastu latach eksploatacji zardzewiały felgi. Pomalował je więc ta samą farbą co bramę.

Fordem jeździłem przez 7 lat i 8 miesięcy. Przejechałem nim 143 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 18650 km. Samochód sprzedałem w lipcu 1996 roku

I kolejny samochód (mój drugi)

1996 – Opel Astra 1.4 sedan MR’97

Astra

Lato roku 1998. Kiedy w markecie Tesco Aga wsiadła na rowerek, nie chciała już z niego zejść (nawet przy kasie).

Astra 0

Powrót „od dziadków” . Czasem zanim auto ruszyło dziecko już spało.

Astra 2

Rok 1999 i postój w drodze na urlop w Kołobrzegu.

Niestety dobre zdjęcia „pierwszej” Astry nie zachowały się. Ba, chyba w ogóle takowych prawie nie ma, bo przecież w tamtym czasie nie fotografowało się poczciwej Astry, a właściwie tylko  małą Agnieszkę.

Astra 1

Trzyletnia Agnieszka, a w tle jej „rówieśniczka” nasz Opel Astra 1.4 sedan z benzynowym silnikiem 1,4 litra o mocy 60 KM.

Astrą jeździłem przez 10 lat i 10 miesięcy. Przejechałem nią 193 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 17815 km. Samochód oddałem w rozliczeniu za nowy.

I kolejny dobrze już znany ( chociażby z tego bloga)

2007 – Opel Astra Classic 1.4 Twinport

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Astrą Classic miała benzynowy silnik Z14XEP o pojemności 1,4 litra i mocy 90 KM. Jeździłem nią przez 12 lat i 4 miesiące. Przejechałem nią 223 tys. kilometrów. Średni roczny przebieg to 18081 km. Samochód oddałem w rozliczeniu za nowy.

Historia zakupu tego auta została dokładnie opisana tu :

33. Nowy nabytek, tym razem 1:1

 

Są chwile które warto uwiecznić! Tym razem całkiem przypadkiem nadarzyła się ku temu świetna okazja !

Kiedy pojechałem do salonu Carserwis po odbiór Fiata, Astrę zaparkowałem w pobliżu punktu sprzedaży samochodów używanych, na akurat wolnym kawałku  jezdni.

Fiat Tipo pożegnanie 1b

Po załatwieniu wszystkich formalności , z salonu sprzedawca zaprowadził mnie do dość obszernej sali, w której czekał na mnie mój kolejny nowy samochód (tym razem już czwarty). Kiedy brama wyjazdowa się uniosła, tuż za nią ukazała się Astra.

Fiat Tipo pożegnanie 2b

Dlatego poprosiłem sprzedawcę, aby na chwilkę wstrzymał „wydawanie” samochodu.

Fiat Tipo pożegnanie 3b

I już ostatnie pożegnalne zdjęcie po ponad 12 latach razem !

Fiat Tipo pożegnanie 4b

ŻEGNAJ ASTERKO !    WITAJ FIACIE ! 

pozdrawiam

 

P.S.

Pod 2  tygodniach przejechałem równy 1000 km . A osobom zainteresowanym autem, które wybrałem polecam ten zabawny trochę filmik:

 

299. Rowerowe przygody i Star 25

W ubiegłym tygodniu, w środę i w czwartek byłem na służbowym spotkaniu w dość „luksusowym miejscu odosobnienia”. Nie tak całkiem daleko, bo na Mazowszu (nieco ponad godzinę jazdy samochodem od mojej pracy).  Takie spotkania odbywają się już od kilku lat (z reguły w centrum Polski), a są na nich przedstawiciele firm (z którymi współpracuję) z różnych miast. Z reguły wracam z nich przeważnie z miłymi wrażeniami i niczym więcej.

Wyjątkiem było dotychczas tylko ubiegłoroczne spotkanie w Łodzi, gdzie w trakcie dłuższej przerwy postanowiłem zwiedzić obszerny park, położony naprzeciw hotelu, a którego nie udało mi się zwiedzić rok wcześniej. Kiedy obszedłem park, a właściwie wyszedłem na jego drugą stronę, trafiłem na typową starą łódzka ulicę (klimatem przypominającą mi trochę Żyrardów) i postanowiłem nią pójść i zobaczyć jak normalni ludzie „żyją w Łodzi”. Na końcu ulicy trafiłem na centrum handlowe Auchan, więc do niego wszedłem. Na likwidowanym jesienią stoisku rowerowym trafiłem na koszyczek (przeceniony z 40 na 20 zł) i szybko pobiegłem z nim do kasy. W kasie okazało się, że koszyczek kosztuje 10 zł, więc się jeszcze bardziej ucieszyłem i szybkim krokiem wróciłem przez park do hotelu. Do dziś żałuję, że nie wziąłem dwóch.

Nowy koszyczek, już w Warszawie, uzbroiłem w wymontowany ze starego koszyczka zaczep i założyłem na kierownik do „odziedziczonego” po córce ogromnego miejskiego roweru Sprick. Koszyczek w tym rowerze miał pękniętą górną część, ale nie miałem innego, więc zamontowałem go do „odziedziczonego” po żonie roweru Romet.

Romet Trekking

Okazało się jednak, że stary koszyczek z roweru „po córce” nie miał (tak jak wszystkie poprzednie koszyczki oraz ten kupiony w Łodzi, przeznaczone właściwie do montażu na kierownik) wspawanej w dno blaszki z otworami pod śrubki, pozwalającej  na pewne przykręcenie go do bagażnika. Przymocowałem go więc drucikami w czterech miejscach. Przez jakiś czas problemów nie było, aż do września kiedy to w trakcie krótkiej przejażdżki po okolicy postanowiłem przedostać się „na skrót” z Zacisza na położone po drugiej stronie torów osiedle Wilno.

Przy tym nowym, jednym z najładniejszych osiedli w Polsce, deweloper (Dom Development) wybudował przystanek kolejowy, (z którego zawsze odjeżdżam na moje jesienne rowerowe wypady nad Bug i Liwiec – do Urli lub Łochowa). Niestety od 6 lat przystanek ten jest dostępny tylko od strony osiedla. Od strony starego Zacisza trzeba się do niego przedzierać dziką ścieżką biegnąca wzdłuż torów, bo przystanek od ulicy na Zaciszu oddziela wąski co prawda ale długi, bo ponad kilometrowy pas starych pracowniczych działek.

W trakcie pojazdu na nasyp kolejowy rower zatrzymał się, a ja straciłem równowagę i „zaliczyłem glebę”. Kiedy podniosłem się z gęstych zarośli, w które wpadłem, obejrzałem dodatkową dziurę w starych używanych tylko do jazdy na rowerze spodniach, byłem w szoku, nie mogłem zrozumieć „jak to się mogło stać”.

Przed laty (dobrych 10 lat temu ) klika razy (za namową kolegi) uczestniczyłem w odbywającej się zawsze w ostatni piątek miesiąca „masie krytycznej” . Niewtajemniczonym zdradzę, że był to przejazd (z reguły) kilku tysięcy rowerzystów przez Warszawę, mający na celu „wymuszenie” na jej władzach budowy ścieżek rowerowych. O „masie” było swego czasu głośno i w radiu, czy też na jakimś portalu znalazłem wywiad z jej organizatorem, studentem, który rowerem przemieszczał się po mieście przez cały okrągły rok. Organizator „masy” ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu zdradził też, że jeździ „damką”. Ja odkąd pamiętam, zawsze właściwie jeździłem  rowerem „męskim”. Dopiero od kliku lat, kiedy mój „męski” rower po 26 latach eksploatacji „trochę” się zużył, a wsiadanie na niego zaczęło wymagać o de mnie stawania na wysokim krawężniku (i przestało być bezproblemowe, jak za młodych lat) przesiałem się na „damki”, bo skoro „rasowy” rowerzysta jeździ „damką”, to ja też mogę.

Notabene „damka” ma jedną wielką zaletę. Kiedy w jakieś sytuacji rower zatrzyma się (czy to na stromym podjeździe, czy przed światłami, czy też zwyczajnie zagrzebie się w piachu) i tracimy na nim równowagę, z „damki”  zeskakuje się na ziemię, na szeroko rozstawione nogi, a „damkę” kładzie się między nimi. Kilka razy w roku coś takiego i mi się przydarza i z opresji wychodzę bez szwanku. W opisanej sytuacji w przypadku jazdy na rowerze „męskim”  obowiązkowo „zalicza się glebę” wraz z rowerem.

Podczas feralnej, wrześniowej opisywanej tu przejażdżki, kiedy rower zatrzymał się na nasypie, też zeskoczyłem z niego, ale za siodełkiem miałem zamocowany „stary” koszyczek z pękniętą górną ramką (akurat od strony siodełka). Rozerwany koszyczek prawdopodobnie zaczepił o moje uranie i „pociągnął mnie na glebę” za upadającym rowerem. Kiedy stałem i otrzepałem się , pozbierałem z chaszczy rzeczy które wysypały się z niego. Na domiar złego koszyczek się urwał. Nie mogłem już dalej jechać, więc doprowadziłem rower z koszyczkiem w ręku do skraju peronu i zacząłem się zastanawiać co zrobić w zaistniałej sytuacji.

Do domu miałem jakieś 3 kilometry i nie uśmiechało mi się prowadzić rower. Od mieszkania córki byłem jakieś 500 metrów ale musiałbym przejść przez tory z rowerem w jednej i urwanym koszyczkiem w drugiej ręce. Peron jest ogrodzony i dostanie się na niego to też niezła gimnastyka. Ale w końcu po dokładnym rozejrzeniu się wszedłem na tory. Wstawiłem na peron najpierw koszyczek, później rower i w końcu sam wszedłem na peron po jego zewnętrznej krawędzi trzymając się ogrodzenia (jak robią to zapewne mieszkańcy Zacisza kiedy chcą pojechać do Warszawy, a którzy wydeptali ową pechową trzystu metrową ścieżkę).

I tak w końcu peronem dotarłem do windy, zjechałem nią na dół i poprowadziłem rower do mieszkania córki, w którym akurat w trakcie montażu jakiegoś wyposażenia było trochę moich narzędzi. Zaraz po upadku pozbierałem z ziemi i zabezpieczyłem druciki mocujące koszyczek. W mieszkaniu córki znów kombinerkami i drucikami przymocowałem koszyczek do bagażnika i już rowerem wróciłem na Targówek.

Naprawa była trochę prowizoryczna, ale na jakiś czas starczyła. Tegorocznej jesieni 3 razy wybrałem się w pokazane tu przy okazji opisu Fiata 1100 okolice na Liwcem i Bugiem. Moją drugą wycieczkę 14 października, jak zwykle rozpocząłem na wspomnianym tu przystanku kolejowym Zacisze-Wilno.  Wsiadłem do pociągu , wyciągnąłem z koszyczka wypakowaną prowiantem, napojami i ubraniem na chłodny powrotny wieczór torbę.  Rower powiesiłem ponowo na haku, w przedziale na rowery (w jakie wyposażane są pociągi podmiejskie Kolei Mazowieckich). Chwilę później niechcący potrąciłem wiszący rower. Pech chciał , że lekko potrąciłem właśnie koszyczek, który od razu odpadł. Przewidując taki obrót sprawy miałem ze sobą oprócz obowiązkowej pompki również moje modelarskie szczypce. Niestety druciki były już mocno zużyte. Postanowiłem, że w Łochowie (dokąd jechałem) poszukam jakiegoś  kawałka drutu lub przynajmniej sznurka.

Kiedy wysiadłem z pociągu, na peronie zacząłem kombinować, co zrobić. Miałem przed sobą jakieś 25 km do przejechania ( i to niekoniecznie po asfalcie) i nie bardzo miałem ochotę szarpać się znów z urwanym koszyczkiem . I tu „życie uratowała mi” mocna płócienna torba, w którą zapakowałem rzeczy. Miała ona mocne i dość długie uszy. Jedno zaczepiłem za sztycę siodełka, a drugie o wewnętrzną ramkę bagażnika. Było OK. I tak feralny koszyczek zakończył swój „rowerowy żywot” obok kosza na śmieci na peronie w Łochowie.

W trakcie mojej pierwszej wycieczki 13 września spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła przygoda, która wiąże się ze wspomnianymi tu: koszyczkiem, torbą i stacją Zacisze-Wilno. Opisze ją jednak innym razem.

Tak więc gdybym w trakcie ubiegłorocznego służbowego spotkania w Łodzi miał trochę więcej czasu i w Auchan kupił 2 nowe koszyczki, wspomnianych tu  wyżej przygód zapewne bym uniknął.  

Tegoroczne jesienne spotkanie odbywało się podobnie jak kilka poprzednich „w samym sercu Polski”

kawalloevent4-kopia 1b

W położonym w środku lasu gdzieś między Sochaczewem a Płockiem hotelu Kawallo

Ze spotkania nie przywiozłem tylko miłych wspomnień ale również prezenty i to dwa.

Pierwszym był słoiczek miodu spadziowego z pobliskiej pasieki, który czekał na każdego z  uczestników spotkania na stole w trakcie uroczystej kolacji.

miód 1b

Miód bardzo mnie ucieszył, bo choć ostatnio dość mocno podrożał, to w moim domu co jak co, ale słoiczek miodu zawsze znaleźć się musi. (Teram mam nawet 2) .

Drugim prezentem ze spotkania okazał się ten oto modelik, który w ostatnim czasie znów, jak w czasach „Kultowych aut PRL” rozpala żądze wszystkich kolekcjonerów modelików w skali 1:43  w całej Polsce.

Star 25 1b -zestaw

Pod koniec października , a właściwie kilka dni po ukazaniu się modelika, zajrzałem na forum motoshowminiatura, na które od czasu zakończenia (już prawie 4 lata temu) serii „Kultowe Auta PRL” zaglądałem raczej rzadko. Chciałem sprawdzić, co dzieje się w temacie giełdy i dowiedzieć też o targach Hobby 2019, które w ubiegły weekend odbywały się w Poznaniu, a na które miałem ochotę się wybrać.  I właśnie wtedy na niemrawym ostatnio forum dostrzegłem no.wy wątek : Kultowe ciężarówki z okesu PRL-u – Deagostini .

Kiedy przeczytałem wątek i zorientowałem się, że nowa „testowa” seria modeli (tym razem w słusznej skali 1:43) ukazała się tylko w kilku miastach w Polsce, postanowiłem „zawalczyć” o startowy modelik. Zwłaszcza , że na znalezionych w sieci zdjęciach wyglądał znakomicie.

Star 25 10b

Z forum dowiedziałem się, że modelik można kupić miedzy innymi w Lublinie w kioskach firmy Kolporter. Zadzwoniłem więc do kolegi z Lublina (z którym mam dobry kontakt służbowy) z prośbą aby mi go kupił, jeśli oczywiście takowy dostanie.

Star 25 11b

Po kilku dniach, znów zadzwoniłem i wtedy dowiedziałem się, że kolega był w kiosku, w którym widziano modele, ale pani ekspedientka powiedziała mu, że do kiosku przyszedł jakiś gość i od razu kupił wszystkie na raz.

Star 25 12b

Na forum,  które bardzo się ożywiło, poprosiłem aby inni użytkownicy podali w jakich miastach były widziane modeliki. Na moją prośbę na forum zaczęły się pokazywać miejscowości w których widziano stara 25.  Wtedy postanowiłem zdzwonić do kolegi ze Słupska.

Star 25 13b

Znów odczekałem kilka dni i ponowiłem telefon. Kolega powiedział, że pytał w kilku kioskach niestety modelików już tam nie było. Z kolegą rozmawiałem 7 listopada już właściwie po pracy. Podziękowałem mu za poszukiwania i doszedłem do wniosku, że trudno, nie będę już dalej wydzwaniał po kolejnych miastach, a modelik kupię na nowej „odrodzonej” znów giełdzie, gdzie przedtem go sobie obejrzę.

Star 25 14b

Ku mojemu zaskoczeniu, jakieś pół godziny później zadzwonił telefon. Tak, to był kolega ze Słupska, a odezwał się do mnie tak:

„Panie Pawle, najciemniej jest pod latarnią. Wracałem właśnie z pracy i u mnie na bazarku pod blokiem leżały dwie sztuki. Przywiozę je panu na spotkanie” 

Star 25 15b

I tym sposobem wszedłem w posiadanie najbardziej chyba pożądanego w tym roku modelika w skali 1:43.   Do zestawu z modelikiem dołączona jet gazetka z opisami historii samochodu

Star 25 2b -zestaw

Oraz prospekt z zapowiedzią kilku następnych modeli :

Star 25 3b -zestaw

Materiałów reklamowo-ankietowych jest zresztą w zestawie więcej. Czas pokaże czy seria ukaże się w całej Polsce. Na razie jednak jestem szczęśliwy ze zdobycia stara. Czy kupię następne numery , nie wiem. Startowy numer kosztował tylko 20 zł . Kolejne wyjdą już w regularnej cenie 70 zł (w kiosku). Dobrze byłoby więc przed zakupem przynajmniej je obejrzeć.

pozdrawiam

298. Wspomnienie – Janusz Pawłowski

Jak co roku, w  Święto Zmarłych odwiedzamy wszyscy cmentarze. Ja też w tym roku odwiedzałem cmentarze i to każdy dwukrotnie. Dwa tygodnie temu korzystając z pięknej „letniej pogody” zamiast nad wspomniany tu w poprzednim wpisie Bug (choć miałem na to ogromną ochotę) pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta Żyrardowa , gdzie myliśmy i sprzątaliśmy dwa groby (moich rodziców i mojej babki). Tydzień później pojechaliśmy z dokładnie taką samą „misją” do rodzinnego miasta mojej żony Mińska Mazowieckiego.

W tym roku  Święto Zmarłych wypadło bardzo korzystnie, bo w piątek. Po uzgodnieniach rodzinnych pojechaliśmy więc na (wysprzątane w poprzednie weekendy ) groby do  Żyrardowa 1 listopada a do Mińska Mazowieckiego 2 listopada. Tym sposobem niedziela była dla nas prawdziwym dniem odpoczynku.

Postanowiłem wykorzystać okazję, bo żona po wizytach na cmentarzach, na których trochę przemarzła, nie miała ochoty ani na wycieczkę ani na spacer. Powziąłem więc zamiar odwiedzenia grobu człowieka, któremu wiele w życiu zawdzięczam, zwłaszcza w sferze zawodowej i wybrałem się na kolejny cmentarz, tym razem na dość odległe, wschodnie obrzeża Warszawy, do Falenicy.

Człowiek , któremu postanowiłem „zapalić lampkę” i poświęcić chwilę zadumy, odszedł już dość dawno temu, bo w marcu 1989 roku. Byłem wówczas na jego pogrzebie i chyba raz niedługo potem na jego grobie. Ale przez dobrych kilkanaście lat nie wybierałem się na jego grób, dość że zapomniałem nie tylko gdzie grób się znajduje, ale i gdzie właściwie znajduje się cmentarz, na którym został pochowany.

Pierwsze próby odnalezienia grobu podjąłem (o ile dobrze pamiętam) dobrych kilkanaście lat temu, a było to już również kilkanaście lat od pogrzebu. Święto Zmarłych wypadało podobnie jak w tym roku (też były to 3 dni wolne od pracy). Pamiętałem, że cmentarz, na który muszę trafić leży kilka kilometrów od stacji kolejowej przy linii Warszawa-Otwock, nie byłem jednak pewien od której. I tak pojechałem na cmentarz do Radości na który przypominał mi ten zapamiętany z pogrzebu, ale grobu na nim nie znalazłem.

Kilka lat później znów wybrałem się na poszukiwanie grobu (o ile dobrze pamiętam) najpierw pojechałem znów do Radości, ale potem coś zaświtało mi w głowie i z Radości pojechałem na cmentarz do Falenicy.  Próbowałem przypomnieć sobie jak wyglądał grób i gdzie był usytuowany , ale po prawie 20 latach wszytko wyglądało inaczej. Już prawie zrezygnowany, w końcu zacząłem przechadzać się alejkami cmentarza (trochę na chybił trafił)  i patrzeć na wyryte na pomnikach daty pochówków. W jednej z alejek znalazłem w końcu skromny grób rodzinny z poszukiwanym nazwiskiem, ale nie miałem pewności czy jest to grób właściwy (bo nazwisko jest dość popularne)

Janusz Pawłowski grób 1

Było już dość ciemno, jednak na grobie paliło się kilka lampek a na płycie leżała skromna chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Nie miałem już żadnych wątpliwości, po niemal 20 latch jakie minęły od pamiętnego dla mnie pogrzebu odnalazłem właściwy grób. Na grobie nie było tradycyjnych napisów z imieniem i nazwiskiem, ale samo imię i powstańczy pseudonim. Były też napisy przypominające o powstańczej przeszłości pochowanych w nim osób, na które nie zwróciłem specjalnej uwagi, bo przecież nie pojechałem szukać grobu byłego powstańca.

W ubiegłą niedzielę po dobrych kilku latach znów pojechałem do Falenicy. A że było jeszcze całkiem widno postanowiłem uwiecznić na zdjęciach grób i wspomniane napisy na nim:

Janusz Pawłowski grób 2

Wojenna historia Janusza Pawłowskiego nie jest mi znana. Był moim promotorem, u którego obroniłem dyplom magistra. 

Po powrocie do domu wklepałem w internet „Janusz Pawłowski Siódemka” i tym sposobem trafiłem do wirtualnej szkolnej izby pamięci przy Społecznym Liceum Ogólnokształcącym nr 4 im. Batalionu AK „Parasol” na której znalazłem takie oto zdjęcia:

Janusz Pawłowski 1

To poniżej, było już prezentowane na tym blogu (w nieco mniejszym formacie)

Janusz Pawłowski 2 Teraz dostrzegam podobieństwo młodego powstańca do znanego mi dobrze mężczyzny w średnim wieku z jakim miałem do czynienia.

Garść moich  osobistych wspomnienie o bohaterze tego wpisu zamieściłem przed laty tu:

154. FSO – smutny koniec historii (cz.2)

Z dr. inż Januszem Pawłowskim zetknąłem się w 1979 roku, kiedy wybrałem na studiach specjalizację z budowy nadwozi samochodowych. Studentów tej specjalizacji było tak naprawdę niewielu. W trakcie zajęć już na samym początku moją uwagę, przykuł wpięty w klapę jego marynarki maleńki znaczek parasola. Przypuszczałem, co może on oznaczać, ale ani my (studenci)  nie dociekaliśmy jak naprawdę jest,  ani nasz wykładowca nigdy nie wspominał o swojej powstańczej przeszłości. Dlatego napisałem tu, że jest mi ona zupełnie nieznana. A przecież okazji aby się o niej dowiedzieć było naprawdę sporo.

W 1980 roku  jakoś tak się złożyło, że nie zaliczyłem jakiegoś egzaminu, czy zaliczenia z nadwozi. Na zaliczenie to dr. inż Januszem Pawłowski zaprosił nas do swojego prywatnego mieszkania na warszawskim Żoliborzu i tam się ono odbyło.

Po studiach już jako młody inżynier, który właśnie niejako z polecenia dr. Pawłowskiego  trafił do FSO wielokrotnie bywałem na organizowanych przez niego spotkaniach dla absolwentów kierunku nadwozi.

W 1987 roku ja i inny wychowanek  dr. Pawłowskiego  (bo tak go nazywaliśmy) zajmowaliśmy (w trakcie naszej pracy w firmie Rücker w RFN ) około stumetrowe mieszkania w mieście Troisdorf koło Kolonii. Powracający z Anglii, gdzie prowadził wykłady  dr. Pawłowskiego odwiedził nas, a że mieszkanie było obszerne, przenocował u nas. Zaprosiliśmy go wtedy do śląskiej knajpy na kolację przy piwie, w trakcie której rozmawialiśmy o różnych nie tylko zawodowych sprawach. Pamiętam jak w pewnym momencie dr. Pawłowskiego zwrócił się do nas : „Chłopcy nie macie pojęcia jak się cieszę widząc was tutaj. Żadna praca w żadnym zakładzie w kraju nie da wam tyle ogólnego obycia technicznego, jak praca tutaj” .

Podczas kolacji opowiadał też o synu, który z kolegą wyjechali w tym czasie „na saksy” do Luksemburga. To właśnie w drodze z Luksemburga do Polski zajechał swoją granatową Zastawą 1100 do nas, do Troisdorfu. Swoją wizytę u syna skomentował tak: ” Gdybyśmy my w harcerstwie, mieli taką organizację jak Jacek i Stefan, żaden z nas wojny by nie przeżył” I to były właściwie jedyne słowa  dr. Pawłowskiego nawiązujące do jego akowskiej przeszłości jakie w ogóle zapamiętałem.

Dopiero w trakcie pogrzebu dr. Pawłowskiego dowiedziałem się, że był powstańcem, żołnierzem Batalionu „Parasol”, a w późniejszym okresie powstania żołnierzem Kompanii Ochrony Komendy Głównej Armii Krajowej. 

Kiedy w Google wpisze się „Janusz Pawłowski nadwozia” nie pokażą się żadne zdjęcia ani wspomnienia z Powstania Warszawskiego, za to pokaże się książka „Nadwozia samochodowe” której jest autorem. Można też trafić na stronę wydziału SiMR Politechniki Warszawskiej na której opisana jest powojenna kariera naszego bohatera i która wyjaśnia, dlaczego na jego grobie 30 lat po śmierci każdego 1 listopada, ktoś kładzie skromną chryzantema przewiązana szarfą z napisem   „W dowód pamięci Politechnika Warszawska”.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj jej zawartość:

Janusz Pawłowski

Tak, to ostatnie zdanie jest z całą pewnością o mnie, ale też o innych rozsianych od Warszawy przez Mlada Bleslav, Ignostadt, Sindelfingen, Wolfsburg, Rüselsheim, aż po Detroit inżynierów samochodowych, którzy ukończyli specjalizację z nadwozi.

Informacje w Internecie są często fragmentaryczne. Możliwe, że osoby które je tam wrzucają nie zawsze chyba wiedzą, że powstaniec o pseudonimie „Śódemka” i twórca pierwszego polskiego „prawdziwego” autobusu jakim był San H01 to ta sama osoba. Dlatego postanowiłem te informacje połączyć i dedykować wpis człowiekowi, którego zawsze będę dobrze wspominał i bez którego zawodowo nie byłbym ani w przeszłości, ani obecnie tu gdzie jestem.

W przedostatnim wpisie pokazałem tu plakat i wspomniałem o giełdzie modeli . Giełda ma swojego patrona. Jest nim nieżyjący inny wieloletni pracownik Politechniki Warszawskiej i znany kolekcjoner modeli samochodów  Sławoj Gwiazdowski.  Na pewno dr. inż Janusz Pawłowski byłby godnym patronem mojej liczącej już ponad 800 modeli kolekcji, obrazującej przy pomocy miniatur może nawet nie tyle historię rozwoju motoryzacji, co właściwie historię rozwoju nawozi samochodowych.

Tylko czy postać Janusza Pawłowskiego nie zasługuje na to by być patronem jakiegoś znacznie większego przedsięwzięcia niż prywatny zbiór „samochodzików”

pozdrawiam

 

P.S.

Wczoraj po pracy pogrzebałem jeszcze trochę w Inetnecie i trafiłem na ciekawy i chyba najpełniejszy opis nieznanych mi wojennych losów dr. Pawłowskiego:

 

 

297. Jesienne reminiscencje i Fiat 1100

Po wpisie poświęconym ostatniej giełdowej zdobyczy, miałem szczery zamiar pokazać jeszcze jeden modelik kupiony na tej samej (jak na razie ostatniej) giełdzie – volkswagena T5, a przy okazji opisać nieco mój tegoroczny wakacyjny wypad do Olsztyna.  Niestety okazało się, że dość pospiesznie wykonane zdjęcia, choć technicznie całkiem poprawne, zupełnie nie oddają naprawdę ładnego, jednak dość ciemnego koloru modelika.  Dlatego tym razem opiszę dwa inne modele (jeden kupiony na wrześniowej giełdzie w 2017 roku, a drugi „zdobyty” w ubiegłym roku jesienią) i posłużę się zdjęciami wykonanymi również rok temu.

Ale zanim zajmę się modelikami kilka słów o minionym już lecie. 

Otóż (jak pisałem w podsumowaniu ubiegłorocznych zdobyczy) jesienią ubiegłego  postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Ubiegłoroczna „penetracja” sprawiła, że po prostu „zakochałem się ” w tych okolicach. I tak w tym roku latem (oczywiście przy ładnej pogodzie) jeździliśmy trochę na zmianę, albo „na kajaki” – do Rawy Mazowieckiej , a właściwie nad położony pod nią Zalew Tatar, albo nad Liwiec do wsi Świniotop do miejsca odkrytego prze ze mnie na ostatniej ubiegłorocznej jesiennej rowerowej eskapadzie. W Rawie byliśmy chyba 4 razy a nad Liwcem chyba 5 (oczywiście samochodem) .

Na pierwszą, tegoroczną już wycieczkę  wybraliśmy się 14 czerwca w dość upalną pogodę.

ŚwiniotopWoda w rzece była jednak już całkiem ciepła, a że jej poziom był niski , zrobiliśmy sobie spacer rzeką właśnie w miejscu pokazanym na przytoczonym tu filmiku .

Świniotop 1b

Miejsce jest bardzo ładne i przyjazne. Można posiedzieć lub rozłożyć się na słońcu (na łącze nad wodą,  lub schronić się w cieniu w okalającym rzekę lesie.

Świniotop 3

Można też pospacerować wodą wzdłuż i wszerz Liwca nie męcząc ani nie mocząc się zbytnio

Świniotop 2

Teraz kiedy za oknem pogoda nie zachęca już nawet do spacerów warto przypomnieć sobie lato i słońce, które wtedy trochę doskwierało a teraz przez pół roku będziemy za nim tęsknić.

Tyle (na razie ) wspomnień lata. Więcej i z innych miejsc pokażę przy innej okazji. A teraz czas na modeliki.

Fiat 1100, bo to on jest bohaterem tego wpisu, to samochód, a właściwie cała gama aut produkowanych przez koncern Fiat od końca lat trzydziestych do końca lat sześćdziesiątych  (ubiegłego wieku), a więc spory kawał nie tylko historii marki ale i historii motoryzacji w ogóle. Prekursorem serii był przedwojenny Fiat 508C Balilla 1100.  Samochód ten był na tyle popularny, że dobrze zapamiętałem go z dzieciństwa, bo jeszcze na początku lat siedemdziesiątych można go było spotkać na drogach lub częściej na podwórkach i obejściach gospodarskich, gdzie dokonywał swojego żywota. Modelik tego auta nabyłem jeszcze Niemczech ponad 30 lat temu (pokazany jest w albumach po prawej stronie). Powojennego nieco zmienionego Fiata 1100 z 1948 roku (z przodem takim jak pokazany w albumach czerwony furgon Fiat 1100 E) miał kolega, z którym pracowałem na początku lat dziewięćdziesiątych w biurze w FSO.

W 1953 roku koncern wypuścił zupełnie nowy model (z samonośnym , pontonowym nadwoziem) o oznaczeniu 103. Samochód ten nazywany też Millecento był produkowany przez kilkanaście lat (do 1970 roku). Jego historia jest bardzo ciekawa, bo kolejne odmiany były tworzone przez zmianę niektórych tylko elementów. I tak Fiat 1100 103 z 1953 roku kawałek po kawałku zamienił się w odmianę 1100 R  (znaną z kultowego serialu Dom). I właściwie nawet znawcy historii motoryzacji nie bardzo potrafią dokładnie sprecyzować jaką odmianę i z jakiego okresu przedstawia dane auto. Samochód kiedy się ukazał wyszedł od razu w dwu odmianach (standardowej 103 i bardziej luksusowej 103 TV) różniły się one kształtem tylnych błotników a także atrapą. Później krótsza nieco odmiana standardowa zanikła i to właściwie model bardziej „luksusowy” ewoluował dalej .

Historię poszczególnych odmian fiata 1100 najłatwiej chyba prześledzić na stronie CLASSIC  CAR CATALOGUE przeglądając zdjęcia aut rok po roku. Dopiero wtedy można określić czym modele się różniły, kiedy zmieniły się lampy , kiedy maska , kiedy dach a kiedy atrapa i czym różnił się np Fiat 1100 z 1960 roku od Fiata 1100 z roku 1962. Liczbę i różnorodność odmian pokazuje ten oto znaleziony na Youtube filmik

Możliwe, że właśnie dlatego przez wiele lat na rynku kolekcjonerskim modeliki fiata 1100 były praktycznie nieobecne. Ja specjalnie nie chorowałem na żaden, bo uganiałem się za późniejszymi modelami fiatów lub modelikami aut innych marek. Fiat 1100 w skali 1:43 uszedł więc jakoś mojej uwadze. Pierwszy, który zwrócił moją uwagę był modelik firmy Starline, który ukazał się na kilka chyba lat przed ukazaniem się serii „Kultowe Auta PRL”. Jednak na giełdzie i w sklepach modelarskich modelik był dość drogi (kilkanaście lat temu kosztował chyba ok 60 zł) więc owszem, był w sferze mojego zainteresowania, ale entuzjazmu nie budził , bo kiedy go sobie obejrzałem „na żywo” uznałem, że nie jest wart tych pieniędzy i odpuściłem go sobie.

Kiedy na wrześniowej giełdzie 2 lata temu, a było to już dobrze ponad rok po zakończeniu ukazywania się serii „Kultowe Auta PRL”, wpadł mi w ręce, obejrzałem go dokładnie jeszcze raz i bez wahania kupiłem .

Fiat 1100 Special 1b

Kilka modelików bez opakowania, niestety również bez lusterka, ale za to w całkiem niezłym stanie, poniewierało się w pudle pod stołami, na których na giełdzie wystawiał się sprzedawca z Czech. Kiedy z bodajże trzech wygrzebanych z pudła modeli wybrałem już jeden (który wydał mi się najlepszy) zapytałem Czecha o cenę.

Fiat 1100 Special 2b

Nie była ona zbyt wygórowana, bo choć modelik nie był kompletny to 10 zł jakie za niego zapłaciłem to naprawdę kwota śmieszna.

Trochę problemów nastręczyło jednak później dorobienie lusterka.

Fiat 1100 Special 3b

Kilka lat wcześniej , podczas jednego z moich opisywanych tutaj wypadów na bazarze na Namysłowskiej, nabyłem za 5 złotych modelik peugeota 203 „na części” (z jakieś serii gazetowej) . Wycieraczki szyb wymontowane z niego trafiły do modelika ZIS 101A . Odbłyśniki lamp do „garbusa” cabrio  Teraz przyszła pora na lusterka. Peugeot miał (co prawda obłamane) 2 lusterka i je wykorzystałem do naprawy fiata.

Musiałem je nieco przerobić, i dopasować do fiata i tu zaczęły się kłopoty. Pierwsze ładnie się „ułożyło” i wyglądało dobrze, ale zostało chyba za słabo przyklejone i po kilku dniach odpadło. Drugie przykleiło się dobrze (do dorobionego maleńkiego bolca, jaki wcisnąłem w dziurkę w nadwoziu) ale nie  „ułożyło” się najlepiej.  Po kilku próbach montażu jednego i drugiego dałem sobie spokój i zostawiłem to drugie.

Fiat 1100 Special 4b

Modelik przedstawia samochód Fiat 1100 Special z 1960 roku i jest w kolorze dokładnie takim samym jak pierwsze modeliki jakie wypuściła kilkanaście lat temu firma modelarska Starline. Modelik, który prawdopodobnie pochodzi z jakieś „zachodniej” serii gazetowej  ma zresztą na podwoziu napis Starline Models jest to zatem dokładnie ten sam model jaki kilkanaście lat temu  oglądałem na giełdzie i wtedy sobie odpuściłem.

Mniej więcej rok po zakupie po zakupie niebieskiego modelika, przeglądając Allegro zauważyłem szary modelik innego fiata 1100. Modelik oferował znany mi kolekcjoner i sprzedawca modelików 1:43 (od którego kilkanaście lat temu kilka takowych kupiłem).

Cena była rozsądna, widziałem również, że po modelik będę musiał pojechać do podwarszawskich Łomianek, bo tam w międzyczasie przeprowadził się sprzedający z warszawskiej, dobrze mi znanej Saskiej Kępy. Nie pamiętam już (a było to dokładnie jesienią rok temu)  czy aukcję wrzuciłem do obserwowanych czy zalicytowałem (chyba jednak tak). Skontaktowałem się ze sprzedającym i próbowałem się umówić na odbiór modelika.  Po kilku  telefonach i próbach ustalenia terminu kontakt się urwał. (nie mogłem się do do sprzedawcy dodzwonić). Już myślałem, że z transakcji będą nici. (Miałem już kiedyś taką sytuację kiedy po wylicytowaniu za 50 zł dość atrakcyjnego modelika BMW 528 dwa razy jeździłem rowerem po modelik na Pragę do innego sprzedającego i w końcu go nie odebrałem) Myślałem, że tym razem też tak może być, więc próby nawiązania kontaktu sobie odpuściłem.

Jednak po jakichś 2 tygodniach(o ile dobrze pamiętam) modelik znów pojawił się na Allego. Zadzwoniłem i  tym razem udało mi się ze sprzedającym dogadać. W piątek 19 października (ubiegłego roku) prosto z pracy pojechałem nie do domu ale do Łomianek.

Fiat 1100 103 TV 1b

Pierwotny, standardowy Fiat 1100 /103 z 1953 roku moich emocji ani zachwytu nigdy nie budził, Samochód pamiętałem z dzieciństwa i w przeciwieństwie do wszystkich późniejszych odmian ładny nie był. Jego modelik (jaki czasami można spotkać na Allegro) te z nie wygląda najlepiej. Jednak jak napisałem tu powyżej razem z modelem standardowym w 1953 roku wyszedł też Fiat 1100 /103 T.V. Był zdecydowanie ładniejszy (zarówno samochód jak i modelik) i to o ten ostatni  postanowiłem „zawalczyć”

Fiat 1100 103 TV 2b

Wyprodukowany nie bardzo wiadomo prze kogo ( ma na podwoziu napis MERTO zaś podana na podwoziu strona www. już nie istnieje) modelik jest bardzo ładny. Jest wykonany dokładniej i staranniej niż opisany tu powyżej Starline, chociaż też pochodzi również z jakiejś serii gazetowej.

Fiat 1100 103 TV 3b

Kiedy go wylicytowałem miałem dość dużo czasu aby obejrzeć w Internecie zdjęcia. Początkowo myślałem , że autorem miniatury jest włoska firma Rio, bo co prawda modelik RIO ma nieco inne koła, ale aby dostrzec inne istotne różnice, trzeba spędzić trochę czasu prze monitorem. Jedyną jaką mi udało się znaleźć to nieco inny kształt przebiegu rynienki dachowej na słupku C . Jest to jednak tak drobny szczegół, że na pierwszy rzut oka zupełnie go nie widać.

Dopiero po odebraniu modelika okazało się ,że na podwoziu jest też napis „Made in China”.

Fiat 1100 103 TV 4b

Zasadnicza różnica to jednak cena. Za modelik zapłaciłem 25 zł. (Musiałem po niego co prawda podjechać do Łomianek i „nadłożyć ok 10 km drogi do domu)  Modelik Rio oferowany jest w cenie ok 50 Euro.

Modelik (jak na serię gazetową) wykonany jest naprawdę znakomicie i bardzo mi się podoba. Nie musiałem przy nim niczego poprawiać ani dorabiać.  Jedyna wada jaką miał to to, że został fabrycznie przykręcony do podstawki z nieodpowiednim napisem (z innej serii gazetowej) i zafoliowany w zgrzewany blister.

(W trakcie przygotowywania tego wpisu okazało się, że pokazane tu zdjęcia wykonałem dzień po odebraniu modelika.)

I tak po latach moja kolekcja (a modele w skali 1:43) zbieram od ponad 35 lat w dość krótkim odstępie czasu  wzbogaciła się o parę modeli przedstawiających ciekawy i istotny w historii motoryzacji samochód, który przez wiele lat po zakończeniu produkcji we Włoszech był produkowany w Indiach jako auto marki Premier.

Fiat 1100

pozdrawiam

 

P.S.

W tym trochę przydługim wpisie nie wyjaśniłem dlaczego ma on tytuł „Jesienne reminiscencje”.

Otóż tej jesieni , podobnie jak w roku ubiegłym w opisane tu okolice wybrałem się również na 3 wycieczki rowerowe. (Jedną we wrześniu i dwie w październiku) Pogoda była piękna, Temperatury nieco ponad 20 stopni.

Szumin

Wycieczki odbyły się wg ubiegłorocznego „jesiennego” scenariusza. Z domu pojechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Urli lub Łochowa i z powrotem.  Pierwszą, wrześniową wycieczkę odbyłem z Urli do wsi  Świniotop i z powrotem. Jednak na początku października , kiedy po raz kolejny wybraliśmy się z żoną samochodem w opisaną okolicę postanowiłem „spenetrować” jeszcze jeden nieznany mi dotąd zakątek. Nie pojechaliśmy na Liwiec (jak zazwyczaj) ale nad Bug do położonej kilka kilometrów dalej miejscowości Szumin.

A ponieważ okolice Szumina bardzo mi się spodobały dwie kolejne październikowe wycieczki rowerowe odbyłem już (w tygodniowym odstępie) na trasie Łochów – Szumin -Kamieńczyk -Urle skąd wróciłem oczywiście pociągiem.