312. Ubiegłoroczne zdobycze – uzupełnienie (2019 i 2020)

Przez długi czas prowadzenia tego bloga, niemal zawsze, na początku każdego nowego roku ukazywały się wpisy podsumowujący rok poprzedni. I tak w prawym panelu bocznym bloga w zakładce „kategorie” można znaleźć odnośnik (Ubiegłoroczne zdobycze) po kliknięciu na który, ukaże się 13 wpisów podsumowujących moje zakupy z okresu prowadzenia bloga, a więc pierwsze z roku 2006 a a ostatnie z roku 2018. Nie pamiętam już dlaczego w kolejnych latach takiego podsumowania nie zrobiłem.

Teraz mam zamiar to naprawić.

Na początku marca 2020 roku zdążyłem pojechać jeszcze na jedną „modelikową” giełdę i kupić kilka modeli, ale zaraz potem w Polsce wybuchła pandemia i tydzień po wizycie na giełdzie wylądowałem na „pracy z domu”. Może nie wszyscy pamiętają, ale w owym czasie panowało przerażenie i panika i ja też byłem tym wszystkim na tyle przerażony, że nie miałem zupełnie głowy ani do bloga, ani do modelików. Pierwszy wpis w 2020 roku, jaki ukazał się na blogu, zamieściłem dopiero pod koniec grudnia !

Czy w tym czasie nic się z kolekcją nie działo, owszem działo się ale w porównaniu z poprzednimi latami , naprawdę niewiele.

Co się w roku 2019 udało?

Ro 2019 upłynął właściwie pod znakiem dwóch wydarzeń: Urządzania mieszkania córki i szarpania się ze starym (12 letnim wówczas samochodem). Akurat latem moje poprzednie auto (o czym zresztą na blogu pisałem) zaczęło wykazywać oznaki zużycia. Latem silnik zaczął źle chodzić na wolnych obrotach i choć samochód jeździł, na przełomie lipca i sierpnia na kilkudniowy udany zresztą wypad do hotelu Omega w Olsztynie wybraliśmy się pociągiem. (Co okazało się bardzo dobrym pomysłem)

Olsztyn a zwłaszcza okolica położonego na uboczu miasta, nad jeziorem Ukiel hotelu, bardzo przypadła nam do gustu:

Nie chciałem tu zamieszczać „tasiemcowej” relacji z całą masą zdjęć (jak w przypadku poprzednich opisywanych tu urlopów) ale postanowiłem je skomasować w dwie krótkie prezentacje, które mam nadzieję oddają atmosferę kilkudniowego urlopowego wypadu na Mazury:

Z Olsztyna wróciliśmy 1 sierpnia i chyba tego samego dnia z Erasmusa z Berlina wróciła nasza córka. I tak resztę urlopu spędziłem na skręcaniu szafek kuchennych i montowaniu kuchennego ich wyposażenia.

Jeśli chodzi o nowości, jakie pojawiły się w roku 2019 w mojej kolekcji (a nie było ich wiele w porównaniu do lat poprzednich) kilka było prezentowanych na blogi, a kilkoma się też pochwaliłem, tym niemniej pragnę je tu razem (w kolejności zakupów) przypomnieć :

Modelik był na blogu opisywany i prezentowany.

Kupiony dość okazyjnie na czerwcowej giełdzie 2019 roku Volkswagen T5 (firmy Minichamps) nie był na blogu prezentowany. (Może jeszcze będzie, bo to istotny model w historii marki jak i w kolekcji też)

Na tej samej giełdzie kupiony został też opisany już na blogu model BMW

W październiku 2019 na służbowym spotkaniu dostałem od kolegi ze Słupska kupione tam 2 modele Star 25 z próbnej jeszcze wówczas serii „Kultowe Ciężarówki z okresu PRL” i oczywiście opisałem na blogu.

A to pozostałe modele, które były na blogu wymienione przy okazji bożonarodzeniowego, świątecznego wpisu z filmikiem z grudniowej giełdy :

escort

Ford Escort z serii „Kultowe Auta PRL” . Kupiłem go za całe 10 zł. Jest niekompletny, ale nabyłem go z zamiarem przeróbki na model MK4 jakim przez 8 lat jeździłem.

corsa

Opel Corsa również z „kultowej” serii. W mojej kolekcji nie miałem żadnego modelika tego popularnego auta. Już jakiś czas temu postanowiłem takowy nabyć. Tym razem udało się go trafić za 20 zł.

rekord

Za taką samą kwotę nabyłem też modelik innego auta tej samej marki. Opel Rekord P2 nie ukazał się w polskiej serii, ale wyszedł w serii rumuńskiej, a że od dawna mi się podobał, postanowiłem go kupić.

fabia

I na koniec nieco droższy „modelik w zastępstwie”. Od lat podoba mi się Skoda Octavia III. Zapragnąłem więc zdobyć też jej modelik, a że dobrze wykonana się nie trafiła, kupiłem Fabię III.

Na początku listopada jak od kilku lat zresztą wybrałem się na spotkanie pod bramą FSO, na którym spędziłem kilka godzin:

Okazało się, że było to właściwie ostatnie spotkanie, na którym panowała atmosfera znana z poprzednich. W następnym roku z powodu pandemii odbył się co prawda jakiś zlot (ale bez zwyczajowego spotkania pod bramą FSO) zaś w ubiegłym roku (2021) właściwie tylko „zajrzałem” na zlot, bo ja z kolei byłem chory.

Pod koniec listopada udało się wreszcie zmienić samochód na nowy, (co na blogu zostało oczywiście też odnotowane).

Co się w roku 2019 nie udało?

W opisywanym roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Właściwie wszystkie moje warsztatowe poczynania zostały na blogu pokazane i opisane. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety na blogu w 2019 roku ukazało się 9 wpisów (co i tak jest wynikiem lepszym niż w 2018 roku, ale gorszym niż we wszystkich poprzednich latach, kiedy blog funkcjonował na nieistniejącej platformie Blog.pl i Blog Onet.pl). Niemniej jednak wpisy były obszerniejsze i zawierały sporo nie związanych z modelami informacji. Tak więc blog powoli zaczął się poniekąd przekształcać w „blog turystyczno-hobbystyczny” (Co w ostatnim czasie też jest widoczne)

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w 2019 roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 2018. W całym roku zamknęły się kwotą 270 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Co się z kolei udało w roku 2020 ?

Niewiele, naprawdę niewiele. Rok ów zaczął się dla mnie niezbyt fortunnie i przypuszczam, że podsumowania roku 2019 nie napisałem, bo na przełomie stycznia i lutego 2020 zachorowałem na jakąś dość ciężką i bardzo szybko obezwładniającą odmianę grypy. (Myślałem nawet, czy to czasem nie był Covid, którego w owym czasie oficjalnie w Polsce jeszcze nie było). Przeleżałem ledwo żywy kilka dni w łóżku, do modelików i bloga głowy zupełnie nie miałem, ale pozytywnym efektem choroby było zupełnie nagłe, właściwie bezproblemowe i bez żadnego wspomagania rzucenie palenia (po kilkudziesięciu latach). Raczej jest ono skuteczne, bo do tej pory, a minęło już prawie 2 lata wciąż nie palę.

Jak się okazało, był to ostatni moment na taką, ze wszech miar właściwą i zdroworozsądkową decyzję, bo od połowy marca rozszalała się w Polsce pandemia. To ona była właściwie przyczyną zaprzestania mojej działalności zarówno kolekcjonerskiej jak i blogowej. Na pandemię nałożyła się jeszcze inna niezbyt miła dla nas sprawa.

W połowie roku 2019 żona dostała propozycję podjęcia pracy w innej podobnej jak dotychczas firmie (prowadzącej szkoły językowe). I tak żona odeszła z firmy w której pracowała przez ostatnie 3 i pół roku i przeszła do nowej. Przejście to zaowocowało kilkoma dniami wolnego i czerwcowym wypadem nad Liwiec (pokazanym tu zresztą też). Niestety już w grudniu 2019 roku żona została z nowej firmy zwolniona. Początek 2020 roku nie był więc dla nas miły, bo żona siedziała w domu i wysyłała odpowiedzi na różne ogłoszenia o pracę, co przeważnie nie dawało żadnego rezultatu.

Dopiero w marcu dostała propozycję pracy w firmie, która zaoferowała pracę w biurze położonym po drugiej stronie naszego osiedla. Niestety był to okres początku pandemii, wszyscy byli spanikowani, ja nagle wylądowałem w domu na „home office” (z którego wcześniej wcale nie korzystałem) i żona pracy wówczas nie pojęła. Umówiła się jednak z ową firmą, że jeżeli sytuacja trochę się uspokoi a oferowane stanowisko będzie dalej możliwe do obsadzenia, pracę chętnie podejmie.

Nowa firma odezwała się w połowie czerwca i żona podjęła pracę od 1 lipca. Nie potrzebowała tym razem żadnego biletu miesięcznego, bo do biura w nowej pracy chodziła piechotą, co zajmowało ok 10 minut. (Ja powiem szczerze trochę jej zazdrościłem, bo w całej mojej 40 letniej zawodowej karierze tylko w trakcie mojego pobytu w Niemczech miałem do pracy bliżej niż ona teraz) .

Podjęcie nowej pracy przez żonę po kolejnej (tym razem półrocznej ) zawodowej przerwie (poprzednia trwała w jej przypadku ponad 11 lat – do listopada 2015 roku) wiązało się z niemożnością wyjazdu na jakikolwiek wspólny urlop (nawet tylko kilkudniowy jak w 2016, 2018 czy 2019 roku). Dlatego działać trzeba było szybko.

Na moim poprzednim Iphonie (za namową kolegi) zainstalowałem sobie jakiś czas temu aplikację WeatherPro. W trakcie naszego kilkudniowego pobytu w Smardzewicach w 2018 roku, aplikacja jak najbardziej się sprawdziła. Toteż tym razem, w ostatnim tygodniu czerwca obserwowałem na niej pogodę codziennie i zdałem się na nią całkowicie. W wtorek wypisałem 2 dni urlopu i zarezerwowałem (w opisanym powyżej) hotelu Omega w Olsztynie 2 pokoje z noclegami w czwartek i piętek. W środę pojechałem do pracy i nie byłem pewien czy wypad się uda, bo pogoda była okropna. W Warszawie padał deszcz i o ile dobrze pamiętam było ok 12 stopni ciepła (do samego wieczora). Następnego dnia rano podjechałem do córki zabrać ją i jej bliską koleżankę na 3 dniowy „mazurski” wypad. Zgodnie z zapowiedziami na WeatherPro świeciło piękne słońce i było ok 25 stopni. W czwartek po przyjeździe do Olsztyna całe popołudnie spędziliśmy na pokazanej tu, na prezentacji powyżej, plaży nad jeziorem Ukiel. Wieczorem córka (niejako w podziękowaniu) zaprosiła nas do eleganckiej restauracji po drugiej stronie jeziora. Bardzo jej się nad jeziorem Ukiel podobało. W piątek znów byliśmy na plaży i był nawet upał, pamiętam, że córka z koleżanką przed południem wypożyczyły rower wodny i koleżanka się kąpała, a o15. odstawiłem ją na dworzec Olsztyn Zachodni skąd (podobnie ja my z żoną w poprzednim roku) pojechała do domu pociągiem. Córka zaś została z nami na kolejny dzień.

W sobotę musieliśmy hotel opuścić, ale straty nie było. W nocy z piątku na sobotę pogoda (jak to w Polsce bywa) znów się popsuła. W nocy padał deszcz, a rano nie było już ładnie (jak w ciągu poprzednich dwóch dni). Postanowiłem nie wracać jednak prosto do Warszawy, ale pojechać na wycieczkę na północ, do Lidzbarka (tym razem) Warmińskiego, bo doszedłem do wniosku, że warto zobaczyć to miasto, w którym nigdy przedtem nie byłem. Z Olsztyna to tylko 70 km, a następna taka okazja nie wiadomo było czy i kiedy się nadarzy:

Zdecydowanie było warto. Z Lidzbarka Warmińskiego pojechaliśmy do Ostródy (którą byliśmy nieco rozczarowani i nie mam stamtąd zdjęć) a stamtąd (już po obiedzie) wróciliśmy do Warszawy. W trakcie całej wycieczki zaliczyliśmy chyba ze 2 burze. W trakcie pierwszej musiałem się nawet w Dobrym Mieście zatrzymać, bo przez chwilę lało tak, że nie było nic widać i nie można było samochodu prowadzić.

Jak już tu napisałem wycieczka z Olsztyna odbyła się do Lidzbarka (tym razem) Warmińskiego, bo dość uroczy Lidzbark Welski odwiedziliśmy latem 2020 roku nawet 2 razy (w trakcie całodziennych) weekendowych wypadów z Warszawy w czerwcu:

Ale też w lipcu:

W trakcie tej drugiej wycieczki opłynęliśmy przepiękne Jezioro Lidzbarskie kajakiem.

Obydwie wycieczki, były to najdłuższe jednodniowe wypady za miasto jakie w 2020 roku zrobiłem (Do Lidzbarka jest z Warszawy ok 175 km). Poza tym (z nowych nieznanych miejsc) byliśmy jeszcze w Nowym Mieście nad Soną (Niedaleko Płońska, nad tamtejszym zalewem). Byliśmy też kilka razy nad pokazywanym na blogu Zalewem Tatar w Rawie Mazowieckiej, nad Liwcem i w Serocku nad Zalewem Zegrzyńskim.

Jeśli chodzi o modeliki, jakie w roku 2020 do mojej kolekcji kupiłem (w porównaniu do lat poprzednich) było ich naprawdę niewiele.

Dokładnie w zapomniane już nieco święto – „Dzień Kobiet”, 8 marca odbyła chyba pierwsza i ostatnia w 2020 roku giełda modeli w NEO Garage w podwarszawskim Ursusie (czy raczej Gołąbkach). Pamiętam, że jeszcze wtedy specjalnej paniki nie było, bo oficjalnie w Polsce było zaledwie kilka przypadków Covid-19 i na giełdzie wszyscy nadchodzącą pandemią raczej się nie przejmowali. Kilka dni później otwarcie giełdy byłoby już jednak niemożliwe. W czerwcu, wrześniu i grudniu giełdy zostały odwołane. Na giełdę oczywiście pojechałem i wtedy zupełnie nie przypuszczałem, że na kolejną wybiorę się dopiero w grudniu 2021 roku. Kupiłem 3 modeliki trochę na zasadzie, aby nie wracać z giełdy „bez niczego”. Nie były one tu jednak prezentowane i teraz pragnę je tu razem (w kolejności zakupów) pokazać:

Pierwszym zakupem był model Seat Toledo (firmy Minichamps). Był to zakup jak najbardziej zamierzony, bo samochód ten uważam za jedno z najładniejszych i najspójniej skomponowanych nadwozi końca lat 90-tych. Modelik kosztował 75 złotych, a więc ani tanio, ani drogo, a kupiłem go bo sądziłem, że na Allegro nie uda mi się go upolować.

Drugi model, kupiony już trochę przy okazji pogawędki ze sprzedającym to Alfa Romeo 155 (firmy Garni & Partners z serii gazetowej DeAgostini) kosztował 30 złotych, a więc OK. Chciałem mieć cywilną wersję alfy 155, bo uznałem że do kupionej w 1998 roku we Francji wersji z wyścigów DTM przydała by się normalna „drogowa” wersja, tego trochę niedocenianego, ale moim zdaniem ładnego samochodu. Modelik na pozór wygląda atrakcyjnie, ale aby był naprawdę ładnym modelem alfy 155, wymaga dość kłopotliwej przeróbki. Przejście między maską i błotnikiem przednim jest zupełnie źle wykonane (jak zresztą w wielu współczesnych modelikach starych już dziś samochodów) i kiedyś będzie trzeba odciąć maskę, nieco ją wygiąć a błotniki uzupełnić żywicą tak aby linia podziału miedzy maską a błotnikiem tworzyła łagodny łuk (jak w samochodzie), a nie linię prostą (jak zrobiono to w modeliku).

I ostatni już „giełdowy” zakup – Auburn 851 Speedster (firmy Matchbox z serii Models of Yesterear). Jest kompletny, trochę poobijany, a kupiłem go zupełnie przy okazji jako wrak za 8 zł, bo ma oryginalne kółka, których niestety mój wypieszczony, a zdobyty (również na giełdzie) 20 lat wcześniej Auburn ich nie ma.

W listopadzie, jakoś przypadkowo zajrzałem na Allegro. Zorientowałem się, że są tam oferowane modele autobusów z serii gazetowej, która ukazała się kilka lat temu we Francji. Ceny nie były może niskie, ale były akceptowalne i nad zakupem kilku modeli zacząłem się zastanawiać. W końcu wylicytowałem model warszawskiego autobusu miejskiego MZK – Jelcz PR100. Taki jakiego zapamiętałem z czasów studenckich:

To już ostatni, jednak dla mnie nader ważny i cieszący oko nabytek z 2020 roku. Kosztował mnie 156 złotych i pojechałem po niego po drodze z pracy na warszawski Ursynów (na który nie przepadam jeździć, bo się tam gubię i czuję się jak w obcym, nieznanym mi mieście). Modelik nade wszystko przełamał moją pandemiczną apatię i przywrócił niejako z powrotem zainteresowanie kolekcją.

Co się w roku 2020 nie udało?

W opisywanym roku, pomimo pandemii i przebywania dużo w domu praktycznie nie zaglądałem do mojego „warsztatu”.  W archiwum zdjęć na moim telefonie nie ma żadnych zdjęć z przeróbek i napraw, oprócz pokazanych w grudniowym wpisie dwóch nowych opakowań do kupionych wcześniej modelików.

Blogowi też w ogóle nie poświęcałem czasu. I stało się tak, jak napisałem tu na początku : Pierwszy wpis w 2020 roku, ukazał się na blogu dopiero pod koniec grudnia ! Co ciekawe, w roku 2020 pomimo, że ukazał się tylko 1 wpis, blog odnotował o kilka tysięcy więcej osłon niż w 2019 i 2021 roku, kiedy to na blogu ukazało się po 9 wpisów.

W kolekcji pojawiły się zaledwie 4 a właściwie 3 nowe modele.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach.  Modeli kupiłem jeszcze mniej niż w 2019 roku. Było ich tyle co w zamierzchłym 1985 roku, a nawet mniej niż w 1984 i 1989 roku (a więc na samym początku kolekcji).   

Wydatki na modele były też najniższe od lat i były dokładnie takie jak w 2006 roku. Dzięki sprzedaży kilku niepotrzebnych gadżetów z jeszcze z FSO zamknęły się oszałamiającą kwotą 229 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niezbyt wygórowaną.

pozdrawiam

311. Wystawa na ASP i berlińskie zdobycze

172-taksc3b3wki-1

Ten rok (choć się jeszcze nie skończył) na tle poprzednich mogę śmiało nazwać „rokiem podróży”, bo takich kilkudniowych odbyłem w sumie aż 4. Majowy wypad w Bieszczady opisałem tu dokładne. O lipcowym „rodzinnym wyjeździe służbowym” do Frankfurtu nad Menem i sierpniowych wakacjach w Olsztynie wspominałem w poprzednim wpisie i mam nadzieję jeszcze o nich napisać nieco więcej.

W grudniu trafiła mi się jeszcze jedna podróż, która zaowocowała kolejnymi nowymi zakupami do kolekcji. Jak wspominałem tu ostatnio, moja córka od września rozpoczęła roczne studia na Universität der Künste (UdK) w Berlinie. Na studia te dostała stypendium z Deutsche Akademische Austauschdienst (DAD), co pozwoli jej się w stolicy Bundesrepublik utrzymać. Przez dwa miesiące mieszkała w mieszkaniu koleżanki z UdK, którą poznała dwa lata temu w czasie pobytu w ramach programu wymiany studentów Erasmus. Od grudnia udało się jej (wraz z koleżanką z Polski) po długich bezowocnych poszukiwaniach znaleźć wreszcie mieszkanie, które wynajęła.

W związku z tym w niedzielę 5 grudnia pomknąłem zapakowanym „na full” samochodem autostradą A2 do stolicy Niemiec. W poniedziałek poszedłem z córką do pobliskich biur T-mobile i Vodafone załatwić umowę na stacjonarny Internet i telefon komórkowy z niemieckim numerem. Do biur przy głównym deptaku handlowym dzielnicy Charlottenburg chodziliśmy kilka razy uliczką Pestalozzistraße odległą od nowego mieszkania mojej córki o 100 m. W trakcie jednego z powrotów tuż przy rogu Kaiser-Friedrich-Straße (raptem 200 m od mieszkania córki) natknąłem się na taki oto sklepik :

Kiedy wszedłem do środka (oczywiście po okazaniu paszportu covidowego) ujrzałem całą ścianę modelików przeważnie starych i znanych mi dobrze z mojego 5 letniego pobytu w Niemczech (z górą 30 lat temu). Obejrzałem je pobieżnie, bo spieszyliśmy się załatwiać kolejne sprawy, ale w wolnej chwili postanowiłem wpaść do sklepiku przy Pestalozzistraße 64.
Po południu pojechaliśmy do Ikei gdzie było trochę perypetii, bo po zakupie szafy i trochę innych przydatnych drobiazgów, wpadliśmy do zakątka z rzeczami niepełnowartościowymi, gdzie bez większego namysłu kupiliśmy mocno przecenioną sofę. Od obsługi stoiska dostałem płaski klucz którym odkręciłem jej oparcie. Ręcznie wykręciłem nogi i wózkiem zawieźliśmy sofę do samochodu. Podstawa miała ok 90 cm szerokości i „na oko” powinna się do auta zmieścić, niestety w przegrodzie miedzy bagażnikiem a kabiną zaklinowała się bo zbrakło ok 1 cm na szerokość. I tak kiedy szarpaliśmy się z sofą na parkingu przed wejściem do Ikei, podjechała duża taksówka (Mercedes-Benz Vito). Kierowca po uzgodnieniu ceny, podniósł tylną klapę, w mgnieniu oka złożył 2 fotele 3 rzędu siedzeń i wrzucił do środka długą na180 cm podstawę sofy. Ważąca ponad 80 kg szafa i oparcie sofy (najdłuższa paczka z szafą miała 193 cm długości i ważyła29 kg) pojechały na Kaiser-Friedrich-Straße moim fiatem.
Kiedy dwa lata temu kiedy kupowałem ten samochód miałem wątpliwości, czy tak duże auto mi i żonie jest w ogóle potrzebne. Jednak w trakcie całej podróży i w samym Berlinie, gdzie transportowaliśmy nim różne rzeczy i nawet meble, okazało się bardzo przydatne. Trasę Warszawa-Berlin (i z powrotem) pokonywałem utrzymując średnią prędkością ok 130 km /h, słuchając muzyki i nie męcząc się przy tym zupełnie. Zaś spalanie z całej wyprawy wyszło ok 7,4 l/na 100 km, tankowanej w Polsce benzyny.

Następnego dnia we wtorek 7 grudnia po złożeniu sofy, przymocowaniu karniszy , zamocowaniu półek w łazience i wykonaniu kilku drobnych napraw, przed przystąpieniu do montowania szafy (po uzgodnieniu z córką, bo roboty w nowym mieszkaniu było co niemiara) postanowiłem wpaść na chwilę do sklepiku z modelikami. Sklepik nie jest duży, jest wielkości dużego pokoju w berlińskim mieszkaniu mojej córki. Połowę sklepiku zajmują stare naczynia, szklanki, kieliszki, miseczki, talerze itp. drugą połowę zabawki i różnego rodzaju modele, wśród których sporą grupę stanowią modele w skali 1:43.

Przeglądanie ich wyglądało miej więcej tak, jak na zdjęciu powyżej. Kiedy wychodziłem do sklepiku miałem zamiar w nim spędzić w nim ok 20 minut. Byłem 1 godzinę i 20 minut, bo choć sklepik niepozorny, oglądać było naprawę co.

Większość modeli, jak już wspomniałem, to modele stare i dość dobrze mi znane (w końcu sklepik ma w nazwie „Antik”). Wiele było bez opakowań lub w opakowaniach zastępczych. Jakoś tak to, co oglądałem miało przeważanie cenę 12 Euro (inne starsze lub bardziej atrakcyjne miały ceny wyższe).

Po dokładnym ale dość szybkim zapoznaniu się z zawartością półek, wytypowałem kilka modeli których zakup zacząłem rozważać. W końcu wybrałem 2:

BMW 328 okolicznościowy model wydany na targi Techno-Classica 1994. (Prawdopodobnie jest to model firmy Schuco, choć na spodzie takiego napisu nie ma, ale jego konstrukcja jak najbardziej na to wskazuje). Nie wygląda może super efektownie, ale po latach poszukiwań i zastanawiania się, zdecydowałem się na ten właśnie model.

Lancia Dilambda w wersji torpedo włoskiej firmy Rio podobała mi się zawsze. Nawet kilka lat temu rozważałem jej zakup na Allegro, ale jakoś się nie złożyło.

Modeliki były wycenione na 10 i 12 Euro. BMW stało na półce bez opakowania. Lancia jest w oryginalnej witrynce Rio niestety nie ma do niej ani wkładki, ani kolorowego oryginalnego pudełka. Do BMW dostałem extra typowo niemieckie przezroczyste pudełeczko do modeli 1:87 z miękkiego plastiku i za obydwa modele zapłaciłem 20 Euro.

Następnego dnia, 8 grudnia po ostatecznym zmontowaniu szafy i załatwieniu kilku innych spraw mknęliśmy już, tym razem z córką, autostradą A2 z powrotem do Warszawy. Jej obecność w Polsce była konieczna bo na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie następnego dnia odbywało się otwarcie wystawy UpComming, na której prezentowane są najlepsze prace dyplomowe roku 2021, a wśród nich nagrodzony dyplom mojej córki:

Wystawę, która jest w Pałacu Czapskich oczywiście odwiedziliśmy z żoną i córką w piątek po pracy.

Będzie ona czynna do 31 grudnia 2021

W niedzielę 12 grudnia córka wróciła pociągiem do Berlina i już następnego dnia zadzwoniła, czy nie chciałbym pod choinkę dostać jakiegoś modelika.

Wieczorem usiadłem do komputera i na niemieckim e-bay’u znalazłem zdjęcia jeszcze dwóch innych modeli, które w sklepiku (tuż obok mieszkania córki) dość dokładnie oglądałem.

I tak w Wigilię do mojej kolekcji dołączyły :

Opel Vectra firmy Schuco i

Morgan Super Sport firmy Brumm

Obydwa nie są może świeże , pierwszy ma ponad 20 lat drugi grubo ponad 30, ale są ciekawsze i cieszą mnie chyba bardziej niż te, które sam kupiłem. Obydwa były w opakowaniach zastępczych i były wycenione na 12 Euro każdy, ale córka zapłaciła za nie razem 22 Euro. (Do witrynki firmy Rio, w którą zapakowany był Morgan świetnie pasuje kupiony kilka lat temu Fiat Tipo 2 ).

pozdrawiam

310. Wesołych Świąt !

Jeszcze do końca nie ochłonąłem z wrażeń jakich dostarczył nam wszystkim ten drugi już wyjątkowy, ale również niespodziewanie trudny rok. A tu już święta. W niedzielę, w końcu postanowiłem pozbyć się z balkonu roweru i odstawić go do wózkowni w piwnicy mieszkania mojej córki. Tym razem pojechałem na jednym a nie dwóch, bo w trakcie ubiegłorocznego odstawiania Romet uszkodził się i całe lato spędził w piwnicy mieszkania córki. Od kilku dni żona, która w tym roku (tak jak teraz i ja) pracuje w domu, „jęczała” o choinkę. Aby choinka, jak co roku, mogła stanąć w drzwiach na balkon, trzeba było pozbyć się roweru. Zaraz po powrocie z przymusowego spaceru wyciągnąłem z balkonu stary wózek pod telewizor a z pudełka kupioną dwa lata temu sztuczną choinkę i złożyłem ją, Resztą zajęła się żona.

Właściwie zawsze choinka była była żywa, ale od dwóch lat jest sztuczna. Trzy lata temu ostatnia żywa choinka mimo pielęgnacji i podlewania uschła, a później tuż przed Wielkanocą, przy próbie wyjęcia jej z doniczki, ta ostatnia potłukła się. Po tych przygodach, po krótkiej telefonicznej konsultacji z żoną, kupiłem w markecie budowlanym małą sztuczną choinkę. A niech tam, w końcu małych dzieci w domu już od dawna nie ma, a sztuczna choinka choć nie pachnie zapewne posłuży długo i dłużej postoi po świętach.

pozdrawiam

309. Veni, vidi, vici – Muzeum Skarb Narodu

Witam w końcu po długiej przerwie !

Cóż od czerwca, kiedy na tym blogu ukazał się ostatni wpis kilka miesięcy już minęło. W międzyczasie (jak zapewne zauważyli odwiedzający bloga regularnie) wprowadziłem tu kilka drobnych zmian i kupiłem kilka jeszcze nie opisanych modeli ciężarówek z nowej „kultowej” serii. Poza tym „nie samym blogiem człowiek żyje” i miały też miejsce inne wydarzenia.

Na początku lipca (trzy tygodnie po opublikowaniu ostatniego wpisu) odbyłem równie ciekawą, jak opisany tu majowy wypad w Bieszczady, podróż. Też pięciodniową, ale niejako „rodzinno-służbową”. Otóż na obrzeżach gór Taunus kilkanaście kilometrów od Frankfurtu nad Menem odbywał się (od dawna zapowiadany) ślub mojej siostrzenicy. I tak 7 lipca pojechaliśmy najpierw do Drezna, a następnego dnia, po zwiedzeniu bardzo ciekawej Miśni udaliśmy się do Frankfurtu nad Menem. Po dwudniowych uroczystościach i rodzinnych spotkaniach pojechaliśmy najpierw się do Berlina, gdzie córka została jeszcze na kilka dni, a my wróciliśmy do Warszawy. W podróży zrobiłem sporo zdjęć, które może jak znajdę czas tu opublikuję.

W pierwszych dniach sierpnia pojechaliśmy z żoną na 6 dniowy urlop do Olsztyna. Trzeciego dnia pobytu wybraliśmy się na ciekawą wycieczkę do Mrągowa, Mikołajek i Giżycka. Z Mikołajek popłynęliśmy statkiem wycieczkowym na Śniardwy. Ten wypad, a właściwie cały pobyt w Olsztynie (już trzeci z rzędu) też wymaga osobnego opisu.

Wrzesień i październik był z kolei gorący, bo wróciłem do pracy stacjonarnej (co prawda 3 dni w tygodniu), ale dojazd oraz powrót z pracy zabiera mi co najmniej 2,5 godziny dzienne (ok 60 km przez Warszawę). Poza tym ostatniego dnia września córka wyjechała na studia do Berlina, co też wiązał się z różnymi perypetiami, zarówno przed jak i po jej wyjeździe.

I tak nadszedł listopad, który jak co roku wiąże się u mnie z wizytą przed bramą FSO, ale w tym roku dostarczył mi jeszcze „innych atrakcji”. W sobotę 7 listopada byłem oczywiście przed bramą FSO na „obchodach” 70 rocznicy rozpoczęcia produkcji (jednak krótko i w maseczce). Zrobiłem kilkanaście zdjęć (znacznie mniej niż zazwyczaj). Wieczorem, ponieważ czułem się nie najlepiej pojechałem do lekarza. Następnego dnia znów pojechałem na Okęcie, ale już nie do lekarza, a na test antygenowy, który niestety okazał się pozytywny.

Ja jestem zaszczepiony na Covid-19 i doszczepiony (30 października) a i tak zachorowałem. Zaraziłem się prawdopodobnie w osiedlowym samie, gdzie w kolejkach do kasy nikt nie trzyma dystansu. Na szczęście mimo przedemerytalnego wieku, Covid-19 przeszedłem dość łagodnie (prawdopodobnie dlatego, że byłem zaszczepiony). Na szczęście żona, jako osoba zaszczepiona nie podlegała kwarantannie, ani też się nie zaraziła (jej test wykonany dobę po moim, wykazał wynik negatywny). W izolacji byłem 10 dni. Następnego dnia po nałożeniu izolacji, Ministerstwo Zdrowia przysłało mi pulsoxymetr. Mierzył on puls i saturację, temperaturę i liczbę oddechów mierzyłem sam. Wyniki wysyłałem przez aplikację w telefonie. Na początku miałem saturację 96 – 97, ale po kilku dniach już 98 – 99. Po zakończeniu pomiarów po pulsoxymetr miał zadzwonić i przyjechać w ciągu 7 dni kurier, ale nie zadzwonił i w końcu wczoraj sam odniosłem go na pocztę.

Izolację zakończyłem w połowie trzeciego tygodnia listopada, ale w ubiegłym też byłem zajęty. Otóż w ubiegłym roku w moim nowym samochodzie zaczęła szwankować funkcja start@stop. Zgłosiłem to na pierwszym przeglądzie (po 15 tys km) ale zostało to zlekceważone. Sprawę zgłosiłem w sierpniu podczas kolejnego przeglądu (po 30 tys km), w serwisie CNS w Sulejówku (poleconym mi przez znajomego z FCA Poland) . Podczas przeglądu umówiliśmy się, że samochód zostanie odstawiony do ASO na kilka dni, ja dostanę auto zastępcze, a elektryk sprawdzi, co jest przyczyną usterki. Ponieważ w tą sobotę na auto kończyła się właśnie dwuletnia gwarancja, samochód w ubiegły poniedziałek trafił do serwisu. Trzy dni był diagnozowany (cóż, współczesna elektronika wymaga anielskiej cierpliwości). W identycznym jak moje aucie zastępczym funkcja start@stop działała bez zarzutu (auto to miało 16,5 tys przebiegu), co utwierdziło mnie w słuszności decyzji o oddaniu auta do naprawy. W końcu w piątek (ostatniego dnia obowiązywania gwarancji) w samochodzie wymieniono mi akumulator na nowy i wszystko jest już OK.

Po powrocie z ASO grzebiąc w Internecie przypadkiem, z komentarzy na Youtube, na stronie znanego mi z tego serwisu kanale Muzeum Skarb Narodu dowiedziałem się, że muzeum na zakończenie sezonu 2021 zorganizowało dodatkowe zwiedzanie w sobotę 27 i niedzielę 28 listopada.

Do muzeum wybierałem się już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie udało mi się zarezerwować biletów (dostępnych tylko w Internecie). Tym razem miałem szczęście, terminów było kilkanaście, trzeba było tylko zameldować się w muzeum na 10 minut przed rozpoczęciem zwiedzania i kupić na miejscu cegiełkę „wsparcia” za 40 zł – równowartość biletu.

W sobotę (podobnie jak w piątek, kiedy to o 8 rano wymieniałem jeszcze opony na zimowe) znów wstałem wcześniej niż zazwyczaj. Zrobiłem szybkie śniadanie i przed bramą FSO zaparkowałem jakieś 7 minut przed 10 rano, kiedy to startowała pierwsza grupa zwiedzających.

Wewnątrz znanego mi dobrze holu bramy głównej (przez który wiele lat temu codziennie przechodziłem do pracy) czekało kilkanaście osób. Byłem trochę zaskoczony że nie ma tłumów, bo na corocznych obchodach opisywanej tu kilkukrotnie „niekoniecznie miłej rocznicy” zazwyczaj tłumy są.

Ok 10 na bramie zjawił się „przewodnik” i zaprowadził nas znaną mi dobrze drogą wewnętrzną do budynku „nowej lakierni”, w której mieści się wystawa.

Dla mnie była to kolejna listopadowa trochę nieoczekiwana wizyta na terenie dawnej FSO (po 4 latach przerwy) Poprzednią taką wizytę opisałem tu .

Na wystawie nie robiłem żadnych zdjęć. Na kanale tydzień temu ukazał się pierwszy filmik pokazujący „polską” część wystawy:

Dziś wieczorem, Kilka godzin temu, ukazał się drugi:

Obydwa filmy razem trwają mniej więcej tyle, co zwiedzanie samej wystawy, ale za to dokładnie pokazują to, co mogłem zobaczyć na własne oczy.

pozdrawiam