320 – Waloryzacja po trzydziestu latach – Volvo 760 GLE

172-taksc3b3wki-1

Nie często mam na tym blogu okazję opisywać modele stare, kupione wiele, wiele lat temu. Kilka z takich modeli prezentowałem tu dokładniej, przy okazji „wpisów warsztatowych” prezentujących ich naprawy lub przeróbki. Były to modele Solido made in France, czy też Schabak albo NZG made in Germany. W albumach obok pokazanych jest wiele takich starych już dziś modeli, ale modelik made in Italy prezentowałem chyba tylko raz wiele lat temu. Była to odbudowana z wraka Lancia Y10 firmy Polistil .

Tym razem zaprezentuję inny modelik tej samej firmy z dokładnie tego samego okresu (końca lat osiemdziesiątych). Kupiłem go gdzieś w maju 1990 roku na giełdzie modelarskiej w Kolonii. Poniższe zdjęcia znalazłem w Internecie i pokazują jak wyglądał modelik pierwotnie (w oryginale):

Kiedy zobaczyłem go na jednym ze stoisk, kupiłem bez większego zastanawiania się. Kosztował niedrogo, bo tylko 10 marek, zaś samochód który przedstawia był popularny i na ulicach zwłaszcza w Niemczech, (gdzie wtedy pracowałem) można go było spotkać niemal na każdym kroku. Bryła modelika była ładna. Otwierane drzwi nie przeszkadzały, bo wykonano je dobrze, poza tym w tamtym czasie otwierane elementy były w modelikach normą. Całość robiła dobre wrażenie, tylko przód modelika nie do końca przypominał oryginał, bo był nie tylko uproszczony, ale i jakość spasowania poszczególnych elementów nie była najlepsza.

Oglądając powyższe zdjęcia ktoś mógłby zapytać, a ten modelik to w jakiej właściwie jest skali ? Nie wiedzieć czemu na pudełku jest podana niewłaściwa skala 1 / 40 podczas gdy na spodzie modelika jest narysowana drabinka i podana jest właściwa skala 1 / 43 . (Jak w dużo starszych innych włoskich modelach firm Politoys i Polistil).

Waloryzację modelika zacząłem praktycznie zaraz po jego zakupie. Czarną farbą pomalowałem listwy na drzwiach i klamki. Zaś w czarne otworki w felgach wcisnąłem małe okrągłe zaślepki – wycięte z jakiejś oklejonej błyszczącą aluminiową folią styropianowej tacki (po mięsie czy rybach), aby maleńkie felgi przypominały oryginalne felgi Volvo. (Modelik ma koła osadzone na plastikowych bolcach w dokładnie taki sam sposób jak modele innej włoskiej firmy – Bburago). Modelik miał „skręcane” koła, ale nie wiedzieć czemu nie dało ich się skręcić „na stałe”, bo po skręceniu samoczynnie wracały do pozycji jazdy „na wprost”.

Próbowałem wtedy od razu modelik „otworzyć”, bo jest on „nitowany” (jak widać na ostatnim zdjęciu powyżej). Niestety mi się to nie udało. Rozwierciłem miejsca nitowania i próbowałem ściągnąć podwozie z bolcy mocujących je do nadwozia, tak jak już to robiłem w innych modelach w tamtym czasie. (Aktualnie tylko chyba niektóre modele Corgi Vanguards i to te starsze mają przynitowane do nadwozia podwozie). W większości takich przypadków, specjalnych problemów nigdy nie było, ale volvo stawiło dzielny opór, a przy którejś z bardziej energicznych prób ściągnięcia, płytka podwozia pękła tuż przed nitem i w ręku został mi przedni zderzak wraz z całym niemal zwisem przednim.

Tragedii nie było, była z tego pewna korzyść: Z modelika udało się wyjąć to na czym mi najbardziej zależało – pas przedni z atrapą i światłami. Po wysunięciu go pomalowałem dolną część lamp pod światłami białą farbą i pomarańczową migacze a także białą światła pozycyjne. W trakcie tej operacji pękł też narożnik wkładki świateł z prawej strony, a sama wkładka okazała się bardzo delikatna. Pęknięcie to udało się szczęśliwie skleić i wada nie jest praktycznie widoczna. Po tych poprawkach, modelik złożyłem, oderwaną część płytki podwozia przykleiłem do reszty z powrotem i modelik schowałem do oryginalnego pudełka. Tak przeleżał w nim i pudle numer 1 prawie 30 lat, ale kiedy co jakiś czas go wyjmowałem i oglądałem, tak jak w przypadku opisywanego tu Peugeota 605 pamiętałem o tym, że kiedyś może trzeba będzie się nim zająć.

Czasem kiedy na ulicy spotkałem prawdziwe Volvo 760 robiłem zdjęcia przodu auta, bo pierwotnie planowałem zrobienie całej atrapy od nowa, ale nie do końca miałem pomysł jak ją wykonać. Prawie takie samo Volvo z dokładnie taką atrapą (jaką powinien mieć modelik) parkowało kilka bloków dalej. Oglądałem je wielokrotnie i zastanawiałem się jak zwaloryzować mój naprawdę ładny i rzadki model.

Zdjęcia złotego Volvo (z okolic mojego bloku) są jeszcze z 26 marca 2018 roku i 5 lipca 2021 roku, a czerwonego z 11 września 2022.
Okazja wznowienia przeróbki nadarzyła się 15 lutego 2021 kiedy to na parkingu centrali mojej firmy, w trakcie jakieś wizyty tam, napotkałem samochód (taki jak modelik ) i tam zrobiłem prezentowane tu 2 ostatnie zdjęcia. Wtedy to udało mi się nawet atrapę pomierzyć.

Do sprawy podszedłem jak zwykle ambitnie, patrząc z dzisiejszego punktu widzenia możliwe, że „za ambitnie”. Bo to co w końcu udało się osiągnąć, mogłem uzyskać znacznie mniejszym nakładem pracy, po prostu odłamując ponownie to co już się 30 lat wcześniej odłamało, a więc przedni zderzak wraz kawałkiem płytki podwozia. Ale nie, postanowiłem modelik „jak trzeba” roznitować z przodu i z tyłu i mocowanie podwozia przerobić na śrubki.

Jeszcze raz (tym razem dokładniej rozwierciłem miejsca nitowania i znów (jak 30 lat temu) próbowałem płytkę podwozia ściągnąć. Modelik znów stawił mocny opór, ale na cóż w końcu dodatkowe 30 lat doświadczeń z różnymi przeróbkami. Wreszcie się udało, ale czy dobrze do końca ?. No chyba nie. O ile dobrze pamiętam, jednym z powodów „otwarcia” modelika była próba skorygowania czy przerobienia mechanizmu skręcania kółek. Teraz do mechanizmu udało się dobrać tylko że pałąk, a właściwie plastikowy element, łączący zwrotnice na których zostały osadzone koła, odłamał się od jednej z nich (w trakcie energicznego rozdzielania podwozia od nadwozia)

Cóż znów trzeba było zacząć kombinować „jak to teraz naprawić”.

Najpierw spokojnie przerobiłem „na śrubki” mocowanie podwozia (czynność tę opisywałem już na blogu). Operacja jest widoczna na pierwszych trzech zdjęciach. Na kolejnych widać to, co stało się z osią przednią w trakcie ściągania podwozia. Miejsce pęknięcia, a właściwie rozerwania mechanizmu (o ile plastikową wypraskę, w skład której wchodziły zwrotnice i elastyczny pałąk, można tak nazwać) było bardzo małe. Jego przekrój to ok. 0,8 na 2 mm. Czysto mechaniczna naprawa nie wchodziła więc w grę, w grę nie wchodziło także zwykłe sklejenie, po klejony przekrój po prostu byłby za mały. Trzeba było zatem wykombinować coś pośredniego.

Ale zanim zabrałem się za naprawę podwozia postanowiłem skorygować kształt przodu modelika. Po zmierzeniu szerokości atrapy na prawdziwym samochodzie i jej imitacji na modeliku, okazało się, że imitacja ma właściwą szerokość (w skali). Kiedy ją obejrzałem , doszedłem do wniosku, że choć jest wykonana trochę prymitywnie, tragicznie nie wygląda. Modelik w końcu ma ponad 30 lat i z oryginalną atrapą będzie wyglądał autentyczne. Poza tym, to pierwsze i najstarsze Volvo w mojej kolekcji, więc chyba dobrze, że ingerencja w jego wygląd nie jest zbyt obszerna. Atrapę trzeba było tylko lepiej dopasować do świateł, tak aby szczeliny między nią a lampami były z lewej i prawej strony takie same, a także wsunąć atrapę troszkę głębiej w nadwozie.

W trakcie też żmudnej operacji nie robiłem zdjęć. Skupiłem się na dopasowywaniu elementów. Poza tym prawy narożnik wkładki lamp znów pękł i trzeba go było kleić. Kiedy zmontowałem przód i założyłem płytkę podwozia, modelik pomimo moich wysiłków , wciąż „nie wyglądał”. Po analizie zdjęć samochodu i modelika doszedłem do wniosku, że powodem tego jest zbyt mało wysunięty do przodu zderzak. Postanowiłem go więc „wydłużyć”:

Na bocznych powierzchniach przedni zderzak modelika ma wytłoczone maleńkie harmonijki. W latach osiemdziesiątych takie rozwiązanie było stosowane w wielu europejskich samochodach, które na rynek USA miały inne, przeważnie też masywniejsze zderzaki, bo musiały spełniać amerykańskie normy bezpieczeństwa. Postanowiłem wykorzystać taką formą zderzaka. Odciąłem jego przednią część z boku właśnie tuż przed owymi harmonijkami, zaś od spodu dość żmudną operacją było odcięcie właściwej belki zderzaka od płytki podwozia. Odcięty zderzak wydłużyłem, a właściwie nadsztukowałem, tylko na bocznych jego końcach naklejając na nie cienkie na ok. 1mm czarne plastikowe płytki. Po tej operacji boczne końcówki zderzaka opiłowałem, tak aby nie było widać , że zostały wydłużone. Aby wszytko się trzymało, od wewnętrznej strony na przednią (odłamaną kiedyś) część płytki podwozia nakleiłem 2 czarne plastikowe płytki zaś ich kształt dopasowałem do wewnętrznej powierzchni odciętego zderzaka. Następnie całość skleiłem. (To wszystko widać na pierwszych 6 pokazanych powyżej zdjęciach)

Po przymiarce modelik wyglądał od razu lepiej i bardziej przypominał przód prawdziwego Volvo. Teraz przyszła kolej na rzecz najtrudniejszą. Naprawę podwozia, a właściwie przedniej jego osi. W miejsca gdzie pałąk łączący zwrotnice (widoczny w poprzedniej prezentacji na ostatnim zdjęciu) przy samej zwrotnicy tworzy niejako literę „U”, w jej środek wkleiłem dopasowane do niej kawałki plastiku. (Widać to na zdjęciach 7 , 8 i 9 , gdzie strzałką pokazałem miejsce nowego połączenia zwrotnicy z pałąkiem). W ten sposób zapewniłem nie tylko większą powierzchnię klejonego połączenia, ale także ewentualną możliwość dalszej przeróbki modelika na „w pełni skręcane koła”. Teraz trzeba było tylko połączyć pałąk z odłamaną zwrotnicą (jak na przedostatnim zdjęciu). Połączenie musiało być nie tylko mocne ale i wykonane precyzyjnie, tak aby po zamontowaniu zwrotnic do wkładki wnętrza i płytki podwozia koła nie rozjeżdżały się na boki i stały pionowo. W tym celu wykonałem nawet ze styropianu specjalny przyrząd (widoczny co prawda słabo na ostatnim zdjęciu). Nie pamiętam już czy go wykorzystałem, czy nie, bo pokazane tu zdjęcia są z drugiej połowy lutego 2021 roku. W każdym razie modelik udało się naprawić i zwrotnicę przykleić, jednak nie trafił on do pudła numer 1 (gdzie był przez 30 lat przechowywany). Odłożyłem go do skrzynki w której mam kilka modeli wymagających po większych naprawach jakichś drobnych „dopieszczeń” .

W ubiegłą niedzielę, w trakcie jakiegoś remanentu wyciągnąłem go z owej skrzynki, rozebrałem i dokończyłem całą zabawę. W jej trakcie wykonałem kilka zdjęć już nowym Iphonem:

Jako dokończenie waloryzacji planowałem pierwotnie przeróbkę osi przedniej na „w pełni skręcane koła”. Jednak na razie tę odłożyłem na później. Postanowiłem modelik nieco jeszcze uatrakcyjnić wizualnie. Z pasa przedniego wypchnąłem wycieraczki. Są one zamocowane w nadwoziu na bolcach o przekroju prostokątnym, co jest naprawę rzadkością. Dzięki temu wycieraczki po zamontowaniu zawsze znajdują się we właściwej pozycji i nie trzeba ich ustawiać. Pas podokienny (charakterystyczny dla aut serii 760 – w tańszych modelach – 740 był inny) postanowiłem najpierw pomalować, ale że farby mam już stare, zrezygnowałem z tego i okleiłem cienką papierową naklejką z czarnym nadrukiem. Ramkę przedniego okna pomalowałem srebrnym pisakiem dla plastyków. I to właściwie tyle.

Modelik jak na koniec lat osiemdziesiątych oraz miejsce jego produkcji jest naprawdę precyzyjnie wykonany. na oryginalnym opakowaniu, które do niego mam, są napisy „Printed in Italy – Made in Italy” oraz „1988 Tonka Italia Spa”. konstrukcja jest bardzo ciekawa. Składa się nie z dwóch (jak w większości modeli) a z trzech głównych modułów czy właściwie podzespołów: nadwozia z drzwiami, modułu wnętrza, w którym wykonano siedzenia i zamontowano koła tylne oraz podzespół skrętnej częściowo osi przedniej wraz z kołami, a wszystko zamyka płytka podwozia w której odlano zederzaki przedni i tylny.

Modelik ma bardzo precyzyjne odlewy i wypraski z tworzyw sztucznych. Wszystkie połączenia są wyłącznie mechaniczne. Do jego zmontowania nie użyto żadnego kleju, ani innych rozgniatanych na gorąco połączeń. Powstał w 1988 roku, a więc w okresie kiedy firmy modelarskie zaczęły przenosić produkcję z Europy do Chin. Jest on przystosowany jak najbardziej do szybkiego i bezproblemowego montażu, co przy produkcji i montażu we Włoszech pozwalało utrzymać w ryzach koszty, jednocześnie zapewnić dobrą jakość.

Po przeróbkach ostatecznie wygląda tak:

Kiedy już zakończyłem właściwe poprawki postanowiłem modelik „zarejestrować”

Pierwotnie miałem zamiar nakleić jakieś przypadkowe tablice rejestracyjne, ale w trakcie przeglądania moich szpargałów z wydrukowanymi rejestracjami okazało się, że mam przewidziane do modelika jego właściwe tablice.

Zostały wydrukowane (prawdopodobnie przy jakieś okazji) razem z tablicami do innych modeli, kilka dobrych lat temu, bo zupełnie nie pamiętałem , że je w ogóle kiedyś drukowałem.

A teraz wyjaśnię co oznaczają poszczególne znaki na tablicy: WUX – to początek numeru rejestracyjnego mojego prawdziwego auta, którym w momencie zakupu modelika jeździłem. 0 – to końcówka roku zakupu (kupione wcześniej modele miały końcówkę roku np. 87 lub 89). Zaś 102 – to numer modelika w kolekcji (na liście według kolejności zakupów).

Wygląda na to, że modelik ma troszkę za małe koła, może nie tyle same felgi, co zbyt niski profil opon.

Samochód też jakichś ogromnych kół nie miał :

Na razie nie mam na to pomysłu. Myślałem o zmianie oponek na takie o troszkę wyższym profilu. Na pewno pomogłoby „podwyższenie zawieszenia”, ale cóż, na taką operację nie bardzo pozwala konstrukcja modelika. Nie próbowałem ściągać opon , bo mają one 32 lata i nie wiadomo czy taką operację by „przeżyły”. Gdyby tak, najprawdopodobniej pasowałyby do wspomnianej na początku tego wpisu Lancii Y10. Jednak na razie nie bardzo mam pomysł co wtedy na felgi Volvo założyć.

pozdrawiam

Post scriptum 6. stycznia

Teraz modelik zapakowany w oryginalne pudełeczko znów wylądował w moim pudle numer 1, w którym przechowuję najstarsze modele w mojej kolekcji (do numeru 130). Ala zanim tam wylądował, zrobiłem jego jeszcze jedno zdjęcie:

Obok modelika z 1988 (Volvo 760 GLE) stoi jeden z ostatnich nabytków, kupiony pod koniec października (niejako w ramach zakończenia 3 miesięcznej promocji „Allegro smart na start” – bezpłatnych przesyłek) modelik z 2016 roku (Volvo 145 Express). Jak widać, na tle jak najbardziej współczesnego modelika, wydanego co prawda w serii gazetowej, ale oferowanego również w wersjach „gablotkowych”, modelik Volvo 760 GLE (starszy o całe 28 lat) wcale nie prezentuje się źle.

I jeszcze jedna dość istotna informacja. Jak uważniejsi obserwatorzy i czytelnicy tego bloga zauważyli, zmieniłem nieco numerowanie wpisów tego bloga. Otóż jakieś dwa tygodnie temu w przeglądarce włączyłem niechcący tryb głosowy. Zorientowałem się, że mojego bloga wcale nie trzeba czytać, a można włączyć „tryb głosowy”. Działa on w przeglądarce Microsoft Edge:

Wpisy, których numer jest oddzielony od tytułu myślnikiem, a nie kropką (zaznaczone powyżej strzałą) zostały sprawdzone, a ich pisownia dostosowana do odsłuchania za pomocą funkcji ” Czytaj na głos tę stronę” (Ctrl + Shift +U)

Reklama

319 – Wesołych Świąt i Skoda 706 RTH

Chyba jeszcze tydzień temu żona kazała mi z pawlacza wyjąć choinkę. W niedzielę 11. grudnia, kiedy ja pojechałem na „modelikową” giełdę, choinkę ubrała .

Od kilku lat, ze względu na wygodę jej przygotowania, jest to choinka sztuczna. Przez lata była żywa i trochę za taką tęsknię, bo wnosi do domu prawdziwą magię świąt. Cóż ta sztuczna nie wygląda źle, to jej czwarte święta i powoli widać po niej objawy zużycia. Gdy się zupełnie połamie, możliwe, że wrócimy do starej tradycji i kupimy znowu żywą.

Kiedy w środę 8. grudnia, tuż przed wyjazdem do pracy, pobiegłem do znajomego kiosku na bazarku pod moim blokiem, odebrać zamówiony kilka dni wcześniej modelik, nie sądziłem, że będzie on bohaterem mojego kolejnego wpisu. Tym bardziej nie sądziłem, że będzie to kolejny już w tym mijającym powoli roku „wpis warsztatowy”.

Na modelik „zasadziłem się” już kilka dobrych tygodni temu, po informacji na forum, że w serii „Kultowe ciężarówki okresu PRL” ukażę się Skoda 706 RTH – polewaczka. Kiedy zobaczyłem jej pierwsze zapowiedzi, byłem trochę zawiedziony, bo znaną mi z ulic Warszawy polewaczkę, zawsze kojarzyłem z samochodem z nowszą nieco kabiną (tą po faceliftingu). Samochody ze starszą kabiną, taką z jaką ukazał się modelik, kojarzyłem nieco z dzieciństwa jako skrzyniowe ciężarówki, z reguły z plandeką, a że byłem wtedy dość mały zapamiętałem je, ale w pamięć mi się one nie wryły, bo widywałem je dość rzadko.

Owszem w mojej „młodzieńczej” kolekcji enerdowskich modeli (w skali 1 : 87, z czasów końcówki szkoły podstawowej i szkoły średniej), mam 2 modeliki ze starszym typem kabiny, ale mam też 4 z kabiną nowszego typu. Wszystkie były kupione w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych i są produkcji enerdowskiej firmy Premot. W 1975 roku w ramach wymiany wczasów pracowniczych, mój ojciec dostał skierowanie na wczasy w Mühlhausen niedaleko Eisenach (w byłej NRD). Pisałem o tym pobycie w NRD już dość dawno temu, ale oprócz wspomnień z ciekawych wycieczek, przywiozłem stamtąd modelik, którego w Składnicy Harcerskiej ani w Warszawie, ani w Żyrardowie nie udało mi się kupić. Modelik ten to właśnie Skoda 706 RTH cysterna/polewaczka tylko o połowę mniejsza od tu prezentowanej. Pamiętam, że zdobyć bardzo chciałem polewaczkę w kolorze pomarańczowym. Niestety w sklepiku modelarskim w Mühlhausen była tylko zielona, wiec cóż, kupiłem taką.

W środę, świeżo odebrany modelik z kiosku zabrałem do pracy. Bardzo mnie cieszył, bo zawsze chciałem mieć modelik ciężarówki Skoda 706 RT w skali 1 / 43, który najlepiej zapamiętałem z młodości. Dopiero po kilku dniach zajrzałem na forum i tam zobaczyłem stare zdjęcia oryginalnych samochodów (w tym również polewaczek ze starym przodem), co rozwiało moje wątpliwości co do wersji samochodu, którą modelik przedstawia. Koledzy przy okazji dyskusji, zwrócili też uwagę na jego dość przykrą wadę, jaką jest zbyt wysoko zawieszona rama, przez co wygląda on trochę karykaturalnie.

Ja na początku zupełnie nie zwróciłem na ten niewątpliwy defekt uwagi, bo ukazanie się Skody w nowej „kultowej serii” bardzo mnie ucieszyło.

Jeszcze w tę samą środę, w trakcie powrotu z pracy wstąpiłem do CH Arkadia gdzie kupiłem kolejny modelik: Polonez Truck DC. W niedzielę 11. grudnia pojechałem na „modelikową” giełdę w Neo Garage, gdzie kupiłem 2 kolejne modele (które pokazuję w zakładce „najnowszy nabytek”). W pracy, w ostatnim okresie byłem „zasypany” liczbą spraw do załatwienia. Kiedy już „ogarnąłem się” nieco w pracy, a po niej naoglądałem najnowszych zdobyczy i nacieszyłem się nimi, najpierw poprawiłem nieco modelik Poloneza. Później porównałem pozostałe „najnowsze zdobycze” z podobnymi modelami (np. innymi bolidami Formuły 1). Dopiero w ubiegły piątek 17. grudnia, po kolejnym powrocie z pracy i szybkim zakupie w Składnicy Harcerskiej Skaut rozklejacza do klejów cyjanopanowych, usiadłem i zacząłem rozbierać modelik Skody.

Po odkręceniu zbiornika od podwozia oraz zdemontowaniu kabiny (co sprawiło troszkę problemów), najpierw napuściłem po kropelce świeżo nabytego preparatu w otwory w których siedziały bolce mocujące wydech. Dało się go zdemontować bez uszkodzeń, z pozostałymi elementami było już różnie. Z przodu, pod kabiną imitacja rurki doprowadzającej wodę do dysz natryskowych dała się z podwozia wymontować, ale z tyłu już bolec mocujący pękł. Pękła też sama rurka tuż przy środkowej dyszy. Chlapaczy wymontować się nie dało i trzeba je było wyłamać. Zresztą pierwszy ułamał się przy ściąganiu z podwozia całej kabiny.

Na pierwszym i drugim zdjęciu widać ramę przygotowaną do przeróbki i zdemontowane z niej elementy. Demontaż przedniego zawieszenia modelika nie był sprawą prostą. Stopniowo w miejsca połączenia resorów z ramą napuszczałem z obu stron (od góry i od dołu) płyn do rozpuszczania kleju, jednak połączenie było bardzo mocne. W trakcie próby wyrwania czy też wypchnięcia zawieszenia z ramy, dwa z 4 bolców mocujących je do ramy uległo zniszczeniu (jeden z przody i drugi z tyłu) na szczęście dwa które się zachowały były na różnych resorach. Przeróbce poddałem tylko mocowanie resorów z tyłu kabiny. Najpierw odciąłem płytkę z której wychodziły bolce mocujące resory. Później osadziłem wszystko w podwoziu (widać to na zdjęciach 3 i 4) . Po zmontowaniu zawieszenie siedziało w ramie dość stabilnie (patrz zdjęcie 3) jednak było osadzone w podwoziu tylko na jednym z czterech pierwotnie mocujących je bolców (z przodu) Trzeba je było więc przymocować do ramy również z tyłu.

W wieszakach a właściwie w przerobionych wspornikach resorów wywierciłem wiertłem o średnicy 1 mm małe otworki . Następnie zamontowałem zawieszenie do ramy (jak na zdjęciu 3) i wiertłem zaznaczyłem na ramie miejsca nowych otworów montażowych. Następnie przystąpiłem do ich wiercenia w ramie (widocznego na zdjęciu 5) . Po wykonaniu operacji przez wsporniki resorów i ramę przewlokłem drut z zimnego ognia (zdjęcie 6) . Po czym mozolnie zacząłem w przewiercone otwory wpychać właściwy drut mocujący o średnicy 1 mm (zdjęcie 7). Ostateczne połączenie resorów z ramą wygląda teraz jak na przedostatnim zdjęciu. Po wykonaniu operacji spiłowałem też nieco bolec, który wchodzi w ramę i jest w nim otwór do przykręcenia kabiny. Po przeróbce modelik wyglądał jak na ostatnim zdjęciu. Rewelacji może nie było, ale pewna poprawa wyglądu już tak. Pierwotnie miałem zamiar nawet model tak już zostawić i przystąpiłem do montowania pourywanych chlapaczy:

Najpierw rozwiertakiem zaznaczyłem miejsca w których później wierciłem otwory pod mocujący chlapacze drut (z wypalonego sztucznego ognia). Później, wywierciłem w podstawach chlapaczy (w miejscach pourywanych oryginalnych bolców mocujących) po 2 otworki o średnicy 0,8 mm. Następnie wykonałem z drutu pałąk w wcisnąłem go w podstawę każdego z chlapaczy (jak na zdjęciu 8), po czym osadziłem chlapacze w podwoziu i wystające końcówki pozaginałem. (Jak na zdjęciu 9).

Modelik był właściwie gotowy. Zrobiłem kilka zdjęć i przesłałem je do kolegi. On stwierdził , że roboty jest sporo, a efekt nie jest zadowalający.

W sobotę późnym wieczorem po powrocie ze spaceru i zakupach prezentów, jeszcze raz rozkręciłem modelik. Ściągnąłem z niego zarówno zbiornik jak i kabinę. Wziąłem do ręki suwmiarkę i dokładnie zmierzyłem głębokość otworu w ramie, w który wchodzi trzpień do mocowania kabiny (wyszło 3,8 mm). Następnie dokładnie zmierzyłem wysokość samego trzpienia (wyszło 4,6 mm). Wcześniej spiłowałem nieco trzpień, ale pomiary podczas montażu chlapaczy, przy zamontowanym na ramie zbiorniku okazały się niedokładne. Teraz postanowiłem dokładnie dopasować wysokość trzpienia do głębokości otworu, w który wchodzi:

Tym sposobem udało się „opuścić” tył kabiny o jakiś 1 mm.

Po tych wszystkich operacjach modelik wygląda tak:

A jak wygląda modelik z boku ? Ano tak:

Kabina modelika w stosunku do osi przedniej w porównaniu do starych zdjęć prawdziwego samochodu wciąż jest trochę za wysoko, ale mi to już nie przeszkadza. Jest zdecydowanie lepiej niż w modelikach z kiosku. Poniższe zdjęcie, właśnie takiego modelika, pochodzi z jego prezentacji na forum motoshowminiatura:

Cały model bardzo mnie cieszy. Ciekawym doświadczeniem była też praca z nieznanym mi do tej pory rozklejaczem. Otóż nie wszystko da się nim rozkleić, pomimo, że preparat rzeczywiście klej cyjanopanowy rozpuszcza, przy większych nieco skupieniach kleju tworzy się „glutowata” mazia, w którą klej zmienia się pod wpływem rozklejacza, który jak podano na opakowaniu służy również do rozcieńczania kleju. Sam preparat w powłokach lakierniczych specjalnych szkód nie wyrządził, ale przypadkowo roztarta na palcach „mazia” z rozcieńczonego kleju już tak. Szkoda jednak nie jest zbyt duża, ale cóż, przy tego rodzaju dość inwazyjnych (a zwłaszcza robionych pośpiesznie) przeróbkach zawsze trzeba się z jakimiś „dodatkowymi” stratami liczyć.

pozdrawiam

Post scriptum 24. grudnia

Przygotowania do świąt zakończone. Żona nie była zadowolona gdy po ostatnich w tym dniu zakupach z pawlacza wyciągnąłem stare pudełko z małymi modelikami, których nie kupuję już od 33 lat. Z pudełka wyciągnąłem drugą, małą Skodę. Na balkonie zrobiłem zdjęcie obydwu modeli:

I jeszcze jedno. Po powrocie z giełdy 2 tygodnie temu wyciągnąłem z pudełek 2 kupione wcześniej modele (Jeden z nich był tu 3 miesiące temu opisany, dwa pozostałe jeszcze nie). Stwierdzenie ” Kiedy naoglądałem najnowszych zdobyczy i nacieszyłem się nimi” właśnie odnosi się do tej trójki :

Wszystkie trzy (Renault i 2 Ferrari) też bardzo mnie cieszą !

318 – Warszawa da się lubić i Warszawa 203 pick-up

Wczoraj, w niedawno dodanych albumach MINIWYPRAWY Z WARSZAWY wstawiłem kilka zdjęć z ostatnio odbytych wycieczek turystyczno-krajoznawczych. Między innymi zdjęcia z 30 piętra Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, jak najbardziej pasujące tematycznie do tego wpisu:

Możliwe, że wpisem tym niektórym zbieraczom miniaturowych autek zepsuję trochę humor, tak jak kiedyś wpisem „Dlaczego nie kupiłem syreny 105” ale cóż, mam prawo mieć własny punkt widzenia i prezentować go tutaj.

W połowie stycznia w salonikach prasowych, Empikach i kioskach ukazała się zupełnie nowa i trochę dla mnie nieoczekiwana seria z modelikami w skali 1 / 43 : Legendy FSO. Serię tę obserwuję, jednak z uwagi na to, iż głównym jej tematem są modele aut prototypowych (których nie zbieram) serię tę właściwie sobie odpuściłem.

Owszem rozważałem zakup niektórych modeli z tejże serii, jednak później z różnych względów rezygnowałem. Po zakupie modelu „startowego” jaki właśnie w tym wpisie pokażę, pozostałe, (a już ukazało się ich ponad 20), właściwie mnie nie zainteresowały. Moją uwagę zwrócił swego czasu Polonez Cargo, który mi się podobał, bo do złudzenia przypominał auta seryjne, ale coś mi się w nim, a właściwie jego ścianie tylnej nie podobało. Po przejrzeniu dyskusji na forum, okazało się, że ma inny zderzak tylny niż auta seryjne i choć trafiłem go w kiosku na Targówku, już chyba kilka tygodni po premierze i dokładnie obejrzałem, nie kupiłem go, bo uznałem, że muszę się nad nim zastanowić. Było to chyba na przełomie lipca i sierpnia, kiedy to nagle moje kolekcjonerskie zakupy nieco się zintensyfikowały i w końcu uznałem że zaoszczędzę 55 złotych, a model może kiedyś „okazyjnie” (jak wiele innych) sobie kupię.

Drugim modelem, do którego zakupu szczerze się przymierzałem, był Polonez Kombi Plus. W momencie kiedy się ukazał nie trafiłem go w kioskach w mojej okolicy. Zaraz po jego premierze zajrzałem na forum zobaczyć zdjęcia i przejrzeć opinie. Wynikało z nich, że ładny skądinąd model samochodu, który prototypem nie był, bo jednak wyprodukowano go w liczbie kilku tysięcy sztuk, ma za duże koła. Modelik trafiłem w końcu w trakcie rowerowej przejażdżki po mojej dzielnicy w Galerii Łodygowa. Rzeczywiście był ładnie wykonany i bardzo ładnie pomalowany, ale kiedy zwróciłem uwagę na to, na co wskazali koledzy z forum, doszedłem do wniosku, że jednak 55 zł i szukanie na bazarze na Namysłowskiej jakiegoś rozbitka Welly (żeby przełożyć koła) nie ma sensu i jeśli ten model kiedyś „okazyjnie” trafię, to wtedy go sobie dokupię.

Już jakiś czas po premierze, którą jakoś przeoczyłem, w sierpniu, a właściwie we wrześniu i październiku rozważałem zakup na Allegro modelika Poloneza Coupe. Modelika tego auta nie kupiłem kilka lat temu, kiedy ukazał się w serii „Kultowe auta PRL”, bo model z tej serii miał poważny błąd. Miał za krótkie drzwi boczne, takie same jak odmiany 4 drzwiowe. Tym razem modelik został poprawiony i ma już prawidłową długość drzwi bocznych, jednak kosztuje 55 zł. Kiedy sięgam pamięcią do lat osiemdziesiątych, gdy auta te często widywałem, muszę przyznać, że samochód ten to jednak prototyp, bo choć po Warszawie i samej FSO kręciło się ich wtedy trochę, jednak wszystkie miały „czerwone”, próbne tablice, a nad nimi tabliczki „jazda próbna”. W kolekcji mam modele pięciu odmian i wersji Poloneza, więc czy potrzebny jest mi jeszcze szósty i to jednak prototyp? I tak, dokładnie jak w przypadku pozostałych wymienionych tu modeli, postanowiłem nabyć go ewentualnie w przyszłości „po okazyjnej cenie”.

Właśnie w taki sposób kilka lat temu wszedłem w posiadanie około10 modeli z serii „Kultowe auta PRL”, na których aż tak bardzo mi nie zależało, albo musiałem się nad ich zakupem dłużej zastanowić. Kilka z nich pokazywałem i opisywałem zresztą na tym blogu.

Jak czytelnicy i uważniejsi obserwatorzy tego bloga zauważyli, w mojej kolekcji regularnie pojawiają się modele z serii „Kultowe ciężarówki z epoki PRL”. Oprócz tego kupuję również inne modele w skali 1 : 43, przeważnie nie związane ani z PRL, ani z FSO. Wydatki na każdy kolejny model sumują się i każde kolejne 55, czy ostatnio 76 zł sprawia, że suma jaką w tym roku wydałem na modele będzie w historii kolekcji rekordowa. Tak wiec nad każdym kolejnym autkiem trzeba się trochę zastanowić. „Kultowe auta PRL” kiedy się ukazywały były naprawdę bardzo atrakcyjne, a do tego tanie. (Początkowo, w 2008 roku kosztowały po 25 zł, a więc były w cenie, w jakiej po koniec 2001 roku w Domu Towarowym Smyk pojawiły się sprowadzone z Europy Zachodniej „kolekcjonerskie spady”. (W owym czasie regularne modele kolekcjonerskie były w sklepach, czy na giełdzie 2 lub nawet 3 krotnie droższe, o salonach samochodowych nie wspominając).

Owszem jest inflacja i wszystko podrożało, a od opisywanej tu sytuacji minęło już kilkanaście lat. Tak, ale przez ostatnich 14 (w przypadku modeli „kultowych”) czy 21 lat (w przypadku „spadów” ze Smyka) rynek modeli samochodów w skali 1 : 43 naprawdę bardzo się zmienił. W 2002 roku zabrałem ze sobą na giełdę w Starej Gazowni, 2 modele kupione w Muzeum Volkswagena (w trakcie opisywanej tu ostatnio podróży służbowej). W Wolfsburgu płaciłem za nie po 5 marek, (równowartość ok. 10 zł), a w Warszawie sprzedałem je tuż po wejściu na giełdę po 40 zł. Były to niezbyt już świeże wtedy modele Audi 80 B3 firmy Schabak. Chwilę po tym, jak je zbyłem, podchodzili do mnie kolejni koledzy i pytali, czy miałem tylko 2 takie modele i czy nie mam ich czasem więcej. W 2003 roku wraz z kolegą, ze sklepu internetowego we Wrocławiu sprowadziliśmy jedne z pierwszych w naszych kolekcjach modele samochodów wyprodukowanych w krajach demokracji ludowej. Były to modele firmy IXO: Wołga GAZ 21 i Tatra 603, za każdy płaciliśmy po 111 zł. Każdy z nas miał w kolekcji kilka Ład, Wołg, czy Moskwiczy wyprodukowanych jeszcze w ZSRR. Oprócz nich ja miałem tylko Trabanta firmy Vitesse (kupionego w Wolfsburgu w 1990 roku) i Wartburga 312 firmy Minichamps (zdobytego w ramach wymiany kolekcjonerskiej w 2000 roku) pomimo, że moja kolekcja liczyła już wtedy okrągłe 400 modeli.

Rynek zupełnie zmieniły serie gazetowe, a zwłaszcza seria „Kultowe auta PRL”. Planowana początkowo na 50, później na 80 modeli kolekcja, rozrosła się de facto do 194 sztuk (nie licząc wydań specjalnych). Ukazanie się tej serii spowodowało spadek cen i zmniejszenie zainteresowania mniej atrakcyjnymi modelami aut „zachodnich”, jakie do ukazania się tej serii były właściwie jedynymi dostępnymi na rynku modelami samochodów w skali 1 : 43 . Seria „Kultowe auta PRL” spowodowała też rozprzestrzenienie się mojego hobby niejako „pod strzechy” i przyciągnęła do niego całe rzesze nowych „zbieraczy” miniaturowych autek.

Dziś oferta modeli dostępnych na rynku jest kilkukrotnie szersza niż 15, czy 20 lat temu. A co za tym idzie, ceny też są bardziej przystępne niż wtedy. Dlatego, o ile cenę modeli z serii „Kultowe ciężarówki z epoki PRL” w porównaniu z cenami ciężarówek z innych, zagranicznych serii gazetowych można uznać za atrakcyjną, o tyle cenę modeli z serii „Legendy FSO” można określić już jako powiedzmy standardową i niekoniecznie super atrakcyjną. Do tego obie serie trochę na siebie się nałożyły i w pewnych sytuacjach trzeba po prostu wybierać. Gdyby kupować „wszystko jak leci”( to jest 2 modele z jednej i 2 modele z drugiej serii) miesięczne wydatki na takie hobby wyniosłyby 55 + 76 + 55 + 76 = 262 zł. Czy to mała kwota ? Chyba nie. Ja za Internet z bazowym pakietem telewizyjnym, telefon stacjonarny, Internet w mieszkaniu córki, abonament za 2 telefony komórkowe i raty za aparat żony płacę miesięcznie 205 zł.

Ostatnio zacząłem też przeglądać pudła i pudełka, w których przechowuję modele (przeważnie w oryginalnych opakowaniach). Przez obydwie „kultowe” serie trochę się ich namnożyło i po trosze nie bardzo to wszystko ogarniam. Moje 60-cio metrowe mieszkanie powoli się zapycha. Modele są w „mojej” szafie w głównym przedpokoju (pudła 1,3,6,9,10 i jeszcze parę innych). We wspólnej szafie w małym przedpokoju, w pawlaczu dolnym i szufladach (pudła 2 i 4), w pokoju gościnnym w jednym rogu stoi „stara” witryna, a w drugim nowsza gablotka (a w nich wystawionych jest ok. 100 modeli z ostatnich lat). Modele są jeszcze w dawnym pokoju córki (w szafie i na niej pudła 5,7,8 i jeszcze parę innych). Modeli nie ma właściwie tylko w kuchni i sypialni, oraz rzecz jasna w łazience i ubikacji. Ostatni „remanent” sprawił, że zacząłem się zastanawiać jak ograniczyć nowe zakupy i powoli zamykać kolekcję. Modele z serii „Kultowe ciężarówki z epoki PRL” są atrakcyjne, ale jak się okazało zajmują jednak sporo miejsca, choć są pakowane w blistry. Dlatego właściwie mam zamiar ograniczyć się do zakupów tylko atrakcyjnych modeli z tej serii, a z innych dokupić jeszcze kilka od dawna poszukiwanych.

W przeciwieństwie do „kultowych” ciężarówek, „startowy” modelik z nowej serii Legendy FSO zbyt wiele miejsca nie zajmuje, a że kosztował tylko 15 zł, oczywistością było, że go kupiłem. Przez pierwsze dwa, czy trzy dni od zakupu bardzo mi się podobał, (jak zresztą większości kolegów na forum).

Czwartego dnia zapragnąłem jednak porównać go z drugą Warszawą pick-up z mojej kolekcji, opisaną na tym blogu, popielatą Warszawą 200 P ze starej już dziś serii „Kultowe auta PRL”. I właśnie wtedy, nowy modelik przestał mi się podobać. Co prawda ścianę tylną kabiny ma zrobioną lepiej niż model stary (bo jest ona pionowa, a nie pochylona), za to dach nowego modelika został wykonany jako całkiem płaski i do tego poziomy, co jest przykrym błędem, dla mnie („nadwoziarza”, czyli konstruktora elementów karoserii nie tylko z wykształcenia, ale i kilkuletniej praktyki). Niemal od razu postanowiłem to poprawić.

Poniższe zdjęcia prezentują poszczególne fazy przeróbki modelika :

Na pierwszym zdjęciu pokazałem demontaż ściany tylnej kabiny, na drugim szyby przedniej wraz z fletnerkami, na kolejnym modelik zamocowany w imadle, przygotowany do dalszych operacji. Na zdjęciu 4 pokazałem główne narzędzie potrzebne do przeróbki: co najmniej 45 letnią piłkę włośnicową, którą kupiłem jeszcze jako uczeń liceum, a do której w moim pudełku po równie starym modeliku samolotu do sklejania, zachowało się szczęśliwie kilka cienkich jak nitka stalowych brzeszczotów. Piłka, a właściwie pałąk, zachowały się przez ponad 40 lat na strychu domu moich rodziców w Piastowie. Przypomniałem sobie o nich równo 9 lat temu, po zakupie czarnego Mercedesa W110 z serii „Kultowe auta PRL”, w którym zaszła potrzeba skrócenia o około 1,5 mm zwisu przedniego. Przeróbka z dość skomplikowanym odcięciem przodu modelika i skróceniem maski przy szybie jak najbardziej się udała, nie została jednak z braku czasu dokończona. (może jej efekt kiedyś tu pokażę). Na zdjęciu piątym pokazałem mozolne i ostrożne przecinanie słupków przednich u ich podstawy. Na szóstym – pomiar szczeliny po przecięciu słupków. Na zdjęciach 7i 8 pokazałem nacinanie słupka tylnego tuż pod rynienką dachu.

Po nadcięciu tylnych słupków dogiąłem przednią część dachu w dół, tak aby szczelina po przecięciu przednich słupków się zamknęła. Modelik wyglądał dobrze, miejsca przecięć były mało widoczny, jednak efekt pochylenia przedniej części dachu w dół i obniżenia przedniej szyby też był mało widoczny, bo szybę udało się w pokazany powyżej sposób obniżyć o zaledwie 0,3 mm (bo tyle wynosiła szerokość szczeliny po przecięciu słupków piłką:

Modelik wyglądał „czysto” i dobrze, ale przeróbka nie do końca mnie zadowoliła. Różnica w stosunku do oryginalnego wykonania była niewielka i do tego słabo widoczna. Postanowiłem modelik jeszcze trochę poprawić i skrócić przedni słupek nie o 0,3 ale przynajmniej o jakieś 0,7 – 0,8 mm. rozpiłowując powstałą po jego przecięciu szczelinę :

Przy doginaniu dachu w dół, co robiłem naprawdę ostrożnie i trochę „na raty”, jednak kilkukrotnie, w pewnym momencie coś „chrupnęło” i po chwili Warszawa wyglądała tak:

„No to się narobiło” pomyślałem i zacząłem kombinować, jak i czym to teraz skleić?

Zadecydował oczywiście przypadek.

Otóż w grudniu, na kilka tygodni przed zakupem modelika, pojechałem do Berlina. Oprócz opisanych tutaj wtedy i zakończonych sukcesem: okazyjnego zakupu kanapy, zakupu i montażu szafy, w trakcie tej wycieczki zdarzyło się też kilka „przypałów”. Kiedy 6. grudnia po trochę męczącej podróży, dojeżdżałem do Berlina, zatrzymałem się na jakimś parkingu i w nawigację w telefonie wbiłem adres mieszkania córki – Friedrichstrasse … Za jakieś pół godziny dojechałem pod wskazany adres i zadzwoniłem. Córka odezwała się i zapytała „gdzie ty jesteś ? Gdzie stoisz ? ” podałem numer bramy i ulicę przed którą zaparkowałem, a wtedy okazało się , że właściwy adres to Kaiser-Friedrich-Strasse … (w trochę innej dzielnicy).

Dojechałem tam po jakichś 25 minutach i zaczęliśmy rozpakowywać załadowany pod dach samochód. Ja wyjmowałem z niego rzeczy, a córka wraz z koleżanką nosiły je do mieszkania. Jedną z pierwszych rzeczy jaką wyjąłem z auta były nie pierwszej młodości, rozkręcone trochę do transportu, duże sztalugi malarskie, (kupione dobrych kilka lat wcześniej, kiedy córka szła do szkoły plastycznej). Wyjąłem je i odstawiłem opierając o ścianę budynku, aby łatwiej było wyciągać z samochodu całą masę pudeł, walizki, kwiatki doniczkowe, sprzęty AGD i inne rzeczy. Kiedy samochód był pusty poszliśmy wszyscy do mieszkania. Ponieważ w trakcie tego kilkudniowego pobytu nie miałem właściwie na nic czasu, na dzień przed powrotem do Polski przypomniałem sobie, że sztalugi trzeba skręcić. Byłem przekonany, że córka lub koleżanka zabrały je do mieszkania, ale okazało się, że nie. Kiedy wybiegliśmy na ulicę, stało się jasne, że sztalug już tam dawno nie ma.

Kiedy składałem w kuchni berlińskiego mieszkania córki kupioną okazyjnie kanapę, do mieszkania przyszła ekipa hydraulików wymienić liczniki wody na nowe. Polak szybko znalazł w ścianie „pustą” nieprzyklejoną płytę ceramiczną, wymontował ją i postawił pionowo obok wanny. Potem wziął się za wymianę liczników. Niemiec, który się temu przyglądał usiadł na brzegu wanny. Kopnął niechcący stojącą obok płytkę, a ta przewróciła się na podłogę i pękła na pół. Zanim się zorientowaliśmy „fachowcy” się zmyli, a ja zostałem z tym kramem.

Płytka była spora 35 na 35 cm i gruba na 8 mm. Czym ją skleić ?

I tu przydały się moje wieloletnie doświadczenia modelarskie. Wybór padł oczywiście na żywicę epoksydową bo tylko ona mogła zapewnić skuteczną i trwałą naprawę. Całe szczęście córka mieszka niedaleko strefy handlowej i całego ciągu sklepów w centrum dzielnicy Charlottenburg. Najpierw poszedłem do marketu Woolworth, ale klej za 2 Euro nie wzbudził mojego zaufania. Pobiegłem więc do oddalonego o kilka przecznic Baumarktu, w którym kupiłem taki oto klej :

Wybór okazał się słuszny. Płytkę udało się skleić tak, że rysa po pęknięciu była praktycznie niewidoczna, ale nie tylko płytkę udało się skleić.

Kiedy trzymałem w ręku oderwany dach modelika Warszawy, zastanawiałem się jakiego kleju użyć. Trochę „na szybko” postanowiłem za-eksperymentować z nowym „berlińskim” nabytkiem. Modele naprawiałem i kleiłem od lat przy pomocy zwykłych klejów epoksydowych, przez długie lata stosowałem klej Distal. Niestety od jakich 10 lat nie można go już kupić w takiej formie, w jakiej był kiedyś dostępny i zostałem niejako zmuszony rozpocząć próby z innymi klejami. Nigdy jednak nie stosowałem do napraw modeli klejów „szybkowiążących”, do których specjalnego zaufania nie mam.

Po rozrobieniu żywicy, nałożyłem jej odrobinkę na przecięcia słupków przednich i tylnych. Aby wszystko wyszło „równo” postanowiłem dach względem nadwozia ustalić na kruchym przełomie jaki powstał w górnym tylnym narożniku okna drzwi, po odłamaniu dachu. Po jakiejś godzinie gdy klej już związał musiałem coś przy modeliku poprawić, czy skorygować, a wtedy okazało się, że lewy przedni i lewy tylny słupek nie skleiły się. Jednak po stronie prawej połączenie choć dość jeszcze elastyczne było całkiem mocne. Oczyściłem wiec lewe słupki z resztek kleju i nałożyłem żywicę jeszcze raz, przy czym na miejsce klejenia słupków tylnych nałożyłem od wewnątrz kabiny tyle żywicy, ile się tylko dało.

Po sklejeniu modelik wygląda tak:

Nie tylko sklejenie dachu okazało się problemem. Po pierwszej próbie przeróbki szyba przednia i ściana tylna właściwie bez problemu pasowały do karoserii. Po przeróbce drugiej (z oderwaniem i przyklejeniem dachu) Zarówno szybę przednią wraz z fletnerkami, jak i szybę tylną trzeba było do „poprawionej” karoserii dopasować.

Szczególnie kłopotliwa okazała się przeróbka szyby przedniej, a właściwie oderwanie fletnerków i ponowne przyklejenie ich z powrotem do szyby przedniej, co po przeróbce okazało się konieczne.

W modeliku nie zamontowałem na stałe lusterek, wkleiłem je tylko na wikol, aby nie wypadały same. Nie jestem jeszcze do końca pewny, czy chcę aby zostały na błotnikach.

Po zamontowaniu ściany tylnej zaszła potrzeba podwyższenia jej, bo miedzy jej górną krawędzią a dachem powstała szczelina.

Ściana tylna była zresztą od początku wykonana jako przezroczysta wypraska. Po zamontowaniu jej do nadwozia po pierwszym etapie przeróbki, to że nie została pomalowana zupełnie nie raziło. teraz niestety trzeba to będzie zrobić.

I chociaż modelik nie je jest do końca gotowy postanowiłem go pokazać, bo prawdę mówiąc na inny ciekawy wpis nie miałem ostatnio pomysłu.

Ktoś mógłby zapytać „po jaką cholerę to wszystko ?

Ano po to:

Zdjęcie modelika po sklejeniu i przeróbce dachu. Naniesione na zdjęcie czerwone linie są równoległe i dokładnie widać, że górna krawędź okna bocznego opada ku przodowi.

Poniżej zrzut z ekranu, z filmu o Warszawie 201 P z kanału Muzeum Skarb Narodu :

W prawdziwej Warszawie dach był obły (taki jak w „garbusce” ) w modeliku jest trochę za płaski. Ale dzięki pochyleniu jego przodu w dół, przerobiony modelik lepiej przypomina prawdziwy samochód, niż ten kupiony w kiosku.

Moje obie Warszawy 200P i 203P wyglądają teraz tak:

A kąt pochylenia dachu w obu jest podobny :

Oprócz poprawy wyglądu bryły modelika jest jeszcze inny, istotny, a jak najbardziej „warsztatowy” aspekt całej sprawy. Otóż swego czasu w serii „Kultowe auta PRL” ukazał się bardzo ładny kolorystycznie model samochodu P70 kombi. Modelika tego nie kupiłem gdy się ukazał, bo z zaprezentowanych na forum rysunków i zdjęć wynikało, że w modeliku wykonano dach o jakiś milimetr za wysoko w stosunku do tego jak powinno być. Model beżowego sedana P70 kupiłem, bo ukazał się wcześniej. P70 kombi, dokładnie tak samo jak wcześniej Żuka A11B kupiłem za 15 zł w styczniu 2016 roku, w momencie zakończenia serii, gdy niektóre starsze modele z niej pojawiły się na „wyprzedaży” w marketach Media Markt. Modelik ten w zestawieniu z prawidłowo wykonanym sedanem wygląda idiotycznie. Ma przednią szybę wyższą niż w sedanie o jakieś 1,5 mm. Ponieważ nie tylko przednia szyba jest za wysoka, ale i boczne też, już dawno postanowiłem modelik przerobić. Mam zamiar przeciąć wszystkie słupki na dole, skrócić je odpowiednio a następnie modelik skleić. Ponieważ od początku miałem zamiar zrobić to w sposób jaki tu pokazałem, przeróbka Warszawy jest więc próbą i przymiarką do niewątpliwie trudniejszej, ale równie potrzebnej przeróbki modelika P70 kombi.

pozdrawiam

317 – Historia pewnej znajomości – Volkswagen Golf i Vento

Na tym blogu, w albumach po prawej stronie, a konkretnie w albumie krótka historia 1968 – 1991 od wielu lat, jako ostatni model pokazany jest Volkswagen Golf generacji trzeciej. Chciałbym tym razem w kolejnym „warsztatowym” wpisie przybliżyć nieco historię związaną z tym, a właściwie prawie bliźniaczym modelem kupionym również w 1992 roku (a więc 30 lat temu).

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych i do połowy 1992 roku pracowałem na kontrakcie w RFN. Jak i dlaczego się tam znalazłem opisywałem na tym blogu już dość dawno temu w drugim wpisie poświęconym historii FSO – MOJA PRZYGODA Z FSO . Otóż w trakcie pracy w RFN, kilka razy w roku jeździłem do Polski. Przeważnie po drodze starałem się w miarę możliwości zahaczyć o Muzeum Volkswagena w Wolfsburgu. Zwiedziłem je w trakcie mojego wyjazdu na „drugi” kontrakt w lutym 1990 roku, a przy okazji w muzealnym sklepie kupiłem kilka modeli, które kosztowały tam niewiele ponad połowę znanych mi cen ze sklepów modelarskich. Modele miały może troszeczkę jakichś drobnych i niespecjalnie rzucających się w oczy wad, nie były też zapakowane w oryginalne pudełka ich producentów, ale w pudełka z salonów Volkswagena czy Audi. (Gablotek wówczas jeszcze nie było – i chwalić Boga, bo modele te w oryginalnych opakowaniach zajmują znacznie miej miejsca niż współczesne)

W trakcie „zjazdu” z drugiego kontraktu (w maju 1992 roku), podjechałem pod muzeum niejako „na pożegnanie” i kupiłem w nim 3 modele firmy Schabak. (Tak wynika z moich „kolekcjonerskich” notatek przeniesionych do komputera w 2000 roku ) :

W maju 1992 roku właśnie w Muzeum Volkswagena kupiłem opisywany teraz modelik samochodu Volkswagen Golf w ładnym granatowym kolorze. Bo taki akurat chyba w muzealnym sklepiku był. W trakcie zakupu nie oglądałem go dokładnie i nie wyjmowałem z pudełka. Przed sobą miałem jeszcze do przejechania ok. 800 km, samochodem zapakowanym pod dach, rzeczami które nagromadziły się w trakcie mojego ponad 2 letniego pobytu na „drugim” kontrakcie w RFN. Na oglądanie modelika nie było czasu.

Nie pamiętam już jak to dokładnie było, czy wadę modelika zauważyłem od razu, czy też później, po zakupie kolejnych modeli. Dość, że już po powrocie z kontraktu i kilkumiesięcznym odpoczynku od pracy, jesienią 1992 roku pojechałem wraz z moją (nieżyjącą już) mamą, odwiedzić moją siostrę, która wówczas też mieszkała w RFN. W drodze powrotnej zajechaliśmy pod muzeum w Wolfsburgu i kupiłem 2 kolejne pokazane tu modele. Granatowy Golf kupiony w maju okazał się niekompletny. Brakowało w nim odlewanej z cynkalu wkładki imitującej skrzynię biegów.

Kolejna okazja odwiedzenia muzeum w Wolfsburgu nadarzyła mi się dopiero dziesięć lat później. W lutym 2002 roku, w trakcie „objazdowej” podróży służbowej do Niemiec, podczas której odwiedzaliśmy partnerów z którymi współpracowaliśmy, a że do Spyry i Stuttgartu droga samochodem była uciążliwa i daleka, wymagała więc po drodze noclegu. (Trzeba pamiętać, że w owym czasie w Polsce nie było jeszcze praktycznie żadnych autostrad) Tak więc nocleg zaplanowaliśmy z kolegą w hotelu koło Ludwigsfelde pod Berlinem, a następnego dnia stamtąd pojechaliśmy do Frankfurtu nad Menem i Stuttgartu (trochę okrężną drogą przez Wolfsburg i Kassel. I tu ktoś złośliwy mógłby się zapytać „gdzie Rzym, gdzie Krym”. Z Warszawy do Stuttgartu przez Berlin i Wolfsburg ? A dlaczego nie, skoro ową podróż udało się bez problemu rozliczyć, ja takowego w innych kwestiach też nie widzę.

Ponieważ kupiony jesienią 1992 roku modelik Volkswagen Golf VR6 prezentował się lepiej (jako że jest to wersja trzydrzwiowa, modelik taki, z otwieranymi drzwiami zawsze prezentuje się lepiej niż modelik wersji pięciodrzwiowej z otwieranymi tylko drzwiami przednimi) postanowiłem granatowego Golfa zastąpić czerwonym. I tak Golf granatowy został podarowany mojemu chrześniakowi, który miał wówczas 7 lat.

Modelik nie przepadł jednak, ani nie został „przerobiony na żyletki”. Przez ponad 20 lat był w domu moich rodziców w Piastowie. Otóż mój chrześniak mieszkał z rodziną w zupełnie innym domu i moją mamę (czyli jego babcię) odwiedzał co jakiś czas. Aby w trakcie takich wizyt miał się czym pobawić, moja mama niektóre podarowane mu samochodziki schowała do specjalnego pudełka, które w razie potrzeby w trakcie wizyt wnuka wyciągała.

W 2014 roku, w trakcie jakiegoś „przeglądu” resztek moich rzeczy, przechowywanych na strychu w domu moich rodziców w Piastowie (a trzymałem tam przez 10 lat moje rowery i opony do mojej drugiej Astry, latem zimowe, a zimą letnie) w ręce wpadło mi właśnie owo wspomniane tu pudełko.

W pudełku było oryginalne pudełeczko Volkswagena, a w nim granatowy Golf. Z ciekawości wyciągnąłem go z opakowania. Chrześniak miał już wtedy 29 lat i choć od czasu do czasu babcię (czyli moją mamę) odwiedzał, samochodzikami z dzieciństwa zupełnie się nie interesował.

Po oględzinach okazało się, że modelik nie ma specjalnych śladów użytkowania, ani uszkodzeń. Oprócz brakującej od nowości wkładki imitującej skrzynię, brakowało tylko szyby w klapie tylnej i znaczka VW.

Pomyślałem, że wezmę modelik do naprawy i włączę z powrotem do kolekcji, bo wygląda dobrze, jest w innej wersji niż „zastępca”, a z czasem może jakoś da się uzupełnić jego braki.

Zupełnie nie pamiętam kiedy, jak i z czego dorobiłem tylną szybę. Kiedy niedawno przy okazji naprawy opisywanego tu ostatnio modelika ciężarówki wyciągnąłem Golfa, początkowo myślałem, że modelik po prostu szybę w klapie tylnej ma. Dopiero po dokładnym obejrzeniu go pod lupą, okazało się, że szyba była jednak dorabiana, choć na pierwszy rzut oka tego zupełnie nie widać.

Pokłosiem naprawy Mercedesa 17 35 okazała się naprawa Golfa. Otóż w trakcie tej pierwszej okazało się, że klej epoksydowy z cząsteczkami metalu, którym początkowo próbowałem skleić połamaną oś przednią ciężarowego Mercedesa jest „przeterminowany” o 4 lata. Nie nadaje się zatem do klejenia istotnych, czy ruchomych elementów, ale można go do napraw mniej odpowiedzianych elementów wykorzystać.

I tak zabawa ze starym klejem zaczęła się od naprawy komina w modeliku traktora Massey Ferguson 165 i dźwigni do podnoszenia osi w bronie talerzowej. (Obydwa te ponad 50-cio letnie modele firmy Corgi są pokazane w albumie „mój warsztat” – po prawej stronie) Niejako równolegle dorabiałem brakującą wkładkę skrzyni biegów w granatowym Golfie:

Metodę odciskania elementów w plastelinie i zalewania takich odcisków żywicą opisałem kilkanaście lat temu tutaj. Właśnie tą samą metodą dorobiłem brakującą imitację skrzyni w „odzyskanym” po latach Golfie:

Na pierwszym zdjęciu pokazałem traktor z broną, w której na wbity w kawałek mechanizmu metalowy pręcik (widoczny na zdjęciu w albumie obok) nałożyłem trochę kleju i uformowałem w dźwignię przypominającą oryginał. Na drugim i trzecim widać oryginalną wkładkę z czerwonego Golfa VR6 firmy Schabak i odlane 2 elementy wkładki dorabianej (prawą – imitacja skrzyni biegów i lewą – mocowanie do nadwozia) Na zdjęciu czwartym pokazałem na górze po prawej stronie oryginalną wkładkę (od strony nadwozia) i odlewane elementy. Na zdjęciu piątym jest widoczna dorobiona już cała wkładka (po sklejeniu obydwu elementów (biała przekładka została wykonana z plastikowej płytki pokazanej na zdjęciu drugim i trzecim). I na ostatni zdjęciu efekt końcowy – po lewej podwozie czerwonego Golfa z oryginalną wkładką, po prawej podwozie niebieskiego z wkładkę dorobioną i pomalowaną srebrną farbą.

A poniżej długoletni „zastępca” pierwszego pokazanego powyżej Golfa III:

Prawdziwy, rasowy, trzydrzwiowy Golf VR6, z innymi bardziej sportowymi felgami, czarnymi nadkolami i napisem na atrapie „VR6” jakiego granatowy Golf, ani pokazane poniżej Vento nie mają

Model ten przez 22 lata był w kolekcji „bazowym” modelem tej generacji auta.

A że przedstawia model samochodu trzydrzwiowego wszystko się w nim otwiera:

Po poprzedniku przejął numer 149, choć na liście powyżej figuruje jako model B154. Jednak pokazana powyżej lista, to zestawienie w kolejności zakupów, a nie właściwa lista modeli uszeregowanych według marek samochodów.

Na „waściwej” liście modeli, w 2014 roku (według zapisów z listy 2014 -06) zmieniłem numerację modeli i po przywróceniu do kolekcji modelika granatowego, przywróciłem również numerację według kolejności zakupów (jak na liście powyżej). I tak czerwony Golf stracił numer 149, a granatowy go odzyskał. Golf czerwony znów zaczął figurować na liście modeli (według marek) jako numer modelika „rezerwowego” a więc B154.

Jednak po drugiej już, opisanej tu naprawie, (pierwszą było wstawienie do klapy tylnej szyby) model granatowy wciąż nie jest kompletny. W jego tylnej klapie nie ma znaczka VW, a ja nie mam pomysłu jak go dorobić. Oryginalny, taki jak w modeliku czerwonym, ma ok. 2 mm średnicy, jest więc naprawdę niewielką drobinką.

Jakieś 20, a może 25 lat temu firma Schabak, która modelik wypuściła, do swoich modeli, w których przy montażu nie użyto ani kropli kleju, oferowała części zamienne. Właśnie takie drobne elementy, które łatwo mogą się zgubić. Pamiętam, że miałem na nią jakiś kontakt i chyba na e-mail dostałem nawet cennik. Ale było to jak napisałem wiele, wiele lat temu. Jak wynika z informacji na angielskiej Wikipedii, firmę w 2006 roku (nie produkującą zresztą od kilku dobrych lat modeli samochodów) przejęła inna znana i produkująca do dziś modele aut firma Schuco i po marce Schabak słuch zaginął.

Ponadto obydwa modeliki mają otwierane elementy i tak jak napisałem powyżej wersja trzydrzwiowa jest bardziej „realistyczna”, bo w pięciodrzwiowej tylne drzwi nie otwierają się.

Z podanych tu powodów po głębszym namyśle, ale gównie z uwagi na to, że modelik granatowy jest naprawiany i ma dorabiane elementy, a czerwony jest kompletny i w oryginale, postanowiłem, że „bazowym” modelem Golfa III w mojej kolekcji będzie jednak model czerwony. Tak więc przywróciłem na liście numerację sprzed 2014 roku (z małą korektą).

Problemów z numerem w kolekcji nie ma za to inny przedstawiciel tej generacji samochodu, praktycznie też Golf III, tle że sedan i z dużym bagażnikiem, a więc Volkswagen Vento:

Od samego początku miał numer 154 i tak już pozostanie.

To też model wersji silnika VR6, o czym świadczą pomalowane na czarno nadkola, choć na atrapie napisu VR6 nie ma.

Firma Schabak wypuściła wszystkie trzy opisane tutaj modele w wersji VR6, choć pokazany tu na początku modelik granatowy wygląda jak zwykły, seryjny Golf, a nie jego najmocniejsza „usportowiona” odmiana.

Pod maską w każdym z pokazanych modeli jest imitacja silnika z dumnym napisem VR6. Ów silnik był na początku lat dziewięćdziesiątych niemałą sensacją. Benzynowy silnik, w końcu w układzie V o kącie rozwarcia cylindrów 15 stopni, był czymś pośrednim pomiędzy typowymi silnikami widlastymi V6, a rzędowymi silnikami R6 (znanymi dobrze z aut BMW). Silnik miał dość dużą pojemność. Występował jako 2,8, 3,2 a nawet 3,6 litra. Montowany był głównie w droższych wersjach samochodów koncernu Volkswagen. Ale Mercedes-Benz oferował z tym silnikiem benzynowe klasy V.

Kupiony razem z czerwonym Golfem VR6 jesienią 1992 roku to chyba najładniejszy ze wszystkich trzech modeli. Mi przynajmniej bardzo się podoba.

A oto i wszystkie 3 modele razem :

Są w oryginalnych opakowaniach:

A tak na marginesie.

Pokazane tu modele są w mojej kolekcji już od trzydziestu lat i są one dla mnie wyjątkowo cenne. Mimo upływu czasu prezentują się moim zdaniem wciąż znakomicie. Dokładnie 2 lata po ich zakupie, w październiku 1994 roku miałem możliwość zwiedzania fabryki Opla w Rüsselsheim. Pamiętam, że znane mi wtedy od dobrych kilku lat modele aut Opel wytwarzane przez firmę Gama, a oferowane jako gadżety w recepcji bramy głównej tych zakładów, wyglądały raczej słabo i już wtedy trąciły myszką.

W przerwie po zwiedzaniu fabryki mieliśmy jakąś godzinę wolnego czasu i niedaleko fabryki wstąpiłem do jakiegoś przypadkowego sklepu modelarskiego. Pomimo że będąc niejako w drodze powrotnej z Salonu Samochodowego w Paryżu miałem w walizce kupiony na tymże salonie mój pierwszy model firmy Minichamps. Cała gablota, a właściwie ścianka modeli tej firmy, jaką zobaczyłem we wspomnianym sklepiku zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. To była zmiana jakościowa. Modele były bardzo dokładnie i precyzyjnie wykonane, miały całą masę drobnych chromowanych elementów i były wielokolorowe. Piorunujące wrażenie zrobiła też na mnie ich cena. Kosztowały po 50 marek za sztukę. Pokazane tu modele firmy Schabak w 1992 roku, a więc raptem 2 lata wcześniej kosztowały w sklepach modelarskich w Kolonii, czy Bonn ok. 22 marek, a ja w sklepie przy Muzeum Volkswagena w Wolfsburgu płaciłem za nie po 12,5 marki.

Cóż, jednak historia modelarstwa samochodowego poszła w kierunku jaki wytyczyła właśnie wtedy firma Minichamps. Mimo, że oferowane przez nią modele wszystkie są produkowane w Chinach, już w momencie „modelarskiego przełomu” były sporo droższe niż modele Schabak (made in Germany), czy Solido (made in France). Nowe standardy oznaczały nową jakość. Chromowane wycieraczki, malowane ramki okien, malowane wnętrze, lusterka z szybką, czy wielokolorowe lampy tylne.

To wszystko sprawiło, że na zdjęciach modele takie wyglądają niemal jak prawdziwe samochody. Ale czy w modelarstwie naprawdę do końca o to chodzi? Nawet super-model bez otwieranych elementów, jest jak model nie prawdziwego samochodu wyposażonego w silnik, przedział pasażerski i bagażnik, a raczej jak model przed-prototypowej makiety, którą można spotkać w centrach stylizacji, ale na ulicach już nie.

Pokazane tu modele Schabak to moim zdaniem modele naprawdę mistrzowskie. Może od nich lepiej i dokładnie wykonane są modele Ferrari firmy Herpa, Mercedesów firmy Faller, czy niektóre późniejsze modele BMW firmy Schuco. Ale Ferrari czy zabytkowego Mercedesa raczej na ulicach spotkać trudno, a Golfa można spotkać na każdym kroku. Mają fajnie odwzorowane choć nie malowane wnętrze, całkiem zgrabnie odlane wraz z drzwiami lusterka (choć bez imitacji samych wkładów). Zostały wykonane tak, że dają się bez problemu rozebrać, a przez to i naprawiać. (Mocno, czy nawet średnio uszkodzonego Minichampsa można właściwie tylko rozebrać na części lub raczej wyrzucić do śmieci). Modele Schabak na tle nowych modeli sprzed kilku lat, pomimo swojego wieku prezentują się całkiem dobrze.

Moim zdaniem trochę jednak szkoda, że modelarstwo samochodowe poszło w kierunku modeli z coraz większą liczbą drobnych i precyzyjnych detali samej karoserii, zaniedbując przy tym odwzorowanie mechanizmów i elementów jakie każdy samochód ma w środku.

pozdrawiam