308. Majowe Bieszczady (cz.2) i Star 200

Kilka miesięcy temu, na moją służbową skrzynkę przyszedł „rozkaz” że w tym roku, inaczej niż w latach poprzednich „zaległe urlopy należy wykorzystać do końca maja.” Wypisałem więc po kilka dni w marcu i w kwietniu, a że za ubiegły rok miałem aż 10 dni zaległego urlopu (zazwyczaj było ich od kilku lat miedzy 5 a 6) w maju wypisałem trochę na chybił trafił cały tydzień od 17 do 21 maja.

Tak więc dokładnie w niedzielę 16 maja dobrze po godz. 10 wyruszyliśmy w trasę. Pojechaliśmy najszybszą drogą przez Lublin, Kraśnik, Janów Lubelski, Rzeszów i Sanok do Polańczyka.

Pierwszy, pełny dzień pobytu opisałem dość dokładnie w poprzednim wpisie. Teraz krótka relacja z dwóch kolejnych dni oraz trasy powrotnej, innej niż droga do Polańczyka .

Drugiego, a właściwie trzeciego dnia, we wtorek zupełnie zmieniła się pogoda. W nocy i rano dość intensywnie padało. Kiedy około godziny 11 przestało padać wybraliśmy się na spacer po zamglonym nieco Polańczyku.

Polańczyk wybrałem na miejsce krótkiego 5dniowego wypadu z uwagi na to iż jest to dość dobrze zagospodarowana miejscowość uzdrowiskowo wypoczynkowa, a co za tym idzie wcale nie jest mała (rozciąga się na długości ok 3 km), jest dość dobrze i ładnie zagospodarowana , a to ważne przy polskiej zmiennej pogodzie. Po prostu lepiej spaceruje się po chodniku z kostki czy asfaltu niż po pełnych błota nieutwardzonych leśnych ścieżkach jakie najczęściej można spotkać w bardziej odległych miejscowościach i zakątkach naszego kraju.

Jak widać najpierw wybraliśmy się na nieodległy skwer z muszlą koncertową i amfiteatrem, z którego sceny zrobiłem zdjęcia powyżej.

Później zwiedziliśmy niewielki park zdrojowy położony po przeciwnej stronie głównej ulicy i zeszliśmy do małej zatoczki poniżej parku:

Polańczyk położony jest u podnóża i na samym półwyspie, który niejako wżyna się w jezioro solińskie na jakieś 1,5 km

Położona u podnóża półwyspu część miejscowości to górki nieco powyżej 500 m a na nich 2 punkty widokowe .

Jedne z nich położony nieco powyżej osiedla Na Górce.

Wybraliśmy się na niego po południu kiedy około 18 znów nastąpiła kolejna przerwa w opadach deszczu

Z położonej nieco dalej a właściwie tuż za punktem łąki rozciągał się taki oto widok na zachmurzone i deszczowe Bieszczady:

Z samego zresztą punktu widok jest też wspaniały.

Na pierwszym spacerze (pod parasolami bo wciąż kropiło) byliśmy ok 2 godzin. Jeszcze zaraz po śniadaniu poszliśmy do recepcji i zarezerwowaliśmy sobie przysługujący w ramach pakietu dla seniora,  masaż relaksacyjny. Żona umówiła się na 15. ja na 16. W ramach pakiety mieliśmy do wyboru albo masaż albo rejs jachtem po jeziorze. Ale hotel był prawie pusty, pogoda popsuła się, nie było gwarancji , że na rejs zgłosi się odpowiednia liczba chętnych, dlatego zdecydowaliśmy się na masaż (w końcu hotel ma w nazwie SPA , więc postanowiliśmy z oferty skorzystać).

Młoda i bardzo miła masażystka najpierw przez godzinę masowała żonę , a później minie. Godzinny masaż to bardzo miła i relaksująca rozrywka w przerwie miedzy wycieczkami i spacerami . Po masażu porozmawiałem trochę z masażystką i dopytywałem się jak się żyje młodym mieszkańcom Polańczyka i okolic.

Następnego dnia w środę (a był to już czwarty i praktycznie ostatni dzień spędzony w Polańczyku) pogoda się poprawiła. Wybraliśmy się więc na wycieczkę, ale nie w góry (bo mielimy obawy, że szlaki po wtorkowych deszczach będą śliskie i błotniste) ale pojechaliśmy nad jeziora. których w Bieszczadach też nie brakuje (chociaż właściwie są tylko 2)

Nie to jeszcze nie Solina. To zapora w Myczkowcach i jezioro za tą zaporą.

Jezioro Myczkowskie jest mniejsze niż Solińskie ale też ładne. Polecam drogę Solina – Myczkowce biegnącą właśnie nad tym jeziorem. W Myczkowcach przy samej zaporze jest też hotel, w którym pobyt brałem pod uwagę. Jednak zaoszczędzenie 340 zł w trakcie całej wycieczki nie było warte tej lokalizacji. Polańczyk jest jako miejscowość dużo ładniejszy i położony w ciekawszej okolicy. Poza tym w Bieszczady jest z Polańczyka kilkanaście kilometrów bliżej (co też ma znaczenie bo droga z Polańczyka do Cisnej jest o 1/3 krótsza niż z Myczkowców )

A to już plaża w Solinie.

Do północnowschodniego brzegu jeziora dojazd nie jest wcale łatwy. Trzeba się trochę nagimnastykować . Samochód zostawia się na płatnym parkingu i dalej już trzeba iść piechotą. Na początek przechodzi się przez spory „jakby bazarek” pełen kramów z pamiątkami regionalnymi specjałami i innymi tego typu rzeczami. Dopiero po minięciu go wychodzi się na ładną łąkę pokazaną na zdjęciu powyżej.

Stamtąd można dostać się na oddalone o zaledwie kilkaset metrów nowo budowane osiedle luksusowych domków-apartamentów

i w maju zupełnie pustą i przeuroczą kamienistą plażę nad jedną z zatoczek jeziora.

Po odpoczynku nad pustą zatoczką z której też rozciąga się wspaniały widok wróciliśmy do miejscowości z zamiarem wejścia na zaporę.

I tu miła niespodzianka na bocznej części zapory stały 3 Stary 266 a wokół cała gromada żołnierzy :

Zaraz to zdjęcie przecież już było . Tak ale zostało zrobione właśnie w trakcie wejścia na zaporę

Zapora jak t zapora – ogromna ma ok 80 m wysokości co widać na filmie

Wracając z zapory przechodziliśmy obok przystani :

Właściwie mieliśmy już zamiar wracać do hotelu, bo dochodziła 16 i właśnie kuchnia zaczynała wydawać obiadokolację.

Kiedy byliśmy na wysokości wejścia na pomosty podszedł do nas młody człowiek, który zapraszał niezbyt licznych tego dnia turystów na rejs statkiem.

Zapytałem o której odbywa się rejs i ile trwa . Odpowiedział, że statek wyrusza z 10 minut, a rejs trwa 50 minut. Zorientowałem się , że zatem rejs kończy się o 17. a więc nie będzie problemu z powrotem na obiadokolację zapytałem więc ile ów rejs kosztuje. Kiedy usłyszałem, że 20 zł od razu pobiegłem do kasy i po kilku minutach byliśmy już na statku

Statek najpierw przepływał wzdłuż brzegu po którym właśnie godzinę wcześniej spacerowaliśmy


Później wypłynął na „główny” basen jeziora i niejako opłynął widoczną z tarasu naszego pokoju wyspę zajęczą

Kiedy na górnym pokładzie zrobiło się trochę chłodno zeszliśmy na bardzo klimatyczny pokład dolny :

Z relacji kapitana statek przeszedł co prawda remont ale pochodzi z 1978 roku toteż ma wspaniałe wykonane w drewnie „na wysoki połysk” wnętrze , a nie jak w samolotach z plastiku .
Kiedy zeszliśmy ze statku, na pomoście czekała już grupa kolejnych turystów, bo za chwilę statek popłynął w kolejny rejs.

Po powrocie do hotelu odebraliśmy gorącą obiadokolację. Kiedy na stoliczku na tarasie stygła gorąca zupa, nasz statek właśnie płynął z powrotem z kolejnego rejsu. (Biały punkcik między cyplem a wyspą zajęczo to właśnie nasz statek)

Po zjedzonej obiadokolacji poszliśmy a właściwie pojechaliśmy samochodem na ostatni spacer po Polańczyku. Najpierw podjechaliśmy na osiedle Na Górce, gdzie w trakcie spaceru poprzedniego dnia zauważyliśmy parking dla turystów odwiedzających oddalony o jakieś 150 m punkt widokowy.

Zdjęcie robione z łąki za punktem widokowym wyszło tylko nieco lepiej niż to z poprzedniego dnia (na samej górze), ale było już dość późno i światło okazało się już trochę za słabe. Potem pojechaliśmy na parking na końcu cypla i poszliśmy na odległą od niego o jakieś 300 m plażę, z której widać zaporę i niemal całe jezioro. Niestety na zrobienie pożegnalnych zdjęć dokładnie tak samo jak powitalnych 3 dni było już za późno.

Za to po powrocie jak niemal każdego poprzedniego dnia (z wyjątkiem niedzieli w którą przyjechaliśmy do Polańczyka) wieczór spędziliśmy na dość kameralnym, ale miłym kameralnym hotelowym basenie:

Kolejnego dnia w czwartek zjedliśmy śniadanie i o 10. rano (dopiero przy wymeldowaniu okazało się, że doba kończy się o 11). wyruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.

Najpierw pojechaliśmy drogą znaną z wycieczki dnia poprzedniego, przez Solinę do miejscowości Uherce Mineralne i dopiero stamtąd do Leska, w którym zatrzymaliśmy się. Najkrótsza droga z Polańczyka do Leska w trakcie podróży do hotelu bardzo nas zmęczyła, bo jest ona w przebudowie i na wielu odcinkach ruch odbywa się na przemian niejako pod dyktando prowizorycznej sygnalizacji świetlnej. Dlatego w drodze do domu postanowiliśmy tych atrakcji sobie zaoszczędzić.

W Lesku zwiedziliśmy starą synagogę, w której teraz znajduje się prywatna galeria z ikonami i rękodziełem. Później przespacerowaliśmy się przez to niewielkie ale całkiem sympatyczne galicyjskie miasto.

W drodze powrotnej miałem , dokładnie tak samo jak w drodze do Polańczyka włączoną nawigację. Nie wiem jednak jak ona mnie poprowadziła , czy też ja na którymś z rond zamiast drugim zjechałem pierwszym zjazdem dość, że tym razem przejechaliśmy przez centrum Sanoka (zamiast obwodnicą) i dokładnie tak samo stało się w Rzeszowie.

Niemniej jednak nie żałuję, że tak się stało bo chociaż z za szyby samochodu, ale trochę zobaczyłem obydwa miasta, które zrobiły na mnie dobre wrażenie.

Z Rzeszowa oddalonego od Polańczyka jednak o ponad 100 km, do domu postanowiłem wrócić inną drogą niż tam przyjechałem. Nie pojechałem przez Nisko, Janów Lubelski, Krasnystaw i obwodnicą Lublina, a wybrałem drogę trochę dłuższą i nieco wolniejszą. Postanowiłem zobaczyć kawałek nie tak znowu odległego od Warszawy województwa świętokrzyskiego i z Rzeszowa pojechałem na północ drogą krajową nr 9 .

Po przejechaniu całego niemal Rzeszowa ruszyłem w kierunku Tarnobrzega przez Kolbuszową dalej pojechaliśmy do Opatowa, w którym mieliśmy zamiar się zatrzymać, ale miasteczko nie zrobiło na nas jakiegoś wielkiego wrażenia i po zrobieniu kółka samochodem po uliczkach w centrum, nie wysiadając pojechaliśmy dalej do Ostrowca Świętokrzyskiego. Z Ostrowca nie pojechaliśmy jednak najkrótszą drogą przez Iłżę i Radom, ale ja studiując wcześniej mapy i zdjęcia „street vieiw” postanowiłem Radom objechać i kilka kilometrów za Ostrowcem zjechałem z drogi numer 9 na biegnącą niejako wzdłuż rzeki Kamiennej drogę numer 42, którą serdecznie polecam i mam nadzieję jeszcze latem się na nią wybrać.

Po przejechaniu kilku kilometrów przez piękny świętokrzyski las zatrzymaliśmy się na krótki postój z podwieczorkiem skomponowanym z prowiantu z porannego śniadania i środowej obiadokolacji (pyszne ciastka na deser):

Oglądane w Internecie zdjęcia dokładnie tak sam jak w przypadku innych miejsc odwiedzanych w trakcie tej majowej wycieczki, nie oddają tego co widzi się na żywo. Zalew Brody Iłżeckie jest naprawdę spory i ładny , naprawdę nam się spodobał i po postoju objechaliśmy go niemal dookoła. Szkoda, że z Warszawy jest tam jednak ok 170 km.

Tam gdzie właściwie kończy się zalew, a może kilka kilometrów dalej, zaczyna się opisywana w Internecie

Ścieżka STAR-a w Starachowicach

Przy wjeździe do Starachowic powitał nas czerwony wóz bojowy straży pożarnej wyprodukowany w Jelczu na bazie samochodu Star 25. W samych Starachowicach przy wejściu do parku, obok którego biegnie droga 42 stoi dobrze z niej widoczny Star 200 ( z zieloną kabiną). Zaś kilkaset metrów dalej, opuszczających Starachowice żegna ustawiony nad zalewem Star 1142 wyglądający niemal identycznie jak prezentowany tu dalej modelik.

W Starachowicach nie zatrzymywaliśmy się. Wizyta w tym mieście wymagałaby jednak dłuższego niż mogliśmy zrobić postoju.

A la za to zatrzymaliśmy się na miły choć krótki spacer nad innym ładnym zalewem na rzece Kamiennej i tu zrobiliśmy już ostatnie zdjęcie z majowej pięciodniowej wycieczki w Bieszczady :

Słynne Opactwo Cystersów w równie sławnym Wąchocku

Dalej pojechaliśmy do Skarżyska Kamiennej już zmodernizowaną trasą S7 pomknęliśmy do Warszawy.

I tak niejako na kanwie przejazdu w drodze z Bieszczad przez Starachowice postanowiłem opisać tu modelik innego niż w poprzedniej części stara. Modelik samochodu Star 200 kupiony 28 kwietnia w czwartym lub piątym kiosku, który tego dnia odwiedziłem.

Nie będę się nad nim specjalnie rozwodził bo jest miłośnikom serii

Modelik jest bardzo ładny i jestem z niego naprawdę zadowolony

Nie obeszło się jednak bez wizyty w „warsztacie”

Kupiony po drodze do pracy, w kiosku przy markecie Kaufland, modelik nie był przeze mnie dokładnie oglądany przy zakupie. Wziąłem po prostu jeden modelik z półki, bo ucieszyłem się bardzo, że go w końcu (po wizycie w kilku kioskach) dopadłem. Zresztą przez folię i blistr, w jakie pakowane są modeliki „kultowych ciężarówek” widać właściwie tylko duże wady, drobnych zaś nie. I tak dopiero w domu, po rozpakowaniu okazało się, że modelik ma trochę krzywo (nie do końca pionowo) zamontowaną imitację komina zasysającego powietrze do filtra.

Naprawa a właściwie poprawka wiązała się z koniecznością zdemontowania skrzyni.
Aby to zrobić musiałem wyrwać z ramy koło zapasowe aby odkręcić skrzynię z tyłu. Następnie przerobiłem mocowania koła na „rozbieralne”. W miejsce urwanych bolców wkleiłem metalowe sztyfty o średnicy 1 mm . Zaś w resztkach bolców które zostały w ramie wywierciłem otworki o średnicy 1mm. Koło wchodzi w ramę z oporami , ale trzyma się doskonale , zaś dzięki temu rozwiązaniu w razie potrzeby można skrzynię zawsze odkręcić i zdemontować.

pozdrawiam

307. Majowe Bieszczady (cz.1) i Star 266

Kilka miesięcy temu, na moją służbową skrzynkę przyszedł „rozkaz” że w tym roku, inaczej niż w latach poprzednich „zaległe urlopy należy wykorzystać do końca maja.” Wypisałem więc po kilka dni w marcu i w kwietniu, a że za ubiegły rok miałem aż 10 dni zaległego urlopu (zazwyczaj było ich od kilku lat miedzy 5 a 6) w maju wypisałem trochę na chybił trafił cały ubiegły tydzień.

Początkowo myślałem, że urlop przyda się na różne prace domowe, trochę porządki trochę zaległe remonty i naprawy i tego typu sprawy. Ale ponieważ obydwoje z żoną pracujemy w domu (ja od ponad roku, żona od października), a że praca jest mimo pandemii dość absorbująca i intensywna, postanowiłem nietypowy majowy urlop (zaplanowany gdzieś na początku marca) przeznaczyć jednak na wypoczynek.

Dawno temu w 1983 i bodajże w 1985 roku jeszcze jako pracownik FSO spędzałem urlop niejako „u bram Bieszczad” bo w małym ośrodku fabrycznym w Krasiczynie koło Przemyśla. Za pierwszym razem wybrałem się tam za namową kolegi z biura na obóz fabrycznego ZSPM. Mojemu ojcu wiosną tegoż roku przed stacją benzynową w Pruszkowie zajechał drogę drugi maluch ( wjeżdżający właśnie na stację) doszło do kolizji i (opisywany tu) maluch rodziców trafił do naprawy blacharskiej na słynną stację ASO przy ul. Pierwszego Sierpnia w Warszawie. I chociaż na stacji pracowało kilku moich kolegów z tego samego roku na studiach, naprawa wlokła się niemiłosiernie i nie było czym pojechać na wakacje więc pojechaliśmy autobusem na obóz do Krasiczyna.

Z tego co pamiętam w ramach obozu odbyła się „zwyczajowa” wycieczka po Bieszczadach (oczywiście autobusem) ale że trasa liczyła grubo ponad 200 km zatrzymywaliśmy się tylko na krótkie postoje. Był to chyba mój drugi pobyt w Bieszczadach, bo wydaje mi się, że w Ustrzykach Górnych i nad Soliną byłem jeszcze z jakąś wycieczką szkolną ale zupełnie nie pamiętam kiedy to było (czy jeszcze w szkole podstawowej, czy już średniej) .

Po raz drugi (w 1985 roku) pojechałem już do Krasiczyna maluchem rodziców. A że w owym czasie obowiązywały kartki na benzynę z Krasiczyna w kierunku Bieszczad zrobiłem tylko jedną kilkudziesięciokilometrową wycieczkę do Birczy, Posady Rybotyckiej i Kalwarii Pacławskiej. Powrót z wczasów w Krasiczynie był za to ciekawy (po drodze zaliczyliśmy Sandomierz).

Dlatego teraz, początkowo zamarzył mi się położony kilkanaście kilometrów za Kalwarią Pacławską Arłamów. W czasach PRL był to zamknięty rządowy ośrodek, teraz jest tam luksusowy hotel. Cena jednaj też był dość „luksusowa” i kiedy byłem już prawie nastawiony na 3 dniowy pobyt tam, zacząłem sprawdzać w Internecie, co jest oprócz hotelu w okolicy i jak daleko jest do właściwych Bieszczad. Wtedy okazało się, że hotel choć luksusowy i piękny, położony na niemal 600 metrowym wzniesieniu jest właściwie na zupełnym odludziu, w pobliżu są tylko niewielkie Połoninki Arłamowskie (właściwie jedyna atrakcja poza samym hotelem) a do wysokich Bieszczad jest tylko ok 85 km.

Trochę mnie to zniechęciło bo wiadomo, w Polsce z pogodą bywa różnie, a tegoroczna wiosna do ładnych i ciepłych raczej nie należy. Postanowiłem znaleźć coś bliżej właściwych Bieszczad i tu mój wybór pad niemal od razu na:

hotel Skalny Polańczyk

Po przestudiowaniu map zdjęć miejscowości w Internecie, odległości od Bieszczad zdecydowaliśmy się na pobyt w ramach pakietu dla seniora, który obejmował śniadania + obiadokolacje. Nie była to tania oferta, jak w przypadku ostatnich krótkich wakacyjnych, wspominanych tu wyjazdów do Smardzewic czy hotelu Omega w Olsztynie, ale cóż przy zmiennej i niepewnej pogodzie doszedłem do wniosku, że w Polsce, aby dobrze wypocząć najlepiej zrobić to w hotelu z basenem , bo kiedy pada można przynajmniej miło spędzić czas i zrelaksować się.

Wybór okazał się ze wszech miar słuszny.

Tak więc dokładnie tydzień temu, w niedzielę 16 maja dobrze po godz. 10 wyruszyliśmy w trasę. Pojechaliśmy najszybszą drogą przez Lublin, Kraśnik, Janów Lubelski, Rzeszów i Sanok do Polańczyka. Podróż układała się dobrze. Tylko ostatni odcinek miedzy Leskiem a samym Polańczykiem dał nam się trochę we znaki, bo najkrótsza droga, którą wybraliśmy ( po lewej stronie Sanu) jest w przebudowie i co chwila trzeba się zatrzymywać na sterowanych światłami mijankach. Jednak zaraz po przyjeździe do hotelu okazało się, że przydzielony nam pokój (311) choć niewielki, posiad sporych rozmiarów taras.

Już widok z okna pokoju zupełnie, ale i bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Zaś tarasu roztaczał się zapierający dech w piersiach widok:

Jeszcze tego samego dnia, w niedzielę zaraz po przyjeździe uzbrojeni w nabyte na początku kwietnia kijki wyruszyliśmy na sam czubek cypla Polańczyk skąd jest widok na całe Jezioro Solińskie i zaporę. Niestety po obiadokolacji przy niezbyt ładnej dość pochmurnej pogodzie praktycznie nie było sensu robić zdjęć.

Następnego dnia, w poniedziałek tuż po śniadaniu wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę w góry. Choć pogoda wydawał się wspaniała spotkała nas inna, zupełnie nieprzewidziana, za to niezbyt miła niespodzianka, która o mały włos nie pokrzyżowała naszych planów. Po wyjściu z hotelu i zabraniu ze sobą plecaczka z napojami i kanapkami na drogę wsiedliśmy do samochodu. Uruchomiłem silnik i ruszyłem w stronę Bieszczad. Tuż po wyjeździe z hotelu na zestawie wskaźników zapaliła się znana mi z poprzednich dwóch aut pomarańczowa kontrolka „check engine”, a na ekraniku komputera pokładowego wyświetlił się napis „sprawdź silnik” i „Star & Stop niedostępny”.

Samochód, który poprzedniego dnia przejechał z Warszawy bezproblemowo ok 440 km nie wydawał żadnych podejrzanych dźwięków. Podjechałem więc na odległą o 1 km stację benzynową dolałem ok 10 l benzyny (na zapas) otworzyłem maskę i zgodnie ze wskazówką komputera skontrolowałem wizualnie silnik. Olej był, płyn chłodzący też, silnik pracował normalnie. Samochodem przejechałem przez półtora roku 22 tysiące km i do tej pory takich niespodzianek nie było.

Po zatankowaniu uruchomiłem silnik ale kontrolka znów się zapaliła i dalej wyświetlały się komunikaty. Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić . Pogoda piękną akurat na wycieczkę, a tu taki „fakap”. Ruszyłem jednak w Bieszczady. Samochód nie dawał żadnych niepokojących oznak i zachowywał się zupełnie normalnie. Pomyślałem cóż dojadę gdzie chcę a dopiero po powrocie zadzwonię do Rzeszowa do serwisu.

Z Polańczyka ruszyliśmy do Cisnej (dokąd jest ok 28 km) i jeszcze kilka kilometrów dalej do miejscowości Majdan.

Właśnie tam znajduje się „baza” a właściwie stacja początkowa słynnej bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej.
Tego dnia w trasę nie wyruszał żaden pociąg, ale przygotowania do pełni sezonu turystycznego trwały pełną parą.

Kiedy my przez jakieś pół godziny oglądaliśmy dość spory skansen i zgromadzone w nim eksponaty, samochód stał na parkingu i odpoczywał. Po uruchomieniu silnika niestety niepokojące komunikaty wciąż się wyświetlały. Pojechałem jednak w dalszą drogę. W końcu nie po to półtora roku temu kupiłem kolejny (tym razem czwarty) fabrycznie nowy samochód aby się z nim szarpać. W poprzednim aucie, astrze II pierwsza awaria nastąpiła po ok 6 latach i 96 tys. przebiegu, ale niestety jechać się już nijak nie dało. Teraz były komunikaty, ale nic nie wskazywało na awarię.

Po drodze zatrzymałem się tuż przed właściwym celem wyprawy, na przełęczy nieopodal Brzegów Górnych z której roztaczał się taki oto widok :

A właściwym celem naszej wycieczki była Połonina Caryńska :
Ale zanim zaczęliśmy się na nią wspinać nie odmówiłem sobie zatrzymania się w jednym z najładniejszych miejsc Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej i choć przez chwilę popatrzenia na wspaniałe widoki. (Żona w przeciwieństwie do mnie z chwilowego postoju zadowolona zupełnie nie była)

Jakieś 2 kilometry dalej samochód zostawiliśmy na parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej . Uiściliśmy opłatę za parking – 18 zł + 2 bilety wstępu na szlak – po 4 zł i ruszyliśmy w górę

Na początku trasa wydawała się bardzo przyjazna turystom takim jak my :

Jednaj już po kilkuset metrach w partiach porośniętych bukowym lasem szlak okazał się dość stromy i męczący.

Jednak im wyżej tym coraz ciekawsze widoki :

A na grani połoniny zrobiło się trochę chłodno, wieje i trzeba było założyć kurteczkę:

Ale za to widoki wspaniałe:

W oddali na horyzoncie ukraińskie Bieszczady:
Odległy o 72 km od Połoniny Caryńskiej pokryty śniegiem Stoj (1677 m) a dobrze widoczna pośrodku stożkowa sylwetka to Ostra Hora (1407m) odległa o 39 km . Pasmo po prawej stronie (też ośnieżone) niestety nie rozpoznane. Żona została w miejscu pokazanym na zdjęciach. Ja poszedłem dalej (jeszcze 200 m) , na liczący 1297 m szczyt.

A gdyby film się nie udał, na wszelki wypadek zrobiłem jeszcze kilka zdjęć ze szczytu połoniny:

Widok na Tarnicę i Halicz

Widok w kierunku północnym i dowód na to, że jednak wszedłem na szczyt

Widok na Połoninę Wetlińską
Jeszcze raz Połonina Wetlińska i droga w dolinie którą tu przyjechaliśmy
Przełęcz Wyżniańska i parking, na którym został samochód

I jeszcze jeden widok na ukraińskie Bieszczady

Niby najkrótszy i ponoć łatwy szlak, ale wejście na szczyt zajęło mi prawie 2 godziny. Wiadomo już nie ten wiek i trzeba było robić postoje dłuższe niż kilka minut.

Zejście za to było dość szybkie ale też zajęło jednak ponad godzinę.

Po przybyciu na parking znów niespodzianka, tym razem jednak miła. Po przekręceniu kluczyka nie pojawił się ani znaczek „check engine” ani żaden komunikat. Samochód przez prawie 4 godziny wygrzał się na słońcu . Silnik wygrzał się podczas prawie 60 kilometrowej trasy z Polańczyka przez Cisną i Wetlinę. A komputer pokładowy zapomniał w tym czasie o błędach. Cóż jak w starej piosence z Radia Pogoda , którego słucham ostatnio „,Miłość złe humory ma” . W końcu to jakby nie było FIAT.

Ponieważ była godzina 16 postanowiliśmy wracać. Nawigacja pokazywała najkrótszą drogą 56 km, ale to przecież Bieszczady, nie wiadomo kiedy i czy w ogóle uda nam się tu jeszcze raz przyjechać, pojechaliśmy inną nieco dłuższą i trochę okrężną drogą. Najpierw przez słynne Ustrzyki Górne, potem Stuposiany i Lutowiska. A za nimi polecany przez wszystkich parking z widokiem na wysokie Bieszczady

Do Ustrzyk Dolnych nie dojechałem, bo w hotelu obiadokolacja jest wydawana w godzinach 16-18, a my przecież tuż po 16 wyjechaliśmy z parkingu pod Połoniną Caryńską. Na mapach jest co prawda droga „na skrót”, która łączy Lutowiska z Małą pętlą bieszczadzką (można na nią wjechać tuż przed pokazanym powyżej parkingiem) jednak nawigacja nijak tej drogi nie pokazywała (a zatem i nie polecała). Postanowiłem więc nie ryzykować i z Wielkiej pętli bieszczadzkiej zjechałem na Małą pętlą bieszczadzką we wsi Czarna Górna i stamtąd pomknąłem do samego Polańczyka.

Tak więc tego dnia oprócz najciekawszego chyba odcinka Wielkiej pętli bieszczadzkiej zaliczyłem również ciekawy i ładny, a na pewno mniej uczęszczany odcinek Małej pętli bieszczadzkiej, którą licząc niedzielny dojazd z Leska do hotelu zaliczyłem całą. Jest ona chyba jednak drogą dla bardziej wprawnych kierowców, bo choć widoki momentami są na niej też wspaniałe, podjazdy, zjazdy i serpentyny mogą niektórych przyprawić o zawrót głowy.

Na miejscu już w hotelu okazało się, że trasa jaką przejechaliśmy tego dnia i tak liczyła 137 km.

Po powrocie z wycieczki dobrze po 17-tej (na ostatnim odcinku zaliczyliśmy trwającą kilka minut kontrolę Straży Granicznej) udaliśmy się do hotelowej restauracji :

Szkoda, że była ona wciąż zamknięta, a posiłki wydawane były w plastikowych pojemnikach, które szybko zabieraliśmy do pokoju. Miło byłoby usiąść podczas śniadania, czy kolacji przy stoliku i popatrzeć na jezioro. Ale cóż Covid i basta.

Po zjedzeniu posiłku ( gorącej zupy na tarasie, a drugiego w pokoju) można poleżeć na leżaczku i przejrzeć np. SMS-y z ostatnich dni:

Następnego dnia (we wtorek) niemal cały dzień padało, ale nie był to dzień bez zupełnie bez wrażeń i odpoczynek po poniedziałkowej wycieczce. Relację z wydarzeń w tym dniu i następnych opiszę w drugiej części relacji z tego bardzo ciekawego i udanego wypadu w góry.
Czwartego dnia wycieczki, z uwagi na to, że we wtorek padało wybraliśmy się nie w góry, a nad jezioro. Kilka godzin spędziliśmy najpierw w Myczkowcach, a potem w Solinie (pobyt tam opiszę w drugiej części). Kiedy już niemal pod koniec spaceru po Solinie weszliśmy w końcu na zaporę (od strony przystani), okazało się, że mają tam miejsce jakieś ćwiczenia wojskowe i na zaporze stały w kolumnie 3 wojskowe samochody. Były to dawno przeze mnie nie widziane samochody Star 266. Zapytałem żołnierzy czy mogę zrobić zdjęcie. Nie zaprotestowali :

Kiedy obeszliśmy zaporę, wracając zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie (ale lepiej nie wyszło). Przy okazji pogadałem chwilkę z żołnierzami na temat tego niemal zabytkowego już samochodu. Okazało się że wozy przyjechały bezproblemowo z Gliwic (a więc z dość daleka) zaś w trudnym górskim terenie wciąż radzą sobie bardzo dobrze.

Tak więc niespodziewane spotkanie stało się doskonałą okazją do pokazania tu modelika , jaki ukazał się kilka miesięcy temu w serii, którą ostatnio żyje większość kolekcjonerów aut w skali 1:43.

Modelik najlepszego zdaniem niektórych polskiego samochodu ukazał się w regularnej serii „Kultowe ciężarówki epoki PRL-u” jako drugi.

Kolekcjonerom miniaturowych autek jest znany od blisko 2 lat , bo ukazał się również w serii testowej jesienią 2019 roku.

Kiedy wyszedł w serii regularnej, 10 lutego (w dniu w którym się ukazał) pobiegłem do kiosku pod blokiem aby go przynajmniej obejrzeć i po krótkiej chwili namysłu od razu go kupiłem.

Na forum były narzekania, że nie jest w „wojskowym” zielonym kolorze. Ale ja z czasów PRL pamiętam też „cywilne” wersje tego samochodu , właśnie w kolorze w jakim wykonany został modelik.
Przy modeliku specjalnie nie „grzebałem” . Udało mi się ściągnąć ze skrzyni plandekę.

Górny rant skrzyni wymaga w kilku miejscach niewielkiego „podmalowania” ale nic właściwie się nie uszkodziło.

Modelik bardzo mi się podoba i jego zakup sprawił mi niemałą frajdę.

pozdrawiam

306. Wesołych Świąt i Jelcz 415

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

Ruszyły przygotowania do świąt. Jak na razie udało mi się uprzątnąć witrynę, pochować klika modelików do pudeł, a resztę ułożyć w witrynie tak, aby jakoś to wyglądało, zaś kolekcja w postaci porozstawianych na regale obok witryny pudełeczek i modeli przestała „wylewać się” na mieszkanie. Jutro (w czwartek) wziąłem urlop. Będę walczył dalej (z zakupami i porządkowaniem opuszczonego pokoju córki )

To niestety już trzecie „pandemiczne” święta, kiedy praktycznie nie będziemy się widzieć z bliższą rodziną. Spotkamy się tylko z córką. Kiedy rok temu zaczęła się pandemia, nikt chyba nie spodziewała się, że po roku sytuacja nie tylko nie wróci do normy, ale będzie znacznie trudniejsza niż na początku „zarazy”. O ile rok temu ja, moja rodzina byliśmy w szoku, bo z dnia na dzień w połowie marca zacząłem pracować z domu, o tyle teraz pomimo trudnej sytuacji już trochę przyzwyczaiłem się do ograniczania kontaktów do minimum, unikania większych skupisk i zabezpieczania się maseczką z filtrem.

Dlatego w ubiegłym roku praktycznie nie miałem głowy do modelików i bloga. Od jesieni wznowiłem zakupy nowych modeli i zamieszczanie tu nowych relacji. Na tę sytuację z całą pewnością wpłynęło też ukazanie się nowej serii modeli „Kultowe ciężarówki z epoki PRL”. Półtora roku temu, kiedy w kioskach w niektórych polskich miastach ukazała się seria testowa, (w której ukazały się pierwsze 4 modele ) nie sądziłem, że seria się ukaże. Nie byłem nią zresztą jakoś specjalnie zainteresowany, bo miałem na głowie poważniejsze sprawy. Zawalczyłem o opisywanego tu wtedy stara 25 i na tym się skończyło. Pozostałe modele owszem widziałem na giełdach, ale nie byłem gotów do ich zakupu po ok. 100 zł.

Jeszcze jesienią i na początku tego roku byłem przekonany, że na polskim rynku modeli w skali 1:43 już żadna nowa seria się nie ukaże. Sądząc po liczbie modeli z serii „Kultowe auta PRL” jakie zdominowały aukcje Allegro, byłem przekonany, że żadne wydawnictwo nie zdecyduje się na wydanie nowej serii modeli aut w skali 1:43, bo przecież oprócz wspomnianej serii mniej więcej w tym samym czasie ukazywały się inne serie z modelami samochodów jak chociażby „Legendarne samochody”, „Taksówki świata” czy „Kultowe wozy policyjne”. Ta ostatnia seria zakończyła się dla wszystkich dość niespodziewanie (po ukazaniu się ok 40 numerów). Zaś zanim w kioskach ukazał się ostatni , 192 numer z serii „Kultowe auta PRL” – Fiat 1500 (którego kupiłem, ale nie opisałem), w hipermarketach z AGD i elektroniką pojawiły się modeliki z tejże serii (co prawda tylko niektóre i bez gazetek) ale za to po 15, a nie 27 zł za sztukę. Dlatego też sądziłem, już nic nowego się na rynku nie pojawi. A jednak się myliłem !

W środę 10 marca pobiegłem więc na bazarek i dopadłem modelik Jelcz 415 w kiosku, w którym kupiłem mój pierwszy model z tej serii (Star 266)

Na początku zastanawiałem czy w ogóle go kupować. Samochód pamiętam słabo, bo kiedy się ukazał ja pracowałem już w RFN. A kiedy stamtąd na dobre wróciłem, było już po upadku PRL i samochód nie był specjalnie popularny.

Miałem też wątpliwości co do jaskrawych kolorów modelika. Większość prawdziwych ciężarówek Jelcz 415 jakie spotykało się na drogach miała białą kabinę i szarą skrzynię .

Modelik jednak kolorystycznie prezentuje się świetnie, dlatego go kupiłem.

Nie obyło się jednak bez konieczności poprawek. Już po rozpakowaniu okazało się, że skrzynia i zamocowana na niej plandeka są w widoku z przodu przechylone na jedną stronę w stosunku do kabiny.

Okazało się, że skrzynia nie przylega z przodu do ramy bo z tej ostatniej wystaje nieco niedokładnie do końca wklejony zbiornik paliwa. Trzeba go był z ramy wydłubać , dopasować i całość skręcić jeszcze raz.

Okazało się też, że jeden resor osi przedniej nie do końca był w ramę wciśnięty przez co oś przednia też był przechylona w stosunku do ramy na jedną stronę.

Trzeba więc było zdjęć kabinę i ścisnąć resor z podłogą kabiny kombinerkami aby wszedł do końca na właściwe miejsce. Z przodu się to udało , ale ż tyłu nie bo aby tylne mocowanie wcisnąć tak samo trzeba by tak jak zbiornik paliwa wyrwać z ramy imitację filtra powierza. aby dostać się do tylnego mocowania resoru.

Po zdjęciu kabiny okazało się, że pod nią jest całkiem fajnie wykonana imitacja silnika, której w złożonym modeliku zupełnie ni widać.

Generalnie modelik jest naprawdę fajny i bardzo mi się podoba.

pozdrawiam

305. Żubr A80 i czy warsztatowe przygody mogą się przydać ?

Stare polskie porzekadło, a właściwie zwrot z pierwszej polskiej encyklopedii (wydanej jeszcze w 1745 roku ) mówi: Koń jaki jest, każdy widzi. Właściwie to samo i tyle da się powiedzieć o modeliku Żubra, który 24 lutego ukazał się w kioskach w zupełnie nowej serii „Kultowe ciężarówki epoki PRL”. Modelik jest od ponad roku dobrze znany zbieraczom miniaturowych autek i bywalcom „modelikowych ” giełd . Ukazał się po raz pierwszy w „serii testowej” jesienią 2019 roku (wraz z opisywanym tu wtedy modelikiem samochodu Star 25). Pokazywany był zarówno na forum, jak i na wielu innych blogach. Ja o „testowy” modelik nie zawalczyłem. Dlatego teraz po jego zakupie na bazarze pod blokiem nie będę się nad nim specjalnie rozwodził, a ograniczę się do pokazania kilku zdjęć pod koniec tego wpisu.

Tym razem pragnę poruszyć temat „warsztatowy” ale nie w typowym dla tego bloga kontekście napraw i przeróbek modeli, ale a w kontekście przydatności doświadczeń zebranych w „modelikowym” warsztacie, w tak zwanym „życiu codziennym” nie związanym z modelikami. Sprawę tę niejako poruszałem tu już w kliku dość zapomnianych dawnych wpisach dotyczących remontów i wykończenia mieszkania , napraw i wykonania mebli czy też naprawy komputera. Nie zahaczyłem do tej pory jednak w żadnym wypadku o wątek kulinarny .

Teraz zamierzam ten błąd naprawić !

Otóż opiekując się kilka lat temu moją wiekową mamą nauczyłem się od niej robić szybkie, smaczne i proste w przygotowaniu danie . Danie to mama nazywała „grzybek” i my w domu teraz też je tak nazywamy. Do zrobienia „grzybka” potrzebny jest metalowy kubeczek o pojemności „kwaterki” , 2 jajka, mąka pszenna, sól, śmietana 12% lub 18% (jaka jest pod ręką) i odrobinka proszku do pieczenia (ten ostatni zacząłem używać od niedawna) . Przygotowanie wygląda tak: Najpierw do kubeczka wbijam 2 spore jajka ( po ok 60 g) po czym wsypuję 2 czubate łyżki mąki.

To wszystko na początku mieszam. Następnie dodają szczyptę soli (mama tak robiła) czubatą łyżeczkę śmietany. Małą szczyptę proszku do pieczenia (grzybek trochę lepiej rośnie i nie opada tak szybko). Ostatnia operacją to już moja modyfikacja. Po dodaniu śmietany zawartość kubka uzupełniam stopniowo mąką (ok 1 czubata łyżka ale na raty ) tak aby konsystencja była gęsta, ale jednak płynna.

Trzeba to wszystko jeszcze dobrze wymieszać. Mama kiedyś kręciła grzybka ręcznie, łyżką. Ala ja niestety tak nie potrafię, a zresztą od czego nowoczesna technika. Dobrych kilka lat temu wybrałem się z córką po coś do marketu ze sprzętem AGD i wróciłem z niego z blenderem, na zakup którego namówiła mnie córka. Właściwie blender w ostatnich dwóch latach, odkąd córka się wyprowadziła, używany jest chyba tylko do robienia grzybka.

Po wymieszaniu i zaparzeniu herbaty, zawartość kubka wylewa się na rozgrzaną patelnię z odrobiną oliwy czy oleju i smaży po kilka minut po obu stronach, aż do zarumienienia się. Zazwyczaj podawaliśmy „grzybka” posmarowanego dżemem (np. malinowym). Ostatnio , przez pandemię pokój córki zamienił się trochę w „spiżarnię” w której przy wyłączonym ogrzewaniu przechowujemy zapasy np. owoce. A, że jakiś czas temu w pobliskim Topazie zakupiłem w promocji 2 litrowe słoje miodu, postanowiłem „grzybka” zmodyfikować . Po usmażeniu smaruję go miodem i posypuję pokrojonym w kawałki bananem albo (jak na zdjęciu ) gruszką:

Blender nie ma jednak 2 lat ani 5, prędzej coś miedzy 8 a 10. Jakiś rok temu może wcześniej zauważyłem, że druty końcówki do ubijania piany, którą to właśnie kręcę „grzybka” trochę się powyginały. Jeden z nich, którego czubek nie był już obły, a przypominał literę V, próbowałem wyprostować i przywrócić do pierwotnego kształtu. Niestety pękł. Pomyślałem trudno, blender nie jest nowy i bez jednego drutu też da radę. Wyciągnąłem wiec dwa kawałki z obsadki i schowałem jako bardzo przydatny „materiał modelarski” de mojej szuflady z narzędziami modelarskimi. (W mieszkaniu mam jeszcze kilka szuflad z narzędziami i materiałami nie modelarskimi a raczej remontowo- budowlanymi). Jakiś czas było wszystko dobrze i blender, a właściwie jego przystawka bez jednego drutu też dawała radę. Jednak jesienią podczas przymiarki do robienia kolejnego już „grzybka” pękł drugi drut.

Muszę przyznać, że bardzo się tym zmartwiłem, bo z 5 drutów jakie miała końcówka sprawne zostały już tylko 3. Ja nie jestem może jakimś wielkim fanem tej potrawy, ale moja żona już tak i „grzybka” zarówno tradycyjnego podawanego z dżemem jak i tego z miodem i owocami, bardzo lubi. Zacząłem więc kombinować jakby to uszkodzenie naprawić i jedyne co przyszło mi do głowy to „główna” szuflada modelarska. Otóż na jej dnie leżą 2 kawałki bardzo przydatnego materiału opisywanego zresztą już na tym blogu dwukrotnie. Ów materiał to kupiona przed laty (w nieistniejącym sklepie modelarskim na Dzielnej) mosiężna rurka o średnicy zewnętrznej 2 i wewnętrznej 1 mm. Rurki tej używam zazwyczaj do przeróbek czy przedłużania osi w modelikach. (Ostatnio opisywałem ją przy okazji prezentacji 30 letniego modelika BMW) Tym razem z rurki odciąłem kawałek długości 1 cm , nasadziłem z obu stron na rozerwany pałąk. Aby obie strony siedziały w rurce tak samo pewnie zgiąłem ją nieco pośrodku a po wsadzeniu drutów zacisnąłem jeszcze kombinerkami .

Od tej trochę może prowizorycznej naprawy „grzybka” robiłem już kilka razy i jak narazie rozwiązanie się sprawdziło do tego stopnia, że zastanawiam się czy nie odszukać kawałków pałąka które pękły za pierwszym razem, nie obsadzić ich w nasadce z powrotem i też nie połączyć mosiężną tulejką w opisany powyżej sposób.

Jak więc widać, moje warsztatowe opisywane tu wielokrotnie poczynania mają zastosowanie nie tylko przy naprawach i przeróbkach modelików. Dzięki nim zgromadziłem całą masę różnych przydatnych narzędzi. Nabrałem wprawy, nauczyłem się cierpliwości i nie poddawania się w różnych z pozoru bardzo trudnych sytuacjach.

Ale wróćmy może do „konia” , który jaki jest każdy widzi.

Na początku lutego kiedy ukazał się w kioskach Star 266 miałem zamiar upolować go w jakim Empiku albo innym Inmedio. Jednak w środę pracowałem w domu (jak już od blisko roku) i nie bardzo mogłem z „domowej pracy ” wyjść. Kiedy skończyłem była 17. 30. Postanowiłem wpaść do kiosku Inmedio w centrum osiedla, ale zanim tam doszedłem wpadłem na bazarek pod moim blokiem do kiosku „Marka” na końcu bazarku i w nim modelik kupiłem. W środę 24 lutego na chwilkę wypadłem ok 14 na bazarek, bo na modeliku Żubra bardzo mi zależało. Tym razem nie doszedłem nawet do kiosku „Marka”, w którym dwa tygodnie wcześniej kupiłem stara. Modelik dopadłem w znajomym kiosku „u Asi” już na samym początku bazarku:

Na początku miałem wątpliwości co modelik właściwie przedstawia? (Późnego Żubra A80 czy pierwszego Jelcza 315)

Jednak po dokładnym obejrzeniu w Internecie zdjęć samochodu wątpliwości moje się nieco rozwiały .

Kabina to absolutnie Żubr A80, a nie późniejszy nieco Jelcz 315 z kabiną „starego” typu (jaką też dobrze dzieciństwa pamiętam)

Aby była pełnia szczęścia przydało by się przerobić, a właściwie dorobić widoczne z zewnątrz piasty tylnego mostu. Ale niestety w Internecie nie znalazłem zdjęć na tyle dobrych, że na ich podstawie można by takie piasty dorobić.

A tak mamy to do czynienia z modelikiem późnego Żubra A80, w którym zepsuł się most, wsadzono więc ten z Jelcza 315 .

Modelik jednak tak, czy owak bardzo mi się podoba,

pozdrawiam

P.S.

Ten wpis był przygotowywany pod opis modelika Star 266, ale że jakoś trochę się z nim zeszło i w międzyczasie kupiłem kolejną „kultową” ciężarówkę postanowiłem pokazać tę bardziej aktualną. A z przygotowań zostało tu coś takiego:

Mój stary „Star” przez mój mnie wiezie kraj… Lekturę tego naprawdę ciekawego artykułu oczywiście polecam

A skoro już poruszyłem tutaj wątek kulinarny to jeszcze jedno zdjęcie, które wiąże się i z kulinariami i z „warsztatowymi przygodami”

Samodzielnie zmontowana zabudowa kuchni z płytą indukcyjną, zmywarką zlewozmywakiem, piekarnikiem i okapem podłączonym do wentylacji. To kuchnia w kawalerce mojej córki. Dolną część złożyłem półtora roku temu. Ikea, gdzie meble zamówiliśmy, kazała czekać na montaż ok 6 tygodni, a w ogóle chyba nie miała na to ochoty (bo całość trochę za tania) Córka chciała szybko zamieszkać więc ogarnąć musiałem wszystko sam. Bez „warsztatowego” doświadczenia całej masy narzędzi oraz wyrobionej dzięki modelikom „anielskiej cierpliwości” nie byłoby to możliwe. Do montażu dołu wystarczyły mi moje własne narzędzia.

Górę zmontowałem i podłączyłem do wentylacji jesienią już w trakcie pandemii. I tu były potężne schody. W trakcie wieszania szafek górnych dowierciłem się do instalacji elektrycznej w ścianie nad glazurą. Mocowania szafek trzeba było opuścić i przerobić. Po całej zabawie został mi przyrząd do wykrywania kabli i zbrojeń w ścianach i nowa wiertarka udarowa Celma . Kupiłem ją bo myślałem, że to stary, 30 letni przywieziony jeszcze z kontraktu w Niemczech Bosch robi w trakcie wiercenia tak silne zwarcia, że trzeba było z ochroniarzem biegać do rozdzielni w garażu podziemnym. A to budowlańcy w nowym skądinąd mieszkaniu położyli poziomo kabel akurat w miejscu gdzie wypadało mocowanie górnych szafek.

304. Warsztatowe przygody – Peugeot 605

Wiem, wiem, ten wpis nie jest na czasie ! Niezbyt duży światek kolekcjonerów, czy też zbieraczy samochodzików znów się ożywił (dokładnie jak 12 lat temu). Wszyscy żyją serią „Kultowe ciężarówki z epoki PRLu” i gdzie nie „wdepnę” widzę reklamy starów, jelczy i innych ziłów. Ja spokojnie poczekam do najbliższej środy i udam się do najbliższej galerii handlowej. Mam nadzieję że „na spokojnie” wybiorę sobie modelik, o ile sroga zima mi w tym nie przeszkodzi.

Kilka lat temu niejako zapoczątkowałem nową serię moich warsztatowych opowieści. We wpisie 272. pokazałem kilka może niezbyt dużych, aczkolwiek czasem dość kłopotliwych przeróbek modeli kupionych w początkowej fazie kompletowania mojej kolekcji, a więc jeszcze wczasach PRL. Pomysł nie był zupełnie świeży, bo pierwszy tego rodzaju wpis zamieściłem kolejnych kilka lat wcześniej, chociaż pod zupełnie innym tytułem. Jednak tematyka opisana we wpisie 209 też dotyczyła przeróbek i upiększeń niekoniecznie świeżo kupionych modeli.

Ty razem pragnę opisać przeróbkę którą niejako robiłem na raty, a myślałem nad nią przez wiele, wiele lat, a właściwie od momentu zakupu modelika.

OSTRZEŻENIE !

Ten wpis dotyczy bardzo trudnych napraw i przeróbek modeli – korekt kształtu nadwozia. Nie jest on w żadnym wypadku poradą, ani moją rekomendacją jak powinno się to robić. DLATEGO NIE POLECAM GO W ŻADNYM WYPADKU MIENIEJ DOŚWIADCZONYM KOLEKCJONEROM I MODELARZOM !

Ale może najpierw kilka słów o samochodzie i modeliku .

Dziś już nieco zapomniany Peugeot 605 miał swoją premierę w 1989 roku. Ponieważ w owym właśnie roku przebywałem w Polsce, jego premiera mnie ominęła. Kiedy w lutym 1990 roku (po rocznej przerwie) znów zacząłem pracować w RFN samochodów tych na ulicach Kolonii i Bonn było niewiele i nie zwracałem na nie specjalnej uwagi. Stało się to dopiero rok później w trakcie wspominanej na tym blogu mojej „samochodowej podróży życia”.

Otóż w 1991 roku, w trakcie pobytu na Lazurowym Wybrzeżu, w miejscowości Lelavandou, pod koniec dnia wracaliśmy z ojcem z miasteczka. Camping Du Domaine, na którym biwakowaliśmy, jest dość duży, toteż niektórzy do sklepu lub na plażę podjeżdżali po prostu samochodami.  Na parkingu nieopodal sklepu który był przy plaży, pośrodku campingu stało jak zwykle zaparkowanych kilka aut. Moją uwagę przykuł wówczas nowy Peugeot 605 w stalowym ciemnym kolorze. Wydał mi się wtedy naprawdę dostojny i elegancki i wtedy tak naprawdę zwróciłem na niego uwagę.

Na jego modelik nie zachorowałem, bo takowy miałem już w kolekcji. Kupiłem go dość przypadkowo. Jesienią 1990 roku wybrałem się na wycieczkę gdzieś w okolice Bonn. Nie pamiętam już, czy do Bad Godesberg, czy do Königswinter, w każdym razie na samym początku wycieczki zaplątałem się do jakiegoś salonu Peugeot. A że była to sobota, salon był otwarty. (Wtedy, nawet dla pracującego z granicą Polaka wizyta w takim salonie wiąż była atrakcja). Obejrzałem kilka aut, ale żadne z nich mnie specjalnie nie zainteresowało. Za to w jednej z gablot zauważyłem modelik w skali 1:43. Widoczna na opakowaniu naklejka z ceną 9 marek (DM) jak na salon samochodowy wygórowana nie była, chociaż niska też nie była. Modelik kupiłem bez specjalnego zastanawiania się i pojechałem dalej na wycieczkę. Cieszyłem się, że coś ciekawego udało mi się przypadkowo upolować.

Peugeot 605 Solido

Modelik był i jest w witrynce i pochodzi z serii Hi-Fi firmy Solido. Niestety od samego początku nie był najlepiej wykonany. Kupowane w tamtym czasie w Muzeum Volkswagena w Wolfsburgu modele niemieckiej firmy Schabak, czy nawet kupione na kolońskiej giełdzie Volvo 760 włoskiej firmy Polistil, są od niego dużo lepiej wykonane, a kosztowały niewiele drożej (10 do 12 marek i też są w oryginalnych opakowaniach). Ale cóż, w tamtym czasie w Niemczech zakup modelika VW czy Audi nie stanowił żadnego problemu, gorzej było z modelikami innych, zwłaszcza nie niemieckich marek. Poza tym w owym czasie nawet w RFN wybór zwłaszcza nowych modeli w skali 1:43 wcale oszałamiający nie był. Branża w latach 80- tych przeżywała kryzys (co widać było po wyrobach takich firm jak Norev czy Solido sprzedawanych raczej jako zabawki choć wykonanych dokładnie w skali) Firmy Minichamps jeszcze wtedy nie było. W Europie możliwości dalszej produkcji kurczyły się, a w Chinach produkcja modeli dopiero się właściwie rozkręcała.

Pamiętam, że w Aachen w grudniu 1988 roku w trakcie spaceru po starówce trafiłem do dużego i bardzo ekskluzywnego sklepu z modelami głównie w skali 1:43. Sklep wystrojem przypominał raczej jubilera z wykwintną biżuterią. Był to prawdopodobnie sklep Danhausen  z modelami Pauls Model art , z którego później powstała marka Minichamps. Wystawione tam modeliki aut Ferrari i innych ekskluzywnych marek były pięknie wykonane, za to ich ceny trochę mnie zaszokowały. Ja na modele takich aut wtedy nie chorowałem. W tamtym czasie cieszył mnie każdy kolejny model normalnego popularnego samochodu, bo chciałem w kolekcji mieć to, co mogłem zobaczyć na ulicach. A, chociaż wybór nie był zbyt duży, to zabawa w kolekcjonowanie była naprawdę fajna.

Zaraz po zakupie modelik Peugeot 605 od razu zacząłem poprawiać. Wydłubałem za małe i nie najlepiej wykonane wkładki imitujące lampy przednie i dorobiłem nowe, dokładnie dopasowując je do otworów w nadwoziu. Pomalowałem srebrną farbą poziome listwy atrapy.

Wymieniłem też ośli kół, a przy okazji zwiększyłem ich rozstaw o 1 mm na stronę. Na drzwiach i błotniku przednim nakleiłem cieniutkie poziome paski imitujące boczne listwy odbojowe. (Te ostatnie nawet po 30 latach wciąż trzymają się nadwozia dobrze).

Jak wspomniałem (z mojej ewidencji wynika) modelik kupiłem jesienią 1990 roku, a więc przeróbki jakie wtedy zrobiłem zakończyły na długo modyfikacje modelika, bo ten w grudniu pojechał w raz z innymi do Polski. W RFN pracowałem czasowo i nie miałem zamiaru tam zostać. Sytuacja z przedłużeniem kontraktu wcale nie była pewna, więc w trakcie każdej podróży do Polski wywoziłem kupione w międzyczasie modele. Kiedy w połowie maja 1992 roku musiałem do Polski wrócić na stałe, w kolekcji było już 151 modeli, o 40 więcej niż w momencie zakupu peugeota. Modelik leżał spokojnie w pudle numer 1 i nie miałem zamiaru do niego wracać.

Od czasu do czasu go wyjmowałem, oglądałem, bo o nim pamiętałem. Widziałem, że dobrze byłoby naprawić jakoś jego karoserię tak, aby drzwi ładnie się w niej układały i nie wystawały z nadwozia poza progi o prawie 1 mm na każdą stronę. Wiedziałem, że naprawa nie będzie łatwa toteż zawsze ją odkładałem. Tak mijały kolejne lata a właściwie dekady. Pierwszą próbę naprawy podjąłem chyba kilkanaście lat temu. Zrobiłem ją ad hoc przy jakieś innej okazji. Nie przygotowałem się jednak do niej dobrze.

Modelik, jak zresztą chyba wszystkie, ma brzydką, by nie rzec paskudną wadę fabryczną. O ile nadwozie zostało opracowane dość starannie i zadbano też o detale: koła, plastikowe czarne listwy w zderzakach wykończone od góry chromem, dobrze dopasowane światła tylne, nieźle wykonana deska rozdzielcza, kierownica i fotele, o tyle coś poszło nie tak konstruktorom formy kokilowej, w której odlewane było nadwozie. Możliwe, że skoro modelik już w 1990 roku można było w salonach Peugeot nabyć, a samochód miał premierę w 1989 roku, konstruktorzy i projektanci modelika spieszyli się z wykonaniem go na premierę auta i modelik wyszedł niedopracowany. (Na podwoziu jest zresztą data 05-90 co w modelikach Solido z reguły oznaczało miesiąc i rok wydania.) Możliwe, że chłodzenie formy, które wymaga jednak wielu prób i starannego opracowania nie zostało wykonane dobrze i karoseria po wypadnięciu z formy deformowała się. Szczególnie dobrze widać to od strony podwozia gdzie miedzy nim a karoserią występują spore szpary, praktycznie w innych modelach niespotykane. :

Szczelina wyglądała szczególnie źle w rejonie dolnych krawędzi błotnika przedniego. Nie wnikając specjalnie w szczegóły konstrukcyjne drzwi w starych modelach Solido (nie tylko w tym, ale i wielu innych ) nie mają one typowych zawiasów, (jak w modelach innych producentów) a płaską płetwę z małym rowkiem. Płetwa układa się od wewnątrz na płaskiej powierzchni słupka A i jest do niej dociskana sprężyną. (nieco więcej pokażę tu na innych zdjęciach) Rozwiązanie takie powoduje, że drzwi w modelach Solido nie mają nadmiernych szczelin. Otwierają się i zamykają precyzyjne, są też niemal idealnie dopasowane do nadwozia, a przy otwieraniu nie obcierają lakieru na słupku A.

Wszystko to dotyczy modeli, w których nadwozie, a co za tym idzie otwór drzwiowy, zostały wykonane prawidłowo. Niestety w opisywanym tu modeliku tak nie było. O ile drzwi na słupku A układały się dobrze, to tylna ich część (przy słupku B) odstawała lub drzwi nie domykały się, co widać na pierwszym, ściągniętym z Internetu zdjęciu modelika.

Wiedziałem, że dobrze byłoby ścisnąć nadwozia tak, aby pokazana tu szczelina zniknęła albo przynajmniej zmniejszyła się i stała się równomierna. Na ostatnim zdjęciu wpisu nr 150 pokazane jest małe czerwone imadło . Nie mam go już od wielu lat, bo w trakcie jakiegoś niekoniecznie modelarskiego remontu po prostu pękło. Nad naprawą modelika myślałem latami i zawsze ją odkładałem. Kilkanaście lat temu straciłem trochę cierpliwość do dalszego rozmyślania, wsadziłem modelik w czerwone imadło i zacząłem go powili ściskać w miejscu oznaczonym strzałkami .

Owszem nadwozie trochę ścisnąć się nawet udało, ale efekt był nienajlepszy, by nie rzec fatalny. Nie dość , że drzwi dalej były niedopasowane i przy słupkach B odstawały, to do tego wszystkiego niestety zdeformowała się maska. Jej środek przy szybie wybrzuszył się do góry, a nieco bliżej środka powstało wklęśnięcie na skutek wygięcia się do tyłu wychodzącego z maski (od strony wewnętrznej ) trzpienia na którym osadzona jest sprężyna domykająca drzwi. Próbowałem temu jakoś zaradzić i próbowałem maskę nieco wyprostować. Postanowiłem też pozbyć się wklęśnięcia. Od wewnątrz przyłożyłem mały śrubokręt i uderzyłem w niego młotkiem. Wklęśniecie nieco się cofnęło, ale na powierzchni maski pojawiło się maleńkie niezbyt ładne wybrzuszenie po „pier****nięciu” młotkiem w śrubokręcik. No cóż, co nagle to po diable. Modelik został odlany tak, że maska jest cienka(ma ok 1 mm grubości) zaś słupki i wewnętrzne powierzchnie słupka A są grube – mają ok.2,5 mm. Toteż w modeliku w trakcie ściskania słupki nie wygięły się, a wygięła się maska. Modelik wciąż wyglądał źle, nie miałem do niego już dalej głowy, schowałem go z powrotem do pudełka i pomyślałem: „dobrze, że się nie rozpadł”. Zacząłem nawet zastanawiać się, czy nie upolować na Allegro lub giełdzie kolejnego i nie naprawić go porządnie „zgodnie ze sztuką”.

Opisana tu nieudana próba naprawy a właściwie poprawki modelika odbyła się wiele lat temu . Nad właściwą naprawą modelika myślałem wiele razy. Jako były konstruktor oprzyrządowania tłocznego, a więc inżynier z pewnym doświadczeniem w obróbce plastycznej doszedłem do wniosku, że aby modelik naprawić trzeba od wewnątrz wykonać odpowiednio głębokie nacięcia w odpowiednich miejscach, tak aby osłabić materiał na słupkach A nieco poniżej krawędzi szyb. Maskę trzeba by było zaś wyprostować i wzmocnić (najlepiej poprzecznym nadlewem z żywicy) i dopiero tak przygotowany modelik ścisnąć w dokładnie tym samym miejscu, co za pierwszym razem.

Przez te wszystkie lata miałem w końcu zamiar to zrobić, ale jakoś się nie składało. Tydzień temu, w sobotę zrobiłem z jakieś okazji przegląd pudła nr 1 – z modelami starszymi niż 30 lat. Jak taki przegląd wygląda pokazywałem tu w grudniu. Po jego wykonaniu i oględzinach niektórych modeli schowałem pudło do szafy. W pudle jest chyba 5 warstw ciasno poukładanych modeli. Ponieważ Peugeot leżał prawie na wierzchu, wyciągnąłem go jeszcze raz i pomyślałem, a może coś z nim uda się w końcu zrobić?

W niedzielę przystąpiłem do działania. Naprawę zacząłem od prostowania wygiętej maski :

Ponieważ bolec, na którym jest osadzona sprężyna jest między dwoma innymi (ograniczającymi pionowy skok ośki przedniej) zauważyłem, że jego koniec jest w stosunku do nich przesunięty do tyłu. wsadziłem więc nadwozie modelika w imadło tak aby po ściśnięciu bolec wrócił na swoje pierwotne miejsce.

Udało się, a przy okazji w znacznym stopniu wyprostowała się też maska. Próbowałem ją też ścisnąć w poprzek inna metodą za pomocą wykonanego z małych elektrycznych odpadów przyrządu:

Lub próbować nacisnąć jej krawędź w środku :

Ale ta metoda nie dała widocznego rezultatu, więc wróciłem do ściskania bolca sprężyny imadłem. Przyrząd okazał się jednak za mało sztywny i sam zaczął się wyginać.

Niemniej jednak maskę udało się całkiem dobrze wyprostować. Kiedy uznałem, że nie jest źle, przystąpiłem do operacji przygotowania nadwozia przed właściwym gięciem :

W miejscu zaznaczonym strzałką, wykonałem odpowiednio długi i odpowiednio głęboki rowek, pokazywaną tutaj wiertarką modelarską uzbrojoną w „zużytą” tarczkę do cięcia metalu (o średnicy prawie o połowę mniejszej niż nowa). I tu moja rada: Pamiętajcie, nawet zużyte czy wyeksploatowane narzędzia mogą się w pewnych sytuacjach przydać ! Nie wyrzucajcie ich !

Pierwszy rowek wykonałem po prawej stronie. Właściwie powinienem razu wykonać również drugi po lewej stronie nadwozia, i równomiernie ścisnąć obydwa progi przy błotnikach przednich, ale trochę nie miałem już cierpliwości, bo chciałem przekonać się co z tego wszystkiego wyszło. Nie pamiętam, czy maska był uzbrojona w pokazany tu powyżej przyrząd usztywniający, czy nie, zamontowałem do „pudła” płytkę podwozia (które akurat w ty modeli jest też metalowa i zacząłem do oporu naciskać na prawą stronę przodu progu a tyłu przedniego prawego błotnika zwyczajnie palcami , z całej siły.

Kiedy szczelina między progiem a płytką podwozia zmniejszyła się, zamontowałem w modeliku drzwi po obu stronach i sprawdziłem czy jest poprawa:

Drzwi po prawej stronie (po której błotnik został od środka „podcięty”) ładnie ułożyły się w nadwoziu . Drzwi po lewej, nie nacinanej stronie stronie dalej brzydko odstawały na dole.

Tak więc chyba się udało. Ale efektu nie byłem do końca pewien. Pomyślałem: „może prawa strona była przed naprawą lepsza” i dlatego wszystko tak gładko poszło. To wszystko co tu pokazałem udało się zrobić w niedzielę wieczorem.

Następnego dnia , w poniedziałek musiałem pojechać na dyżur do pracy i do domu wróciłem po 20. Postanowiłem od razu naprawić też lewą stronę. Ale ponieważ nie miałem zaufania do plastikowego w końcu przyrządu usztywniającego maskę, poza tym bałem się też, że z drugą stroną tak gładko nie pójdzie, postanowiłem dorobić zupełnie nowy i zupełnie inny, wykonany tym razem z patyczka po lodach:

Ponownie wyciągnąłem z szafy wiertarkę i tym razem w lewym słupku wykonałem rowek taki sam jak pokazany powyżej. Założyłem przyrząd na maskę, zmontowałem płytkę podwozia (pozbawioną oczywiście kółek) i zacząłem ściskać przód progi po lewej stronie. I tym razem też się udało. Wyciągnięty w niedzielę z pudła numer 1 , był w poniedziałek późnym wieczorem praktycznie naprawiony. Sukces ! Ale czy do końca ? Przecież od zakupu modelika minęło ponad 30 lat. Byłem jednak bardzo zadowolony. Nie tylko nie musiałem kupować drugiego modelika ale udało się naprawić stary .

We wtorek postanowiłem jeszcze raz rozebrać modelik i zrobić jeszcze kilka zdjęć i pokazać „jak pracuje drugi przyrząd” :

Niestety skręciłem go trochę za mocno i popękał. A skoro już modelik rozebrałem, postanowiłem usunąć małe wybrzuszenie na masce, które powstało podczas pierwszej, nieudanej próby „wyprostowania” boków modelika, kilkanaście lat temu. Najpierw stukałem w maskę malutkim młoteczkiem, ale bez rezultatu. Później ustawiłem nadwozie na szpiczastej części średniego młotka . Do maski od zewnątrz przyłożyłem kolejny młotek. A następne trzecim w niego uderzyłem. Wybrzuszenie znacznie się zmniejszyło i jest teraz prawie niewidoczne. Niestety operacji nie wytrzymała powłoka lakiernicza. Odprysk jest co prawda niewielki, bo ma ok 2 x 1 mm. Jest prawie na środku maski, co specjalnie nie razi. Zamalowałem go więc flamastrem, ale docelowo trzeba będzie zrobić zaprawkę .

Cała opisana to zabawa wpisuje się niejako w modny ostatnio i chyba jednak na czasie trend: NIE KUPUJĘ , NAPRAWIAM ! A naprawiony stary modelik dał mi w ubiegłym tygodniu nie mniej frajdy niż kupiony ostatnio Passat !

Modelik nie jest tak wysublimowany jak opisywany tu poprzednio Volkswagen Passat.

Trzeba pamiętać jednak o tym, że jest od niego 25 lat starszy !

Ma jednak klimat i dość dobrze oddaje charakterystyczne linie tego bardzo ładnego samochodu.

Jego nadwozie zaprojektowała słynna włoska firma Pininfarina.

Złośliwi twierdzą, że dwa razy zainkasowała pieniądze za ten sam projekt, a Peugeot 506 jest troszkę przerobioną kopią Alfy 164. Ja tak nie uważam.

A na koniec jeszcze jedno zdjęcie:

Dwa modele Peugeot i obydwa „poprawiane” Solido.

Zielony to 504 Coupe, w którym 2 lata temu przerobiłem ścianę przednią. Ale to już temat na zupełnie inny wpis. A w nim postaram się wyjaśnić, czy taka zabawa, jak tu opisana, w przypadku starych modeli ma sens, czy nie.

pozdrawiam