306. Wesołych Świąt i Jelcz 415

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę

Fiat 125p rally 23b

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.

Ruszyły przygotowania do świąt. Jak na razie udało mi się uprzątnąć witrynę, pochować klika modelików do pudeł, a resztę ułożyć w witrynie tak, aby jakoś to wyglądało, zaś kolekcja w postaci porozstawianych na regale obok witryny pudełeczek i modeli przestała „wylewać się” na mieszkanie. Jutro (w czwartek) wziąłem urlop. Będę walczył dalej (z zakupami i porządkowaniem opuszczonego pokoju córki )

To niestety już trzecie „pandemiczne” święta, kiedy praktycznie nie będziemy się widzieć z bliższą rodziną. Spotkamy się tylko z córką. Kiedy rok temu zaczęła się pandemia, nikt chyba nie spodziewała się, że po roku sytuacja nie tylko nie wróci do normy, ale będzie znacznie trudniejsza niż na początku „zarazy”. O ile rok temu ja, moja rodzina byliśmy w szoku, bo z dnia na dzień w połowie marca zacząłem pracować z domu, o tyle teraz pomimo trudnej sytuacji już trochę przyzwyczaiłem się do ograniczania kontaktów do minimum, unikania większych skupisk i zabezpieczania się maseczką z filtrem.

Dlatego w ubiegłym roku praktycznie nie miałem głowy do modelików i bloga. Od jesieni wznowiłem zakupy nowych modeli i zamieszczanie tu nowych relacji. Na tę sytuację z całą pewnością wpłynęło też ukazanie się nowej serii modeli „Kultowe ciężarówki z epoki PRL”. Półtora roku temu, kiedy w kioskach w niektórych polskich miastach ukazała się seria testowa, (w której ukazały się pierwsze 4 modele ) nie sądziłem, że seria się ukaże. Nie byłem nią zresztą jakoś specjalnie zainteresowany, bo miałem na głowie poważniejsze sprawy. Zawalczyłem o opisywanego tu wtedy stara 25 i na tym się skończyło. Pozostałe modele owszem widziałem na giełdach, ale nie byłem gotów do ich zakupu po ok. 100 zł.

Jeszcze jesienią i na początku tego roku byłem przekonany, że na polskim rynku modeli w skali 1:43 już żadna nowa seria się nie ukaże. Sądząc po liczbie modeli z serii „Kultowe auta PRL” jakie zdominowały aukcje Allegro, byłem przekonany, że żadne wydawnictwo nie zdecyduje się na wydanie nowej serii modeli aut w skali 1:43, bo przecież oprócz wspomnianej serii mniej więcej w tym samym czasie ukazywały się inne serie z modelami samochodów jak chociażby „Legendarne samochody”, „Taksówki świata” czy „Kultowe wozy policyjne”. Ta ostatnia seria zakończyła się dla wszystkich dość niespodziewanie (po ukazaniu się ok 40 numerów). Zaś zanim w kioskach ukazał się ostatni , 192 numer z serii „Kultowe auta PRL” – Fiat 1500 (którego kupiłem, ale nie opisałem), w hipermarketach z AGD i elektroniką pojawiły się modeliki z tejże serii (co prawda tylko niektóre i bez gazetek) ale za to po 15, a nie 27 zł za sztukę. Dlatego też sądziłem, już nic nowego się na rynku nie pojawi. A jednak się myliłem !

W środę 10 marca pobiegłem więc na bazarek i dopadłem modelik Jelcz 415 w kiosku, w którym kupiłem mój pierwszy model z tej serii (Star 266)

Na początku zastanawiałem czy w ogóle go kupować. Samochód pamiętam słabo, bo kiedy się ukazał ja pracowałem już w RFN. A kiedy stamtąd na dobre wróciłem, było już po upadku PRL i samochód nie był specjalnie popularny.

Miałem też wątpliwości co do jaskrawych kolorów modelika. Większość prawdziwych ciężarówek Jelcz 415 jakie spotykało się na drogach miała białą kabinę i szarą skrzynię .

Modelik jednak kolorystycznie prezentuje się świetnie, dlatego go kupiłem.

Nie obyło się jednak bez konieczności poprawek. Już po rozpakowaniu okazało się, że skrzynia i zamocowana na niej plandeka są w widoku z przodu przechylone na jedną stronę w stosunku do kabiny.

Okazało się, że skrzynia nie przylega z przodu do ramy bo z tej ostatniej wystaje nieco niedokładnie do końca wklejony zbiornik paliwa. Trzeba go był z ramy wydłubać , dopasować i całość skręcić jeszcze raz.

Okazało się też, że jeden resor osi przedniej nie do końca był w ramę wciśnięty przez co oś przednia też był przechylona w stosunku do ramy na jedną stronę.

Trzeba więc było zdjęć kabinę i ścisnąć resor z podłogą kabiny kombinerkami aby wszedł do końca na właściwe miejsce. Z przodu się to udało , ale ż tyłu nie bo aby tylne mocowanie wcisnąć tak samo trzeba by tak jak zbiornik paliwa wyrwać z ramy imitację filtra powierza. aby dostać się do tylnego mocowania resoru.

Po zdjęciu kabiny okazało się, że pod nią jest całkiem fajnie wykonana imitacja silnika, której w złożonym modeliku zupełnie ni widać.

Generalnie modelik jest naprawdę fajny i bardzo mi się podoba.

pozdrawiam

305. Czy warsztatowe przygody mogą się przydać ? oraz Żubr A80

Stare polskie porzekadło, a właściwie zwrot z pierwszej polskiej encyklopedii (wydanej jeszcze w 1745 roku ) mówi: Koń jaki jest, każdy widzi. Właściwie to samo i tyle da się powiedzieć o modeliku Żubra, który 24 lutego ukazał się w kioskach w zupełnie nowej serii „Kultowe ciężarówki epoki PRL”. Modelik jest od ponad roku dobrze znany zbieraczom miniaturowych autek i bywalcom „modelikowych ” giełd . Ukazał się po raz pierwszy w „serii testowej” jesienią 2019 roku (wraz z opisywanym tu wtedy modelikiem samochodu Star 25). Pokazywany był zarówno na forum, jak i na wielu innych blogach. Ja o „testowy” modelik nie zawalczyłem. Dlatego teraz po jego zakupie na bazarze pod blokiem nie będę się nad nim specjalnie rozwodził, a ograniczę się do pokazania kilku zdjęć pod koniec tego wpisu.

Tym razem pragnę poruszyć temat „warsztatowy” ale nie w typowym dla tego bloga kontekście napraw i przeróbek modeli, ale a w kontekście przydatności doświadczeń zebranych w „modelikowym” warsztacie, w tak zwanym „życiu codziennym” nie związanym z modelikami. Sprawę tę niejako poruszałem tu już w kliku dość zapomnianych dawnych wpisach dotyczących remontów i wykończenia mieszkania , napraw i wykonania mebli czy też naprawy komputera. Nie zahaczyłem do tej pory jednak w żadnym wypadku o wątek kulinarny .

Teraz zamierzam ten błąd naprawić !

Otóż opiekując się kilka lat temu moją wiekową mamą nauczyłem się od niej robić szybkie, smaczne i proste w przygotowaniu danie . Danie to mama nazywała „grzybek” i my w domu teraz też je tak nazywamy. Do zrobienia „grzybka” potrzebny jest metalowy kubeczek o pojemności „kwaterki” , 2 jajka, mąka pszenna, sól, śmietana 12% lub 18% (jaka jest pod ręką) i odrobinka proszku do pieczenia (ten ostatni zacząłem używać od niedawna) . Przygotowanie wygląda tak: Najpierw do kubeczka wbijam 2 spore jajka ( po ok 60 g) po czym wsypuję 2 czubate łyżki mąki.

To wszystko na początku mieszam. Następnie dodają szczyptę soli (mama tak robiła) czubatą łyżeczkę śmietany. Małą szczyptę proszku do pieczenia (grzybek trochę lepiej rośnie i nie opada tak szybko). Ostatnia operacją to już moja modyfikacja. Po dodaniu śmietany zawartość kubka uzupełniam stopniowo mąką (ok 1 czubata łyżka ale na raty ) tak aby konsystencja była gęsta, ale jednak płynna.

Trzeba to wszystko jeszcze dobrze wymieszać. Mama kiedyś kręciła grzybka ręcznie, łyżką. Ala ja niestety tak nie potrafię, a zresztą od czego nowoczesna technika. Dobrych kilka lat temu wybrałem się z córką po coś do marketu ze sprzętem AGD i wróciłem z niego z blenderem, na zakup którego namówiła mnie córka. Właściwie blender w ostatnich dwóch latach, odkąd córka się wyprowadziła, używany jest chyba tylko do robienia grzybka.

Po wymieszaniu i zaparzeniu herbaty, zawartość kubka wylewa się na rozgrzaną patelnię z odrobiną oliwy czy oleju i smaży po kilka minut po obu stronach, aż do zarumienienia się. Zazwyczaj podawaliśmy „grzybka” posmarowanego dżemem (np. malinowym). Ostatnio , przez pandemię pokój córki zamienił się trochę w „spiżarnię” w której przy wyłączonym ogrzewaniu przechowujemy zapasy np. owoce. A, że jakiś czas temu w pobliskim Topazie zakupiłem w promocji 2 litrowe słoje miodu, postanowiłem „grzybka” zmodyfikować . Po usmażeniu smaruję go miodem i posypuję pokrojonym w kawałki bananem albo (jak na zdjęciu ) gruszką:

Blender nie ma jednak 2 lat ani 5, prędzej coś miedzy 8 a 10. Jakiś rok temu może wcześniej zauważyłem, że druty końcówki do ubijania piany, którą to właśnie kręcę „grzybka” trochę się powyginały. Jeden z nich, którego czubek nie był już obły, a przypominał literę V, próbowałem wyprostować i przywrócić do pierwotnego kształtu. Niestety pękł. Pomyślałem trudno, blender nie jest nowy i bez jednego drutu też da radę. Wyciągnąłem wiec dwa kawałki z obsadki i schowałem jako bardzo przydatny „materiał modelarski” de mojej szuflady z narzędziami modelarskimi. (W mieszkaniu mam jeszcze kilka szuflad z narzędziami i materiałami nie modelarskimi a raczej remontowo- budowlanymi). Jakiś czas było wszystko dobrze i blender, a właściwie jego przystawka bez jednego drutu też dawała radę. Jednak jesienią podczas przymiarki do robienia kolejnego już „grzybka” pękł drugi drut.

Muszę przyznać, że bardzo się tym zmartwiłem, bo z 5 drutów jakie miała końcówka sprawne zostały już tylko 3. Ja nie jestem może jakimś wielkim fanem tej potrawy, ale moja żona już tak i „grzybka” zarówno tradycyjnego podawanego z dżemem jak i tego z miodem i owocami, bardzo lubi. Zacząłem więc kombinować jakby to uszkodzenie naprawić i jedyne co przyszło mi do głowy to „główna” szuflada modelarska. Otóż na jej dnie leżą 2 kawałki bardzo przydatnego materiału opisywanego zresztą już na tym blogu dwukrotnie. Ów materiał to kupiona przed laty (w nieistniejącym sklepie modelarskim na Dzielnej) mosiężna rurka o średnicy zewnętrznej 2 i wewnętrznej 1 mm. Rurki tej używam zazwyczaj do przeróbek czy przedłużania osi w modelikach. (Ostatnio opisywałem ją przy okazji prezentacji 30 letniego modelika BMW) Tym razem z rurki odciąłem kawałek długości 1 cm , nasadziłem z obu stron na rozerwany pałąk. Aby obie strony siedziały w rurce tak samo pewnie zgiąłem ją nieco pośrodku a po wsadzeniu drutów zacisnąłem jeszcze kombinerkami .

Od tej trochę może prowizorycznej naprawy „grzybka” robiłem już kilka razy i jak narazie rozwiązanie się sprawdziło do tego stopnia, że zastanawiam się czy nie odszukać kawałków pałąka które pękły za pierwszym razem, nie obsadzić ich w nasadce z powrotem i też nie połączyć mosiężną tulejką w opisany powyżej sposób.

Jak więc widać, moje warsztatowe opisywane tu wielokrotnie poczynania mają zastosowanie nie tylko przy naprawach i przeróbkach modelików. Dzięki nim zgromadziłem całą masę różnych przydatnych narzędzi. Nabrałem wprawy, nauczyłem się cierpliwości i nie poddawania się w różnych z pozoru bardzo trudnych sytuacjach.

Ale wróćmy może do „konia” , który jaki jest każdy widzi.

Na początku lutego kiedy ukazał się w kioskach Star 266 miałem zamiar upolować go w jakim Empiku albo innym Inmedio. Jednak w środę pracowałem w domu (jak już od blisko roku) i nie bardzo mogłem z „domowej pracy ” wyjść. Kiedy skończyłem była 17. 30. Postanowiłem wpaść do kiosku Inmedio w centrum osiedla, ale zanim tam doszedłem wpadłem na bazarek pod moim blokiem do kiosku „Marka” na końcu bazarku i w nim modelik kupiłem. W środę 24 lutego na chwilkę wypadłem ok 14 na bazarek, bo na modeliku Żubra bardzo mi zależało. Tym razem nie doszedłem nawet do kiosku „Marka”, w którym dwa tygodnie wcześniej kupiłem stara. Modelik dopadłem w znajomym kiosku „u Asi” już na samym początku bazarku:

Na początku miałem wątpliwości co modelik właściwie przedstawia? (Późnego Żubra A80 czy pierwszego Jelcza 315)

Jednak po dokładnym obejrzeniu w Internecie zdjęć samochodu wątpliwości moje się nieco rozwiały .

Kabina to absolutnie Żubr A80, a nie późniejszy nieco Jelcz 315 z kabiną „starego” typu (jaką też dobrze dzieciństwa pamiętam)

Aby była pełnia szczęścia przydało by się przerobić, a właściwie dorobić widoczne z zewnątrz piasty tylnego mostu. Ale niestety w Internecie nie znalazłem zdjęć na tyle dobrych, że na ich podstawie można by takie piasty dorobić.

A tak mamy to do czynienia z modelikiem późnego Żubra A80, w którym zepsuł się most, wsadzono więc ten z Jelcza 315 .

Modelik jednak tak, czy owak bardzo mi się podoba,

pozdrawiam

P.S.

Ten wpis był przygotowywany pod opis modelika Star 266, ale że jakoś trochę się z nim zeszło i w międzyczasie kupiłem kolejną „kultową” ciężarówkę postanowiłem pokazać tę bardziej aktualną. A z przygotowań zostało tu coś takiego:

Mój stary „Star” przez mój mnie wiezie kraj… Lekturę tego naprawdę ciekawego artykułu oczywiście polecam

A skoro już poruszyłem tutaj wątek kulinarny to jeszcze jedno zdjęcie, które wiąże się i z kulinariami i z „warsztatowymi przygodami”

Samodzielnie zmontowana zabudowa kuchni z płytą indukcyjną, zmywarką zlewozmywakiem, piekarnikiem i okapem podłączonym do wentylacji. To kuchnia w kawalerce mojej córki. Dolną część złożyłem półtora roku temu. Ikea, gdzie meble zamówiliśmy, kazała czekać na montaż ok 6 tygodni, a w ogóle chyba nie miała na to ochoty (bo całość trochę za tania) Córka chciała szybko zamieszkać więc ogarnąć musiałem wszystko sam. Bez „warsztatowego” doświadczenia całej masy narzędzi oraz wyrobionej dzięki modelikom „anielskiej cierpliwości” nie byłoby to możliwe. Do montażu dołu wystarczyły mi moje własne narzędzia.

Górę zmontowałem i podłączyłem do wentylacji jesienią już w trakcie pandemii. I tu były potężne schody. W trakcie wieszania szafek górnych dowierciłem się do instalacji elektrycznej w ścianie nad glazurą. Mocowania szafek trzeba było opuścić i przerobić. Po całej zabawie został mi przyrząd do wykrywania kabli i zbrojeń w ścianach i nowa wiertarka udarowa Celma . Kupiłem ją bo myślałem, że to stary, 30 letni przywieziony jeszcze z kontraktu w Niemczech Bosch robi w trakcie wiercenia tak silne zwarcia, że trzeba było z ochroniarzem biegać do rozdzielni w garażu podziemnym. A to budowlańcy w nowym skądinąd mieszkaniu położyli poziomo kabel akurat w miejscu gdzie wypadało mocowanie górnych szafek.

304. Warsztatowe przygody – Peugeot 605

Wiem, wiem, ten wpis nie jest na czasie ! Niezbyt duży światek kolekcjonerów, czy też zbieraczy samochodzików znów się ożywił (dokładnie jak 12 lat temu). Wszyscy żyją serią „Kultowe ciężarówki z epoki PRLu” i gdzie nie „wdepnę” widzę reklamy starów, jelczy i innych ziłów. Ja spokojnie poczekam do najbliższej środy i udam się do najbliższej galerii handlowej. Mam nadzieję że „na spokojnie” wybiorę sobie modelik, o ile sroga zima mi w tym nie przeszkodzi.

Kilka lat temu niejako zapoczątkowałem nową serię moich warsztatowych opowieści. We wpisie 272. pokazałem kilka może niezbyt dużych, aczkolwiek czasem dość kłopotliwych przeróbek modeli kupionych w początkowej fazie kompletowania mojej kolekcji, a więc jeszcze wczasach PRL. Pomysł nie był zupełnie świeży, bo pierwszy tego rodzaju wpis zamieściłem kolejnych kilka lat wcześniej, chociaż pod zupełnie innym tytułem. Jednak tematyka opisana we wpisie 209 też dotyczyła przeróbek i upiększeń niekoniecznie świeżo kupionych modeli.

Ty razem pragnę opisać przeróbkę którą niejako robiłem na raty, a myślałem nad nią przez wiele, wiele lat, a właściwie od momentu zakupu modelika.

OSTRZEŻENIE !

Ten wpis dotyczy bardzo trudnych napraw i przeróbek modeli – korekt kształtu nadwozia. Nie jest on w żadnym wypadku poradą, ani moją rekomendacją jak powinno się to robić. DLATEGO NIE POLECAM GO W ŻADNYM WYPADKU MIENIEJ DOŚWIADCZONYM KOLEKCJONEROM I MODELARZOM !

Ale może najpierw kilka słów o samochodzie i modeliku .

Dziś już nieco zapomniany Peugeot 605 miał swoją premierę w 1989 roku. Ponieważ w owym właśnie roku przebywałem w Polsce, jego premiera mnie ominęła. Kiedy w lutym 1990 roku (po rocznej przerwie) znów zacząłem pracować w RFN samochodów tych na ulicach Kolonii i Bonn było niewiele i nie zwracałem na nie specjalnej uwagi. Stało się to dopiero rok później w trakcie wspominanej na tym blogu mojej „samochodowej podróży życia”.

Otóż w 1991 roku, w trakcie pobytu na Lazurowym Wybrzeżu, w miejscowości Lelavandou, pod koniec dnia wracaliśmy z ojcem z miasteczka. Camping Du Domaine, na którym biwakowaliśmy, jest dość duży, toteż niektórzy do sklepu lub na plażę podjeżdżali po prostu samochodami.  Na parkingu nieopodal sklepu który był przy plaży, pośrodku campingu stało jak zwykle zaparkowanych kilka aut. Moją uwagę przykuł wówczas nowy Peugeot 605 w stalowym ciemnym kolorze. Wydał mi się wtedy naprawdę dostojny i elegancki i wtedy tak naprawdę zwróciłem na niego uwagę.

Na jego modelik nie zachorowałem, bo takowy miałem już w kolekcji. Kupiłem go dość przypadkowo. Jesienią 1990 roku wybrałem się na wycieczkę gdzieś w okolice Bonn. Nie pamiętam już, czy do Bad Godesberg, czy do Königswinter, w każdym razie na samym początku wycieczki zaplątałem się do jakiegoś salonu Peugeot. A że była to sobota, salon był otwarty. (Wtedy, nawet dla pracującego z granicą Polaka wizyta w takim salonie wiąż była atrakcja). Obejrzałem kilka aut, ale żadne z nich mnie specjalnie nie zainteresowało. Za to w jednej z gablot zauważyłem modelik w skali 1:43. Widoczna na opakowaniu naklejka z ceną 9 marek (DM) jak na salon samochodowy wygórowana nie była, chociaż niska też nie była. Modelik kupiłem bez specjalnego zastanawiania się i pojechałem dalej na wycieczkę. Cieszyłem się, że coś ciekawego udało mi się przypadkowo upolować.

Peugeot 605 Solido

Modelik był i jest w witrynce i pochodzi z serii Hi-Fi firmy Solido. Niestety od samego początku nie był najlepiej wykonany. Kupowane w tamtym czasie w Muzeum Volkswagena w Wolfsburgu modele niemieckiej firmy Schabak, czy nawet kupione na kolońskiej giełdzie Volvo 760 włoskiej firmy Polistil, są od niego dużo lepiej wykonane, a kosztowały niewiele drożej (10 do 12 marek i też są w oryginalnych opakowaniach). Ale cóż, w tamtym czasie w Niemczech zakup modelika VW czy Audi nie stanowił żadnego problemu, gorzej było z modelikami innych, zwłaszcza nie niemieckich marek. Poza tym w owym czasie nawet w RFN wybór zwłaszcza nowych modeli w skali 1:43 wcale oszałamiający nie był. Branża w latach 80- tych przeżywała kryzys (co widać było po wyrobach takich firm jak Norev czy Solido sprzedawanych raczej jako zabawki choć wykonanych dokładnie w skali) Firmy Minichamps jeszcze wtedy nie było. W Europie możliwości dalszej produkcji kurczyły się, a w Chinach produkcja modeli dopiero się właściwie rozkręcała.

Pamiętam, że w Aachen w grudniu 1988 roku w trakcie spaceru po starówce trafiłem do dużego i bardzo ekskluzywnego sklepu z modelami głównie w skali 1:43. Sklep wystrojem przypominał raczej jubilera z wykwintną biżuterią. Był to prawdopodobnie sklep Danhausen  z modelami Pauls Model art , z którego później powstała marka Minichamps. Wystawione tam modeliki aut Ferrari i innych ekskluzywnych marek były pięknie wykonane, za to ich ceny trochę mnie zaszokowały. Ja na modele takich aut wtedy nie chorowałem. W tamtym czasie cieszył mnie każdy kolejny model normalnego popularnego samochodu, bo chciałem w kolekcji mieć to, co mogłem zobaczyć na ulicach. A, chociaż wybór nie był zbyt duży, to zabawa w kolekcjonowanie była naprawdę fajna.

Zaraz po zakupie modelik Peugeot 605 od razu zacząłem poprawiać. Wydłubałem za małe i nie najlepiej wykonane wkładki imitujące lampy przednie i dorobiłem nowe, dokładnie dopasowując je do otworów w nadwoziu. Pomalowałem srebrną farbą poziome listwy atrapy.

Wymieniłem też ośli kół, a przy okazji zwiększyłem ich rozstaw o 1 mm na stronę. Na drzwiach i błotniku przednim nakleiłem cieniutkie poziome paski imitujące boczne listwy odbojowe. (Te ostatnie nawet po 30 latach wciąż trzymają się nadwozia dobrze).

Jak wspomniałem (z mojej ewidencji wynika) modelik kupiłem jesienią 1990 roku, a więc przeróbki jakie wtedy zrobiłem zakończyły na długo modyfikacje modelika, bo ten w grudniu pojechał w raz z innymi do Polski. W RFN pracowałem czasowo i nie miałem zamiaru tam zostać. Sytuacja z przedłużeniem kontraktu wcale nie była pewna, więc w trakcie każdej podróży do Polski wywoziłem kupione w międzyczasie modele. Kiedy w połowie maja 1992 roku musiałem do Polski wrócić na stałe, w kolekcji było już 151 modeli, o 40 więcej niż w momencie zakupu peugeota. Modelik leżał spokojnie w pudle numer 1 i nie miałem zamiaru do niego wracać.

Od czasu do czasu go wyjmowałem, oglądałem, bo o nim pamiętałem. Widziałem, że dobrze byłoby naprawić jakoś jego karoserię tak, aby drzwi ładnie się w niej układały i nie wystawały z nadwozia poza progi o prawie 1 mm na każdą stronę. Wiedziałem, że naprawa nie będzie łatwa toteż zawsze ją odkładałem. Tak mijały kolejne lata a właściwie dekady. Pierwszą próbę naprawy podjąłem chyba kilkanaście lat temu. Zrobiłem ją ad hoc przy jakieś innej okazji. Nie przygotowałem się jednak do niej dobrze.

Modelik, jak zresztą chyba wszystkie, ma brzydką, by nie rzec paskudną wadę fabryczną. O ile nadwozie zostało opracowane dość starannie i zadbano też o detale: koła, plastikowe czarne listwy w zderzakach wykończone od góry chromem, dobrze dopasowane światła tylne, nieźle wykonana deska rozdzielcza, kierownica i fotele, o tyle coś poszło nie tak konstruktorom formy kokilowej, w której odlewane było nadwozie. Możliwe, że skoro modelik już w 1990 roku można było w salonach Peugeot nabyć, a samochód miał premierę w 1989 roku, konstruktorzy i projektanci modelika spieszyli się z wykonaniem go na premierę auta i modelik wyszedł niedopracowany. (Na podwoziu jest zresztą data 05-90 co w modelikach Solido z reguły oznaczało miesiąc i rok wydania.) Możliwe, że chłodzenie formy, które wymaga jednak wielu prób i starannego opracowania nie zostało wykonane dobrze i karoseria po wypadnięciu z formy deformowała się. Szczególnie dobrze widać to od strony podwozia gdzie miedzy nim a karoserią występują spore szpary, praktycznie w innych modelach niespotykane. :

Szczelina wyglądała szczególnie źle w rejonie dolnych krawędzi błotnika przedniego. Nie wnikając specjalnie w szczegóły konstrukcyjne drzwi w starych modelach Solido (nie tylko w tym, ale i wielu innych ) nie mają one typowych zawiasów, (jak w modelach innych producentów) a płaską płetwę z małym rowkiem. Płetwa układa się od wewnątrz na płaskiej powierzchni słupka A i jest do niej dociskana sprężyną. (nieco więcej pokażę tu na innych zdjęciach) Rozwiązanie takie powoduje, że drzwi w modelach Solido nie mają nadmiernych szczelin. Otwierają się i zamykają precyzyjne, są też niemal idealnie dopasowane do nadwozia, a przy otwieraniu nie obcierają lakieru na słupku A.

Wszystko to dotyczy modeli, w których nadwozie, a co za tym idzie otwór drzwiowy, zostały wykonane prawidłowo. Niestety w opisywanym tu modeliku tak nie było. O ile drzwi na słupku A układały się dobrze, to tylna ich część (przy słupku B) odstawała lub drzwi nie domykały się, co widać na pierwszym, ściągniętym z Internetu zdjęciu modelika.

Wiedziałem, że dobrze byłoby ścisnąć nadwozia tak, aby pokazana tu szczelina zniknęła albo przynajmniej zmniejszyła się i stała się równomierna. Na ostatnim zdjęciu wpisu nr 150 pokazane jest małe czerwone imadło . Nie mam go już od wielu lat, bo w trakcie jakiegoś niekoniecznie modelarskiego remontu po prostu pękło. Nad naprawą modelika myślałem latami i zawsze ją odkładałem. Kilkanaście lat temu straciłem trochę cierpliwość do dalszego rozmyślania, wsadziłem modelik w czerwone imadło i zacząłem go powili ściskać w miejscu oznaczonym strzałkami .

Owszem nadwozie trochę ścisnąć się nawet udało, ale efekt był nienajlepszy, by nie rzec fatalny. Nie dość , że drzwi dalej były niedopasowane i przy słupkach B odstawały, to do tego wszystkiego niestety zdeformowała się maska. Jej środek przy szybie wybrzuszył się do góry, a nieco bliżej środka powstało wklęśnięcie na skutek wygięcia się do tyłu wychodzącego z maski (od strony wewnętrznej ) trzpienia na którym osadzona jest sprężyna domykająca drzwi. Próbowałem temu jakoś zaradzić i próbowałem maskę nieco wyprostować. Postanowiłem też pozbyć się wklęśnięcia. Od wewnątrz przyłożyłem mały śrubokręt i uderzyłem w niego młotkiem. Wklęśniecie nieco się cofnęło, ale na powierzchni maski pojawiło się maleńkie niezbyt ładne wybrzuszenie po „pier****nięciu” młotkiem w śrubokręcik. No cóż, co nagle to po diable. Modelik został odlany tak, że maska jest cienka(ma ok 1 mm grubości) zaś słupki i wewnętrzne powierzchnie słupka A są grube – mają ok.2,5 mm. Toteż w modeliku w trakcie ściskania słupki nie wygięły się, a wygięła się maska. Modelik wciąż wyglądał źle, nie miałem do niego już dalej głowy, schowałem go z powrotem do pudełka i pomyślałem: „dobrze, że się nie rozpadł”. Zacząłem nawet zastanawiać się, czy nie upolować na Allegro lub giełdzie kolejnego i nie naprawić go porządnie „zgodnie ze sztuką”.

Opisana tu nieudana próba naprawy a właściwie poprawki modelika odbyła się wiele lat temu . Nad właściwą naprawą modelika myślałem wiele razy. Jako były konstruktor oprzyrządowania tłocznego, a więc inżynier z pewnym doświadczeniem w obróbce plastycznej doszedłem do wniosku, że aby modelik naprawić trzeba od wewnątrz wykonać odpowiednio głębokie nacięcia w odpowiednich miejscach, tak aby osłabić materiał na słupkach A nieco poniżej krawędzi szyb. Maskę trzeba by było zaś wyprostować i wzmocnić (najlepiej poprzecznym nadlewem z żywicy) i dopiero tak przygotowany modelik ścisnąć w dokładnie tym samym miejscu, co za pierwszym razem.

Przez te wszystkie lata miałem w końcu zamiar to zrobić, ale jakoś się nie składało. Tydzień temu, w sobotę zrobiłem z jakieś okazji przegląd pudła nr 1 – z modelami starszymi niż 30 lat. Jak taki przegląd wygląda pokazywałem tu w grudniu. Po jego wykonaniu i oględzinach niektórych modeli schowałem pudło do szafy. W pudle jest chyba 5 warstw ciasno poukładanych modeli. Ponieważ Peugeot leżał prawie na wierzchu, wyciągnąłem go jeszcze raz i pomyślałem, a może coś z nim uda się w końcu zrobić?

W niedzielę przystąpiłem do działania. Naprawę zacząłem od prostowania wygiętej maski :

Ponieważ bolec, na którym jest osadzona sprężyna jest między dwoma innymi (ograniczającymi pionowy skok ośki przedniej) zauważyłem, że jego koniec jest w stosunku do nich przesunięty do tyłu. wsadziłem więc nadwozie modelika w imadło tak aby po ściśnięciu bolec wrócił na swoje pierwotne miejsce.

Udało się, a przy okazji w znacznym stopniu wyprostowała się też maska. Próbowałem ją też ścisnąć w poprzek inna metodą za pomocą wykonanego z małych elektrycznych odpadów przyrządu:

Lub próbować nacisnąć jej krawędź w środku :

Ale ta metoda nie dała widocznego rezultatu, więc wróciłem do ściskania bolca sprężyny imadłem. Przyrząd okazał się jednak za mało sztywny i sam zaczął się wyginać.

Niemniej jednak maskę udało się całkiem dobrze wyprostować. Kiedy uznałem, że nie jest źle, przystąpiłem do operacji przygotowania nadwozia przed właściwym gięciem :

W miejscu zaznaczonym strzałką, wykonałem odpowiednio długi i odpowiednio głęboki rowek, pokazywaną tutaj wiertarką modelarską uzbrojoną w „zużytą” tarczkę do cięcia metalu (o średnicy prawie o połowę mniejszej niż nowa). I tu moja rada: Pamiętajcie, nawet zużyte czy wyeksploatowane narzędzia mogą się w pewnych sytuacjach przydać ! Nie wyrzucajcie ich !

Pierwszy rowek wykonałem po prawej stronie. Właściwie powinienem razu wykonać również drugi po lewej stronie nadwozia, i równomiernie ścisnąć obydwa progi przy błotnikach przednich, ale trochę nie miałem już cierpliwości, bo chciałem przekonać się co z tego wszystkiego wyszło. Nie pamiętam, czy maska był uzbrojona w pokazany tu powyżej przyrząd usztywniający, czy nie, zamontowałem do „pudła” płytkę podwozia (które akurat w ty modeli jest też metalowa i zacząłem do oporu naciskać na prawą stronę przodu progu a tyłu przedniego prawego błotnika zwyczajnie palcami , z całej siły.

Kiedy szczelina między progiem a płytką podwozia zmniejszyła się, zamontowałem w modeliku drzwi po obu stronach i sprawdziłem czy jest poprawa:

Drzwi po prawej stronie (po której błotnik został od środka „podcięty”) ładnie ułożyły się w nadwoziu . Drzwi po lewej, nie nacinanej stronie stronie dalej brzydko odstawały na dole.

Tak więc chyba się udało. Ale efektu nie byłem do końca pewien. Pomyślałem: „może prawa strona była przed naprawą lepsza” i dlatego wszystko tak gładko poszło. To wszystko co tu pokazałem udało się zrobić w niedzielę wieczorem.

Następnego dnia , w poniedziałek musiałem pojechać na dyżur do pracy i do domu wróciłem po 20. Postanowiłem od razu naprawić też lewą stronę. Ale ponieważ nie miałem zaufania do plastikowego w końcu przyrządu usztywniającego maskę, poza tym bałem się też, że z drugą stroną tak gładko nie pójdzie, postanowiłem dorobić zupełnie nowy i zupełnie inny, wykonany tym razem z patyczka po lodach:

Ponownie wyciągnąłem z szafy wiertarkę i tym razem w lewym słupku wykonałem rowek taki sam jak pokazany powyżej. Założyłem przyrząd na maskę, zmontowałem płytkę podwozia (pozbawioną oczywiście kółek) i zacząłem ściskać przód progi po lewej stronie. I tym razem też się udało. Wyciągnięty w niedzielę z pudła numer 1 , był w poniedziałek późnym wieczorem praktycznie naprawiony. Sukces ! Ale czy do końca ? Przecież od zakupu modelika minęło ponad 30 lat. Byłem jednak bardzo zadowolony. Nie tylko nie musiałem kupować drugiego modelika ale udało się naprawić stary .

We wtorek postanowiłem jeszcze raz rozebrać modelik i zrobić jeszcze kilka zdjęć i pokazać „jak pracuje drugi przyrząd” :

Niestety skręciłem go trochę za mocno i popękał. A skoro już modelik rozebrałem, postanowiłem usunąć małe wybrzuszenie na masce, które powstało podczas pierwszej, nieudanej próby „wyprostowania” boków modelika, kilkanaście lat temu. Najpierw stukałem w maskę malutkim młoteczkiem, ale bez rezultatu. Później ustawiłem nadwozie na szpiczastej części średniego młotka . Do maski od zewnątrz przyłożyłem kolejny młotek. A następne trzecim w niego uderzyłem. Wybrzuszenie znacznie się zmniejszyło i jest teraz prawie niewidoczne. Niestety operacji nie wytrzymała powłoka lakiernicza. Odprysk jest co prawda niewielki, bo ma ok 2 x 1 mm. Jest prawie na środku maski, co specjalnie nie razi. Zamalowałem go więc flamastrem, ale docelowo trzeba będzie zrobić zaprawkę .

Cała opisana to zabawa wpisuje się niejako w modny ostatnio i chyba jednak na czasie trend: NIE KUPUJĘ , NAPRAWIAM ! A naprawiony stary modelik dał mi w ubiegłym tygodniu nie mniej frajdy niż kupiony ostatnio Passat !

Modelik nie jest tak wysublimowany jak opisywany tu poprzednio Volkswagen Passat.

Trzeba pamiętać jednak o tym, że jest od niego 25 lat starszy !

Ma jednak klimat i dość dobrze oddaje charakterystyczne linie tego bardzo ładnego samochodu.

Jego nadwozie zaprojektowała słynna włoska firma Pininfarina.

Złośliwi twierdzą, że dwa razy zainkasowała pieniądze za ten sam projekt, a Peugeot 506 jest troszkę przerobioną kopią Alfy 164. Ja tak nie uważam.

A na koniec jeszcze jedno zdjęcie:

Dwa modele Peugeot i obydwa „poprawiane” Solido.

Zielony to 504 Coupe, w którym 2 lata temu przerobiłem ścianę przednią. Ale to już temat na zupełnie inny wpis. A w nim postaram się wyjaśnić, czy taka zabawa, jak tu opisana, w przypadku starych modeli ma sens, czy nie.

pozdrawiam

303. Na dobry początek roku – Volkswagen Passat B8

W ubiegłym roku , głównie chyba z powodu pandemii i odwołania kolejnych „modelikowych” giełd kupiłem raptem 4 modele. Trzy na marcowej giełdzie (przy czym jeden to właściwie pół-wrak, albo do remontu, albo „na kółka”. Na ostatnią wrześniową giełdę (wspólną ze zbieraczami modeli kolejek) nie pojechałem. Po prostu szkoda mi było pogody i wybraliśmy się z żoną nad Zalew Zegrzyński, który w ubiegłym „pandemicznym” roku odkrywałem niejako na nowo. Czwarty model wylicytowałem w listopadzie. Jakiś miesiąc wcześniej przypadkowo zauważyłem, że jakimś cudem na Allegro zaczęły się pojawiać autobusy w francuskiej serii gazetowej w całkiem rozsądnych cenach.

Po zakupie Jelcza PR100 wstąpił we mnie mocno już nadwątlony (nie tylko Covidem) „duch kolekcjonerski” i znów po bardzo długiej przerwie zacząłem codziennie, mozolnie przeglądać na Allegro świeże oferty modeli. Niedługo po zakupie modelika autobusu, zauważyłem na jednej z aukcji modelik auta Volkswagen Passat Variant (B8) wystawiony przez jednego z podkarpackich dealerów tej marki . Modelik był wystawiony za 65 zł. Kilka dni później ten sam dealer wystawił sedana za 66zł, który w dziwnych okolicznościach szybko z oferty zniknął.

Dość szybko połapałem się, o co może chodzić. Volkswagen Passat Variant (B8) został oficjalnie zaprezentowany w 2014 roku. A więc jego kariera (znając dotychczasową historię modelu) z całą pewnością dobiega końca, a co za tym idzie dealerzy i dystrybutor pozbywają się z magazynów gadżetów związanych z tym autem, a zatem i modelików.

Postanowiłem zatem zdobyć w jakiś sposób modelik auta, które nie dość, że od początku bardzo mi się spodobało, to jeszcze w Warszawie można je spotkać niemal na każdym kroku. Zadzwoniłem więc do dealera VW na Pradze, ale tam modelików nie było. Miałem cichą nadzieję kupić u dealera modelik za okazyjną cenę na takiej samej zasadzie, na jakiej swego czasu kupiłem opisywany tu modelik Passata B6 . Jednak tym razem nie wszystko szło gładko. Po obdzwonieniu warszawskich dealerów okazało się, że żaden poszukiwanych modelików nie ma, nie ma ich też na stanie w magazynie centralnym, z którego swego czasu był ściągany wspomniany tu modelik B6 . Jednak pracownik jednego z działów części podał, że większą ilość modeli posiada na stanie dealer grupy VAG we Wrocławiu . Wszedłem na jego stronę i niemal od razu trafiłem na sklep internetowy. Na stronie wrzuciłem numer katalogowy modelika (znaleziony w Internecie) i okazało się , że dealer ma całą gamę modelików w liczbie po ok. 30 sztuk i cenie ok. 45 zł . Pomyślałem dobra nasza i zadzwoniłem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że dealer wystawił modeliki na Allegro. Niestety nie udało mi się ich znaleźć. W trakcie kolejnej rozmowy sprzedawca części podał mi numer aukcji i kiedy go wklepałem modelik rzeczywiście na Allegro się pokazał . Po chwili kiedy zamknąłem stronę zniknął i znów nie mogłem go znaleźć. Po kolejnym telefonie do dealera znów uzyskałem dostęp do aukcji. Okazało się, że modeliki nie zostały wystawione w kategorii „Kolekcje – modele samochodów 1:43”, ale jako gadżety w kategorii „Motoryzacja”. Dlatego wyszukiwanie aukcji ani po nazwie „passat” ani po numerze części nie dawało rezultatu. Na domiar złego okazało się, że dealer na Allegro sprzedaje modele po 70 zł . Dla mnie od kilku dobrych lat, a właściwie od czasów serii „Kultowe auta PRL” jest to tak zwana „kwota graniczna” jaką jestem gotów dać za modelik auta osobowego w skali 1:43. Aukcję wrzuciłem zatem do „obserwowanych” bo musiałem się nad zakupem zastanowić.

Jakiś tydzień temu córka pochwaliła się, że jako studentka przez pół roku nie płaci na Allegro za przesyłkę przy zakupie powyżej 40 zł. To była dobra informacja, ale 13 stycznia na Allegro pojawił się prawdziwy wysyp modelików Star 25. Okazało się, że tego dnia ruszyła sprzedaż nowej „kultowej” serii wydawnictwa De Agostini . Postanowiłem zatem odpuścić sobie zakup passata i zacząłem czytać wątek na forum motoshowminiatura dotyczący nowej kolekcji

W poprzedni weekend przeglądając jak co dzień wieczorem świeżo wystawione modele, zajrzałem do „obserwowanych” aukcji. I tu okazało się, że obserwowany modelik nie kosztuje 70 zł a nie widzieć czemu 60 zł. W niedzielę wieczorem wysłałem zatem link do aukcji córce. Następnego dnia otrzymałem informację, że zamówiła modelik, a we wtorek, że właśnie przyszedł i tego dnia odebrałem od córki sporą paczkę, a w niej:

Volkswagen Passat B8 w skali 1:43 wykonany przez renomowaną firmę modelarską Herpa.

Początkowo miałem zamiar kupić kilka modeli i wybrać najciekawszy kolorystycznie, ale gdy okazało się że model kosztuje 60 a nie 44 zł zrezygnowałem zakupu modelika granatowego i postanowiłem kupić ciemne bordo, bo kiedy przejrzałem moją listę innych modelików aut marki Volkswagen doszedłem do wniosku, że dość mam modeli granatowych, szarych i srebrnych i czas na jakąś odmianę.

Tak szczerze mówiąc cudów się nie spodziewałem, a nawet spodziewałem się jakichś niedoróbek. Nie wiem dlaczego, ale z mojego doświadczenia wynika, że modele sprzedawane w salonach jako gadżety są często wykonane nieco gorzej, niż te same sprzedawane w sklepach modelarskich jako okazy kolekcjonerskie. Tak niestety było już 30 lat temu i chyba wiele się nie zmieniło, aczkolwiek mogę się mylić.

Na różnych zdjęciach znalezionych w sieci widać np. że prawa tylna lampa zapada się nieco w nadwozie. Cóż jest to chyba wada fabryczna tych modeli, bo mój też ją ma. Po lewej stronie jest idealnie, po prawej gorzej, ale tragedii nie ma więc nie będę tego ruszał, zwłaszcza, że kiedy odkręciłem modelik od podstawki okazało się, że nie bardzo wiadomo jak go rozebrać, bo śrubki mocujące podwozie zostały dobrze ukryte :

Przy okazji wyjęcia modelika z opakowania ujawniła się też druga drobna i niekoniecznie rażąca wada, którą usunąłem całkiem przypadkowo, ale nerwów kosztowało mnie to co niemiara.

Otóż w modeliku, o ile oś przednia jest zarówno na wysokość jak i porzecznie wykonana idealnie, o tyle tylna „pływała” na jeden bok ok 1mm, to znaczy, że gdy koło z jednej strony wychodziło poza obrys nadwozia ,z drugiej nieco się w nim zapadało. Modelik dało się ustawić tak, że koła były równo, ale bazując na moim dość bogatym doświadczeniu z poprawek modelików z serii „Kultowe auta PRL” pomyślałem, że może da się temu niewielkim wysiłkiem zaradzić.

Początkowo próbowałem delikatnie obrócić koła względem siebie (pokręcając za opony) tak aby jedno wykręcić z ośki i wyjąć kółka wraz z ośką z modelika. Niestety szybko okazało się że opony ślizgają się po felgach i raczej trzeba je z felg zdjąć. Trochę na próbę ściągnąłem nie do końca oponę z tylnej prawej felgi i zacząłem kombinować, czy ta operacja coś da. Doszedłem do wniosku, że poprawkę sobie na razie odpuszczę i zacząłem zakładać oponę z powrotem. Opony w modeliku są bardzo szerokie w stosunku do wysokości i zakładanie z powrotem nie szło zupełnie gładko. Pod koniec okazało się, że od podwozia odkleił się kawałek płytki-osłony zakrywającej oś, Oś wyskoczyła z prowadnic i nie dała się już nijak na miejsce wcisnąć. Modelik stał krzywo i wyglądał fatalnie. Pomyślałem „no ładnie, dzień po zakupie i już popsułem” . Trzeba było zatem całe podwozie rozebrać:

Podważając delikatnie nożykiem modelarskim w okolicach mocowania udało się najpierw wyciągnąć imitację układu wydechowego, następnie tą samą metodą udało się wyjąć czarną wkładkę podwozia, którą przykryta jest ośka. Po wyjęciu okazało się, bolce mocujące w tylnej części wkładki zachowały się (jeden nienaruszony, drugi się nadłamał i trzeba go było skleić). Niestety bolce w przedniej części wkładki , właśnie w okolicy ośki uległy zniszczeniu . To znaczy jeden ułamał się jeszcze w fabryce, w trakcie montowania modelika, bo nie siedział w otworze a był tuż obok niego po prostu przyklejony na płasko do płytki podwozia. To dlatego przy próbie zakładania opony płytka się od podwozia częściowo oderwała, nie była bowiem właściwie przymocowana. Bolec zaś mocujący ją z przodu z drugiej strony musiałem rozerwać, aby płytę do końca z podwozia wyjąć. Przy okazji okazało się dlaczego ośka „pływała”:

Otóż modelik jest wyposażony (jak na prawdziwy model kolekcjonerski przystało ) w imitacje nieruchomych tarcz wraz zaciskami, ukrytych wewnątrz felg i zabezpieczonych przed obrotem za pomocą prostokątnych nadlewików wchodzących w wykonane w płytce podwozia zagłębienia, (zaznaczone strzałką). Niby nic szczególnego, ot rozwiązanie znane od lat z tanich modeli Cararama. Niestety nie w każdym przypadku sensowne. Ma ono sens przy ażurowych np. pięcioramiennych felgach z dużymi otworami , przez które tarcze takie widać. Przez piękne również ażurowe, ale dziesięcioramienne felgi passata tarcze, a już tym bardziej zaciski są nawet pod lupą mało widoczne, całe zaś rozwiązanie komplikuje budowę „zawieszenia” modelika. W przypadku mojego modelika bolce zabezpieczające imitacje tarcz przed obrotem były różnej długości (ot taka kolejna drobna wada montażowa). Dało się ją usunąć i dokleić maleńki niebieski kawałek zaznaczony strzałką.

Wszystko fajnie, kiedy człowiek do naprawy, przeróbki jest przygotowany. Ma oczyszczony stół , przygotowane narzędzia, modelik jest znany od jakiegoś czasu, zdążyło się go dokładnie wielokrotnie obejrzeć i ustalić, jak go np. trzymać w trakcie napraw, aby w innym miejscu niż naprawiane nie spowodować większych szkód, co niestety i tak się zdarza i to wcale nierzadko. Inna prawda jest też taka, że jeśli naprawy czy przeróbki nie wykona się ad hoc, model może czekać na nią latami bo zawsze inne sprawy będą miały priorytet.

Tu awaria spowodowana niewłaściwym montażem osłony podwozia nastąpiła nagle, kilkanaście minut po wyłączeniu w służbowym komputerze aplikacji do pracy w trybie Home Office . Wszystko trzeba było robić szybko , trochę na „czuja” (bo nigdy nie wiadomo czy dany element da się wymontować, czy trzeba go będzie „wyrwać”) . Na domiar złego, co chwilę dzwoniła córka i pyta, czy sprawdziłem zrobione przez nią tłumaczenia (z angielskiego na niemiecki).

Wczoraj około godz. 19 myślałem już, że „Szlag mnie z tym wszystkim trafi”. Otóż źle przyklejony bolec mocujący osłonę na samym początku wypadł z modelika. Miał ok 2 mm długości i 1 mm grubości (jak wszystkie pozostałe) . Postanowiłem go wykorzystać. W okolicy tylnej przekładni (modelik choć słabo, przedstawia wersję auta 4×4) a właściwie pod nią w płytce podwozia wywierciłem otwór 1 mm. Z trudem używając najpierw pensetki, a następnie patyczka z grubej specjalnej zapałki, w której też nawierciłem otworek o średnicy 1mm udało mi się „odzyskany” bolec wepchnąć w wywiercony w płytce podwozia otwór. Miałem zamiar następnie przykleić osłonę do wetkniętego w płytkę podwozia bolec, ale ten wszedł w otwór za głęboko i niestety nie dało się już go wyjąć.

I tu zupełnie ad hoc wpadłem na może niezbyt elegancki modelarsko pomysł – „ćwiekowanie”. Otóż przewierciłem wiertłem 1mm obydwa mocowane elementy (osłonę i płytkę podwozia) na wylot. Następnie wepchnąłem w otwór „wygnieconą” nieco wykałaczkę. Otóż zwykła drewniana wykałaczka kiedy wpycha się ją w wywiercony np. w twardym plastiku otwór „układa się” tworząc (tylko do pewnej grubości) dokładnie walcowy kształt bolca na długości ok 5 mm. Tak spreparowaną wykałaczkę wepchnąłem w miejsce połączenia zaś wystającą na zewnątrz grubszą część odciąłem. W ten sposób osłonę uzbroiłem w mocny bo drewniany dodatkowy bolec mocujący, który zastąpił 2 urwane oryginalne. Po ok 2 godzinach walki modelik był naprawiony .

Co jednak powodowało u mnie najgorszy stres? Z naprawą mechaniczną podwozia wiedziałem, że tak czy owak sobie poradzę, ale czy nie uszkodzi się przy tym najbardziej widoczna powierzchnia zewnętrzna modelika ?

Otóż kilku lat temu zauważyłem, że producenci modeli zwłaszcza tych droższych zaczęli do bardzo drobnych elementów takich jak listwy wokół okien stosować farby czy powłok imitujących do złudzenia chrom. Błyszczy to pięknie , wygląda atrakcyjnie, ale nie jest to do końca rozwiązanie sensowne zwłaszcza w przypadku modeli aut współczesnych, czy zupełnie nowych. Dlaczego?

Z rozwiązaniem takim spotkałem się w opisywanych tu modelach Mercedes-Benz klasy E (firmy Schuco) czy Opel Astra J (firmy Minichamps) , a teraz właśnie w opisywanym modelu wyprodukowanym przez firmę Herpa. Cóż ktoś powie postęp technologiczny , lepsza jakość . Jednak ja jestem zdecydowanie zwolennikiem rozwiązania stosowanego w starszych lub tańszych modelach np. z serii gazetowych. W takich modelach ramki okien czy inne drobne elementy były po prostu malowane dobrej jakości srebrną farbą i moim zdaniem było to rozwiązanie dobre.

Rozumiem tego rodzaju „fanaberię” w postaci chromowanych ramek w modeliku zabytkowego Bentleya czy Alfa Romeo Giulia GTA (pokazanej w albumach obok) a również wyprodukowanej przez firmę Minichamps. Ale wspomniane tu to modele z serii limitowanych, modele, które w cenie poniżej 100 zł kupić jest raczej trudno, poza tym imitują auta sprzed 50 czy 60 lat, które prawdziwym chromem niemal ociekały. Stosowanie ramek imitujących chrom w modelach współczesnych samochodów uważam za nie do końca trafione. Albowiem w większości prawdziwych aut drobne ozdobne elementy wcale nie są chromowane , a przeważnie wykonane są z polerowanego aluminium .

Ktoś może powiedzieć, że się czepiam i nie idę z duchem czasu. Otóż największą wadą obecnie stosowanego rozwiązania w stosunku do starego jest jego trwałość. Nie daj boże dotknąć niechcący zatłuszczonym nieco palcem takiego elementu . Chrom bardzo łatwo schodzi w przeciwieństwie do starej mocnej srebrnej farby. Najgorsze jest jednak to, że w przypadku tak drobnych elementów naprawa uszkodzenia jest zupełnie niemożliwa. Dlatego opisywane tu powyżej prace były dla mnie źródłem dodatkowego stresu. Pamiętałem o tym, że musze unikać dotykania chromowanych elementów, które potrafią się uszkodzić np. przy przestawianiu modelika lub wyjmowaniu go z witryny. Przy jakichś przeróbkach, czy naprawach modelik trzyma się po prostu w ręku i nie sposób przy różnych jego ułożeniach uniknąć dotykania miejsc „wrażliwych”. A tak na marginesie, zbieranie modelików, które powinny być zawsze przykręcone do podstawki i najlepiej podziwiane przez witrynkę, uważam za bezcelowe !

Na szczęście tym razem udało się większych szkód uniknąć. Modelik stoi teraz prawidłowo jeździ prawidłowo i tak też wygląda.

Kolor modelika jest „trudny”. Aby oddać jego urok trzeba by zrobić specjalną sesję zdjęciową w specjalnym oświetleniu.

Słabe styczniowe słońce niestety nie jest w stanie „wydobyć” niuansów lakieru jakim modelik został pomalowany.

Może kiedyś uda mi się latem wykonać lepsze zdjęcia, wtedy je tu wstawię.

Pomimo przytoczonych tu narzekań muszę przyznać, że z zakupu jestem bardzo zadowolony

pozdrawiam

P.S. 31. stycznia 2021

Dziś opóźniony z powodu pandemii FINAŁ

orkiestra-logo-2b

Wczoraj wieczorem w Warszawie była niezła śnieżyca. Pomimo tego poszedłem do pobliskiego sklepu kupiłem parę rzeczy i wypłaciłem troszkę gotówki. Dziś była piękna pogoda i podjechaliśmy na pobliskie osiedle Wilno po córkę. Ledwie zaparkowałem samochód a już podeszły do mnie mama z córkę przebrane za smoki. Szczerze mówiąc w takim miejscu nie spodziewałem się wysłanników orkiestry. Wsunąłem do puszki wypłacony wczoraj banknot 10 zł.

302. Wesołych Świąt

Jeszcze do końca nie ochłonąłem z wrażeń jakich dostarczył nam wszystkim ten wyjątkowy, jakże niespodziewanie trudny rok. A tu już święta. W niedzielę, w końcu postanowiłem pozbyć się z balkonu rowerów i odstawić je do wózkowni w piwnicy mieszkania mojej córki. Ponieważ pojechałem na dwóch, do domu (3 km ) wracałem na piechotę, bo autobus z jej osiedla jeździł tylko do 17 tej. Od kilku dni żona, która tak jak ja teraz też pracuje w domu „jęczała” o choinkę. Aby choinka, jak co roku, mogła stanąć w drzwiach na balkon trzeba było pozbyć się rowerów. Zaraz po powrocie z przymusowego spaceru wyciągnąłem z balkonu stary wózek pod telewizor a z pudełka kupioną przed ubiegłorocznymi świętami sztuczną choinkę i złożyłem ją, Resztą zajęła się żona.

Zawsze choinka była była żywa, ale w ubiegłym roku tradycję przejęła moja córka i to dla niej kupiliśmy w promocji, w Lidlu jodłę kaukaską. (w tym roku również). Dwa lata temu choinka mimo pielęgnacji i podlewania też uschła, a później tuż przed Wielkanocą, przy próbie wyjęcia jej z doniczki, ta ostatnia potłukła się. Po tych przygodach, po krótkiej telefonicznej konsultacji z żoną, kupiłem w markecie budowlanym małą sztuczną choinkę. A niech tam, w końcu małych dzieci w domu już od dawna nie ma, a sztuczna choinka choć nie pachnie zapewne posłuży długo i dłużej postoi po świętach.

Przed świętami, niejako z okazji zakupu pokazanego pod choinką ostatniego, listopadowego nabytku, postanowiłem nieco uporządkować sprawy kolekcji. Modeliki, pomimo wyjątkowo skromnych zakupów w ciągu ostatnich 3 lat i tak zaczęły „wylewać się” zarówno ze starej witryny jak i „nowej” (wykonanej samodzielnie 9 lat temu) gablotki . Przejrzałem kilka przykurzonych pudeł z modelikami przeważnie sprzed wielu lat. To i owo sprawdziłem i w końcu z pawlacza w przedpokoju wyciągnąłem pudło numer 6 i położyłem na łużku w opuszczonym pokoju mojej córki.

W pudle tym starannie ułożone, tak aby jak najlepiej wykorzystać miejsce, znajdują się modele kupione w latach 2003 – 2004. A więc sprzed ery „kultowych aut RRL”

Jak widać wszystkie modele są popakowane w pudełka, przeważnie oryginalne. Ale w pudle jest też kilka modeli kupionych bez oryginalnego opakowania.

Jednym z nich jest pokazany tu Cadillac. W dużym pokoju nad barkiem aktualnie znajduje się mała sterta kupionych w ostatnich dwóch latach modeli, a wśród nich zakupionych na giełdzie, jeszcze w roku 2019 kilka witrynek.

Ponieważ Cadillac jest dla mnie modelem cennym , postanowiłem wyjąc go z opakowania zastępczego – pudełka po jakiś szamponie i zamontować do witrynki . Witrynki są fajne, kupowałem je po 5 zł, ale niestety nie mają żadnych elementów mocujących model do podstawki .W przypadku pokazanego tu autka wykonałem specjalny metalowy pałąk z drutu, a właściwie spinacza do dużych tekturowych pudeł. Spinacz taki jest wykonany z drutu o przekroju prostokątnym i 2,2 x 0,9 mm i jest bardzo mocnym materiałem „z odzysku” (Jak wszyscy wiedzą, a przynajmniej chyba się domyślają, oprócz modeli, zbieram też różne „śmieci” na zasadzie „a może przyda się” i takie właśnie „śmieci” nawet po latach czasem rzeczywiście się przydają). Tak było i tym razem. Kombinowałem różnie, ale nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu znalazłem stary „spinacz” wygiąłem z niego pałąk w kształcie litery U (oczywiście zakończonej na górze zaczepami) . Pałąk otwartą stroną włożyłem, a właściwie wczepiłem w kwadratowy otwór jaki modelik portugalskiej firmy Rextoys ma w podwoziu. Stroną zamknięta przechodzi przez długi na kilka dobrych centymetrów owalny w podstawce witrynki . Aby wszystko „trzymało się kupy” między „ucho” pałąka a spód podstawki wcisnąłem klinik wykonany z twardego patyczka po lizaku o średnicy 3mm. Modelik po napięciu ustawieniem kół na podstawce, trzyma się jej dobrze i jest nareszcie „godnie” opakowany. Na koniec na samoprzylepnych naklejkach adresowych wydrukowałem na domowej drukarce widoczny tu opis.

A skoro już zająłem się „remanentem” w kolekcji po wysprzątaniu nieco stołu w kuchni (na którym od kilku miesięcy pracuję też zawodowo, a na którym nagromadziło się też trochę rupieci) postanowiłem wykonać jeszcze jedno opakowanie do innego, opisywanego zresztą na tym blogu modelika.

W dużym pokoju nad barkiem, gdzie od dłuższego czasu stał modelik znalazłem te z postawioną tam przykrywkę- blisterek. Nie pamiętam skąd się wzięła i do czego służyła. Prawdopodobnie jest to „odpad” po jakimś artykule spożywczym, bo na wieczku jest wytłoczony napis ‚250 g”. Nie pamiętam co było w tym pojemniczku zapakowane, ani kiedy trafił nad brak gdzie od jakiegoś czasu stoją ostatnie zakupy, które nie zmieściły się już ani do gablotki, ani do witryny. Kilka tygodni temu pudełeczkiem przykryłem pokazany tu modelik i postanowiłem, że gdy znajdę czas dorobię do niego podstawkę.

Taka okazja nadarzyła się wczoraj wieczorem. W trakcie sprzątania rupieciarni na stole w kuchni znalazłem kawałek czarnego styropianu. Postanowiłem wykonać z niego podstawkę. A, że modelik jest bardzo stary siedzenia ma odlane razem z podwoziem i w płytce podwozia od spodu ma spore prostokątne zagłębienia, postanowiłem je wykorzystać do obsadzenia go na dorobionej podstawce. Z białego styropianu (czarnego już nie miałem) wykonałem stelaż na który nasadza się modelik. Wszystko skleiłem specjalnym klejem do styropianu, jaki pozostał mi po robieniu jakieś pracy plastycznej mojej córki. Teraz stare BMW też jest fajnie opakowane:

pozdrawiam i

życzę Wam Wszystkim przede wszystkim zdrowych Świąt Bożego Narodzenia