Tag: inne tematy

282. PRZEPRASZAM PRZERWA ! (przynajmniej na razie)

 

roboty drogowe

 

Od ostatniego mojego wpisu tutaj upłynęło kilka miesięcy. Nie, nie porzuciłem mojego hobby. Po prostu nie mam czasu. Praca, obowiązki domowe, a przede wszystkim sprawy związane z porządkowaniem domu po zmarłej w marcu mamie, sprawy spadkowe i inne absorbowały mnie do tego stopnia, że zupełnie „nie miałem głowy” do pisania bloga. 

Na to wszystko nałożyło się jeszcze kilka innych problemów:

Niedługo po opublikowaniu ostatniego mojego wpisu, zaczął szwankować komputer, na którym ten blog tworzyłem (właściwie prawie od początku). Cóż ma swoje lata (kupiłem go późną jesienią 1998 roku). Na początku myślałem, że jak zwykle zanieczyściło się chłodzenie, więc zdjąłem pokrywę, odkręciłem wiatraczek i wszystko odkurzyłem. O ile zazwyczaj zawsze było lepiej, o tyle tym razem niewiele to pomogło. Temperatura na procesorze nieco spadła, ale po dłuższej pracy dochodzi do 65 stopni, a zazwyczaj oscyluje wokół 60 stopni. Kiedy od producenta komputera, po jakimś roku eksploatacji dostałem filmik instruktażowy jak przeczyścić chłodzenie, regularnie sprawdzam je i czyszczę więc pamiętam, że zazwyczaj komputer pracował w temperaturze ok 53 stopni.

Ponieważ komputer używany był przez lata i nagromadziło się na nim trochę danych (między innymi zdjęć modeli do bloga), postanowiłem nie ryzykować i nie „dorzynać” starego sprzętu. Komputer wciąż działa i pracuje w miarę stabilnie. Jednak zakres temperatur jego pracy jest wyższy niż kiedyś.

temperatura

Postanowiłem więc przesiąść się z leciwego (dziewięcioletniego) Asusa X50 SR na odziedziczone po córce, a właściwie porzucone przez nią (pięcioletnie) Sony Vaio. (Córka w grudniu, jako studentka ASP trochę „wymusiła” zakup Macbooka Pro)

Jak wiadomo taka migracja zawsze wiążę się z pewnymi problemami, była więc też jednym z powodów przerwania prezentacji nowych nabytków na blogu.

Kiedy trochę uporałem się ze sprawami po mamie, choć nie wszystko pomimo intensywnej pracy w trakcie letniego urlopu udało się załatwić, postanowiłem trochę zając się modelami, dokończyć kilka planowanych od roku niezbyt intensywnych przeróbek, dwóch modeli. Udało się to zrobić we wrześniu (trochę za sprawą pogody), a skoro się udało postanowiłem zajrzeć na bloga i umieścić na nim kilka zdjęć przynajmniej w albumach, (skoro na pełny wpis nie ma czasu).

Przy tej okazji postanowiłem albumy trochę odświeżyć i dodać kilka zdjęć modeli z kolekcji do tej pory na blogu nie prezentowanych, oraz kilku tegorocznych zakupów.

W połowie września, a dokładnie 2 tygodnie temu odebrałem wreszcie w pracy nowy aparat telefoniczny. Kiedy w mojej (pięcioletniej) Nokii latem wypadł dżojstik (do wybierania funkcji) i zmuszony byłem okleić ją szybko przezroczystą taśmą (aby móc z niej korzystać) postanowiłem ją w końcu wymienić. Nie żałuję jednak, że z wymianą telefonu tak długo się ociągałem, pomimo nacisków i połajanek ze strony córki. Doczekałem czasów kiedy jako służbowy aparat dostałem Iphona. Jest to co prawda model SE, (bo sam taki wybrałem) ale za to z pamięcią 128 Gb (o jakiej moja córka może tylko pomarzyć).

Nowy telefon okazał się bardzo przydatny. Robi naprawdę dobre zdjęcia modeli, co bardzo pomogło przy uzupełnieniu albumów na blogu.

Skorzystałem więc z okazji i zamieściłem już tylko nowe zdjęcia zrobione Iphonem. Niestety kiedy wczoraj wieczorem zajrzałem na bloga, chcąc załączyć kolejne, moim oczom po wyświetleniu  strony do edycji bloga ukazał się taki oto obrazek:

282. Przerwa 3

Specjalnie się tym nie przejąłem, bo z hositingu korzystam od dawna. Niemniej jednak, byłem zmuszony przerzucić kolejną partię zdjęć z bloga na Onet Dysk, z którego korzystałem chyba do dwóch lat. Hosting jest dobrą metodą na omijanie niewystarczającej pojemności bloga, ale zabawa z nim ma jedną poważną wadę. Darmowe serwisy są co jakiś czas zamykane lub wyłączane, trzeba więc przerzucać zdjęcia do kolejnych „darmowych magazynów”  i wklejać je na bloga po raz kolejny (niejako od nowa). 

Od początku mojej „internetowej kariery” korzystałem przez dobrych kilka lat z Imageshack. Niestety klika lat temu serwis zrobił się płatny, a zdjęcia zamieszczone na darmowym koncie zaczęły znikać zarówno z forum, jak i z bloga, choć wtedy było ich tu niewiele. Przerzuciłem się więc na Phototive. Kiedy opanowałem już korzystanie z tego serwisu i zacząłem przerzucać na niego zdjęcia z bloga (głównie z wakacji) okazało się, że raz miał migrację, której zgromadzone tam zdjęcia „nie przeżyły” po czym niedługo po tym, jak udało mi się je przywrócić, Phototive  został zamknięty i musiałem poszukać kolejnego miejsca w sieci. Próbowałem kilku opcji i w końcu wybór padł na Onet Dysk, podpięty pod skrzynkę pocztową.

Na początku łatwo nie było, bo serwis działa naprawdę wolno, jednak cóż, mozolnie przerzucałem kolejne partie zdjęć na ten serwis i uzupełniałem bloga, z którego zdjęcia przechowywane na poprzednim serwisie znów zaczęły znikać. Odświeżanie i uzupełnianie starych wpisów zajęło mi chyba dobrych kilka tygodni, a może nawet miesięcy, ale już byłem pewien, że w końcu znalazłem „bezpieczną i pewną przystań”.

Kiedy jednak dziś, po przerzuceniu „zmagazynowanych” na blogu zdjęć z wpisu 235. Onet dysk znów się „mulił” (do czego zdążyłem się już przyzwyczaić) w końcu zauważyłem zupełnie zignorowany przeze mnie w trakcie pracy komunikat:

Onet dyskKiedy dokładnie go przeczytałem i „załapałem, o co chodzi”, pomyślałem:  No ładnie! Wkleiłem jeszcze 2 zdjęcia na bloga, ale w końcu dałem sobie spokój : Przecież to i tak nie ma sensu! 

Na szczęście znalazłem nowe rozwiązanie. Przypomniałem sobie,  że kiedy padał  Phototive, w trakcie poszukiwań nowego miejsca do przechowywania zdjęć, zarejestrowałem się na Google+. Umieściłem tam trochę zdjęć, ale próby wklejania ich na bloga „spełzły wtedy na niczym”i końcu przeszedłem na Onet Dysk. Teraz odpaliłem konto na Google (z którego prawie do tej pory nie korzystałem) i mozolnie zacząłem próbować wklejać zdjęcia z tego dysku, niestety znów bezskutecznie. W końcu przeczytałem kilka instrukcji na tym koncie, kliknąłem kilka razy i :

282. Przerwa 5

W końcu na ekranie w miejscu, gdzie zazwyczaj pojawiało się zdjęcie po wpisaniu linka z Onet Dysku, pojawił się obrazek z konta w Google, „byłem w domu”!

Wszystkie zdjęcia do wpisu 235. wkleiłem znacznie szybciej niż poprzednio kilka z Onet Dysku. Następnie usunąłem je z bibliotek na blogu. (Stopień wykorzystania miejsca na blogu spadł z 99 na 96%). Do albumów dodałem kilka kolejnych zdjęć wykonanych już Iphonem.  

W październiku czeka mnie sporo pracy i nie wiem, czy w ogóle będę miał czas zajmować się blogiem.

Zapraszam zatem gorąco do oglądania odświeżonych nieco albumów !

Onet dysk - albumy

 pozdrawiam

 

P.S.

W niektórych wpisach zdjęcia będą widoczne podwójnie ! (przez jakiś czas)

Górne z Onet Dysk, dolne z Google. Niestety, tak będzie aż do momentu przerzucenia na bloga wszytskich zdjęć umieszczonych na hostingu. 

Wpisy, w których zdjęcia już zostały przerzucone (i sa widoczne podwójnie)  to:

281.   279.   278.   277.   275.    273.   272.   270.    269.   268.    267.    266.    264.    257.     256.    

264. „Złoty strzał ” – Volvo S40 i V50 „do pary”

Dwa lata temu napisałem, że w ostatnio wciąż „mam wrażenie, że czas mnie po prostu wyprzedza”. W roku ubiegłym miałem już jednak wrażenie, że „czas mnie po prostu wyprzedził i prawie go już nie widzę”. 

Od początku prowadzenia tego bloga przyjąłem zasadę, że w albumach pokazuję modele kupione przed jego założeniem, zaś na blogu opisuję tylko świeże zdobycze. Zasady tej, poza nielicznymi wyjątkami, właściwie cały czas się trzymałem. Niestety do końca nie udało się jej zrealizować (głównie z podanych na początku tego wpisu powodów).

Przy okazji „podsumowania roku” jakie również ukazało się ze sporym opóźnieniem, zrobiłem „blogowy rachunek sumienia” i podsumowałem liczbę modeli, które kupiłem już po uruchomieniu bloga, a których do tej pory tu nie pokazałem. Wyszło mi razem aż 53 modele. Pierwszych trzech (jeszcze w 2006 roku) nie opisałem, bo na samym początku formuła bloga nie do końca się „wykrystalizowała”.  W kolejnych latach, przyjętą zasadę udawało się jakoś realizować. Jednak od 2010 roku na blogu zaczęły gromadzić się „zaległości”. Czy model, który dziś pokażę do nich należy? Chyba tak, bo pokazuję go, aż 4 miesiące po zakupie.  

W niedzielę 25 października była dość ładna pogoda, a na balkonie wciąż jeszcze stały rowery. Zawsze uważałem, a na rowerze jeżdżę chętnie od dziecka (a więc już dobrych kilkadziesiąt lat), że w Polsce, a zwłaszcza na Mazowszu, „sezon rowerowy” trwa od 15 kwietnia do 15 października. I chociaż w listopadzie 2014 roku, a konkretnie 11-go, przekonałem się, że wcale tak rygorystycznie podanych terminów przestrzegać nie trzeba, to jednak przez wiele lat stosowałem się do nich.  We wspomnianą niedzielę również postanowiłem skorzystać z roweru i pojechać do nieodległego marketu Kaufland po kilka produktów spożywczych, a przy okazji trochę się przejechać.

Nie wiedzieć czemu, od razu ruszyłem w kierunku ronda Żaba. Kiedy już prawie minąłem Targówek, przypomniałem sobie o weekendowym bazarze na Namysłowskiej. Nie bardzo chciało mi się tam jechać,  bo w ciągu lata byłem na nim kilka razy, jednak niczego ciekawego na Namysłowskiej nie trafiłem. Pomyślałem, że i tym razem też tak będzie, bo w końcu szansa na trafienie jakichś modelików, zwłaszcza pod koniec października, jest prawie żadna.

Jednak byłem już niecały kilometr od bazaru, więc pomyślałem, że skoro już ruszyłem w jego kierunku to na niego zajrzę.
Ledwie wszedłem na bazar, zaraz na samym początku na jednym z rozłożonych na ziemi „stoisk” zauważyłem znaną mi doskonale kolekcjonerską witrynkę, a w niej modelik.

Modelik nie miał co prawda lewego lusterka, ale wyglądał dobrze. Kiedy zapytałem młodego człowieka, ile za niego chce, odpowiedź nie dość, że mnie zaskoczyła, to od razu wyciągnąłem z portfela 10 zł i zapłaciłem. W końcu tyle mniej więcej jest warta sama, pusta witrynka.  

Co roku, w trakcie „polowania” na kolejne zdobycze trafia się tak zwany „złoty strzał”. W 2014 roku był nim wylicytowany na Allegro za 15 zł i odebrany w Milanówku Mercedes 540K. W roku 2013 kupiony (również) na bazarze na Namysłowskiej plastikowy model-zabawka Fiat 125p. W roku 2012 właściwie taki status miały aż 2 modele: Volkswagen 1200 cabrio (kupiony na giełdzie) i Fiat 124 Spider (na Allegro).  

W ubiegłym roku (pominąwszy oczywiście modele, które dostałem w prezencie, a które w opisanych powyżej kategoriach, nie liczą się, bo na nie nie „polowałem”) za niekwestionowany „złoty strzał” mogę uznać bezsprzecznie, kupiony na bazarze na Namysłowskiej modelik Volvo S40.

Kilka tygodni po jego zakupie zabrałem się za dorobienie lusterka. Niby sprawa nie aż tak skomplikowana i opisywana na tym blogu dwukrotnie (Ford Fiesta i inne Volvo S40). Za pierwszym podejściem nie do końca się udała.

Lusterko dorobiłem, a kiedy już straciłem cierpliwość do dalszego piłowania, przykleiłem do nadwozia. Niestety lusterko okazało się odrobinkę za duże. We wskazanych tu wyżej modelikach, dorabiałem obydwa lusterka, więc mogłem je dobrze ze sobą porównać. Dorabianie jednego lusterka, na wzór drugiego, które w modeliku jest, zawsze bywa jednak trudniejsze. Takie rzeczy też robiłem, nawet w modelach na sprzedaż, ale było to dość dawno temu i możliwe, że miały one prostszy kształt. Tym razem po żmudnym piłowaniu, w pewnym momencie miałem dość.

Kilka dni później, próbowałem lusterko oderwać i nieco je poprawić, ale okazało się mocno przyklejone. Wyciągnąłem więć stare farbki Revel car-metallic, wybrałem jedną, która miała kolor najbardziej podobny do nadwozia i pomalowałem. Lusterko pomalowane wyglądało jednak jeszcze gorzej i było widać, że jest dorabiane. Ponadto po kilku dotknięciach powierzchni zewnętrznej okazało się, że farba z niego schodzi.

Po kilku tygodniach, w trakcie których robiłem poprawki w innych modelach, wziąłem do ręki modelik i postanowiłem poprawić dorobione lusterko „na modeliku”. Moją oprawkę od nożyka modelarskiego uzbroiłem w nowe ostrze i zacząłem rzeźbić. Starałem się nadać lusterku właściwy kształt porównując obie strony modelika. Lusterko oglądałem też co chwilę pod lupą. Kiedy uznałem, że już jest dobrze, postanowiłem je pomalować:   

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Tym razem jednak robiłem to za dnia i postanowiłem dobrać kolor jak najbardziej podobny do nadwozia, mieszając pokazane na zdjęciu farbki.  Aby dolna krawędź lusterka, gdzie styka się powierzchnia malowana z nie malowaną, wyszła równo, wzdłuż dolnej części lusterka wyrzeźbiłem maleńki rowek. Przed malowaniem odtłuściłem też lusterko spirytusem.

Farbki, którymi pomalowałem lusterko mają prawie 30 lat. O ile pamiętam, kupiłem je w Niemczech w 1986 lub 1987 roku. Mimo to kryją całkiem dobrze. Odtłuszczenie i pomalowanie cienką warstwą bardzo się później przydało. W trakcie poprawiania, strugania, wygładzania i nacinania rowka, lusterko przyklejone do karoserii klejem Kropelka żel, nie oderwało się. Po pomalowaniu wstawiłem modelik do gablotki. Kiedy tego samego dnia wieczorem wyjmowałem modelik z gablotki, zawadziłem nim o ściankę gablotki i niestety lusterko odpadło.

Zaszła potrzeba przyklejenia go do do modelika ponownie. Postanowiłem zrobić to jednak porządniej, niż za pierwszym razem.  

Tuż przed Bożym Narodzeniem robiłem zakupy w pobliskim sklepie Topaz. Kiedy już za nie zapłaciłem i pakowałem je do torby, dostrzegłem leżące przy kasie zimne ognie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA  

Zapytałem kasjerkę, czy mogę zobaczyć jak wyglądają w środku. Ta zdziwiła się nieco, bo zimne ognie kosztowały całe 59 groszy, ale wyraziła zgodę. Po obejrzeniu nabyłem je.  

W zimnych ogniach nie jest dla mnie istotne, czy palą się dobrze, czy nie. Dla mnie najcenniejszy jest w nich drucik. Drucik ten jest gładki, miękki, daje się łatwo ciąć i obrabiać. To właśnie z milimetrowego drucika z innych zimnych ogni, dorabiałem „żeberko” do atrapy w modeliku Simca 1100. Jednak te kupione ostatnio mają drucik jeszcze cieńszy – 0,6 mm.

Przyklejając lusterko po raz drugi, postanowiłem do pozycjonowania go w nadwoziu wykorzystać właśnie kawałek tego drucika. W czarnym plastikowym trójkąciku, który znajduje z przodu okna kierowcy, a do którego trzeba było przykleić dorobione lusterko, nawierciłem otworek o średnicy 0,8 mm. Taki sam otworek nawierciłem w podstawie lusterka.    

Volvo S40 6b

W podstawę lusterka wcisnąłem drucik. Następnie uciąłem go i przymierzyłem do nadwozia. W końcu posmarowałem podstawę lusterka Kropelką w żelu i przykleiłem do nadwozia. W trakcie całej operacji byłem zmuszony wielokrotnie brać  lusterko do ręki. Jednak tym razem z odtłuszczonej przed malowaniem powierzchni, farba nie starła się. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Naprawiony modelik nadawał się prezentacji na blogu już pod koniec grudnia. Jednak w tym czasie byłem zajęty różnymi pracami przy innych modelach, a później nastąpił cały szereg innych wydarzeń, dlatego prezentuję go dopiero teraz.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kupione okazyjnie na bazarze przy ulicy Namysłowskiej (na warszawskiej Pradze) Volvo S40 to oryginalny model firmy Minichamps. W sklepach modelarskich coś takiego kosztuje ponad 100 zł.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na Allegro można go kupić (w kompletnym opakowaniu) za ok. 60 zł, ale do ceny należy doliczyć przesyłkę, miej więcej w kwocie jaką dałem za mój model. Witrynka, w którą jest zapakowany, jest w stanie idealnym. Brakuje tylko kartonika.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ale cóż, za taką cenę nie ma co wybrzydzać. Dlatego też zakup modelika Volvo S40 uznałem za ubiegłoroczny „złoty strzał”.   

Cararama kontra Minichamps 

Na długo przed pojawieniem się w kioskach serii gazetowych z modelami w skali 1:43, kupowało się je w różnych miejscach. Ponieważ modele w sklepach modelarskich i salonach samochodowych były drogie, szukało się tańszych „alternatyw” np. w sklepach z zabawkami. 

Jednym z moich ulubionych tego typu sklepów był (niestety już dawno zlikwidowany) sklep Kuzyn Klown w C. H. Klif na warszawskiej Woli. W sklepie tym była dość szeroka gama niedrogich, a całkiem dobrych modeli z serii Cararama firmy Hongwel. Do sklepu tego często zaglądałem i kupiłem w nim kilka ciekawych pozycji do mojej kolekcji. 

W lutym 2005 roku właśnie w tym sklepie nabyłem za 19 zł model Volvo V50 ze wspomnianej serii. Bardzo mi się podobał i uważałem go, przez jakiś czas, za najlepiej wykonany model firmy Hongwel w mojej kolekcji.  

Kiedy pod koniec października ubiegłego roku zdobyłem Volvo S40, postanowiłem porównać je z Cararamą i tę ostatnią wyciągnąłem z pudła nr 5, które przechowuję w szafie w pokoju mojej córki:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W końcu to właściwie tylko odmiana kombi tego samego samochodu. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Model V50 tak bardzo mi się podobał, że kiedy w maju 2005 roku, w tym samym sklepie, w trakcie kolejnych „odwiedzin”, trafiłem taki sam model za 11, 99 zł, też go kupiłem. Z dwóch wybrałem sobie odrobinę lepiej wykonany, a drugi sprzedałem na  Allegro. 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Przy Cararmie praktycznie „nie grzebałem”, bo poprawiać nie było właściwie czego. Ograniczyłem się tylko do wymontowania przednich lamp i pomalowania czarną matową farbą „obwódek” ich przezroczystych kloszy.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Kiedy zacząłem porównywać obydwa modele zacząłem się zastanawiać, dlaczego atrapy w nich różnią się. Moje wątpliwości szybko „rozwiały się” w trakcie jednego z wieczornych spacerów z psem. W prawdziwych samochodach, sedanie S40 i kombi V50 atrapy też były inne.  

Przez te wszystkie lata, jakie minęły od zakupu modelika Cararamy, oliwkowe kombi V50 w pełni zaspokajało mój „kolekcjonerski apetyt”. Nie kosztowało drogo, było bardzo ładnie wykonane i naprawdę mi się podobało. Czasem tylko kiedy o nim sobie przypominałem, myślałem, że może dobrze byłoby uzupełnić kolekcję o wersję sedan tego samego auta. Jednak w przypadku aut marki Volvo, przez wiele lat od sedanów ważniejsze były odmiany kombi, bo te po prostu lepiej się sprzedawały.  Dlatego o zakupie modelika sedana S 40 nawet nie myślałem. Gdyby nie przypadek, zapewne bym go nie kupił.

Z okazyjnej zdobyczy jestem jednak bardzo zadowolony. Minichamps, to jednak Minichamps. I choć wymiarami i kształtem, Cararama specjalnie mu nie ustępuje, to jednak S40 ma wiele elementów wykonanych znacznie efektowniej i lepiej. Choć obydwa modeliki zostały pomalowane na prawie taki sam kolor, już na pierwszy rzut oka widać, że powłoka lakiernicza (jak się fachowo mówi) pokryta metaliczną farbą, jest w modeliku sedana znacznie lepszej jakości. W Cararamie farba jest w porównaniu do Michampsa po prostu bardziej „gruboziarnista”.

Nie zamierzam się jednak Cararamy pozbywać. Obydwa modele stanowią naprawdę fajną i ciekawą „parę”:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

pozdrawiam

 

P.S. 

Już po zakupie pokazanego tu modelika S40, w drodze powrotnej z bazaru przy Namysłowskiej „pokręciłem” się trochę po pobliskich uliczkach starej Pragi. Na ulicy 11 listopada, przy jednej z kamienic zauważyłem niemal identyczne auto jak to, które moi rodzice użytkowali w latach 1970-1979:

Takiej okazji nie można było „przepuścić”. Wyciągnąłem komórkę i zrobiłem kilka zdjęć:  

Kiedy tworzyłem ten wpis, po kilku miesiącach nie mogłem sobie zupełnie przypomnieć, którym rowerem w niedzielę 25 października pojechałem na Namysłowską. Przekonany byłem, że (jak zazwyczaj) był to dwudziestoletni Romet Trekking mojej żony. Jednak te zdjęcia temu przeczą:   

Na chodniku, obok Trabanta 601 Universal, stoi „miejski” Sprick mojej córki. W koszyczku widać jakieś zawiniątko. W jego środku było zapewne pudełko ze  świeżo zdobytym modelikiem Volvo S40.

Jak już tu napisałem, w ubiegłym roku „sezon rowerowy” trochę się przeciągnął. Rozpoczął się zresztą też wyjątkowo wcześnie.

Wiosną ubiegłego roku, moja córka zażyczyła sobie na 19. urodziny rower. Co prawda córka urodziny obchodzi na początku na początku czerwca, za prezentem zaczęliśmy się rozglądać już na początku marca. Pojechaliśmy wszyscy do kilku sklepów i marketów, w końcu w jednym z nich córce spodobał się „ogromny” i ciężki rower miejski wyposażony w koła 28″, aluminiową ramę,  7 biegową przerzutkę w piaście tylnej i dynamo w piaście przedniej. Roweru jednak od razu nie kupiliśmy.

Kosztował ponad 1000 zł i był oferowany w kredycie 0%. Postanowiłem więc wziąć go „w kredycie”. Poszliśmy zatem do punktu gdzie można ów kredyt dostać i tam zacząłem podawać dane potrzebne do jego uzyskania. W pewnym momencie pani poprosiła mnie o podanie zarobków. Podałem nieco zaniżoną kwotę, pani „zapuściła” system i …. dostałem odmowę.  Wróciliśmy zatem do domu z niczym.

Kilka dni później pojechałem do innego marketu, wybrałem z kilku najlepiej wyglądający egzemplarz i znów udałem się do punktu gdzie miałem nadzieję otrzymać wyjątkowy, promocyjny kredyt. (Oferowany był tylko na zakup kosiarki do trawy lub roweru).  Tym razem po pytaniu o zarobki, podałem kwotę o tysiąc złotych wyższą i …. znów dostałem odmowę.

Po krótkich wyjaśnieniach otrzymałem odpowiedź, że bank Credit Agricole nie przyznał mi kredytu, bo najprawdopodobniej nie ma historii moich poprzednich tego rodzaju pożyczek. Fakt, w życiu raz tylko wziąłem kredyt (też 0%) na zakup komputera, w czerwcu 2004 roku, a więc prawdopodobnie zbyt dawno temu.

Cóż nie, to nie, bez łaski.  Poprowadziłem wybraną kremową damkę do kasy, wyciągnąłem moją kartę płatniczą, po czym zacząłem się zastanawiać, jak świeży zakup zapakować do samochodu. Na parkingu jakoś sobie jednak z tym poradziłem. Kilka miesięcy później, znów miałem wątpliwą przyjemność pakowania roweru do auta.  

W czerwcu córka wybrała się z koleżanką do kawiarni w starym forcie, w parku przy placu Wilsona. Pojechała tam z koleżanką. Córka na swoim rowerze, koleżanka na wspomnianym treckingu mojej żony. „Dzieci” trochę się w kawiarni zasiedziały. Dzwoniłem kilka razy do córki i pytałem, jak mają zamiar wrócić do domu, a ta odpowiadała, że tak jak tam pojechały. Było dobrze po 22 drugiej, do domu było ok. 10 km, było już ciemno i chłodno (ok. 15 stopni), a na dodatek w treckingu i z przodu, i z tyłu były przepalone żarówki.

Nie mogąc dogadać się z córką, wsiadłem w samochód i pojechałem na Żoliborz. Opisywana już na tym blogu koleżanka (której portret, pędzla mojej córki, wisi teraz w „dużym” pokoju) wróciła do domu metrem, a Romet Trecking autem na Targówek. Córka nie chciała jednak jeszcze do domu wracać, ale kiedy trecking „wylądował” w końcu na balkonie, postanowiłem pojechać na Żoliborz po raz drugi.

W samochodzie miałem rozłożone siedzenia, fotel pasażera przesunąłem maksymalnie do przodu, a oparcie postawiłem pionowo. Córka w tym czasie „trochę zmiękła” i razem zapakowaliśmy „miejskiego grzmota” do samochodu.

Po październikowej wycieczce na Namysłowską, Sprick stał jeszcze przez kilka tygodni na balkonie, ale w końcu trzeba go było „odstawić na zimę”, na strych w domu moich rodziców w Piastowie. Pomny kłopotów jakie przysparza wkładanie i wyjmowanie tego roweru z samochodu, postanowiłem po prostu pojechać nim do Piastowa i wrócić komunikacją miejską. Do takiego manewru przekonała mnie też wspomniana wycieczka, jaką odbyłem przez całą Warszawę rok wcześniej (11 listopada 2014 roku), w trakcie której przekonałem się, że jazda na rowerze przy temperaturze ok 7 stopni, wcale nie musi być nieprzyjemna.   

Rower „odprowadzałem” do Piastowa dopiero w niedzielę 22 listopada. Tym razem jednak 25. kilometrowa trasa jaką miałem do przejechania, specjalnie przyjemna nie była. Było wilgotno i tylko 3 stopnie. Rowerem córki jeździ się znakomicie, zwłaszcza dzięki 7 biegowej przerzutce, ale przy tak niskiej temperaturze, frajdy to nie sprawia. Dlatego po drodze musiałem zrobić 2 przerwy, aby nieco się ogrzać. (Pierwszą w C.H. Arkada, drugą w C.H. Wola Park).  Kiedy dojechałem w końcu do Ursusa, zrobiła się szarówka i tu znakomicie sprawdziło się dynamo w piaście, które nie stawia dodatkowego oporu, a jednak halogenowa lampa dobrze oświetla drogę.

Przyjemny za to okazał się powrót. Po raz pierwszy miałem przyjemność podróżowania SKM. W porównaniu do zapamiętanych z przeszłości dojazdów zwykłym podmiejskim pociągiem, krótka podróż SKM była wręcz komfortowa. A kiedy o 19. dotarłem na przystanek MZA przy hotelu Novotel (dawniej Forum) znów wyciągnąłem komórkę i podparłszy ją na betonowym koszu na śmieci, zrobiłem to zdjęcie:

„Warsaw by night” Prawda, że pięknie ?

263. Ubiegłoroczne zdobycze (2015)

Najbardziej oczekiwany wpis w roku, ukazuje się w tym roku ze sporym opóźnieniem. Nie jak zwykle pod koniec stycznia, ale wyjątkowo dopiero w połowie lutego. 

Powód ? Wyjątkowo obfite jak na tę porę roku zakupy nowych modeli (dwa z nich tu już pokazałem), studniówka córki i związane z nią wizyty w sklepach oraz ciągłe zabieganie (to oczywiście też).

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” ukazuje się na tym blogu już  po raz dziesiąty. 

Poprzednie moje coroczne podsumowania można zobaczyć tu: 2014, 201320122011, 2010, 2009200820072006.

Rok 2015 był dla mnie i mojej rodziny niestety znów rokiem trudnym. Dlatego podobnie jak w latach ubiegłych, nie wszystkie modele jakie w ubiegłym roku kupiłem udało mi się na tym blogu zaprezentować.

Rok nie zaczął się najlepiej. W połowie stycznia, moja mama, która w listopadzie skończyła 88 lat, zaczęła chorować. Czuła się źle, na domiar złego na czwartym palcu u nogi zrobiła jej się „dziura” po odcisku, która nie chciała się goić. W lutym i w marcu jeździłem z nią 2 razy w tygodniu na opatrunki do szpitala w Pruszkowie, ale poprawy nie było. Nic też nie dawały dość drogie prywatne wizyty u dermatologa. W połowie kwietnia mama trafiła do innego szpitala (też w Pruszkowie) gdzie wykryto u niej groźną chorobę, czerwienicę. Pod koniec maja nagle mamie chora noga zaczęła puchnąć i pojechałem z nią do chirurga naczyniowego do Luxmedu. Tam, bardzo dobry lekarz od razu skierował ją do szpitala w Międzylesiu, gdzie przeszła zabieg udrożnienia tętnicy w chorej nodze. Mama długo wracała do zdrowia, wymagała opieki i częstych wizyt. Właściwie dopiero od jesieni nastąpiła wyraźna poprawia.  Teraz mama już lepiej chodzi, a „dziura” w palcu praktycznie zarosła. 

W czerwcu ja „dorobiłem” się nerwicy żołądka, bo na całą historię z opieką nad mamą i częstych wizyt u lekarzy, nałożyła się sprawa spadkowa, którą trzeba było zacząć załatwiać w związku ze śmiercią sąsiadki. Mieszkała ona w domu przylegającym do domu moich rodziców. Oba domy stoją na działce, która była współwłasnoscią moich rodziców i sąsiadów. Tak nieruchomości zostały kupione ponad 40 lat temu i aby spadkobiercy sąsiadów mogli swoją część sprzedać trzeba było ze  współwłasnosci wyjść. Cała sprawa wiązała się z koniecznością załatwiania różnych formalności, począwszy od wykonania planów przez geodetę, a skończywszy na rozdzieleniu działek i sprzedaży części należącej do sąsiadów. Ponieważ moja siostra na stałe mieszka za granicą, wszystkie sprawy (z naszej strony) musiałem załatwiać ja. Na szczęście wszystko dobrnęło do szczęśliwego finału na początku listopada i wraz z tym ustąpiły moje problemy trawienne.    

W ubiegłym roku, inaczej niż w latach ubiegłych, w związku z koniecznością częstych odwiedzin u mamy, jak i załatwianiem spraw spadkowych, nie wyjechałem na urlop.  Owszem wziąłem na początku sierpnia dwutygodniowy urlop, ale nie robiłem w tym czasie żadnych remontów, (jak w latach poprzednich), bo w Warszawie panowały iście „afrykańskie” upały. Co drugi dzień wraz z żoną rano odwiedzaliśmy mamę, a przy okazji załatwialiśmy w urzędach, albo u notariusza różne sprawy związane ze spadkiem po ojcu. Po południu i w dni kiedy zostawaliśmy w domu, jeździliśmy na glinianki w Zielonce. Już właściwie po urlopie odbyłem tylko 2 całodniowe, niedzielne wycieczki nad oddalony od Warszawy o 80 km Zalew Tatar (pod Rawą Mazowiecką), który bardzo mi się spodobał.

263.Zalew Tatar 5bBrak urlopu w pewnym sensie zrekompensowała mi firma, w której pracuję. Na początku października trafiła mi się ciekawa, kilkudniowa, służbowa wycieczka do Niemiec   

Z uwagi na opisane tutaj okoliczności, na blogu, w roku ubiegłym pokazałem na bieżąco tylko połowę moich świeżych zdobyczy. Jednak”modelikowo” roku ubiegły mogę za to uznać za bardzo udany.  

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 2015 był ósmym z rzędu, ale już raczej rokiem ostatnim, który upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Ja z „kultowego szaleństwa” już dobre trzy lata temu prawie zupełnie ochłonąłem i z serii kupowałem tylko wybrane modele. Takie, które uznałem za naprawdę ciekawe i warte uwagi. Kolekcja wzbogaciła się o kolejne modele popularnych aut, z okresu mojego dzieciństwa i młodości. Jednak inaczej niż w latach poprzednich w kolekcji pojawiły się tylko 3 modele pojazdów polskich: Polonez Caro, Jelcz 315 śmieciarka i Żuk A11B . 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W kolekcji przybyło również kilka modeli aut nie produkowanych co prawda w Polsce, ale w czasach PRL bardzo u nas  popularnych. Modele te to przede wszystkim Skody, które w ostatnim roku ukazywania się serii, znów się w niej pojawiły: 110 R, 1201, 105S i 100. Na blogu pokazałem tylko jedną. Ostatnia z wymienionych nie należy niestety do modeli udanych i będę próbował zastąpić ją jakimś innym modelem.

Okazyjnie (i właściwie dla kółek) kupiłem też kolejną Pobiedę M20, która pochodzi z rosyjskiej serii „Avtolegendy CCCP”. Na początku miałem mieszane uczucia jeśli chodzi o ten model, teraz jednak również bardzo mnie cieszy. Tuż przed świętami, w trakcie wizyty w galerii handlowej (do której wybraliśmy się po prezenty), w księgarni, oglądając album ze zdjęciami powojennej Warszawy, trafiłem na zdjęcie, na którym widoczna była warszawska taksówka (z lat 50-tych) w dokładnie takim samym malowaniu jak kupiony w marcu modelik.

Z serii „Kultowe auta PRL” kupiłem też okazyjnie 2 modele długo po ich „kioskowych” premierach: 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Żuka A11b kupiłem trzy i pół roku po „kioskowej” premierze, w sklepie ze sprzętem  elektronicznym Media Markt, gdzie na początku grudnia, „za pół ceny” pojawiły się modele z „kultowej” serii, które prawdopodobnie nie sprzedały się w kioskach. Zaś modelik  Renault 10 kupiłem na Allegro (prawie półtora roku po premierze). Żuka na przełomie roku przerobiłem. Wymaga już tylko „dopieszczenia” i mam nadzieję wkrótce go tu zaprezentować.

W marcu „za jednym zamachem” kupiłem 2 modele: Tarta 148S , choć pochodzi z niemieckiej serii wydawnictwa Atlas, idealnie uzupełnia kolekcję modeli aut z czasów PRL. Pochodzący z tego samego wydawnictwa Mercedes-Benz L406D w skali 1:43, od lat był przeze mnie poszukiwany.

Kolekcja wzbogaciła się też o 2 modele aut w historii motoryzacji absolutnie „kultowych”. Zastąpiły one inne mini-autka kupione przed laty. Citroen 2CV (na zdjęciu powyżej) zastąpił plastikowy model do sklejania, na złożenie którego nie znalazłem czasu przez kilkanaście lat. Fiat 500L  (na zdjęciu poniżej) zastąpił zaś modelik, który po prostu przestał mi się podobać.  

Na grudniowej giełdzie kupiłem też model auta nie tak popularnego jak tu wymienione, ale w historii motoryzacji również bardzo istotnego. Ferrari 250 SWB Berlinetta (na zdjęciu powyżej) nie figurował co prawda na mojej „liście poszukiwanych”, ale jako model auta, które znalazło się wśród 27 samochodów nominowanych do finału konkursu na „samochód stulecia” (Car of the Century), był prze ze mnie od dawna poszukiwany.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jako jedyny model, w roku ubiegłym z listy „poszukiwanych” wypadł Rolls Royce Silver Claud. Zniecierpliwiony wieloletnimi, bezowocnymi poszukiwaniami jego miniaturki (w skali 1:43), 1 czerwca wylicytowałem na Allegro modelik Bentleya S2, który od wspominanego Rolls Royce’a różni się tylko kształtem atrapy chłodnicy. Za to po 12 latach poszukiwań wreszcie udało mi się kupić model Rover’a P5.  

Poza tym w kolekcji pojawiło się kilka nie opisanych na blogu modeli, które mam nadzieję za jakiś czas też tu zaprezentować.

W ubiegłym roku w kolekcji pojawiło się wyjątkowo dużo modeli „sprzętu wojskowego”:  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na rok 2015 przypadała okrągła 70. rocznica zakończenia II wojny światowej.  Na blogu powstała seria wpisów przypominająca tę rocznicę. Jednak zakupy modeli pojazdów wojskowych z okresu wojny, w żadnym wypadku nie były nią inspirowane. Po prostu tak się złożyło. W kolekcji najpierw pojawił się (kupiony na marcowej giełdzie) najpopularniejszy czołg Wermachtu Panzerkampfwagen IV. W połowie kwietnia (w zamian za reklamę na blogu) do kolekcji dołaczyły aż 3 kolejne modele: Niemiecki Sd.Kfz 251/1 (Hanomag), brytyjski czołg pościgowy Crusader MK6 i amerykański transporter M16 MGMC. Na dwa dni przed kolejną, 76. rocznicą wybuchu wojny, na Allegro udało mi się wylicytować kolejny model z nią związany: Dodge’a WC54, który od lat był przedmiotem mojego „kolekcjonerskiego pożądania”.  

Jak tu już napisałem, rok 2015 był dla mojej kolekcji naprawdę bardzo udany, aczkolwiek pod względem zakupów nowości, nie był to rok rekordowy. W kolekcji pojawiły się 24 nowe mode, o kilka więcej niż w roku 2014. Wydatki były też znacznie wyższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 2009, jednak poziomu rekordowych z lat 2001 – 2004 oraz poniesionych w roku 2010 nie osiągnęły. W całym roku zamknęły się kwotą 758 złotych, co zważywszy na ralną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest raczej kwotą niewygórowaną.

Kolekcja i tak jest już bardzo duża, w mieszkaniu zaczyna brakować na nią miejsca, dlatego każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) musiał być dość dokładnie przemyślany. Właściwie powoli należałoby kolekcję zamykać i pójść w kierunku „wyczyszczenia” jej z modeli zbędnych, dokonczenia dawno temu rozpoczętych przeróbek, jak również zrobienia poprawek starszych modeli, które dziś nie zawsze dobrze się prezentują. Takie własnie działania udało mi się w ubiegłym roku zapoczątkować.  

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku, relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”. Dokonywałem w nim tylko bieżących, doraźnych napraw i przeróbek. Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach. Co prawda w grudniu udało się trochę tę tendencję przełamać i zrobić kilka większych przeróbek (jedną z nich niedawno tu opisałem), ale w trakcie całego roku nie miałem za bardzo czasu na dłuższe wizyty w moim „warsztacie”. 

Mimo ponawiania prób i podchodów na giełdach i Allegro, nie udało się w mijającym roku kupić więcej niż 1 model z mojej ”listy poszukiwanych”. O drugi, co prawda „otarłem” się na grudniowej giełdzie, ale w trakcie oglądania wspomnianego tu modelika Ferrari, ktoś „sprzątnął mi go sprzed nosa” i  kupił  odłożonego na chwilę na bok „poszukiwanego” 

Blogowi znów poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się regularnie opisywać moich nowych zdobyczy. Właściwie opisałem tylko połowę nowych nabytków i na blogu znów powstały kolejne zaległości.

Podobnie jak w latach poprzednich, mam jednak cichą nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się przynajmniej w jakiejś części je nadrobić, zwłaszcza, że w tym roku nie planuję zakupu większej liczby nowych modeli, mam zaś za to sporo ciekawych materiałów i zdjęć, które nadają się do zaprezentowania. 

pozdrawiam