Tag: Fiat

231. Pracowity urlop i Fiat Uno – Kultowe Auta PRL

Niektóre historie czasem lubią się powtarzać. 

Podobnie jak w roku ubiegłym i 2012 do końca maja musiałem w pracy podać termin mojego urlopu wypoczynkowego. Zarezerwowałem więc sobie pierwsze 2 tygodnie sierpnia. Jednak nie miałem zamiaru nigdzie wyjeżdżać. Zachęcony doświadczeniami z lat poprzednich, od razu założyłem, że 2 tygodnie mojego letniego urlopu nie będą wypoczynkowe, a tak jak dłuższe urlopy w poprzednich latach będzie to urlop remontowo-budowlany. Tym razem „na tapecie” znalazł się duży pokój.

Na początku sierpnia panowały w Warszawie upały. Pierwszy urlopowy weekend nie bardzo nadawał się do pracy, więc przed przystąpieniem do właściwego remontu postanowiliśmy z żoną nieco odpocząć. I w sobotę i w niedzielę wybraliśmy się na glinianki w Zielonce, gdzie można się trochę poopalać i popływać. W poniedziałek i wtorek zabrałem się za porządkowanie papierów w pokojowym regale i pakowanie modelików do pudeł. Przed remontem musiałem opróżnić moją „nową gablotkę”, a starą witrynę przygotować do „wyprowadzki” do sypialni. I tak kolejne 2 dni upłynęły pod katem porządków i przygotowań oraz oczywiście popołudniowych wypadów do Zielonki.

Właściwy remont zaczął się dopiero w środę, kiedy temperatura spadła poniżej 30 stopni i dało się wreszcie coś zacząć robić.  Tego dnia spakowałem do szafy w przedpokoju popakowane wcześniej w pudełka modeliki z gablotki, a witrynę (tą od modelików) przestawiłem do sypialni. Po południu zaczęliśmy też z żoną wystawiać pozostałe meble z pokoju na balkon. W pokoju pozostał tylko wersalka i wysoka witryna od regału, która nie mieści się w pionie w żadne drzwi. Od czwartku remont zaczął się na dobre i choć na zewnątrz panowała piękną pogoda nie miałem okazji z niej skorzystać.

Najpierw zabrałem się za prace budowlane, wyrównywanie i tynkowanie narożnika przy wyjściu na balkon i drugiego przy wejściu do pokoju oraz łatanie dziur przy podłodze, jakie ujawniły się po oderwaniu starych listew.  Kiedy się z tym uporałem, przystąpiliśmy z żoną od malowania. Najpierw zmywaliśmy ściany i sufit (pokój nie był odnawiany od chyba 10 lat) Później kolejny dzień zszedł na gruntowaniu. W końcu, w połowie następnego tygodnia pomalowaliśmy pokój. Kiedy to się udało przyszła pora na „klu programu”.

W środę drugiego tygodnia urlopu, po dopieszczeniu i poprawkach malowania nie usiedliśmy (jak codziennie) do gotowanego przez żonę obiadu, a wybraliśmy się do Centrum Handlowego M1 na pizzę, aby poprawić sobie nastrój i nieco się zrelaksować po tygodniu harówki. Tego dnia czekało nas jeszcze jedno ważne zdanie, zakup paneli. Po objechaniu marketów budowlanych w C H M1 do domu wróciliśmy z pizzerii o 21 załadowanym samochodem, a 9 ciężkimi paczkami.

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego marketu OBI, gdzie za całe 50 złotych nabyłem kolejne narzędzie do prac remontowych – wyrzynarkę. Nie użyłem jej jednak od razu do docinania paneli. Po przymiarkach okazało się, że układanie nowej podłogi trzeba było zacząć od skrócenia wyremontowanych (też w trakcie urlopu) 2 lata temu drzwi:

Następnie zabrałem się już za układanie paneli na starej podłodze:

Wyrzynarka bardzo się przydała, bo panele okazały się bardzo trudne od cięcia ręczną piłką:

W trakcie prac remontowych korzystaliśmy z nieobecności córki. Tak się akurat złożyło, że na kilka dni przed rozpoczęciem  remontu, wraz z dwoma koleżankami wyjechała na dwutygodniowe wakacje do Grecji. Kiedy wróciła, 15 sierpnia, najbardziej pracochłonny etap układania pierwszych rzędów miałem już za sobą.

W trakcie układania okazało się, że panele, które kupiliśmy (przede wszystkim kierując się ich kolorem) trzeba było układać całymi rzędami, a ponieważ pierwsze rzędy miały ponad 5 m długości, a następne 4,5 niezbędna przy ich zapinaniu okazała się pomoc żony. Niestety moja żona nie ma „modelarskiej” cierpliwości i na domiar złego dość szybko ją traci. Toteż doboru desek do kolejnych rzędów dokonywałem z reguły sam:

W niedzielę 17 sierpnia podłoga była już ułożona, ale następnego dnia musiałem już pójść do pracy bo 2-tygodniowy urlop wypoczynkowy wykorzystany w celach remontowo-budowlanych właśnie się skończył. To, że podłoga była ułożona, nie oznaczało zakończenia prac remontowych i porządkowych. W ciągu kolejnych dni trwały one jeszcze przez kolejne 2 tygodnie. Po ułożeniu podłogi trzeba było ułożyć jeszcze na ścianach listwy. Robiłem to po pracy i w trakcie kolejnego weekendu. Po wstawieniu mebli do pokoju, trzeba było powkładać do nich zawartość, którą na czas remontu przełożyliśmy do kliku sporych rozmiarów pudeł. Meble też wymagały poprawek i przeróbek, a właściwie dostosowania ich do możliwości przesuwania po nowej podłodze, tak aby jej w trakcie przesuwania nie rysowały. Między innymi musiałem przerobić skrzynię na pościel od kanapy, aby móc na jej dno nakleić filcowe podkładki. Przy okazji uruchomiłem też więżę z gramofonem, która stała bezczynna dobrych kilka lat od czasu kiedy właściwy Artemis, jeszcze jako szczeniak przegryzł kabel od jednego z głośników.

20 sierpnia przed wyjazdem do pracy pobiegłem do zaprzyjaźnionego „kultowego” kiosku. Po szybkim obejrzeniu kilku modelików wybrałem jeden, kupiłem i schowałem go do torby. Z uwagi na to, że w domu, po pracy mocowałem właśnie do ścian listwy przypodłogowe, modelik z gazetką zapakowany w folię najpierw przewalał się przez kilka dni, a to w pokoju, a to w kuchni i chyba dopiero po tygodniu wyciągnąłem go z gazetki, po czym zapakowany w oryginalny blister znalazł się w przestawionej do sypiali witrynie, obok kilkunastu modelików „rozgrzebanych” i tych do których nie mam opakowań (nawet zastępczych).

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po powrocie z urlopu do pracy zarezerwowałem sobie kolejny tygodniowy urlop, tym razem już naprawdę miał być to urlop wypoczynkowy. Termin urlopu przypadł na drugi tydzień września. Nie mieliśmy jednak w tym roku żadnego pomysłu na wakacje, dlatego kiedy na początku września uporaliśmy się z opisywanymi powyżej pracami porządkowymi, zaczęliśmy się nad tym zastanawiać. Na początku miałem pomysł spędzenia kilku dni w Termach Uniejów. Pomysł jednak upadł, bo żona nie bardzo mogła by z nich korzystać. Później przeglądałem oferty noclegów w górach. Nie chciałem jednak jechać w Sudety, bo to męcząca podróż. Po obejrzeniu ofert noclegów w Bieszczadach, okazało się, że znalezienie podobnych warunków, w podobnej cenie, jak w ubiegłym roku w Krynicy, jest praktycznie niemożliwe. Poza tym droga z Warszawy w Bieszczady jest chyba jeszcze bardziej męcząca niż w Sudety.

I tak, w połowie pierwszego tygodnia września zaczęliśmy się rozglądać za wyjazdem do nieco cieplejszej strefy. Bodajże w piątek żona znalazła atrakcyjną ofertę „last minute” do Grecji. Kiedy  jednak po chwili namysłu, telefonie do mamy (czy na pewno przygarnie psa) i telefonie do córki, (czy na pewno da sobie radę w domu sama przez tydzień) zadzwoniłem do TUI, zdążyłem tylko podać imię, nazwisko i imię żony, kiedy pani z biura zakomunikowała mi, że właśnie oferta z niknęła i musi przerwać rezerwację. Termin urlopu się zbliżał, a my nie mieliśmy niczego zarezerwowanego. W weekend, kiedy spokojnie można byłoby coś jeszcze złowić, zostaliśmy zaproszeni do kuzynki do Żyrardowa, której nie wypadało już odmówić.

W poniedziałek w drugim tygodniu września, kiedy miałem już być na kolejnym urlopie znów pojechałem do pracy. Gorączkowe poszukiwania w Internecie oferty wyjazdu w rozsądnej cenie nie dawały rezultatu, więc po pracy wybrałem się do biura podróży w Arkadii (w którym 3 lata temu zarezerwowaliśmy wyjazd na Kretę). W biurze spędziłem cały wieczór wychodząc z niego i dzwoniąc do żony z prośbą aby proponowane oferty obejrzała w Internecie oraz wracając, aby jeszcze coś skonsultować. Do domu wróciłem po dwudziestej drugiej, kiedy już biuro zamknięto. Następnego dnia znów udałem się do biura, bo w pracy nie miałem czasu zajrzeć nawet na chwilę do Internetu. Tym razem po obejrzeniu kilku ofert doszedłem do wniosku, że dam sobie spokój i będę polował w Internecie. Jeśli coś ciekawego się trafi zarezerwuję i wyjedziemy, jeśli nie trudno. Niczego nie trzeba robić na siłę. Poza tym żona poszukiwań wakacyjnej oferty miała już serdecznie dość i kiedy chciałem jej coś pokazać i zapytać o zdanie zaczynała się złościć i zżymać.

Kiedy we wtorek wróciłem do domu zjadłem kolację, a później włączyłem komputer. Przeglądając oferty biura ITAKA zauważyłem ofertę wyjazdu na Korfu, o której kilka dni wcześniej rozmawiałem z żoną. Była godzina 21. Kiedy dokładniej obejrzałem tę ofertę i skonsultowałem ją z żoną, zadzwoniłem na infolinię Itaki. Okazało się, że są jeszcze 2 ostatnie miejsca do wzięcia. Zarezerwowałem ten wyjazd. Musiałem się jednak spieszyć. Na puszczenie przelewu i przesłanie jego kopii do Itaki zostało mi tylko 15 minut (o 22 infolinia kończyła pracę). Tym razem się jednak udało. We środę 10 września wypisałem w pracy tydzień urlopu, a w sobotę po południu polecieliśmy z żoną na Korfu. Po raz pierwszy od 15 lat sami (bez naszego dziecka, które w czerwcu skoczyło właśnie 18 lat i spokojnie mogło samo przez tydzień zostać w domu).

Kupiony jeszcze w sierpniu modelik Fiata Uno przeleżał w przestawionej do sypialni witrynie ponad miesiąc. Z blistra wyjąłem go dopiero wczoraj – 30 września. Przez poprzednich kilka tygodni nie miałem czasu nawet go dokładnie obejrzeć.

Wczoraj po pracy zostałem troszkę dłużej w biurze i wydrukowałem dorobione tablice rejestracyjne. Nakleiłem je na modelik. Później zabrałem się za drobne poprawki. Najpierw próbowałem modelik rozebrać, ale mi się to nie udało. Zdjąłem więc oponki z tylnych kółek i delikatnie szczypcami ściągnąłem felgi z ośki. Końcówki ośki nieco spiłowałem po czym wcisnąłem na nie kółka z powrotem. W ten sposób udało mi się zwęzić nieco rozstaw kółek z tyłu tak, aby żadne nie wystawało poza obrys nadwozia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Następnie, zapałką zanurzaną co chwilę w spirytusie, zmyłem ze świateł tylnych namalowane fabrycznie w niewłaściwym miejscu światła cofania, po czym pomalowałem je po swojemu.

Także bez poprawek, trzeba przyznać, że Uno z serii „Kultowe Auta PRLu” to bardzo udany model ( i chyba jeden z najlepiej wykonanych modeli jakie się w serii ukazały) Jedyną jego wadą są niewłaściwie wykonane tablice rejestracyjne, dlatego postanowiłem „uzbroić” go w nowe.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Modelika Fiata Uno wykonanego dokładnie w skali 1:43 szukałem bardzo długo. Przez wiele lat na rynku dostępny był tylko modelik wykonany przez Bburago. (Dziś jest już też dość rzadki, bo to bardzo stary model).  Jest on nieco za duży, a powstał chyba na bazie jeszcze starszego modelika firmy Mebetoys, który jak wynikło z mojego niedawnego dochodzenia też jest za duży (oba są w skali ok 1:41).

W historii Fiata samochód odegrał bardzo istotną rolę. Okazał się bardzo udany, toteż bardzo długo go produkowano. W Polsce wciąż go można spotkać niemal na każdym kroku, jednak już tylko wersję po faceliftingu, jaki auto przeszło w 1990 roku. Ja zaś zawsze chciałem mieć modelik tego auta w wersji pierwotnej z roku 1983, kiedy to Uno się ukazało. Jego premiera była w światku motoryzacyjnym (również w Polsce) swego rodzaju bardzo istotnym wydarzeniem, bo był to niejako pierwszy „światowy” model Fiata, zaprojektowany od początku tak, aby można go było sprzedawać na całym globie. Samochód nie tylko spełnił pokładane w nim w latach 80- tych oczekiwania, ale stał się chyba bardziej popularny niż pierwotnie zakładano.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W trakcie tegorocznych krótkich wakacji na Korfu też widywałem Fiaty Uno i to również w starszej, pierwotnej wersji  (ze starego typu przodem). Osobowego Uno z lat 80-tych nie udało mi się sfotografować na jednej z ulic stolicy wyspy, bo spieszyliśmy się z żoną na powrotny autobus do hotelu i nie było na to czasu. Za to nieopodal hotelu, w którym mieszkaliśmy parkowało Uno w wersji pickup. Postanowiłem je uwiecznić właśnie na potrzeby tego wpisu. Auto ma identyczny „stary” przód jak prezentowany tu modelik:

Fiat UNO

Drodzy czytelnicy!

Mam nadzieję, że ten wpis wyjaśnił w sposób wystarczający moją długą nieobecność na blogu.

pozdrawiam

221. Blog Roku 2013 i Legendy motoryzacji – Fiat 124

Drodzy Czytelnicy

W piątek 30 stycznia rozpoczął się etap głosowania SMS w konkursie BLOG ROKU 2013.

Jak większość z was zdążyła zauważyć, od kilku lat nie biorę udziału w konkursie. W styczniu 2009 roku wkładając w to spory wysiłek, udało mi się „wepchnąć” mojego bloga do finałowej dziesiątki kategorii „Moje zainteresowania i pasje” konkursu Blog Roku 2008. Rok później moje uwagi na temat konkursu opisałem TUTAJ. Nie znaczy to jednak, że nie interesuję się tym, co dzieje się w szeroko pojętej „blogosferze”. Dlatego w tym roku, postanowiłem przypomnieć, o tym zapomnianym na moim blogu konkursie, w nieco inny sposób niż w poprzednich latach.

W tegorocznym konkursie postanowiłem poprzeć dwa blogi, na które zaglądam i POPROSIĆ WAS o głosowanie na nie za pomocą SMS. 

(Koszt SMS to tylko 1,23zł, a dochód z głosowania zasili HOSPICJUM DLA DZIECI OSIEROCONYCJ)

Zobacz bloga:  Alternatywna Rzeczywistość Any Landrow

WYWIAD Z BLOGERKĄ

i

Zobacz bloga: KURA PAZUREM

WYNIKI  II ETAPU KONKURSU:   ANA  I  KURA DOMOWA 

To tyle o konkursie Blog Roku, a teraz już we właściwym temacie.

Od jakiegoś czasu, nosiłem się z zamiarem pokazania na blogu kilku modeli, które kupiłem nie tak znowu dawno, ale z różnych powodów nie miałem okazji ich tu zaprezentować. Modele te przedstawiają prawdziwe legendy motoryzacji, dlatego postanowiłem je potraktować w sposób szczególny.

Jakiś czas temu, w Internecie znalazłem bardzo ciekawą informację. Jeśli ktoś zadaje pytanie, jaki był najpopularniejszy samochód w historii motoryzacji, zawsze nasuwa się prosta odpowiedź: Volkswagen 1200 „garbus”. Otóż nie. Wg niektórych znawców historii motoryzacji, najpopularniejszym autem w historii były Fiaty z serii 124/125. I chociaż trudno jest ocenić prawdziwość tego stwierdzenia, bynajmniej nie wydaje się być ono fałszywe. Fiat 124 ukazał się na rynku w roku 1966 i od razu zyskał uznanie fachowców. W prestiżowym konkursie organizowanym corocznie przez dziennikarzy motoryzacyjnych z całego świata uzyskał tytuł „Samochód Roku 1967”.  Fiat 125, który na rynek wszedł rok później, nie tylko bazował na Fiacie 124, ale był właściwie jego nieco dłuższą i elegantszą odmianą. Obydwa auta miały ten sam przedział pasażerski (dach, drzwi, szybę przednią i tylną) i różniły się w zasadzie tylko przednią i tylną częścią nadwozia, które w przypadku Fiata 125 były po prostu nieco dłuższe.

Już od samego początku produkcji obydwu modeli, koncern Fiat chętnie udzielał licencji na ich produkcję w różnych krajach. I tak, Fiat 124 oprócz Włoch, był wytwarzany: Jako Seat w Hiszpanii, Tofas w Turcji, Premier w Indiach, a przede wszystkim przez długie lata, niemal w oryginalnym kształcie, jako Łada w ZSRR. Fiat 125 zaś, oprócz Włoch, był wytwarzany w Polsce, w Jugosławii oraz w Argentynie. Kiedy policzono wszystkie, w tym licencyjne wcielenia Fiatów 124 i 125 (wyprodukowane na kilku kontynentach) okazało się, że było ich nawet nieco więcej, niż legendarnych „garbusów”.

Jeśli ktoś z was, wklepie w wyszukiwarkę hasło, „najpopularniejsze auto w historii”, na pierwszym miejscu pojawi się zapewne Toyota Corolla, z dumną liczbą ponad 35 milionów sprzedanych egzemplarzy. Jednak dla fachowców takie zestawienie jest niczym innym, jak tylko pusty sloganem marketingowym, bo cóż wspólnego ma maleńka tylnonapędowa Corolla z roku 1966 ze współczesną, mierzącą ponad 4,5m długości przednionapędową limuzyną o tej samej nazwie. Nic, poza nazwą, absolutnie nic. Dlatego to, co napisałem powyżej, choć wydaje się mało wiarygodne jest jak najbardziej prawdziwe. Argentyński Fiat 125 z lat 80-tych, miał z cała pewnością o niebo więcej wspólnego z Fiatem 124, niż podawane w aktualnych rankingach „bestsellery”, ze swoimi o kilka generacji starszymi poprzednikami (jak chociażby Golf VII z Golfem I). Tak więc modelik Fiata 124, tego trochę niedocenianego, a jak się okazuje jednego z najważniejszych samochodów w historii motoryzacji, po prostu musiał się znaleźć w mojej kolekcji. 

221. Fiat 124 1

Od samego jej początku, za Fiata 124 „robił” w kolekcji kupiony 30 lat temu radziecki modelik Łady 2101.

W 2009 roku, kiedy w serii „Kultowe auta PRL” ukazała się Łada 1200 kupiłem ją, z zamiarem przeróbki zderzaków i tym samym upodobnienia jej do oryginału, czyli Fiata 124. (Pisałem o tym zresztą na blogu). Przeróbki jednak nie wykonałem. Po bliższych oględzinach okazało się, że „kultowy” modelik ma jednak kilka wad, a kolega, z którym moje modelarskie zamiary konsultuję, stwierdził, że po co przerabiać nie najlepszy modelik Łady na Fiata 124, skoro na Allegro można za rozsądną cenę kupić modelik gotowy. Radę kolegi wziąłem sobie do serce i dokładnie 2 lata temu upolowałem na Allegro modelik firmy Norev:

Modelik, choć podobnie jak „kultowa” Łada też pochodzi z serii gazetowej, został zdecydowanie lepiej wykonany. Ma nie tylko zderzaki bez kłów, ale i właściwe klamki i jak na oryginał przystało, włoskie tablice rejestracyjne. Wraz z przesyłką kosztował mnie niecałe 34 złote, a więc nawet mniej niż od jakiegoś czasu kosztują w kioskach numery specjalne z serii „Kultowe auta PRL.

Fiat 124 oprócz znanej i najbardziej popularnej wersji sedan, był wytwarzany także w innych też dość popularnych odmianach. Jedną z nich był jeden z najładniejszych włoskich kabrioletów w historii, czyli Fiat 124 Spider. On też od wielu lat był przedmiotem mojego kolekcjonerskiego pożądania.

Po długich i bezowocnych poszukiwaniach godnego uwagi modelika, w 2010 roku, kupiłem w „kultowym” kiosku modelik Fiata 124 Spider, jaki ukazał się wtedy w serii „Legendarne Samochody”. Modelik nie był najlepiej wykonany, ale kosztował tylko 20 zł, więc podobnie jak w przypadku łady 1200, kupiłem go z zamiarem poprawienia. Inaczej jednak, niż w przypadku większości moich modeli, nie opisałem go zwyczajnie na blogu, ale zrobiłem dokładną jego analizę.  Wynikło z niej, że przeróbka byłaby kłopotliwa i obszerna, więc ją sobie odpuściłem.

Dwa lata później (w listopadzie 2012 roku), na Allegro pojawił się niedrogi, bo tuningowany modelik Fiata 124 Spider firmy Vitesse. Na modelik chętnych nie było i go kupiłem. Wymagał poprawek i wymiany kół, ale zapłaciłem za niego (z przesyłką) całe 16 zł. Na blogu go nie opisałem, bo modelik przestał w gablotce pół roku, zanim doprowadziłem go do stanu, w jakim jest teraz:

221. Fiat 124 5

Okazał się bardzo cenną zdobyczą. Miał zamontowane specjalne metalowe koła z foto-trawionymi ramionami. Niestety były one nieco za duże i nie obracały się. Modelik warto było kupić nawet dla samych kół, bo są na pewno znacznie więcej warte niż zapłaciłem za cały modelik. Został on przemalowany na ciemny fioletowy kolor, poza tym miał jeszcze urwane lusterko.

Swego czasu, na giełdzie, kupiłem od kolegi Trackera (za 8 zł) kompletne koła od pierwszego Fiata 125p z serii „Kultowe auta PRL”. Koła te nie pasowały do modelika 124, ale zamontowałem je do Fiata 125p pickup, a koła z tego ostatniego trafiły do spidera.

Fioletowa farba, okazała się ładnie położona i widać było, że ktoś, kto robił tuning, do malowania  naprawdę się przyłożył. Powierzchnia była gładka i czysta, gdzieniegdzie tylko spod farby było widać oryginalny czerwony kolor (Modelik został prawdopodobniej tylko raz tryśnięty aerografem). Fioletową farbę można by było zmyć bez problemu spirytusem, ale kłopotliwe okazało się zdemontowanie ramki okna przedniego, reflektorów i atrapy, które w trakcie tuningu zostały mocno przyklejone do nadwozia. Grzebiąc w moich modelarskich rupieciach znalazłem ciemno fioletową akrylową farbę Revell, kupioną kiedyś do aerografu i okazał się to strzał w dziesiątkę. Modelik został pomalowany najprawdopodobniej właśnie tą farbą, więc zrobienie zaprawek w na progach i w kilku innych miejscach nie nastręczyło żadnych problemów. Poza tym doszedłem do wniosku, że po co niszczyć coś, w co ktoś inny włożył trochę serca i pracy.

Po wymianie kół i zrobieniu zaprawek, do modelika dorobiłem lusterko. Obciągnąłem je samoprzylepną folią aluminiową i spolerowałem. Modelik wymagał także dorobienia przednich migaczy, gdyż te zostały w trakcie tuningu zamalowane. Migacze zrobiłem z niego grubszej i błyszczącej, samoprzylepnej aluminiowej folii ozdobnej. Wyciąłem odpowiedniego kształtu kawałeczki i nakleiłem pod reflektorami. Dodatkowo pomalowałem je kilka razy bezbarwnym lakierem do paznokci, aby nadać im wygląd przezroczystej plastikowej szybki białego „włoskiego” kierunkowskazu. Poza tym nadwozie zostawiłem w stanie, w jakim właściwie je kupiłem.   

Trzecią, chyba najmniej popularną odmianą  Fiata 124 była jego druga sportowa wersja, dwudrzwiowe coupe. Podobnie jak spider, Fiat 124 Sport Coupe zawsze bardzo mi się podobał, a jego modelik kupiłem kilka lat temu i opisałem dokładniej na blogu. Teraz jednak postanowiłem go też przypomnieć:

123. Fiat 2

123. Fiat 3

Po wielu latach poszukiwań, podchodów na Allegro, prób przeróbek tanich modeli i wycofywania się z nich, udało mi się zdobyć  wreszcie godne pierwowzorów modeliki wszystkich trzech odmian Fiata 124.  Razem wyglądają tak:

A gdzie się podziały specjalne kółeczka z Fiata 124 Spider?

Jasna sprawa, że nie schowałem ich do szuflady. Nie mając pomysłu innego ich przeznaczenia, zamontowałem je (przynajmniej na razie) do niemal tak samo starego, jak pomarańczowa Łada, bo kupionego jeszcze 1986 roku modelika Porsche 934 Turbo firmy Solido. Nie wyglądają może rewelacyjnie, bo zostały raczej przeznaczone do tuningowania modeli 1:43 nowszych nieco samochodów, ale w porównaniu z tym co było, Porsche i tak wygląda o niebo lepiej:

pozdrawiam

 

P.S.  26 lutego 2016 

Siedzę w domu, pogoda nie najlepsza. Samochód w warsztacie. Grzebię trochę w Internecie i „wygrzebuję” coś naprawdę ciekawego. Oto jak najbardziej związany z tym wpisem filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=9ME3JScdomE

Fiat 125 produkowany kiedyś w Argentynie   

193. Przypadkowy prezent – Fiat 128 3P

Jak wskazuje wieloletnie doświadczenie, każdy poważny kolekcjoner miniaturowych autek musi raz na jakiś czas (a przeważnie raz w roku) jak to się nieładnie mówi „umoczyć d…”. A gdzie o to najłatwiej ? Na giełdzie ? Nie. W kiosku czy Empiku? Też raczej nie. No to gdzie o to najłatwiej? Odpowiedź jest prosta: Oczywiście na Allegro. Ostatnio zakupiony modelik w pewnym sensie potwierdza tę regułę. Jak większość z was wie czynnością jaką przeważnie kończę dzień jest przeglądanie na Allegro świeżo wystawionych modelików. To co mnie ewentualnie interesuje „ląduje” w „aukcjach obserwowanych” i na tym się przeważnie kończy.  Czasami coś licytuję, ale tylko wtedy gdy cena jest przystępna, a na modeliku naprawdę bardzo mi zależy. Tym razem było jednak trochę inaczej. W jakiejś wolne chwili (których w ciągu dnia mam naprawdę niewiele) przeglądałem obserwowane aukcje. A ponieważ niczego ciekawego, ani pilnego tam nie było, ni z tego ni z owego wszedłem w wyszukiwarkę i od niechcenia wpisałem w nią po kolei kilka marek samochodów. Niczego ciekawego nie znalazłem więc już na koniec wpisałem „Fiat 128”. Po chwili na ekranie pokazało się kilka aukcji z czerwonym modelikiem z serii „Kultowe Auta PRL” ale wyskoczyła też aukcja z modelikiem firmy Norev. Byłem trochę zaskoczony jak to się stało, że nie zwróciłem na nią uwagi wcześniej (w trakcie codziennego wieczornego przeglądania). Aukcja trwała już kilka dni, a że modelika nikt nie licytował aukcję dodałem do aukcji obserwowanych i co jakiś czas do niej zaglądałem. Klika dni później, gdy modelika dalej nikt nie licytował postanowiłem aukcję „wyczekać” to znaczy obserwować w momencie zakończenia i jeśli nikt dalej nie będzie licytował, poczekać aż się zakończy, a sprzedający wystawi modelik za kilka dni np. o 5 zł taniej.

Fiat 128, pierwszy samochód Fiata z napędem na przednie koła pojawił się na rynku w 1969 roku i od razu odniósł sukces. W corocznym konkursie, jaki organizują dziennikarze motoryzacyjni z całej Europy zdobył prestiżowy tytuł samochodu roku 1970. Jego sportowa odmiana –  Fiat 128 Sport Coupe ukazał się w 1971 roku. Jak podają różne poważne źródła, a inni za nimi tę informację powtarzają,  koncern Fiata zachęcony sukcesem jaki odniósł Ford Capri postanowił zrobić własne sportowe coupe o koncepcji nadwozia podobnej do Capri.  Jednak moim zdaniem sprawa ta wygląda nieco inaczej.  Fiat miał już wcześniej w swojej ofercie nieduże sportowe coupe. Był nim produkowany od 1965 roku (a więc o kilka lat młodszy od Capri) Fiat 850 Coupe oparty o podzespoły zwykłego Fiata 850. Samochód ten na początku lat 70-tych, zarówno pod względem koncepcji (miał silnik umieszczony z tyłu) jak i stylizacji, był już przestarzały i należało go po prostu zastąpić modelem nowocześniejszym. Jego produkcji zaprzestano w roku 1972, a więc rok po ukazaniu się Fiata 128 Sport Cupe. Ten ostatni samochód był autem ładnym i zgrabnym, a także o wiele bardziej nowoczesnym. Jednak jego żywot w formie w jakiej pierwotnie się pojawił nie był zbyt długi.

W 1975 roku samochód przeszedł bardzo obszerną (nawet jak na dzisiejsze czasy), bardzo ciekawą modernizację.  Od wielu lat właściwie większość modeli samochodów po kilku latach produkcji przechodzi większą bądź mniejszą modernizację nadwozia zwaną fachowo facliftingiem. Zazwyczaj w trakcie faceliftingu zostaje zmieniony przód auta i zmiany obejmują: reflektory, atrapę, zderzaki, maskę i błotniki przednie. Pozostałe elementy nadwozia oprócz drobnych korekt lamp tylnych, pozostają niezmienione. W przypadku Fiata 128 Sport Coupe styliści i projektanci postąpili dokładnie odwrotnie. Od słupka środkowego, cały tył samochodu został zaprojektowany na nowo. Z przodu zmieniono tylko atrapę i zderzak. W historii motoryzacji tak przeprowadzana modernizacją jest rzeczą rzadką i niemal wyjątkową. Ja oprócz przypadku Fiata 128 Sport Coupe znam tylko jeszcze dwa inne przykładu aut, w których całkowicie przeprojektowano kształt tylnej części nadwozia, bez zmiany przodu: Opel Kadett B Coupe i Lancia Beta Coupe / HPE. Faktem jest, że bardzo wiele popularnych samochodów z początku lat 70-tych zostało zaprojektowanych jako auta z nadwoziem dwu-bryłowym typu Fastbeck, czyli miały kształt tylnej części nadwozia w modnej wówczas linii kombi-limuzyny, pozbawione były jednak dużej klapy obejmującej okno tylne, a miały zwykłą małą pokrywę bagażnika, taką jak w nadwoziach typu sedan. Takimi samochodami był między innymi Fiat 127, Alfa Romeo Alfasud, Volkswagen Passat B1, Citroen GS, Peugeot 104 a nawet późniejszy Opel Kadett D i jeszcze kilka innych. W połowie lat 70-tych przeprojektowywano nadwozia tych  aut na nadwozia typu liftback i zastępowano w nich stałą szybę tylną i niewielką klapę bagażnika dużą zintegrowaną klapą tylną wraz z oknem. Jednak po tych zmianach samochody z klapą tylną nie różniły się właściwie wyglądem od swoich poprzednich wcieleń (pozbawionych tej klapy) i na pierwszy rzut oka różnice trudno było rozpoznać. Sportowy Fiat 128 po dodaniu klapy tylnej ukazał się już jako trzydrzwiowy Fiat 128 3P i  wyglądem tyłu znacznie się od poprzednika różni.

Modelik Fiata 128 3P nie był przedmiotem mojego szczególnego pożądania. Jeżeli miałbym wybierać spośród dwóch pokazanych tu samochodów, to w kolekcji wolałbym raczej mieć modelik starszej, pierwotnej wersji auta. Niestety, o ile modelik 128 3P dostępny jest i jako „kultowy” i jako Seat lub Fiat (ukazał się w zagranicznych seriach gazetowych), o tyle modelik 128 Sport Coupe jest praktycznie niedostępny. Modelik tego auta robi aktualnie tylko jedna włoska firma. Jest to modelik auta w wersji wyścigowej i nie dość, że kosztuje koszmarnie drogo, to nawet w zagranicznych sklepach internetowych jest trudno dostępny.  Toteż jak już tutaj napisałem po kilku dniach obserwowania aukcji modelika 128 3P, postanowiłem ją „wyczekać”. Na pół godziny przed końcem aukcji, 12 grudnia wszedłem jednak na Allegro i wtedy zorientowałem się, że ktoś jednak modelik zalicytował. Zacząłem się zastanawiać co zrobić. Oferta specjalną okazją nie była, do tego dochodzi zawsze koszt przesyłki, trzy dni wcześniej, na giełdzie kupiłem Wartburga, a pod koniec listopada jeszcze dwa inne modele, a tu idą święta i wiadomo prezenty, wydatki, a karty podarunkowej w pracy jeszcze nie dali itd. Tuż przed końcem aukcji miałem sobie modelik odpuścić jednak w końcu zalicytowałem o jedną złotówkę wyżej niż cena wywoławcza i akcję wygrałem.

Kiedy zorientowałem się, że modelik kupiłem, trochę byłem na siebie zły, ale pomyślałem cóż już się stało. Aukcja zakończyła się kwotą 46 zł do tego doszła przesyłka. Modelik kosztował 53 zł. Następnego dnia zapłaciłem za modelik i czekałem na przesyłkę.  W międzyczasie w weekend wybraliśmy się z rodziną na zakupy prezentów do Centrum Handlowego Arkadia. Moje dziewczyny (żona i córka) długo chodziły po sklepach, ja w tym czasie zajrzałem tylko do kilku, a potem odpoczywałem na ławeczce i czekałem na SMSa od córki z informacją, do którego sklepu mam podejść do kasy z moją kartą płatniczą. Niestety w sklepach był duży ruch i moje dziewczyny niczego ciekawego dla siebie tam nie znalazły. Postanowiłem więc kupić im na gwiazdkę karty podarunkowe ważne przez rok do wszystkich sklepów w C. H. Arkadii. (Nie tylko ja kupowałem takie prezenty. Do punku, w którym można zakupić karty co chwilę ktoś podchodził i kupował nawet po kilka kart). A że wydatek jest to całkiem spory (kilka stówek), kiedy moje panie zapytały mnie, „a co ty byś chciał dostać pod choinkę ? „, odparłem, że ja to właściwie sobie już prezent gwiazdkowy kupiłem. Kiedy przyszła paczka z modelikem, otworzyłem ją aby sprawdzić czy wszystko się zgadza i tylko rzuciłem krótko okiem na modelik. Modelik na pierwszy rzut oka na kolana nie rzucał więc pomyślałem „no to chyba jednak umoczyłem d…” Przed wigilią córka wyjęła modelik z paczki, przełożyła do mniejszego pudełka, które owineła kolorowym, „gwiazdkowym” papierem i położyła pod choinką. Po wigilii, kiedy wszyscy goście już sobie pojechali,  modelik wyjąłem z pudełka, potem wyciągnąłem go jeszcze z blistra. Teraz mogłem go spokojnie już obejrzeć:

Po oględzinach znów miałem odczucie, że jednak może nie tak całkiem, ale trochę jednak „d.. umoczyłem” modelik ma poprawną bryłę, jest ładnie pomalowany, ale wykonanie jego atrapy nie przypadło mi zbytnio do gustu. Na Allegro było tylko zdjęcie z boku zapakowanego modelika, a na żywo atrapa wygląda jednak gorzej niż na zdjęciach modelika znalezionych w Internecie. Niby wszystko jest OK, ale odniosłem wrażenie, że modelik, który pochodzi z serii gazetowej, bo nie jest to katalogowy Norev, został wykonany mniej starannie niż modele pokazane w Internecie. Na domiar złego przy dokładnych oględzinach odkryłem, że atrapa nie została właściwie zamontowana i z lewej strony odrobinkę z nadwozia wystaje. Wada nie była aż tak rażąca i w oczy się tak bardzo nie rzucała, bo co prawda atrapa powinna być w nadwozie minimalnie (0,2 czy 0,3 mm) wpuszczona (tak też było po prawej stronie) te ze strony lewej o jakieś 0,2 mm wystawała.  Miałem to zamiar nawet zostawić, bo obawiałem się czy w trakcie poprawek mimo wszystko nie zetrze się chrom z atrapy, ale w końcu na poprawkę się zdecydowałem. Poprawka okazała się jednak dość kłopotliwa. Okazuje się, że w modeliku, który jak wspomniałem pochodzi z serii gazetowej, elementy takie jak zderzak, atrapa, czy lusterko, choć też (tak jak w „kultowych”) są mocowane do nadwozia na maleńkich bolcach, to bolce te nie są jednak jak w „kultowych” rozpłaszczone na końcach „na gorąco” , ale zostały w nadwozie wklejone. Mocowanie takie jest o wiele solidniejsze i pewniejsze niż takie jak w „kultowych”, ale przy próbie rozebrania modelika demontaż elementów jest bardzo kłopotliwy, a w niektórych przypadkach wręcz niemożliwy. Atrapy nie dało się po prostu wypchnąć (przez bolce) od tyłu (jak w naszych „kultowych”), a bolce trzeba było od tyłu rozwiercać. Bolce mocujące atrapę miały długość ok 5 mm. Rozwiercałem je najpierw wiertłem 1,2 mm obsadzonym w pokazaną w poprzednim wpisie oprawkę nożyka modelarskiego. Później poprawiałem jeszcze wiertłem 1,5 mm. Dodatkową trudność stanowiło to, że zderzak jest też wklejony w nadwozie więc go nie demontowałem. Cały czas podczas wiercenia mierzyłem głębokość otworu, bo całą operację robi się trochę „na czuja”, ponieważ nie wiadomo jak de facto długie są bolce, bo nie ma możliwości dokonania jakiegokolwiek pomiaru. Trzeba też uważać aby w trakcie wiercenia nie przebić się przypadkiem wiertłem na drugą (widoczną) stronę atrapy. Kiedy otwory w nadwoziu były wystarczająco głębokie, wsadziłem w nie wiertło i próbowałem atrapę wypchnąć. Niestety, ani drgnęła. Następnie wsadziłem w jeden otwór wykałaczkę, a wystającą część chwyciłem szczypcami i zacząłem pchać. Tym razem mocowanie puściło i atrapę wypchnąłem. Kiedy ją obejrzałem, okazało się że bolce na skutek rozwiercania uległy skróceniu i mają ok 1,5 mm długości a nie 5. Po oczyszczeniu skróconych bolców z resztek kleju wcisnąłem atrapę z powrotem w nadwozie. Atrapa jest teraz zamontowana właściwie i o dziwo siedzi w nadwoziu na tyle stabilnie, że nie wymagała klejenia.

Po poprawkach modelik podoba mi się i choć na pewno „na kolana nierzuca”, nie mam już wrażenia, że tym razem „umoczyłem d..”. Modelik trochę kosztował. Był niemal dwukrotnie droższy od modelika 128 3P, jaki ukazał się w lutym tego roku w serii „Kultowe Auta PRL”. Jednak od „kultowego” modelika jest o wiele lepiej wykonany. Kiedy w styczniu (na miesiąc przed ukazaniem się modelika) na forum motoshowminiatura pokazano zdjęcia 128 3P z „przecieków” i zaczęła się dyskusja, w której wziąłem udział, doszedłem do wniosku, że modelik przed zakupem należy koniecznie dokładnie obejrzeć. Kiedy modelik się ukazał, zrobiłem to i zakup sobie odpuściłem. Wnioski z dyskusji na forum potwierdziły się w kiosku. Podjąłem wtedy decyzję, że jeśli kupię kiedyś modelik 128 3P to będzie to Norev. Nie sądziłem jednak, że kupię go sobie akurat „ma gwiazdkę”. Po wigilii wstawiłem modelik do nowej gablotki, która w ciągu mijającego roku na tyle się zapełniła, że modelik musiałem ustawić nie w poprzek półki jak inne eksponowane modeliki, ale wzdłuż, na kawałku wolnego miejsca przed modelikami „garbusów”. Modelik stanął za opisywanym niedawno Passatem. Dopiero w takim zestawieniu widać jak na dłoni naprawdę ładną bryłę 128 3P i niestety mizerię bryły Passata.

pozdrawiam

180. Legendarne samochody – Mercedes-Benz 320 D

Ponad dwa lata temu w kioskach i Empikach pojawiła się druga na polskim rynku seria gazetowa z modelikami samochodów w skali 1:43. Seria „Legendarne Samochody” wydawnictwa Amercom (bo o niej mowa) nie przyciągneła zbytnio mojej  uwagi, bo rynkowym hitem w owym czasie była seria „Kultowe Auta PRL” i ona to stanowiła główny przedmiot mojego zainteresowania. Obserwująć fora internetowe odniosłem wrażenie,  że serię „Legendarne Samochody” dokładnie tak samo potraktowali serię inni kolekcjonerzy i zwykli zbieracze minaturowych autek. Na forach ma ona swoje miejsce, jednak liczba wpisów i komentarzy dotyczących tej serii była i jest nieporównywalnie mniejsza niż wątkach na temat „Kultowuch Aut PRL”.  Trudno się zresztą temu dziwić, bo pomimo nazwy, w serii nie ukazało się zbyt wile modeli naprawdę „legendarnych” aut. Ci, którzy swoją przygodę z kolekcjonowaniem modelików w skali 1:43 rozpoczęli od zbierania „Kultowuch Aut PRL” chieli by zapewne zobaczyć w niej modele takich legend motoryzacji jak Citroen 2CV, Austin Mini, Porsche 911 czy opisywany tu niedawno prze ze mnie Volkswagen „garbus”. Początkujący zbieracze zapewne chcieliby w serii zobaczyć modele aut tak naprawdę „legendarnych” dla zwykłych ludzi, a niekoniecznie modele samochodów niewatpliwie też „legendarnych”, ale już raczej dla wytrawnych znawców historii motoryzacji, jakie się w tej ukazują.  Z kolei dla kolekcjonerów z wieloletnim stażem (takich jak ja) seria nie jest zbyt atrakcyjna, i nie budzi wielkich emocji, bo wiele modeli jakie się w niej ukazały, kolekcjonerzy tacy mają od dawna (i to przeważnie w nieco lepszym wykonaniu) . Niemniej jednak seria ta nawet dla „starych wyjadaczy” może stanowić cenne źródło uzupełniania i wzbogacania istniejących już kolecji. Z tego powodu warto śledzić na bieżąco to co się w niej ukazuje i przynajmniej raz na dwa tygodnie wziąć w kiosku do ręki „legendarny” modelik obejrzeć go „na żywo” i zastanowić się czy warto go kupić, zwłaszcza, że modeliki naprawdę są niedrogie.

Do grudnia ubiegłego roku, a więc przez niemal 2 lata ukazywania się serii, kupiłem z niej raptem tylko 4 modele: startowego Forda T, Fita 124 Spider, Gaza 12 Zima i Astona Martina MKII. (wszystkie zostały na tym blogu opisane). Ponieważ z serii „Kultowe Auta PRL” od początku jej wydawania kupiłem ponad 60 modeli, moje zainteresowanie nią w dużej mierze osłabło niejako z powodu „nasycenia”. Większą więc uwagę zwróciłem na „Legendarne Samochody”. I choć wciąż wybieram z niej „rodzynki” to w ciągu ubiegłego półrocza kupiłem z niej już 3 modele, a poważnie rozważałem zakup 4. Modeli tych (z braku czasu) do tej pory na blogu nie zaprezentowałem więc przy okazji ostatniego nabytku zrobię to teraz.
W grudniu w serii ukazał się bardzo ładnie wykonany model zabytkowego Bucciali TAV 8-32 z 1932 roku:

180. Legendarne 1

Modelik kupiłem bez namysłu bo uznałem, że za 20 zł warto wzbogacić kolekcję o modelik auta oryginalnego zupełnie innego niż typowe samochody z początku lat trzydziestych jakich w kolekcji trochę mam.

180. Legendarne 2

Modelik okazał się być nieco tylko uproszczoną kopią o wiele droższego, kolekcjonerskiego modelika firmy IXO.

Na początku lutego w serii wyszedł Fiat 508 S Balilla z 1936 roku. Chociaż do tej pory nie dorobiłem się zwykłego Fiata 508 Balilla (zwłaszcza w wersji nadwoziowej w jakiej tuż przed wojną w Warszawie produkowany był pierwszy Polski Fiat) modelik z serii „Legendarne Samochody” nabyłem z podobnych względów co modelik Bucciali:

180. Legendarne 3

Modelik jest bardzo ładnie wykonany i niemal niczym nie różni się od swojej (niemal trzykrotnie droższej) kolekcjonerskiej wersji wypuszczonej na rynek przez firmę Starline.

O ile do modelika Bucciali się nie dotykałem, o tyle Fiat wymagał pewnych poprawek. Korekty ustawienia wymagał przede wszystkim środkowy dodatkowy reflektor, który we wszystkich modelikach, które oglądałem nie wiedzieć czemu, gdyby naprawdę świecił, świeciłby w niebo a nie na drogę.

180. Legendarne 4

Poprawka niby drobna, okazała się kłopotliwa i wymagająca precyzji i ostrożności. Trzeba było zdemontować z modelika przednie zawieszenie i imitację zbiornika paliwa z tyłu, aby modelik w ogóle rozkręcić . Śruby mocujące górną „gondolę” nadwozia do podwozia (wraz z błotnikami) są pod wspomnianymi elementami schowane. Pewnym problemem było też wypchnięcie od tyły bolca mocującego reflektor z atrapy. Operacja jednak się udała (bez większych uszkodzeń) i reflektor został ponownie zamontowany w atrapie, ale już właściwie.

Mniej więcej tydzień temu, wserii „Legendarne Samochody” wyszedł Mercedes-Benz 320 Cabriolet D z roku 1937.
Zastanawiałem się nad jego zakupem, bo akurat przedwojennych Mercedesów mam w kolekcji kilka. Modelik urzekł mnie jednak kolorami i bardzo ładnym wnętrzem. Poza tym doszedłem do wniosku, że nie mam w kolekcji żadnego 4 drzwiowego kabrioletu i w końcu modelik kupiłem. Pomyślałem sobie 20 zł nie majątek, a to i owo da się poprawić.

180. Legendarne 5

Poprawki robiłem „na raty” : Najpierw wyrwałem z modelika przednią szybę i zaostrzoną w „łopatkę” zapałkę, spirytusem zmyłem z dolnej jej krawędzi szeroki pas srebrnej farby jaka w tym miejscu została tam fabrycznie nałożona. Później zacząłem oglądać w Internecie zdjęcia samochodu i doszedłem do wniosku, że przód modelika też wymaga poprawek. Wypchnąłem z błotników reflektory i osadziłem je prawie milimetr niżej. Następnego wieczoru oglądając zdjęcia różnych wersji samochodu, doszedłem też do wniosku, że w modeliku atrapa jest zbyt mało pochylona do tyły. Znów rozebrałem modelik, wypchnąłem z „gondoli” atrapę i spiłowałem nieco przód górnej części maski, po czym osadziłem atrapę z powrotem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Codzienne wieczorem zazwyczaj przeglądam świeżo wystawione modele na aukcjach Allegro. Na jednej z aukcji zauważyłem model tego samego auta, firmy Spark za jedyne 177 zł. Znów w ruch poszła wyszukiwarka. W jednym ze sklepów internetowych znalazłem pierwowzór naszego „legendarnego” – kolekcjonerski model firmy Spark za jedyne 45 Euro. Kiedy dokładnie sobie obejrzałem zdjęcia doszedłem do przekonania, że modelik legendarny jest tylko nieco uproszczoną kopią „rasowego” kolekcjonerskiego modelika i od niego różni się drobnymi detalami, ale wiele z nich , jak karoseria zderzaki lampy przednie i tylne są niemal identyczne. Proporcje modelików są dokładnie te same więc ze świeżego zakupu bardzo się ucieszyłem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Efektem tych ostatnich poszukiwań zdjęć w Internecie było „wypoziomowanie” złożonego dachu. Dach wyrwałem po prostu z karoserii. Jeden bolec mocujący wyszedł, a drogi się urwał. Zacząłem kombinować co z tym zrobić i prowizorycznie postanowiłem w miejscu urwanego bolca zastosować wkręcaną od spodu w złożony dach śrubkę. Efekt okazał się znakomity i w żadnym wypadku nie prowizoryczny. Dokręcony śrubką do karoserii dach, ładnie się na niej „ułożył” a efektem ubocznym okazało się ładne jego „wypoziomowanie” .

pozdrawiam

 

P.S.

27 maja

Przedwczoraj, w modeliku dokonałem jeszcze dwóch drobnych poprawek. Okleiłem samoprzylepną folią aluminiową imitację złożonych chromowanych pałąków bocznych w dachu. Tą samą folią okleiłem też ramkę szyby przedniej   Oto modelik po ostatecznych już chyba poprawkach:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA


166. Wrześniowe wakacje i Fiat X1/9

W tym roku, 9 września minęło 5 lat od założenia przeze mnie tego bloga. Nie miałem jednak okazji uczcić tej rocznicy jakimś specjalnym okolicznościowym wpisem, bo  po prostu nie było mnie w tym czasie nie tylko w domu, ale i w kraju. Wróciłem przed tygodniem, ale dopiero dziś mogę zrobić kolejne podsumowanie:

166. Wakacje 1

Przy tej szczególnej okazji

PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 5 LAT ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.

Nie samymi modelikami człowiek żyje i akurat na początku września pojechaliśmy całą rodziną na krótkie, ale długo wyczekiwane wakacje.

Kiedy miesiąc temu opisywałem na blogu milicyjnego Fiata 125p i moją kilkugodzinną wizytę w Centrum Handlowym Arkadia nadmieniłem tylko, iż w czasie kiedy moja córka wraz z kuzynką biegały po sklepach z ciuchami, ja oprócz oglądania modelików w Empiku wstąpiłem do biura podróży. W biurze dowiedziałem się o ofercie last minute, której nie znalazłem w Internecie. Następnego dnia (w niedzielę) pojechałem do biura Tui na Targówku. Tam dowiedziałem się, iż w dwóch czarterach, które 4 wrześnią lecą do Grecji zostało tylko 9 miejsc. Po rodzinnej naradzie, w poniedziałek 25 lipca pojechałem do biura podróży w Arkadii i wykupiłem tygodniowe wczasy. Wybór był dość przypadkowy, uzależniony przede wszystkim od moich możliwości finansowych. I tak, 4 września z pewnymi przygodami wylądowaliśmy w hotelu Golden Star, w miejscowości Analipsi na Krecie.

Pierwszego dnia opalaliśmy się i kąpaliśmy się w hotelowym basenie. Drugiego dnia, po południu poszliśmy na spacer w stronę oddalonego od hotelu o 7km miasta Hersonissou. Po drodze wstąpiliśmy do kilku sklepów z pamiątkami i ciuchami tak, że po dobrej godzinie spaceru i przejściu zaledwie ok. 2 km zadałem moim dziewczynom pytanie czy idą ze mną dalej, czy wracają. Żona z córką oczywiście wybrały powrót do hotelu, a ja dalej ruszyłem sam. Po przejściu jakichś 4 km dotarłem na cypel, z którego roztaczał się taki oto widok na zatokę Malion i miasto Hersonissou:

Na cypel, za którym rozpościerał się widok na zatokę Malion dotarłem ok. 7 wieczorem, postanowiłem więc nie iść dalej tylko wrócić. Nie chciałem iść z powrotem plażą i po skałach tylko uliczkami, ale kiedy zorientowałem się, że idę wzdłuż morza postanowiłem przejść z powrotem nad nie przez teren jakiegoś hotelu i przy okazji zrobiłem to zdjęcie:

Na cypel dotarłem w całkiem dobrej kondycji, za to w drodze powrotnej rozbolały mnie nogi.  Z cypla na obrzeżach Hersonissou wracałem do hotelu nieco ponad godzinę. Nogi bolały mnie jednak okropnie i kilka razy musiałem się na chwilę zatrzymywać. (Czasem chodzę na dłuższe spacery z psem jednak dystansu ponad 12 km na piechotę nie pokonywałem chyba od kilkunastu lat). W trakcie jednego z krótkich postojów pstryknąłem to zdjęcie:
Po trzech dniach pobytu w hotelu, wygrzewaniu się w gorącym południowym słońcu, aby zrobić sobie przerwę od opalania pożyczyliśmy samochód i wybraliśmy się na wycieczkę. Postanowiliśmy zwiedzić kreteńskie „Saint Tropez” czyli Agios Nikolaos. W drodze do tego miasta, przed miejscowością Malia droga, którą jechaliśmy miała łączyć się z główną drogą Krety (tak wynikało z mapy). W miejscu, w którym przypuszczałem, że drogi się łączą było rondo, na którym skręciłem w prawo chcąc wjechać na główną drogę. Po przejechaniu kilkuset metrów drogi głównej nie było, za to samochód zaczął piąć się w górę i zaczęły się serpentyny. W tej sytuacji nie było żadnej możliwości zawrócenia na górskiej drodze i chcąc nie chcąc musiałem wjechać aż na położoną dobrych kilkaset metrów nad poziomem morza przełęcz. Nie żałuję jednak mojej pomyłki:
Górska droga w okolicach miejscowości Malia, na którą wjechałem całkiem przypadkiem.
Kiedy 4 lata temu opisywałem na blogu modelik Citroena C3, nie przypuszczałem, że kiedyś będę miał okazję i to w nader ciekawych okolicznościach, odbyć 200 kilometrową wycieczkę samochodem niemal identycznym jak prezentowany wówczas modelik.
Po drugiej stronie przełęczy było senne miasteczko Mohos, a zaraz za nim dolina i jakby całkiem znajomy widok, niemal jak w polskich Karkonoszach:
Po przygodzie z zabłądzeniem postanowiłem jednak do doliny nie zjeżdżać, a zawrócić nieco inną (mniej stromą) górską drogą z powrotem do miejscowości Malia.
Około 14 dotarliśmy do celu. Zostawiliśmy samochód na obrzeżach miasta i do centrum poszliśmy na piechotę. Po przejściu wąskimi uliczkami około kilometra wylądowaliśmy na małym placyku, z którego roztaczał się taki oto widok:
Agios Nikolaos z tej perspektywy wygląda moim zdaniem zdecydowanie atrakcyjniej niż właściwe Saint Tropez, w którym byłem dokładnie 20 lat temu.
Oto jeszcze kilka innych zdjęć:
Nad położonym w samym centrum miasta basenem, a właściwie jeziorem rozpościerają się miłe kafejki. Mrożona duża kawa kosztuje 3 Euro (nie drożej niż w Warszawie).
Z Agios mieliśmy pierwotnie zamiar pojechać na północ i przedostać się na małą wyspę Spinalonga, na którą biura podróży organizują wycieczki. Jednak droga w kierunku północnym, widziana z oddali, z portu w mieście wydała mi się niezbyt atrakcyjna i z Agios postanowiłem pojechać dalej na wschód wzdłuż brzegów zatoki Mirambellou (ponoć najpiękniejszej zatoki na Krecie):
Wspaniały widok na południową odnogę zatoki Mirambellou. Kreta jest w tym miejscu najwęższa (ok 15 km), pojechaliśmy więc na drugą jej stronę, do spokojnego i nieco sennego kurortu Ierapetra położonego na południowym wybrzeżu wyspy:
W drodze powrotnej zatrzymywałem się jeszcze kilka razy i zrobiłem kilka zdjęć:
To zwierzę można dość często spotkać na Krecie. Nawet na parkingu nad zatoką.
Po ciekawej wycieczce odpoczynek i oczywiście kąpiel w hotelowym basenie:
Właściwie każdego dnia, wieczorami pobytu chodziliśmy na spacery. Jakiś kilometr od naszego hotelu w przeciwnym kierunku niż moja pierwsza długa piesza wycieczka odkryłem luksusowy hotel. Ostatniego dnia pobytu wybrały się do niego żona z córką i zrobiły kilka ciekawych zdjęć:
Miedzy tym, a naszym hotelem znajdował się kilkusetmetrowy odcinek piaszczystej dzikiej plaży, na którym raz kąpałem się w naprawdę słonym morzu.
Wakacje? No fajnie.
A gdzie tytułowy modelik?
I właściwie dlaczego kolejny Fiat ?
A w ogóle cóż on ma wszystko wspólnego z Kretą?
Spokojnie zaraz to wyjaśnię.
Fiat X 1/9 był swego czasu w krajach Europy zachodniej bardzo popularny. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w Niemczech, można go było tam spotkać niemal na każdym kroku. Ten niewielki typowo sportowy, ale i niezbyt drogi samochód był bardzo długo produkowany (przez kilkanaście lat). Gdy w jakieś książce przeczytałem, iż został zaprezentowany jeszcze w 1971 roku, sam byłem tym zaskoczony.
Pierwszy modelik tego auta kupiłem w Niemczech w na pchlim targu jeszcze w 1986 roku. Nieco go zwaloryzowałem poszerzyłem otwór przedniego okna, wstawiłem nową szybę, wymieniłem koła i pomalowałem otarcia lakieru. Pomimo, że modelik ma otwieraną czarną klapę zaraz za kabiną, a pod nią imitację centralnie umieszczonego silnika, nie zadowalał mnie w pełni. Jego bryła, a zawłaszcza jej partia tylna pozostawia wiele do życzenia. No cóż, modele firmy Norev z serii Jet-Car początku lat 80-tych są mocno uproszczone i w tamtym czasie, pomimo iż zostały wykonane w słusznej skali (1:43) były sprzedawane właściwie jako zabawki.
Kiedy w połowie lipca, na Allegro pojawił się stary modelik firmy Solido postanowiłem go licytować. Modelik sprzedawał ktoś z Warszawy, liczyłem więc, że uda mi się go odebrać jakoś przy okazji. Aukcja zakończyła się na kwocie 21 zł (pomimo, że było 3 chętnych). Niestety po jej wygraniu okazało się, iż sprzedający mieszka w dość odległej dzielnicy i zdecydowałem się na przesyłkę pocztą. Kiedy modelik przyszedł okazało się, że nie tylko ma kilka otarć lakieru, ale nie jest to oryginalne Solido z początku lat 80-tych, tylko jakieś późniejsze wydanie (prawdopodobnie pochodzi z serii Corgi-Solido, w której kilka lat temu wypuszczono wierne kopie starych modeli obydwu firm). Modelik nie ma opakowania, zaś na płytce podwozia nie ma daty np. 8.79 wskazującej na miesiąc i rok wypuszczenia modelika, tak jak jest to w przypadku oryginalnych modeli Solido z tamtego okresu.
166. Wakacje 2
 Z całej transakcji nie byłem zbytnio zadowolony. Ponadto modelik wymagał kłopotliwego rozebrania (jest zmontowany na zaczepy, jak większość starych modeli Solido), zamontowania nowych osiek, bo miał zbyt wąski rozstaw kół, uzupełnienia ubytków lakieru i pomalowania kilku charakterystycznych elementów (czego jeszcze do końca zresztą nie zrobiłem).
166. Wakacje 3
Dlaczego więc go teraz prezentuję ?
Otóż kiedy na początku naszej wakacyjnej wycieczki po Krecie wjechałem przypadkiem na górską drogę, z której nie bardzo mogłem zawrócić i piąłem się w górę pokonując kolejne serpentyny, z za jednego z ostrych zakrętów, ku mojemu zaskoczeniu, wyjechał naprzeciw mnie zielony Fiat X 1/9, jakby całkiem wzięty z lat 70-tych. Zupełnie nie spodziewałem się zobaczyć to auto jeszcze kiedyś w normalnym ruchu na ulicy. A tu proszę, taka miła niespodzianka i to właśnie na Krecie.
pozdrawiam
P.S.
Wpis na temat Fiata X 1/9 zacząłem pisać jeszcze pod koniec lipca. Modele firmy Solido nie cieszą się dzisiaj zbytnią estymą kolekcjonerów. Może to nie dziwić, bo w porównaniu z modelami ze współczesnych serii gazetowych nie posiadają wielu detali jakie w ostatnich latach stały się w skali 1:43 standardem. Nie mają wycieraczek, lusterek, czasem migaczy z kolorowego tworzywa, nie mają malowanych ramek okien i innych upiększeń. Posiadają jednak jedną istotną cechę dzięki której mają grono swoich fanów: starannie opracowaną bryłę nadwozia, która z reguły oddaje duże podobieństwo do oryginału co w znacznej mierze rekompensuje niedobór upiększających model drobiazgów. Są dobrą bazą do konwersji i wykonania dobrych wiernych kopii prawdziwych pojazdów. Kiedy przed licytacją szukałem w Internecie zdjęć modelika, natknąłem się na taką oto stronę : Podrasowane modele Solido  Potwierdza ona to co napisałem powyżej.