308. Majowe Bieszczady (cz.2) i Star 200

Kilka miesięcy temu, na moją służbową skrzynkę przyszedł „rozkaz” że w tym roku, inaczej niż w latach poprzednich „zaległe urlopy należy wykorzystać do końca maja.” Wypisałem więc po kilka dni w marcu i w kwietniu, a że za ubiegły rok miałem aż 10 dni zaległego urlopu (zazwyczaj było ich od kilku lat miedzy 5 a 6) w maju wypisałem trochę na chybił trafił cały tydzień od 17 do 21 maja.

Tak więc dokładnie w niedzielę 16 maja dobrze po godz. 10 wyruszyliśmy w trasę. Pojechaliśmy najszybszą drogą przez Lublin, Kraśnik, Janów Lubelski, Rzeszów i Sanok do Polańczyka.

Pierwszy, pełny dzień pobytu opisałem dość dokładnie w poprzednim wpisie. Teraz krótka relacja z dwóch kolejnych dni oraz trasy powrotnej, innej niż droga do Polańczyka .

Drugiego, a właściwie trzeciego dnia, we wtorek zupełnie zmieniła się pogoda. W nocy i rano dość intensywnie padało. Kiedy około godziny 11 przestało padać wybraliśmy się na spacer po zamglonym nieco Polańczyku.

Polańczyk wybrałem na miejsce krótkiego 5dniowego wypadu z uwagi na to iż jest to dość dobrze zagospodarowana miejscowość uzdrowiskowo wypoczynkowa, a co za tym idzie wcale nie jest mała (rozciąga się na długości ok 3 km), jest dość dobrze i ładnie zagospodarowana , a to ważne przy polskiej zmiennej pogodzie. Po prostu lepiej spaceruje się po chodniku z kostki czy asfaltu niż po pełnych błota nieutwardzonych leśnych ścieżkach jakie najczęściej można spotkać w bardziej odległych miejscowościach i zakątkach naszego kraju.

Jak widać najpierw wybraliśmy się na nieodległy skwer z muszlą koncertową i amfiteatrem, z którego sceny zrobiłem zdjęcia powyżej.

Później zwiedziliśmy niewielki park zdrojowy położony po przeciwnej stronie głównej ulicy i zeszliśmy do małej zatoczki poniżej parku:

Polańczyk położony jest u podnóża i na samym półwyspie, który niejako wżyna się w jezioro solińskie na jakieś 1,5 km

Położona u podnóża półwyspu część miejscowości to górki nieco powyżej 500 m a na nich 2 punkty widokowe .

Jedne z nich położony nieco powyżej osiedla Na Górce.

Wybraliśmy się na niego po południu kiedy około 18 znów nastąpiła kolejna przerwa w opadach deszczu

Z położonej nieco dalej a właściwie tuż za punktem łąki rozciągał się taki oto widok na zachmurzone i deszczowe Bieszczady:

Z samego zresztą punktu widok jest też wspaniały.

Na pierwszym spacerze (pod parasolami bo wciąż kropiło) byliśmy ok 2 godzin. Jeszcze zaraz po śniadaniu poszliśmy do recepcji i zarezerwowaliśmy sobie przysługujący w ramach pakietu dla seniora,  masaż relaksacyjny. Żona umówiła się na 15. ja na 16. W ramach pakiety mieliśmy do wyboru albo masaż albo rejs jachtem po jeziorze. Ale hotel był prawie pusty, pogoda popsuła się, nie było gwarancji , że na rejs zgłosi się odpowiednia liczba chętnych, dlatego zdecydowaliśmy się na masaż (w końcu hotel ma w nazwie SPA , więc postanowiliśmy z oferty skorzystać).

Młoda i bardzo miła masażystka najpierw przez godzinę masowała żonę , a później minie. Godzinny masaż to bardzo miła i relaksująca rozrywka w przerwie miedzy wycieczkami i spacerami . Po masażu porozmawiałem trochę z masażystką i dopytywałem się jak się żyje młodym mieszkańcom Polańczyka i okolic.

Następnego dnia w środę (a był to już czwarty i praktycznie ostatni dzień spędzony w Polańczyku) pogoda się poprawiła. Wybraliśmy się więc na wycieczkę, ale nie w góry (bo mielimy obawy, że szlaki po wtorkowych deszczach będą śliskie i błotniste) ale pojechaliśmy nad jeziora. których w Bieszczadach też nie brakuje (chociaż właściwie są tylko 2)

Nie to jeszcze nie Solina. To zapora w Myczkowcach i jezioro za tą zaporą.

Jezioro Myczkowskie jest mniejsze niż Solińskie ale też ładne. Polecam drogę Solina – Myczkowce biegnącą właśnie nad tym jeziorem. W Myczkowcach przy samej zaporze jest też hotel, w którym pobyt brałem pod uwagę. Jednak zaoszczędzenie 340 zł w trakcie całej wycieczki nie było warte tej lokalizacji. Polańczyk jest jako miejscowość dużo ładniejszy i położony w ciekawszej okolicy. Poza tym w Bieszczady jest z Polańczyka kilkanaście kilometrów bliżej (co też ma znaczenie bo droga z Polańczyka do Cisnej jest o 1/3 krótsza niż z Myczkowców )

A to już plaża w Solinie.

Do północnowschodniego brzegu jeziora dojazd nie jest wcale łatwy. Trzeba się trochę nagimnastykować . Samochód zostawia się na płatnym parkingu i dalej już trzeba iść piechotą. Na początek przechodzi się przez spory „jakby bazarek” pełen kramów z pamiątkami regionalnymi specjałami i innymi tego typu rzeczami. Dopiero po minięciu go wychodzi się na ładną łąkę pokazaną na zdjęciu powyżej.

Stamtąd można dostać się na oddalone o zaledwie kilkaset metrów nowo budowane osiedle luksusowych domków-apartamentów

i w maju zupełnie pustą i przeuroczą kamienistą plażę nad jedną z zatoczek jeziora.

Po odpoczynku nad pustą zatoczką z której też rozciąga się wspaniały widok wróciliśmy do miejscowości z zamiarem wejścia na zaporę.

I tu miła niespodzianka na bocznej części zapory stały 3 Stary 266 a wokół cała gromada żołnierzy :

Zaraz to zdjęcie przecież już było . Tak ale zostało zrobione właśnie w trakcie wejścia na zaporę

Zapora jak t zapora – ogromna ma ok 80 m wysokości co widać na filmie

Wracając z zapory przechodziliśmy obok przystani :

Właściwie mieliśmy już zamiar wracać do hotelu, bo dochodziła 16 i właśnie kuchnia zaczynała wydawać obiadokolację.

Kiedy byliśmy na wysokości wejścia na pomosty podszedł do nas młody człowiek, który zapraszał niezbyt licznych tego dnia turystów na rejs statkiem.

Zapytałem o której odbywa się rejs i ile trwa . Odpowiedział, że statek wyrusza z 10 minut, a rejs trwa 50 minut. Zorientowałem się , że zatem rejs kończy się o 17. a więc nie będzie problemu z powrotem na obiadokolację zapytałem więc ile ów rejs kosztuje. Kiedy usłyszałem, że 20 zł od razu pobiegłem do kasy i po kilku minutach byliśmy już na statku

Statek najpierw przepływał wzdłuż brzegu po którym właśnie godzinę wcześniej spacerowaliśmy


Później wypłynął na „główny” basen jeziora i niejako opłynął widoczną z tarasu naszego pokoju wyspę zajęczą

Kiedy na górnym pokładzie zrobiło się trochę chłodno zeszliśmy na bardzo klimatyczny pokład dolny :

Z relacji kapitana statek przeszedł co prawda remont ale pochodzi z 1978 roku toteż ma wspaniałe wykonane w drewnie „na wysoki połysk” wnętrze , a nie jak w samolotach z plastiku .
Kiedy zeszliśmy ze statku, na pomoście czekała już grupa kolejnych turystów, bo za chwilę statek popłynął w kolejny rejs.

Po powrocie do hotelu odebraliśmy gorącą obiadokolację. Kiedy na stoliczku na tarasie stygła gorąca zupa, nasz statek właśnie płynął z powrotem z kolejnego rejsu. (Biały punkcik między cyplem a wyspą zajęczo to właśnie nasz statek)

Po zjedzonej obiadokolacji poszliśmy a właściwie pojechaliśmy samochodem na ostatni spacer po Polańczyku. Najpierw podjechaliśmy na osiedle Na Górce, gdzie w trakcie spaceru poprzedniego dnia zauważyliśmy parking dla turystów odwiedzających oddalony o jakieś 150 m punkt widokowy.

Zdjęcie robione z łąki za punktem widokowym wyszło tylko nieco lepiej niż to z poprzedniego dnia (na samej górze), ale było już dość późno i światło okazało się już trochę za słabe. Potem pojechaliśmy na parking na końcu cypla i poszliśmy na odległą od niego o jakieś 300 m plażę, z której widać zaporę i niemal całe jezioro. Niestety na zrobienie pożegnalnych zdjęć dokładnie tak samo jak powitalnych 3 dni było już za późno.

Za to po powrocie jak niemal każdego poprzedniego dnia (z wyjątkiem niedzieli w którą przyjechaliśmy do Polańczyka) wieczór spędziliśmy na dość kameralnym, ale miłym kameralnym hotelowym basenie:

Kolejnego dnia w czwartek zjedliśmy śniadanie i o 10. rano (dopiero przy wymeldowaniu okazało się, że doba kończy się o 11). wyruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.

Najpierw pojechaliśmy drogą znaną z wycieczki dnia poprzedniego, przez Solinę do miejscowości Uherce Mineralne i dopiero stamtąd do Leska, w którym zatrzymaliśmy się. Najkrótsza droga z Polańczyka do Leska w trakcie podróży do hotelu bardzo nas zmęczyła, bo jest ona w przebudowie i na wielu odcinkach ruch odbywa się na przemian niejako pod dyktando prowizorycznej sygnalizacji świetlnej. Dlatego w drodze do domu postanowiliśmy tych atrakcji sobie zaoszczędzić.

W Lesku zwiedziliśmy starą synagogę, w której teraz znajduje się prywatna galeria z ikonami i rękodziełem. Później przespacerowaliśmy się przez to niewielkie ale całkiem sympatyczne galicyjskie miasto.

W drodze powrotnej miałem , dokładnie tak samo jak w drodze do Polańczyka włączoną nawigację. Nie wiem jednak jak ona mnie poprowadziła , czy też ja na którymś z rond zamiast drugim zjechałem pierwszym zjazdem dość, że tym razem przejechaliśmy przez centrum Sanoka (zamiast obwodnicą) i dokładnie tak samo stało się w Rzeszowie.

Niemniej jednak nie żałuję, że tak się stało bo chociaż z za szyby samochodu, ale trochę zobaczyłem obydwa miasta, które zrobiły na mnie dobre wrażenie.

Z Rzeszowa oddalonego od Polańczyka jednak o ponad 100 km, do domu postanowiłem wrócić inną drogą niż tam przyjechałem. Nie pojechałem przez Nisko, Janów Lubelski, Krasnystaw i obwodnicą Lublina, a wybrałem drogę trochę dłuższą i nieco wolniejszą. Postanowiłem zobaczyć kawałek nie tak znowu odległego od Warszawy województwa świętokrzyskiego i z Rzeszowa pojechałem na północ drogą krajową nr 9 .

Po przejechaniu całego niemal Rzeszowa ruszyłem w kierunku Tarnobrzega przez Kolbuszową dalej pojechaliśmy do Opatowa, w którym mieliśmy zamiar się zatrzymać, ale miasteczko nie zrobiło na nas jakiegoś wielkiego wrażenia i po zrobieniu kółka samochodem po uliczkach w centrum, nie wysiadając pojechaliśmy dalej do Ostrowca Świętokrzyskiego. Z Ostrowca nie pojechaliśmy jednak najkrótszą drogą przez Iłżę i Radom, ale ja studiując wcześniej mapy i zdjęcia „street vieiw” postanowiłem Radom objechać i kilka kilometrów za Ostrowcem zjechałem z drogi numer 9 na biegnącą niejako wzdłuż rzeki Kamiennej drogę numer 42, którą serdecznie polecam i mam nadzieję jeszcze latem się na nią wybrać.

Po przejechaniu kilku kilometrów przez piękny świętokrzyski las zatrzymaliśmy się na krótki postój z podwieczorkiem skomponowanym z prowiantu z porannego śniadania i środowej obiadokolacji (pyszne ciastka na deser):

Oglądane w Internecie zdjęcia dokładnie tak sam jak w przypadku innych miejsc odwiedzanych w trakcie tej majowej wycieczki, nie oddają tego co widzi się na żywo. Zalew Brody Iłżeckie jest naprawdę spory i ładny , naprawdę nam się spodobał i po postoju objechaliśmy go niemal dookoła. Szkoda, że z Warszawy jest tam jednak ok 170 km.

Tam gdzie właściwie kończy się zalew, a może kilka kilometrów dalej, zaczyna się opisywana w Internecie

Ścieżka STAR-a w Starachowicach

Przy wjeździe do Starachowic powitał nas czerwony wóz bojowy straży pożarnej wyprodukowany w Jelczu na bazie samochodu Star 25. W samych Starachowicach przy wejściu do parku, obok którego biegnie droga 42 stoi dobrze z niej widoczny Star 200 ( z zieloną kabiną). Zaś kilkaset metrów dalej, opuszczających Starachowice żegna ustawiony nad zalewem Star 1142 wyglądający niemal identycznie jak prezentowany tu dalej modelik.

W Starachowicach nie zatrzymywaliśmy się. Wizyta w tym mieście wymagałaby jednak dłuższego niż mogliśmy zrobić postoju.

A la za to zatrzymaliśmy się na miły choć krótki spacer nad innym ładnym zalewem na rzece Kamiennej i tu zrobiliśmy już ostatnie zdjęcie z majowej pięciodniowej wycieczki w Bieszczady :

Słynne Opactwo Cystersów w równie sławnym Wąchocku

Dalej pojechaliśmy do Skarżyska Kamiennej już zmodernizowaną trasą S7 pomknęliśmy do Warszawy.

I tak niejako na kanwie przejazdu w drodze z Bieszczad przez Starachowice postanowiłem opisać tu modelik innego niż w poprzedniej części stara. Modelik samochodu Star 200 kupiony 28 kwietnia w czwartym lub piątym kiosku, który tego dnia odwiedziłem.

Nie będę się nad nim specjalnie rozwodził bo jest miłośnikom serii

Modelik jest bardzo ładny i jestem z niego naprawdę zadowolony

Nie obeszło się jednak bez wizyty w „warsztacie”

Kupiony po drodze do pracy, w kiosku przy markecie Kaufland, modelik nie był przeze mnie dokładnie oglądany przy zakupie. Wziąłem po prostu jeden modelik z półki, bo ucieszyłem się bardzo, że go w końcu (po wizycie w kilku kioskach) dopadłem. Zresztą przez folię i blistr, w jakie pakowane są modeliki „kultowych ciężarówek” widać właściwie tylko duże wady, drobnych zaś nie. I tak dopiero w domu, po rozpakowaniu okazało się, że modelik ma trochę krzywo (nie do końca pionowo) zamontowaną imitację komina zasysającego powietrze do filtra.

Naprawa a właściwie poprawka wiązała się z koniecznością zdemontowania skrzyni.
Aby to zrobić musiałem wyrwać z ramy koło zapasowe aby odkręcić skrzynię z tyłu. Następnie przerobiłem mocowania koła na „rozbieralne”. W miejsce urwanych bolców wkleiłem metalowe sztyfty o średnicy 1 mm . Zaś w resztkach bolców które zostały w ramie wywierciłem otworki o średnicy 1mm. Koło wchodzi w ramę z oporami , ale trzyma się doskonale , zaś dzięki temu rozwiązaniu w razie potrzeby można skrzynię zawsze odkręcić i zdemontować.

pozdrawiam

2 myśli w temacie “308. Majowe Bieszczady (cz.2) i Star 200

  1. Super relacją, fajnie się czytało. I zdjęcia piękne. Bylam w Myczkowcach bardzo dawno temu, na początku lat 80. Miło wspominam ten pobyt. Ciekawe czy tym samym stateczkiem pływałam wtedy po Solinie. 😉
    Ten model to praktycznie zrobiłeś od nowa. 😉

    Polubienie

  2. Ja tak jak napisałem w poprzedniej relacji nie byłem w tamtych okolicach 35 lat i teraz wrażenia były zupełnie inne i inny komfort pobytu i zwiedzania, chociaż pogoda nie była rewelacyjna.
    pozdrawiam

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.