307. Majowe Bieszczady (cz.1) i Star 266

Kilka miesięcy temu, na moją służbową skrzynkę przyszedł „rozkaz” że w tym roku, inaczej niż w latach poprzednich „zaległe urlopy należy wykorzystać do końca maja.” Wypisałem więc po kilka dni w marcu i w kwietniu, a że za ubiegły rok miałem aż 10 dni zaległego urlopu (zazwyczaj było ich od kilku lat miedzy 5 a 6) w maju wypisałem trochę na chybił trafił cały ubiegły tydzień.

Początkowo myślałem, że urlop przyda się na różne prace domowe, trochę porządki trochę zaległe remonty i naprawy i tego typu sprawy. Ale ponieważ obydwoje z żoną pracujemy w domu (ja od ponad roku, żona od października), a że praca jest mimo pandemii dość absorbująca i intensywna, postanowiłem nietypowy majowy urlop (zaplanowany gdzieś na początku marca) przeznaczyć jednak na wypoczynek.

Dawno temu w 1983 i bodajże w 1985 roku jeszcze jako pracownik FSO spędzałem urlop niejako „u bram Bieszczad” bo w małym ośrodku fabrycznym w Krasiczynie koło Przemyśla. Za pierwszym razem wybrałem się tam za namową kolegi z biura na obóz fabrycznego ZSPM. Mojemu ojcu wiosną tegoż roku przed stacją benzynową w Pruszkowie zajechał drogę drugi maluch ( wjeżdżający właśnie na stację) doszło do kolizji i (opisywany tu) maluch rodziców trafił do naprawy blacharskiej na słynną stację ASO przy ul. Pierwszego Sierpnia w Warszawie. I chociaż na stacji pracowało kilku moich kolegów z tego samego roku na studiach, naprawa wlokła się niemiłosiernie i nie było czym pojechać na wakacje więc pojechaliśmy autobusem na obóz do Krasiczyna.

Z tego co pamiętam w ramach obozu odbyła się „zwyczajowa” wycieczka po Bieszczadach (oczywiście autobusem) ale że trasa liczyła grubo ponad 200 km zatrzymywaliśmy się tylko na krótkie postoje. Był to chyba mój drugi pobyt w Bieszczadach, bo wydaje mi się, że w Ustrzykach Górnych i nad Soliną byłem jeszcze z jakąś wycieczką szkolną ale zupełnie nie pamiętam kiedy to było (czy jeszcze w szkole podstawowej, czy już średniej) .

Po raz drugi (w 1985 roku) pojechałem już do Krasiczyna maluchem rodziców. A że w owym czasie obowiązywały kartki na benzynę z Krasiczyna w kierunku Bieszczad zrobiłem tylko jedną kilkudziesięciokilometrową wycieczkę do Birczy, Posady Rybotyckiej i Kalwarii Pacławskiej. Powrót z wczasów w Krasiczynie był za to ciekawy (po drodze zaliczyliśmy Sandomierz).

Dlatego teraz, początkowo zamarzył mi się położony kilkanaście kilometrów za Kalwarią Pacławską Arłamów. W czasach PRL był to zamknięty rządowy ośrodek, teraz jest tam luksusowy hotel. Cena jednaj też był dość „luksusowa” i kiedy byłem już prawie nastawiony na 3 dniowy pobyt tam, zacząłem sprawdzać w Internecie, co jest oprócz hotelu w okolicy i jak daleko jest do właściwych Bieszczad. Wtedy okazało się, że hotel choć luksusowy i piękny, położony na niemal 600 metrowym wzniesieniu jest właściwie na zupełnym odludziu, w pobliżu są tylko niewielkie Połoninki Arłamowskie (właściwie jedyna atrakcja poza samym hotelem) a do wysokich Bieszczad jest tylko ok 85 km.

Trochę mnie to zniechęciło bo wiadomo, w Polsce z pogodą bywa różnie, a tegoroczna wiosna do ładnych i ciepłych raczej nie należy. Postanowiłem znaleźć coś bliżej właściwych Bieszczad i tu mój wybór pad niemal od razu na:

hotel Skalny Polańczyk

Po przestudiowaniu map zdjęć miejscowości w Internecie, odległości od Bieszczad zdecydowaliśmy się na pobyt w ramach pakietu dla seniora, który obejmował śniadania + obiadokolacje. Nie była to tania oferta, jak w przypadku ostatnich krótkich wakacyjnych, wspominanych tu wyjazdów do Smardzewic czy hotelu Omega w Olsztynie, ale cóż przy zmiennej i niepewnej pogodzie doszedłem do wniosku, że w Polsce, aby dobrze wypocząć najlepiej zrobić to w hotelu z basenem , bo kiedy pada można przynajmniej miło spędzić czas i zrelaksować się.

Wybór okazał się ze wszech miar słuszny.

Tak więc dokładnie tydzień temu, w niedzielę 16 maja dobrze po godz. 10 wyruszyliśmy w trasę. Pojechaliśmy najszybszą drogą przez Lublin, Kraśnik, Janów Lubelski, Rzeszów i Sanok do Polańczyka. Podróż układała się dobrze. Tylko ostatni odcinek miedzy Leskiem a samym Polańczykiem dał nam się trochę we znaki, bo najkrótsza droga, którą wybraliśmy ( po lewej stronie Sanu) jest w przebudowie i co chwila trzeba się zatrzymywać na sterowanych światłami mijankach. Jednak zaraz po przyjeździe do hotelu okazało się, że przydzielony nam pokój (311) choć niewielki, posiad sporych rozmiarów taras.

Już widok z okna pokoju zupełnie, ale i bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Zaś tarasu roztaczał się zapierający dech w piersiach widok:

Jeszcze tego samego dnia, w niedzielę zaraz po przyjeździe uzbrojeni w nabyte na początku kwietnia kijki wyruszyliśmy na sam czubek cypla Polańczyk skąd jest widok na całe Jezioro Solińskie i zaporę. Niestety po obiadokolacji przy niezbyt ładnej dość pochmurnej pogodzie praktycznie nie było sensu robić zdjęć.

Następnego dnia, w poniedziałek tuż po śniadaniu wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę w góry. Choć pogoda wydawał się wspaniała spotkała nas inna, zupełnie nieprzewidziana, za to niezbyt miła niespodzianka, która o mały włos nie pokrzyżowała naszych planów. Po wyjściu z hotelu i zabraniu ze sobą plecaczka z napojami i kanapkami na drogę wsiedliśmy do samochodu. Uruchomiłem silnik i ruszyłem w stronę Bieszczad. Tuż po wyjeździe z hotelu na zestawie wskaźników zapaliła się znana mi z poprzednich dwóch aut pomarańczowa kontrolka „check engine”, a na ekraniku komputera pokładowego wyświetlił się napis „sprawdź silnik” i „Star & Stop niedostępny”.

Samochód, który poprzedniego dnia przejechał z Warszawy bezproblemowo ok 440 km nie wydawał żadnych podejrzanych dźwięków. Podjechałem więc na odległą o 1 km stację benzynową dolałem ok 10 l benzyny (na zapas) otworzyłem maskę i zgodnie ze wskazówką komputera skontrolowałem wizualnie silnik. Olej był, płyn chłodzący też, silnik pracował normalnie. Samochodem przejechałem przez półtora roku 22 tysiące km i do tej pory takich niespodzianek nie było.

Po zatankowaniu uruchomiłem silnik ale kontrolka znów się zapaliła i dalej wyświetlały się komunikaty. Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić . Pogoda piękną akurat na wycieczkę, a tu taki „fakap”. Ruszyłem jednak w Bieszczady. Samochód nie dawał żadnych niepokojących oznak i zachowywał się zupełnie normalnie. Pomyślałem cóż dojadę gdzie chcę a dopiero po powrocie zadzwonię do Rzeszowa do serwisu.

Z Polańczyka ruszyliśmy do Cisnej (dokąd jest ok 28 km) i jeszcze kilka kilometrów dalej do miejscowości Majdan.

Właśnie tam znajduje się „baza” a właściwie stacja początkowa słynnej bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej.
Tego dnia w trasę nie wyruszał żaden pociąg, ale przygotowania do pełni sezonu turystycznego trwały pełną parą.

Kiedy my przez jakieś pół godziny oglądaliśmy dość spory skansen i zgromadzone w nim eksponaty, samochód stał na parkingu i odpoczywał. Po uruchomieniu silnika niestety niepokojące komunikaty wciąż się wyświetlały. Pojechałem jednak w dalszą drogę. W końcu nie po to półtora roku temu kupiłem kolejny (tym razem czwarty) fabrycznie nowy samochód aby się z nim szarpać. W poprzednim aucie, astrze II pierwsza awaria nastąpiła po ok 6 latach i 96 tys. przebiegu, ale niestety jechać się już nijak nie dało. Teraz były komunikaty, ale nic nie wskazywało na awarię.

Po drodze zatrzymałem się tuż przed właściwym celem wyprawy, na przełęczy nieopodal Brzegów Górnych z której roztaczał się taki oto widok :

A właściwym celem naszej wycieczki była Połonina Caryńska :
Ale zanim zaczęliśmy się na nią wspinać nie odmówiłem sobie zatrzymania się w jednym z najładniejszych miejsc Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej i choć przez chwilę popatrzenia na wspaniałe widoki. (Żona w przeciwieństwie do mnie z chwilowego postoju zadowolona zupełnie nie była)

Jakieś 2 kilometry dalej samochód zostawiliśmy na parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej . Uiściliśmy opłatę za parking – 18 zł + 2 bilety wstępu na szlak – po 4 zł i ruszyliśmy w górę

Na początku trasa wydawała się bardzo przyjazna turystom takim jak my :

Jednaj już po kilkuset metrach w partiach porośniętych bukowym lasem szlak okazał się dość stromy i męczący.

Jednak im wyżej tym coraz ciekawsze widoki :

A na grani połoniny zrobiło się trochę chłodno, wieje i trzeba było założyć kurteczkę:

Ale za to widoki wspaniałe:

W oddali na horyzoncie ukraińskie Bieszczady:
Odległy o 72 km od Połoniny Caryńskiej pokryty śniegiem Stoj (1677 m) a dobrze widoczna pośrodku stożkowa sylwetka to Ostra Hora (1407m) odległa o 39 km . Pasmo po prawej stronie (też ośnieżone) niestety nie rozpoznane. Żona została w miejscu pokazanym na zdjęciach. Ja poszedłem dalej (jeszcze 200 m) , na liczący 1297 m szczyt.

A gdyby film się nie udał, na wszelki wypadek zrobiłem jeszcze kilka zdjęć ze szczytu połoniny:

Widok na Tarnicę i Halicz

Widok w kierunku północnym i dowód na to, że jednak wszedłem na szczyt

Widok na Połoninę Wetlińską
Jeszcze raz Połonina Wetlińska i droga w dolinie którą tu przyjechaliśmy
Przełęcz Wyżniańska i parking, na którym został samochód

I jeszcze jeden widok na ukraińskie Bieszczady

Niby najkrótszy i ponoć łatwy szlak, ale wejście na szczyt zajęło mi prawie 2 godziny. Wiadomo już nie ten wiek i trzeba było robić postoje dłuższe niż kilka minut.

Zejście za to było dość szybkie ale też zajęło jednak ponad godzinę.

Po przybyciu na parking znów niespodzianka, tym razem jednak miła. Po przekręceniu kluczyka nie pojawił się ani znaczek „check engine” ani żaden komunikat. Samochód przez prawie 4 godziny wygrzał się na słońcu . Silnik wygrzał się podczas prawie 60 kilometrowej trasy z Polańczyka przez Cisną i Wetlinę. A komputer pokładowy zapomniał w tym czasie o błędach. Cóż jak w starej piosence z Radia Pogoda , którego słucham ostatnio „,Miłość złe humory ma” . W końcu to jakby nie było FIAT.

Ponieważ była godzina 16 postanowiliśmy wracać. Nawigacja pokazywała najkrótszą drogą 56 km, ale to przecież Bieszczady, nie wiadomo kiedy i czy w ogóle uda nam się tu jeszcze raz przyjechać, pojechaliśmy inną nieco dłuższą i trochę okrężną drogą. Najpierw przez słynne Ustrzyki Górne, potem Stuposiany i Lutowiska. A za nimi polecany przez wszystkich parking z widokiem na wysokie Bieszczady

Do Ustrzyk Dolnych nie dojechałem, bo w hotelu obiadokolacja jest wydawana w godzinach 16-18, a my przecież tuż po 16 wyjechaliśmy z parkingu pod Połoniną Caryńską. Na mapach jest co prawda droga „na skrót”, która łączy Lutowiska z Małą pętlą bieszczadzką (można na nią wjechać tuż przed pokazanym powyżej parkingiem) jednak nawigacja nijak tej drogi nie pokazywała (a zatem i nie polecała). Postanowiłem więc nie ryzykować i z Wielkiej pętli bieszczadzkiej zjechałem na Małą pętlą bieszczadzką we wsi Czarna Górna i stamtąd pomknąłem do samego Polańczyka.

Tak więc tego dnia oprócz najciekawszego chyba odcinka Wielkiej pętli bieszczadzkiej zaliczyłem również ciekawy i ładny, a na pewno mniej uczęszczany odcinek Małej pętli bieszczadzkiej, którą licząc niedzielny dojazd z Leska do hotelu zaliczyłem całą. Jest ona chyba jednak drogą dla bardziej wprawnych kierowców, bo choć widoki momentami są na niej też wspaniałe, podjazdy, zjazdy i serpentyny mogą niektórych przyprawić o zawrót głowy.

Na miejscu już w hotelu okazało się, że trasa jaką przejechaliśmy tego dnia i tak liczyła 137 km.

Po powrocie z wycieczki dobrze po 17-tej (na ostatnim odcinku zaliczyliśmy trwającą kilka minut kontrolę Straży Granicznej) udaliśmy się do hotelowej restauracji :

Szkoda, że była ona wciąż zamknięta, a posiłki wydawane były w plastikowych pojemnikach, które szybko zabieraliśmy do pokoju. Miło byłoby usiąść podczas śniadania, czy kolacji przy stoliku i popatrzeć na jezioro. Ale cóż Covid i basta.

Po zjedzeniu posiłku ( gorącej zupy na tarasie, a drugiego w pokoju) można poleżeć na leżaczku i przejrzeć np. SMS-y z ostatnich dni:

Następnego dnia (we wtorek) niemal cały dzień padało, ale nie był to dzień bez zupełnie bez wrażeń i odpoczynek po poniedziałkowej wycieczce. Relację z wydarzeń w tym dniu i następnych opiszę w drugiej części relacji z tego bardzo ciekawego i udanego wypadu w góry.
Czwartego dnia wycieczki, z uwagi na to, że we wtorek padało wybraliśmy się nie w góry, a nad jezioro. Kilka godzin spędziliśmy najpierw w Myczkowcach, a potem w Solinie (pobyt tam opiszę w drugiej części). Kiedy już niemal pod koniec spaceru po Solinie weszliśmy w końcu na zaporę (od strony przystani), okazało się, że mają tam miejsce jakieś ćwiczenia wojskowe i na zaporze stały w kolumnie 3 wojskowe samochody. Były to dawno przeze mnie nie widziane samochody Star 266. Zapytałem żołnierzy czy mogę zrobić zdjęcie. Nie zaprotestowali :

Kiedy obeszliśmy zaporę, wracając zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie (ale lepiej nie wyszło). Przy okazji pogadałem chwilkę z żołnierzami na temat tego niemal zabytkowego już samochodu. Okazało się że wozy przyjechały bezproblemowo z Gliwic (a więc z dość daleka) zaś w trudnym górskim terenie wciąż radzą sobie bardzo dobrze.

Tak więc niespodziewane spotkanie stało się doskonałą okazją do pokazania tu modelika , jaki ukazał się kilka miesięcy temu w serii, którą ostatnio żyje większość kolekcjonerów aut w skali 1:43.

Modelik najlepszego zdaniem niektórych polskiego samochodu ukazał się w regularnej serii „Kultowe ciężarówki epoki PRL-u” jako drugi.

Kolekcjonerom miniaturowych autek jest znany od blisko 2 lat , bo ukazał się również w serii testowej jesienią 2019 roku.

Kiedy wyszedł w serii regularnej, 10 lutego (w dniu w którym się ukazał) pobiegłem do kiosku pod blokiem aby go przynajmniej obejrzeć i po krótkiej chwili namysłu od razu go kupiłem.

Na forum były narzekania, że nie jest w „wojskowym” zielonym kolorze. Ale ja z czasów PRL pamiętam też „cywilne” wersje tego samochodu , właśnie w kolorze w jakim wykonany został modelik.
Przy modeliku specjalnie nie „grzebałem” . Udało mi się ściągnąć ze skrzyni plandekę.

Górny rant skrzyni wymaga w kilku miejscach niewielkiego „podmalowania” ale nic właściwie się nie uszkodziło.

Modelik bardzo mi się podoba i jego zakup sprawił mi niemałą frajdę.

pozdrawiam

4 myśli w temacie “307. Majowe Bieszczady (cz.1) i Star 266

  1. W Bieszczadach byłam bardzo dawno temu, dziekuję za relację. Pięknie. 🙂
    Wszyscy teraz w Bieszczady jeżdżą, w zeszłym tygodniu dwie moje znajome osoby były, oddzielnie, plus Ty. 🙂
    Bieszczady mnie otaczają. 🙂

    Polubienie

    1. Bieszczady piękne . Szkoda, że tak daleko od Warszawy i długa droga. Hotele reklamują się, że 4 noclegi to 5 dni pobytu, ale de facto z uwagi na długi dojazd to tak naprawdę 3 i pół dnia. W drodze powrotnej zaliczyliśmy Lesko i kawałeczek Świetokrzyskiego. Droga Skarżusko Kamienna – Wąchock – Starachowice – Brody Iłżeckie też bardzo ładna i ciekawa. To jakieś170 km od Warszawy więc chyba latem będzie kolejna wycieczka.
      pozdrawiam

      Polubienie

  2. A czy był Pan po wyjeździe z Fiatem w serwisie? Ciekawe jest to, że błąd z komputera ,,zgasł” samoistnie. A co do Stara-trochę nie moje klimaty, ponieważ ciężarówki/autobusy odrzucam jako elementy swojej kolekcji. Choć Pan ją tak rozbudował, że w sumie biorąc okres PRL-u pasuję do Pana kolekcji jak najbardziej. Pozdrawiam, Imiennik.

    Polubienie

    1. WITAM
      W serwisie nie byłem, zgłoszę usterki podczas przeglądu 30 tys. km. Co do niespodziewanego błędu, podejrzewam po prostu zawilgocenie jakichś styków na silniku. ten samochód ma chyba jednak więcej elektroniki niż poprzednik i takie psikusy się zdarzają. Po uruchomieniu jak komputer złapie błąd to go zapamiętuje (jak w poprzedniku przypadkowe załączenie rezerwy paliwa przy wjeździe na pochyłość) po jakimś czasie (tu samochód stał ok 4 godziny ) komputer ponownie sprawdza wszystkie sygnały z czujników i kiedy nie wykryje błędu sygnalizuje , że wszystko jest OK.
      Co do kolekcji jak na razie kupuję tylko kultowe ciężarówki i to nie wszystkie. Kolekcja jest jak na moje mieszkanie i tak bardzo duża więc trochę będę się ograniczał. A że pierwsze ciężarówki Kamaz kupiłem do kolekcji prawie 30 lat temu, to temat ciągnę. Zresztą historia motoryzacji to samochody użytkowe też.
      pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s