292. Ubiegłoroczne zdobycze (2018) i wspomnienie lata

 

172. Taksówki 1

Najbardziej oczekiwany wpis w roku postanowiłem umieścić tu jako pierwszy po kolejnej dość długiej przerwie i pierwszy w tym nowym już roku.   

choinka-2018-3b

W poprzednich latach zawsze udawało mi się przed Bożym Narodzeniem złożyć moim czytelnikom życzenia. W tym roku będą to niestety życzenia „poświąteczne”. Ale za to zdjęcie powyżej nie jest „przedrukiem” z poprzednich lat, ale przedstawia aktualną, żywą choinkę, która stoi nad barkiem obok witryny z modelikami.

Moje „podsumowanie roku” prezentujące wszystkie ubiegłoroczne „zdobycze” pojawia się tu już  po trzynasty. Moje wszystkie poprzednie  podsumowania można zobaczyć klikając w bocznym pasku w grupie Kategorie na zakładkę „Ubiegłoroczne zdobycze”  

Rok 2018 był dla mnie w pewnym sensie rokiem, w którym postanowiłem trochę „wyluzować” i odpocząć. Zaczął się dość spokojnie, ale w końcówce, zarówno dla mnie jak i  mojej rodziny, okazał się kolejnym trudnym rokiem.

Szczęśliwie porządkowanie spraw po zmarłej w 2017 roku mamie udało się zakończyć wraz z końcem tegoż roku, ale rok 2018 przyniósł nowe wydarzenia i wyzwania. Na początku roku postanowiłem trochę odpocząć. Nie do końca się to udało, bo najpierw atrakcji dostarczył mi portal Onet.pl, który z końcem stycznia 2018 roku postanowił zamknąć platformę, na której przez ponad 11 lat prowadziłem tego bloga.

Dlatego przez pierwsze dwa miesiące zajęty byłem przenoszeniem treści i zdjęć na now,ą platformę. Ostatecznie „stary” blog został zlikwidowany z miesięcznym opóźnieniem (1. marca), ale nawet po jego przeniesieniu jeszcze przez długi czas miałem zajęcie przy „odbudowywaniu” bloga.  Nie będę też udawał, że cała ta sprawa nie wpłynęła na moją słabą aktywność na blogu, na nowej platformie. Byłem zmęczony i jednak trochę rozgoryczony całą tą sytuacją. Dlatego w ramach „odpoczynku” odpoczywałem nie tylko od kolekcji, ale od bloga również.

W marcu i kwietniu zajęty byłem sprawami, które były niejako konsekwencją porządkowanie spraw po zmarłej mamie. A, że sprawy spadkowe, notarialne i majątkowe nie są ani łatwe, ani przyjemne, a zawsze stresujące (zwłaszcza, kiedy  prowadzi się normalne życie zawodowe) na hobby czasem nie ma już po prostu czasu.

Jak na początku napisałem, w roku ubiegłym postanowiłem więc trochę odpocząć, bo wiem, że nowy 2019 rok też łatwy nie będzie. Każdą więc wolną chwilę postanowiłem wykorzystać na relaks, a że pogoda od początku kwietnia, do połowy października była w ubiegłym roku po prostu wspaniała, nie ślęczałem nad modelikami, blogiem i kolekcją, a starałem się spędzać możliwie dużo czasu na łonie natury.

W czerwcu pojechałem na dwudniowy firmowy wyjazd integracyjny do hotelu Anders w Starych Jabłonkach na Mazurach.  Wyjazd, jak wyjazd (służbowy) specjalnie mnie nie zrelaksował, a największe, bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie spływ kajakiem mazurską rzeką. Nigdy przedtem nie byłem na takim spływie i sam byłem bardzo zaskoczony tym, że spływ kajakiem  rzeką może być taki fajny. W ostatnich latach często korzystałem z kajaków, ale były to „rejsy” tylko po zalewach.

Inne moje „letnie” aktywności opisałem w poprzednim wpisie, więc skupię się na tym czego w nim nie opisałem.   

W ubiegłym już roku urlop  przypadł na drugą połowę lipca. Ponieważ w pracy byłem przed urlopem dość mocno zajęty, nie zaplanowałem dokładnie, co będę w jego trakcie robił. Ponieważ w tym roku musieliśmy zabrać ze sobą na urlop leciwego już niestety właściwego Artemisa (który we wrześniu skończył 14 lat) pierwszy tydzień spędziłem właściwie w domu przed komputerem. Akurat w połowie lipca pogoda się popsuła, siedziałem i szukałem możliwości wyjazdu na kilka dni i spędzenia urlopu z psem.

Wybór padł na Mazury. Tak chciała żona. Niestety kilkudniowe poszukiwania kwatery, czy hotelu w internecie nie dawały rezultatu. Ato gdzieś na odludziu, a to dopłata za psa 50 zł za dobę, a to nie wym terminie itd. itd. Czwartego dnia poszukiwań, kiedy pogoda zaczęła się poprawiać, a do wyjazdu zostało kilka dni, daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy w końcu pojechać do Hotelu Molo w Smardzewicach nad zalewem Sulejowskim, w którym w 2016 roku byliśmy na 3 dniowym wakacyjnym wyjeździe.

Wybór okazał się jak najbardziej trafny. Na dwa dni przed wyjazdem zatkało mi się ucho. Jedyną możliwością odetkania go okazała się wizyta u laryngologa i to w dniu wyjazdu na urlop. Wizyta była możliwa tylko w tym dniu i tylko w podwarszawskim Piasecznie ok godz. 14. Na miejscu okazało się, że w przychodni Luxmed było kilka osób prze de mną, co opóźniało wyjazd. Po wizycie, już z przepłukanymi uszami, z Piaseczna wyjechałem dobrze po 14. Ruszyłem prosto do Mszczonowa (polecam tę drogę, okazała pusta i bardzo ładna). Stamtąd pojechałem już szybką trasą do Tomaszowa Mazowieckiego i przed hotelem (już na właściwym urlopie) byłem o 15.15. (Doba w tym hotelu zaczyna się o 14) .

Pobyt mieliśmy zaplanowany na 5 noclegów (przybycie w poniedziałek , wyjazd w sobotę) tak więc niemęcząca, krótka podróż jest sporą zaletą zwłaszcza, kiedy na pokładzie (a właściwie w bagażniku) jedzie i patrzy w szybę klapy tylnej sporych rozmiarów labrador.

W trakcie urlopu pogoda była zmienna, ale cóż dobre planowanie to podstawa. W trakcie pobytu miałem w Iphonie ustawione 2 serwisy pogodowe, a położenie hotelu (ok 1 km od zapory i najdłuższe w Polsce śródlądowe molo) pozwalało szybko weryfikować „na gorąco” to, co podawały serwisy i podejmować właściwe decyzje czy spacer, czy kajak czy wycieczka rowerowa:

Zanim się na nią wybraliśmy, trzeciego dnia pobytu pojechaliśmy samochodem za wieś Karolinów na długi spacer z psem, lasem wzdłuż jeziora i jakieś dwa kilometry za wsią odkryliśmy przepiękne miejsce, gdzie duży sosnowy las dochodzi do samego jeziora. Miejsce to, to pokazana na obydwu filmikach Binduga Zielona.  Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się kajakiem na trzygodzinny rejs na drugą stronę jeziora, gdzie spotkaliśmy czaplę. Czwartego dnia pobytu wybraliśmy się na pożyczonych z hotelu rowerach na wycieczkę własnie nad ową bindugę.

Wycieczka okazała się trochę męcząca (zwłaszcza dla żony), bo ja postanowiłem pojechać na skrót przez las i ominąć niezbyt uroczą wieś Karolinów. Oczywiście pojechałem „na czuja” i w efekcie wylądowaliśmy gdzieś „w polu”, a nad jezioro doprowadziła nas dopiero nawigacja w telefonie.

Kiedy tam już dość zmęczeni dotarliśmy, w trakcie odpoczynku przypadkiem udało się zarejestrować takie oto zdarzenie:

Nie wiem , czy to ta sama czapla, którą widzieliśmy wcześniej podczas rejsu kajakowego, czy nie, ważne, że udało się ją sfilmować.

Pomimo, że pogoda była dość dynamiczna i trzeba ją było non stop monitorować, (w trakcie jednego z rejsów kajakowych złapała nas solidna ulewa, którą udało się szczęśliwie przeczekać pod zadaszeniem na zaniedbanej przystani dla żeglarzy) urlop był wyjątkowo udany. Wcześniej nie przypuszczałem, że nieco ponad 100 km od Warszawy można tak fajnie spędzić kilkudniowy urlop. Ostatniego dnia, po opuszczeniu hotelu pojechaliśmy nad naszą ulubioną bindugę, gdzie spędziliśmy jeszcze kilka godzin i dopiero wieczorem wróciliśmy do Warszawy.

W sierpniu (po urlopie) wybraliśmy się jeszcze kilka razy nad Zalew Tatar w Rawie Mazowieckiej i na również opisywane tu poprzednio glinianki w Zielonce.

Prawdziwe jednak turystyczne eskapady odbyłem jednak jesienią.

Otóż jesienią postanowiłem “spenetrować” rowerem okolice znanej miejscowości letniskowej Urle. Wziąłem dzień urlopu (środa), sprawdziłem w moim służbowym Iphonie pogodę. Pomyślałem, że 24 lata mieszkam na warszawskiej Pradze, a właściwie ciągle jeżdżę w te same znane od lat miejsca, a nad Bugiem w okolicach Wyszkowa nigdy nie byłem.
Poprzedniego dnia zacząłem przeglądać w sieci mapy w Google, aby ustalić trasę. Okazało się, że cześć dróg, którymi mógłbym pojechać jest sfilmowana i można dokładnie sprawdzić, za którą chałupą, w którą drogę trzeba skręcić, aby dojechać do pięknego zakola rzeki, którego zdjęcie ktoś wstawił w Google i wyświetla się ono przy przeglądaniu map.
Wybór padł na Łochów jako początek trasy. Z domu wyjechałem  do przystanku kolejowego Warszawa Zacisze – Wilno, gdzie kupiłem w biletomacie bilet Kolei Mazowieckich do Łochowa i z powrotem.  Po obejrzeniu dworca w Łochowie, wpadłem do baru Smak (czyli budy przy peronie), która akurat w sieci miała najlepsze notowania. Zamówiłem kebab. Po zjedzeniu dziecinnej porcji “junior” za 12 zł (notabene większej niż drugie danie w mojej firmowej kantynie) ruszyłem w trasę. Najpierw pojechałem ok. 4 km wzdłuż DK 62 – trochę po ścieżce, trochę po chodniku, aż dojechałem do wsi Gwizdały, w której zjechałem na lokalną drogę do Kamieńczyka (która podobnie jak DK 62 też jest w Google sfilmowana). Po kolejnych 4 kilometrach dojechałem do wsi Nadliwie, gdzie rzeka Liwiec dochodzi do drogi i jest fajne miejsce na odpoczynek. Dzięki obejrzeniu filmu w sieci, zapamiętaniu trasy, a także aplikacji Google maps w telefonie, już drogą leśną dotarłem nad piękne zakole Bugu odległe od wsi Nadkole o ok 3 km. Spędziłem tam godzinę odpoczywając, robiąc zdjęcia i napawając się przepięknym widokiem.

Z tego miejsca wróciłem na asfaltową drogę lokalną w kierunku Kamieńczyka. Drogą tą przejechałem na drugą stronę rzeki Liwiec i na pół godziny zatrzymałem się na dość wysokim moście, z którego rozciąga się wspaniały widok na łąki i lasy (miejsce gdzie Liwiec wpada do Bugu).

Stamtąd, przez lasy wróciłem lokalną asfaltową drogą do stacji kolejowej Urle oddalonej od Kamieńczyka o 12 km.  Po drodze zahaczyłem jeszcze o kompleks Loretto – sanktuarium, dom opieki i ładny rozległy teren położony w lasach nad Liwcem.

Do Warszawy wracałem pociągiem.

Tyle moich reminiscencji z wypadów rowerowych nad Bug w okolicach Wyszkowa i wycieczek Łochów- Kamieńczyk Urle odbytych w środy 12 września, 19 września i czwartek 11 października (po tym samym terenie, nieco tylko innymi trasami) oraz niejako ich “pokłosiem” czyli wycieczkami z żoną, odbytymi już samochodem w niedziele 7 i 14 października (z konsumpcją pierogów w ośrodku Nadliwie).

W listopadzie jak zwykle wybrałem się na spotkanie z okazji 67. rocznicy rozpoczęcia produkcji w warszawskiej FSO.  Relacje z takich zlotów umieszczałem w poprzednich latach jako osobny wpis na blogu. Tym razem zabrakło mi „weny”, ale na telefonie pozostała mi z tego spotkania taka oto fotorelacja:

Tyle o ciekawych i przyjemnych wydarzeniach, jakie spotkały mnie w ubiegłym roku.

Ale nie tylko takie miały miejsce. Miałem też jeszcze jedną „okazję” zwiedzenia nieznanych mi, innych niż opisane powyżej, zakątków Mazowsza.

1 listopada , jak od lat, wybraliśmy się z żoną na cmentarz w Żyrardowie, aby odwiedzić grób mamy. Następnego dnia pojechaliśmy na groby do Mińska Mazowieckiego. Na cmentarz pojechała z nami teściowa. Mieliśmy pierwotnie odwiedzić kilka grobów najbliższych i wracać, bo pogoda nie zachęcała do spacerów. Teściowa (nazywana przez nas babcią Sławcią) czuła się dobrze i „obleciała” z nami calutki cmentarz, a nie tylko groby najbliższych. „Obchód” trwał półtorej godziny i wróciliśmy trochę zziębnięci,

Jakieś dwa tygodnie później teściowa, która już od jakiegoś czasu narzekała na dziwne zasłabnięcia i zawroty głowy źle się poczuła i trafiła do szpitala w Mińsku. Ze szpitala wróciła na kilka dni do domu, ale została skierowana do specjalistycznego szpitala w Rudce koło Mrozów na dokładne badania.

W szpitalu nie czuła się dobrze. Odwiedziłem ją wraz z żona 3 razy. Z pracy zwalniałem się po obiedzie. Jechałem po żonę, która kończyła pracę o 16. Razem już przebijaliśmy się przez stojącą o tej porze w korkach Warszawę. Do Rudki dojeżdżaliśmy ok 18 i z babcią Sławcią byliśmy do 21. Potem wpadaliśmy na szybkie zakupy do Topazu w Kałuszynie i z powrotem do Warszawy. Poza tym żona odwiedzała swoją mamę również w weekendy.

Przy pierwszej i drugiej wizycie babcia Sławcia czuła się w miarę możliwie. W trakcie drugiej wizyty długo pokazywałem jej zdjęcia z opisanych tu jesiennych wycieczek nad Bug i Liwiec, a babcię Sławcię bardzo ich oglądanie ożywiło i odprężyło. Kiedy po raz trzeci pojechaliśmy do niej 5 grudnia, była już bardzo słaba. Leżała i mamrotała, mieliśmy nadzieję, że to skutek męczącego badania jakie przeszła poprzedniego dnia. Przezornie, mając w pamięci moją mamę, kiedy wyszedłem z sali, w której przy swojej mamie została zapłakana żona, zadzwoniłem do córki i drugiej wnuczki babci Sławci z informacją, że babcia nie jest w dobrej formie.

W szpitalu w Rudce spędziliśmy tego dnia 3 godziny. Rozmawialiśmy też z lekarzem. Kiedy poszedłem się pożegnać z pół śpiącą i w pół przytomną Sławcią zapytałem, czy mnie poznaje. Odpowiedziała: Paweł

W mikołajki, 6 grudnia jak zwykle byłem w pracy. Ok 11 kończyła się aukcja na której bardzo mi zależało i którą udało mi się wygrać,  po czym szybko wróciłem do normalnej pracy.  Ok 16. zadzwoniła komórka. Marek, brat mojej żony poinformował mnie, że przed godziną Sławcia zmarła.

Następnego dnia znów ruszyliśmy z żoną do Mińska. Z Markiem miałem możliwość obejrzenia Mrozów (tym razem za dnia) , dokąd musieliśmy pojechać po akt zgonu. Tydzień po naszej ostatniej wizycie w szpitalu w Rudce odbył się pogrzeb.

Babcia Sławcia była dla nas osobą ważną i bliską. Kiedy w czerwcu 1996 roku urodziła się moja córka, przez pół roku Sławcia właściwie z nami mieszkała i pomagała żonie opiekować się maleńką Agnieszką. Do swojego domu w Mińsku jeździła tylko w weekendy.

Co się w minionym roku udało?

Nie tylko dla mnie ale i dla innych kolekcjonerów modeli aut w skali 1:43, rok 20178 był trzecim rokiem z rzędu, który nie upłynął pod znakiem „Kultowych Aut PRL”. Był to niestety rok, w którym nie ukazywała się już żadna z serii gazetowych z modelikami aut w skali 1:43. Ja z „kultowego szaleństwa” ochłonąłem już kilka lat wcześniej i ze wspomnianej serii nie dokupiłem już żadnego modelika.

W marcu wybrałem się na giełdę, na której sprzedałem dość korzystnie jeden model , ale niczego nie kupiłem. W maju, w trakcie wizyty w przychodni na Wiatracznej, kupiłem za całe 10 zł „startowy” model z kolekcji „Kultowe Autobusy PRL”, który jakimś cudem „przeleżał się” w kiosku na bazarku obok przychodni dobrych kilka tygodni, ale jest on w skali  1:72 nie będę wiec go tu prezentował, bo do właściwej kolekcji nie wchodzi.

W czerwcu, na giełdzie nie byłem, bo akurat pojechałem na wyjazd integracyjny.

W międzyczasie, zajęty różnymi sprawami niespecjalnie też zaglądałem na Allegro. W efekcie tego w mojej kolekcjonerskiej karierze nastąpiła 11 miesięczna przerwa w jakichkolwiek zakupach (od października 2017 do września 2018).

Na wrześniową giełdę wybrałem się trochę towarzysko, trochę z przyzwyczajenia, ale tym razem przywiozłem z niej aż 3 modele.

Zakupy 2018 1bSą to: Benz Patent Motorwagen z 1886 roku, Hillman Imp z 1963 roku i zwycięzca rajdu Mote Carlo w 1964 roku Mini Cooper S. Na początku października wylicytowałem na Allegro modelik Ford Anglia.

Zakupy 2018 2bTym samym z mojej „listy poszukiwanych” wreszcie, po kilkunastu latach od jej założenia zniknęły (prawie za jednym zamachem) aż 2 modele: Hillman i Ford. Na liście pozostały już tylko 4 pozycje, które niekoniecznie muszę mieć.

W październiku też postanowiłem kupić od kolekcjonera, od którego kilkanaście lat temu kupiłem kilka modeli modelik Fiata 1100 TV niejako w celu uzupełnienia serii aut tej marki. Transakcja okazała się jednak trudna do zrealizowania. Początkowo wszystko wyglądało dobrze. Później zaczęły się podchody, nieodebrane telefony, itd. Po trzech tygodniach wreszcie dopiąłem swego. Udało się umówić i odebrać modelik.

Zakupy 2018 3b

Miesiąc później na Allgro kupiłem okazyjnie model Peugeot 504 coupe, o którym od jakiegoś czasu myślałem. Zakup ten nieoczekiwanie zaowocował wykonaniem dość dużej i nieco pracochłonnej przeróbki innego modelika tego samochodu. Kupionego 21 lat temu starego modelika Solido. W mikołajki 6 grudnia wylicytowałem na Allegro modelik Skody 110 L firmy Abrex, która zastąpi niezbyt udany model z serii „Kultowe Auta PRL”.

Zakupy 2018 4b

Na grudniowej giełdzie nabyłem też model Porsche 911 turbo, o którym myślałem od kilku lat. Chciałem w końcu uzupełnić moją „mini kolekcję” dziewięćset jedenastek właśnie o model tej wersji. Miałem zamiar to zrobić już jakiś czas temu, przymierzałem się jednak do jakiegoś dobrego modelika, niekoniecznie z serii gazetowej. Na giełdzie trafiło mi się akurat białe Kyosho.

W kolekcji pojawiło się zaledwie 8 nowych modeli.  O wiele, wiele mniej niż w poprzednich latach. Tak mało modeli kupowałem właściwie w zamierzchłych czasach początku tej kolekcji. Mniej modeli niż w roku ubiegłym kupiłem tylko w roku 1984, 1985 i 1989   Wydatki były też niższe niż w latach poprzednich. Kształtowały się na poziomie z roku 1995. W całym roku zamknęły się kwotą 298 złotych, co zważywszy na realną wartość rynkową pokazanych tu modeli, jest kwotą naprawdę niewielką.

Zakupy 2018 5b

Kolekcja i tak jest już bardzo duża i w mieszkaniu naprawdę zaczyna brakować na nią miejsca. Dlatego też każdy zakup (podobnie jak i w latach poprzednich) powinien być dokładnie przemyślany.

Ale czy do końca tak było?

Pomimo naprawdę niewielkich zakupów i tak po trosze już chyba kolejny rokz rzędu „zacząłem zjadać własny ogon” kupując 2 modele aut, które właściwie w kolekcji już od dawna mam(tylko w nieco innej wersji).

Co się ubiegłym roku nie udało?

W ostatnim roku znów relatywnie mało czasu spędzałem w moim „warsztacie”.  Nie udało mi się więc dokończyć rozpoczętych w poprzednich latach większych przeróbek. Nie udało się też zakończyć ciągnących się już latami przeróbek i napraw modeli „rozgrzebanych”. Nie będę ich tu jednak wymieniał, bo ich nazwy wymieniałem już w kilku moich poprzednich corocznych podsumowaniach.

Co prawda pod sam koniec roku,  spędziłem w warsztacie trochę więcej czasu i wykonałem wspomnianą tu kompleksową przeróbkę starego modelika Solido.  Jednak w skali całego roku nie miałem zupełnie czasu na wizyty w moim „warsztacie”. Nie udało się zatem nawet rozpocząć żadnej z planowanej od kilku lat innych poważniejszych przeróbek.

Blogowi też poświęciłem mniej czasu niż w latach poprzednich i niestety nie udało mi się opisać żadnej moich nowych zdobyczy. Niestety odbudowa bloga po przymusowych przenosinach z platformy Blog.pl (co było widoczne w bieżących wpisach z pierwszej połowy ubiegłego roku) kosztowała mnie tyle czasu i po trosze nerwów, że na opisywanie kolejnych modelików zabrakło mi po prostu zdrowia. 

Może ten, nowy rok przyniesie jakąś zmianę w tym względzie. Kolekcja jak widać nie będzie się już rozwijać tak, jak w poprzednich latach, bo zgromadziłem już prawie wszystko, co chciałem mieć. Ale za to opisywać jest naprawdę co, bo przecież bardzo wielu ciekawych modeli, które kupiłem zwłaszcza w ostatnich latach jeszcze tu nie pokazałem.

pozdrawiam

 

P.S.

3 stycznia 2018

POŻEGNANIE 

We wrześniu ubiegłego roku Artemis skończył 14 lat i kiedy po raz pierwszy od wielu lat zabieraliśmy go na urlop, mieliśmy poważne obawy, jak to zniesie. Był w poważnym jak na dużego psa wieku i miał już szereg związanych z tym dolegliwości.

Nie sprawił nam jednak żadnego problemu.

wakacje 2018 2

Rano szliśmy z nim na godzinny spacer do lasu (za ośrodkiem) , wieczorem szliśmy na drugi godzinny spacer. Cały zaś dzień spędzał na zacienionym balkonie (pokój dostaliśmy na parterze, a balkon od przyległej do ośrodka ściany lasu oddzielał tylko kilkumetrowy trawnik). Byłem też bardzo zaskoczony jego zachowaniem nad wodą. Myślałem, że w podeszłym wieku będzie spokojnie leżał na kocu i nie w głowie mu będą jakiekolwiek harce. Jednak gdy zaraz po przyjeździe poszliśmy z nim nad jezioro, kiedy spuściłem go ze smyczy od razu wskoczył do wody i przez dobre pół godziny trzeba mu było rzucać patyki i gałęzie, po które pływał i przynosił na brzeg. Zachowywał się dokładnie tak samo, jak dobrych 10 lat wcześniej.

wakacje 2018 1

Jesienią jednak jego stan coraz bardziej się pogarszał. Najpierw żona przestała mu dawać suchą karmę i zaczęła dawać karmę z puszek, a przez ostatni miesiąc gotowała mu podroby i mieszała z ryżem. Ponadto od jakiegoś już czasu, kiedy pił wodę rozchlapywał ją bardzo wokół miski. Na spacery wciąż chodził chętnie, ale czasami wracał z nich zmęczony i ociężały.

Kilka dni temu zauważyliśmy, że chyba nie bardzo się czuje. Czasem nie kładł się, a stał z opuszczonym ogonem zupełnie osowiały. W ostatnim czasie jadł sporo, chodził tylko na krótkie spacery, a mimo to bardzo schudł. Wczoraj cały czas chodził za mną po mieszkaniu, jakby chciał być tuż obok bliskiej osoby. Byliśmy jego stanem zaniepokojeni i już dobrze po pierwszej w nocy, pomimo zimna i wiatru, na prośbę żony wyszedłem z nim na krótki spacer. Zachowywał się w miarę normalnie. Dzisiaj rano, przed wyjściem do pracy, żona wyszła z nim na spacer dwukrotnie.

Wracając z pracy miałem obawy w jakiej formie go zastanę. Postanowiłem nigdzie nie wstępować i jechać prosto do domu.  Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem zobaczyłem, że pies leży w końcu korytarza. Miałem zamiar od razu go wyprowadzić na spacer. Jednak Artemis nie był w stanie się już podnieść. Obok stała nietknięta, pełna miska naszykowanego przez żonę jedzenia. Na przystanek po żonę wyszedłem więc sam. Artemis cały czas leżał i nie był w stanie wstać. Wzięliśmy duży stary  koc, położyliśmy go na nim i tak we dwójkę, robiąc co kilkanaście metrów przerwy na odpoczynek,  zanieśliśmy go do lecznicy nieopodal naszego bloku.

Młoda i miła pani weterynarz przyjęła nas poza kolejką. Kiedy opowiedzieliśmy jej co i jak się stało, obejrzała psa, który leżał i prawie się nie ruszał. Zajrzała do komputera, gdzie była długa historia jego wizyt w lecznicy. Wklepała do komputera „artemis”, a ja zauważyłem kartę psa i wpis „wiek – 14 lat, 3 miesiące”. Po chwili weterynarz zapytała: „Czy jesteście państwo zdecydowani ?”

Byliśmy zgodni, a weterynarz nie była zaskoczona naszą decyzją, o której już od jakiegoś czasu, wcześniej rozmawialiśmy w domu.  W zaistniałej sytuacji wykazała pełne zrozumienie. Podzieliła naszą opinię, że dopóki komfort życia zwierzaka był akceptowalny (mógł jeść, chodzić na spacery i cieszyć się nimi) dopóty można go było leczyć, ale kiedy nie był wstanie ani jeść, ani utrzymać się na nogach, przedłużanie jego agonii nie miało sensu. Dostał najpierw zastrzyk uspokajający, po którym usnął, po czym  weterynarz poinformowała nas, że lepiej byłoby abyśmy nie byli obecni przy dalszych czynnościach i poczekali  na korytarzu.

Tak trochę jednak nieoczekiwanie pożegnaliśmy Artemisa. Był wspaniałym psem. Zawsze będę miał go w pamięci. Jako „kuleczkę”, maleńkiego szczeniaka, który kiedy tylko otworzyło się drzwi do ubikacji, podrywał się z legowiska i zanim drzwi się zamknęły, błyskawicznie wpadał do ubikacji i wywlekał na korytarz stojącą w koncie dużą szczotkę. Będę pamiętał gdy po 6 tygodniowej kwarantannie, dumna, 8 letnia wówczas nasza córka prowadziła go na pierwszy spacer. Będę pamiętał dzikie harce w Lasku Młocińskim w czasie wycieczki „na sanki” utrwalonej na zdjęciach z 2005 roku opisanych w naszych zbiorach jako „pierwsza zima Artemisa” :

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Reklamy

3 myśli w temacie “292. Ubiegłoroczne zdobycze (2018) i wspomnienie lata

  1. Pożegnania są smutne. Ale na pewno Artemis miał u Was dobre, szczęśliwe życie. Współczuję bardzo.
    A co do wypadów rowerowych, to my podobnie spędzamy czas. Serdecznie pozdrawiam

    Polubienie

Odpowiedz na Elaelgry Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s